Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

niedziela, 20 listopada 2016

O Skowronku, malinach i o trzmielinie


121116
Z Proboszczowa na Sądreckie Wzgórza, następnie Sądrecko, Bełczyna, zielonym i żółtym szlakiem do osady Zielonki pod Twardocicami, wzgórza Skowronek i Jedlina, powrót do Proboszczowa Drogą Zielonki.

Plany na dzisiejszą trasę miałem bardzo niewyraźne: może tam, a może tutaj. Dopiero w rezultacie wieczornej rozmowy z moją gospodynią, zdecydowałem się przypomnieć sobie drogi Sądreckich Wzgórz i poznać okolice na północ od Ostrzycy.
Pierwszą część trasy znałem nieźle, ale oprócz chęci odwiedzenia tych ładnych i lubianych miejsc, kierowała mną potrzeba dokładnego ich opisania na potrzeby Zaczarowanego Ogrodu. Tutaj, w oryginalnych (czyli skopiowanych z moich „dopisków”) tekstach nie zamieszczam opisów w rodzaju „idź sto metrów i skręć w lewo” uznając, iż ważniejsze są wrażenia niż metry. Wybierając się na wędrówkę, należy mieć mapę i umieć z niej korzystać, jednak niedzielni turyści bywają niewiarygodnie wygodni, a właśnie z myślą o nich miałem sporządzić opisy.
Wzgórza przecinają na krzyż dwie drogi: jedna biegnie z góry mapy na jej dół, druga, pozioma, jest Dzwonkową Drogą. Ach, tutaj uwaga dla czytelników bloga: zacząłem zamieszczam mapy obejmujące trasy wędrówek, aby czytający miał przestrzenne wyobrażenie drogi i żebym ja był zwolniony z podawania zbyt dużej ilości nazw, jako że zaciemniają one tekst.


Obie drogi są wygodne do marszu, równe, niemal bez podejść, obie biegną rozległymi polami, miejscami skrajem lasów, prawie zawsze z dalekimi widokami wokół. Jak wszystkie drogi kaczawskie, i te zdobione są różanymi krzewami, głogami, jabłoniami i czereśniami, ale dość często spotyka się też brzozy i dęby. Piszę o przydrożnych drzewach, ponieważ mają one zdolność zmieniania zwykłej polnej drogi w urocze zakątki pełne rozmaitości życia, swoistego uroku dzikości i jednocześnie swojskości, których to cech brakuje, w moim odczuciu, parkowym alejkom.
Zza grzbietu łagodnego wzgórka stopniowo, w miarę zbliżania, wyłaniało się duże drzewo. Gdy podszedłem bliżej, rozpoznałem dąb okazałych rozmiarów, przy nim różę i głóg. Na drzewie dużo jeszcze było kolorowych liści, na krzewach czerwone owoce. Patrzyłem na pień dębu, na leżące wokół żołędzie, i pomyślałem, że w ciepły letni ranek usiadłbym tutaj i wypił poranną kawę. Obejrzałem się: domy wioski chowały się w ziemi, tylko dachy im wystawały, a nad nimi wznosiło się zalesione wzgórze Niedziałek. Przede mną wstążka drogi zgrabnym łukiem biegła w stronę ściany lasu. Uśmiechnąłem się do niej i poszedłem dalej.
Sądrecko jest wioską wyjątkową: na łące, albo pod lasem, widzi się kępę drzew; z bliska rozpoznać można zdziczałe sady owocowe i inwazyjne wierzby iwy, a wśród nich ruiny domów. Jeden tylko dom, jedyny w całej wiosce, jest zamieszkały. Parę już razy, gdy przechodziłem obok, rozmawiałem z właścicielem – hodowcą i plantatorem malin; dzisiaj powiedział mi, że został tutaj, bo okolica mu się podoba. Gdy usłyszałem te słowa, poczułem sympatię do tego człowieka.
Do jedynego gospodarstwa wioski warto wybrać się we wrześniu, by kupić przepyszne i wielkie maliny dojrzewające z dala od przemysłu i samochodów. Raz jeden miałem okazję posmakować je, obiecałem sobie wtedy, że gdybym kiedyś mógł być we wrześniu w tych górach, na pewno wpadłbym do Sądrecka. Informacja dla wygodnych: można tam dojechać samochodem.
Przechodziłem obok tego domu chcąc wyjść na tyły zabudowań, ponieważ tam zaczyna się dróżka, którą kiedyś poznałem, a dzisiaj chciałem przejść nią raz jeszcze z powodu jej urody. Niewiele jej widać na moich zdjęciach, tam właśnie robionych; nie dość, że fotograf ze mnie żaden, to jeszcze dzień był chmurny i szary.





Gdy droga skończyła się, wszedłem w las kierując się ku Ostrzycy. Dukt się skończył, znalazłem inny, ale i ten rozpłynął się wśród drzew, jednak lasy tam nie są rozległe, na szosę wyszedłem ledwie 100 metrów od spodziewanego miejsca. Chciałem poznać oznaczone szlaki okolic Ostrzycy, jednak ciężko mi się szło tamtymi drogami. Znaków szlaku jest mało i są stare, część z nich jest ledwie widoczna, co wymusza uważne patrzenie na mijane drzewa, a ja wolałbym patrzeć na ściółkę w poszukiwaniu grzybów, albo tam, gdzie ładniej. Tak robiłem, no i w rezultacie parę razy wracałem szukając przegapionego zakrętu szlaku. Grzybów znalazłem dużo, kilkadziesiąt, a wszystkie były tymi podgrzybkami, które szare są z wierzchu, a cytrynowe pod spodem, ze śladami czerwieni na nóżkach – najwyraźniej zbierałem podgrzybki złotawe. Zbierałbym, jednak robaczki były tam pierwsze… Zabrałem może dziesięć zdrowych. Lasy są już późnojesienne, szeleszczące, niemal nagie. Tu i ówdzie jasne i bajecznie kolorowe kobierce leżą pod klonami, a na drzewach wiszą pojedyncze liście, brzozy drżą o swoje przerzedzone już znacznie listeczki, ale modrzewie przeżywają swoje najpiękniejsze dni jesienne. Mówi się o nich, że rudzieją; gdy dzisiaj patrzyłem na nie, wydawało mi się, że nie tylko rude było ich igliwie; ich intensywną żółć nazwałbym kolorem szafranowym, ale nie wiem, czy słusznie.
Po raz pierwszy szedłem tamtymi szlakami i po raz pierwszy zobaczyłem pogórze na północ od Ostrzycy. Nawet jak na standardy kaczawskie wzgórza są tam niewielkie, a między nimi rozległe i niemal zupełnie płaskie pola; tylko na horyzoncie widać większe wzgórza. Jednak gdy wyszedłem z lasu i otworzył się przede mną rozległy widok, zobaczyłem wzgórze tak kusząco ładne, że po prostu skręciłem ku niemu. Z mapy dowiedziałem się, że i jego nazwa jest ładna: to Skowronek. Opasują go pola, ozdabiają kępy drzew na podejściu, a na szczycie rośnie ładny, jasny zagajnik dębowo-brzozowy. Siedziałem pod dębami widząc między ich zielono-żółto-brązowymi koronami bliską Ostrzycę. Dla widoku tego wzgórza i dla widoków oglądanych ze szczytu, na pewno pójdę tam jeszcze.




Zgodnie z planem wracałem Drogą Zielonką, ponieważ drogi i miejsca mające swoje miano budzą moją ciekawość. Jej nazwa zapewne ma związek z Zielonką, nazwą osady do której biegnie, ale o tej porze roku nazywać się powinna Drogą Czerwoną, a to z powodu wyjątkowo dużej ilości dębów czerwonych rosnących przy niej. Ich liście, oryginalnie szpiczaste, przebarwiają się na intensywne kolory czerwieni, czasami buraczkowego odcienia, czasami czerwień miesza się z brązem. Skoro w późne popołudnie chmurnego dnia listopadowego było tak dużo kolorów na tej drodze, w świetle słońca niewątpliwie patrzyłbym na oszałamiającą feerię barw.
Parę razy widziałem na miedzach niewielkie drzewka bez liści, ale przyciągające wzrok czerwoną mgiełką otulającą je; z daleka wyglądają bardzo malowniczo, rosnąc na miedzach szarych pól. Z bliska okazało się, że ich kolor jest od tysiąca drobnych… listeczków?, które z bliska miały barwę różu zabielonego mlekiem. Próbowałem poznać nazwę drzewka przy pomocy googli, ale program uznał, że szukam pąków i pokazywał mi ich tysiące.
Dopiero parę dni później, złożony niemocą, mając czas, poszukiwania podjąłem. Próbowałem nakierować google na blog Chwile zaChwycone w przekonaniu, iż kiedyś widziałem tam takie drzewko, ale o co się pytać, skoro nie pamiętam nazwy? No i te różowe coś: przecież nie mogą być to kwiaty, nie w listopadzie, na nagim drzewie. Anika, właścicielka bloga, też mając kłopot z identyfikacją, wpadła na pomysł zapytania o czterograniaste – ja bezradnie przeszukiwałem strony i już miałem je zamknąć, gdy dosłownie w ostatniej chwili zobaczyłem zdjęcie: to trzmielina pospolita. Tutaj podaję adres strony bloga Aniki. Różowe coś okazało się być torebkami z nasionami.

Idąc do Zaczarowanego Ogrodu, przeszedłem całą wieś mierzącą kilka kilometrów; ciemno już było, gdy skręciłem na podwórze.

15 komentarzy:

  1. Gdy tylko przeczytałam o różowych listeczkach, wiedziałam, że chodzi o trzmielinę- na Pomorzu rośnie ona w ogromnych ilościach i już mnie nie dziwi, choć przyznaję, że pierwsze spotkanie było dla mnie totalnym zaskoczeniem- jakże nie pasuje ten róż to jesiennych szarości! Ostrzyca pozostaje moja ulubioną kaczawską górą m.in. przez to, że wyrasta nagle z płaskowyżu. I ten widok ze szczytu- wiadomo- Izery widać ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, jeśli już poznało się drzewo, roślinę, i cokolwiek umie ją rozpoznawać, wtedy zaczyna się ją dostrzegać – na ostatnim wyjeździe, wczorajszym, parę razy widziałem krzewy trzmieliny, a wcześniej nigdy. Ślepota wynikła z braku wiedzy.
      Podobnie jak Ostrzycę, widzę Ślężę, ponieważ też wyrasta z równiny i wznosi się samotnie na znaczną wysokość. Gdy stałem na przełęczy, tej w pobliżu Granatów, i patrzyłem na wschód, początkowo wszystkie szczyty kaczawskie zlewały mi się w jeden rozległy masyw. Dopiero po dłuższej chwili i stopniowo zacząłem rozpoznawać poszczególne góry – a Ostrzycy nie trzeba identyfikować, ona rzuca się w oczy, ona woła z daleka: jestem tutaj! :-)

      Usuń
  2. No i gdzie masz zdjęcia tej trzmieliny?? Akurat ja nie widziałam jej jesienią, a przynajmniej wtedy, gdy zmieniała kolor liści.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam w koszu… nie, kosz opróżniłem. Nawet jak na moje standardy oceny zdjęć, były one bardzo kiepskie. Mój aparat nie chce ustawiać ostrości na małe odległości, także wtedy, gdy ma ustawioną opcję robienia zdjęć w zbliżeniu i odległość nie jest za mała. Jeśli tylko w polu ustawiania ostrości widzi niechby maleńki kawałeczek dali, właśnie na nią ustawi ostrość. Próbowałem triku z dłonią, ale i wtedy zdjęcia nie były ostre. Dziwi mnie ten fakt i mam go za wadę oprogramowania – wszak aparat rozróżnia obiekty bliskie i dalekie, a skoro ma ustawioną funkcję robienia zdjęć z bliska…
      Natomiast zdjęcia robione z daleka, całego drzewa, były szare i rozmazane. Ta ładna mgiełka na drzewie, która zwróciła moją uwagę i tak mi się podobała, była na zdjęciu niewyraźną plamą.
      Wydaje mi się, że ten mój aparat ma kurzą ślepotę, albo w ogóle słabo widzi, chyba więc muszę pójść z nim do okulisty.

      Usuń
    2. A czy zajrzałeś może do pliku EXIF, żeby zobaczyć jaki był czas naświetlania, przysłona i ISO? Jeśli nie, to zainteresuj się tymi danymi, bo czasem można z nich wiele wywnioskować.
      Pamiętam, że też zdarzały mi się takie sytuacje. Zwykle aparat ostrzy na najbliższy obiekt. Czasem powodem zmiany punktu ostrzenia może być zbyt... duża ilość światła - przysłona, niczym źrenica, zawęża się, przy czym głębia ostrości staje się większa. Może trzeba było obniżyć EV (czyli skrócić czas naświetlania)? Oczywiście, przyczyny mogą być inne, ale niestety, nie bardzo wiem jakie.

      Usuń
    3. Matko Boska, pliki EXIF, ISO, EV i jeszcze coś. Któż to wszystko zapamięta?
      Zobaczę ISO i co dalej? Aniko, mnie brakuje elementarnej wiedzy o tym wszystkim. Poza tym nie kojarzę skrótów. Wiem, co to jest czas naświetlania, ale dla mnie nijak się ma ta funkcja do skrótu EV, także do dziwacznych ikonek wyświetlanych na ekranie. Może kiedyś zbiorę siły i udam się do kogoś z prośbą (i ze swoim aparatem) o naukę, ale żeby mnie nauczyć tych tajemnych dziwności, trzeba świętym być.
      A propos: szukam radia do samochodu. Takiego radia, żeby miało nie więcej niż trzy, no, niech będzie cztery przyciski. Masz takie? Odkupię.

      Usuń
    4. Jeśli zdjęcie, które zrobiłeś wydaje Ci się zbyt ciemne, niedoświetlone, wówczas podnosząc EV(+)wymusisz na aparacie, by w konkretnych warunkach oświetleniowych wydłużył czas migawki i, dzięki temu, lepiej naświetlił i zarejestrował zdjęcie.
      Jeśli zdjęcie jest za jasne (prześwietlone) wówczas powtórz ujęcie, ale obniż EV (-), by skrócić czas migawki.
      Krzysztofie, nikt za Ciebie nie odrobi takich lekcji. Jeśli Cię to interesuje i zechcesz się poduczyć, z pewnością znajdziesz mnóstwo ciekawych stron czy blogów poświęconych tematowi fotografowania. Radia nie mam i święta nie jestem :-)

      Usuń
    5. Polecam przystępnie napisany wpis na blogu Ladaco pt. EV i kompensacja ekspozycji
      http://ladaco.blogspot.com/2014/06/ev-i-kompensacja-ekspozycji.html
      Na tym blogu znajdziesz więcej ciekawych i zrozumiałych porad - zdecydowanie polecam!
      http://ladaco.blogspot.com/p/poradniki.html

      Usuń
    6. Dziękuję, Aniko. Naprawdę szczerze dziękuję. Sam fakt napisania tutaj kilku wypowiedzi jest dla mnie znamiennym znakiem Twojej chęci pomocy i pewnego zaangażowania.
      Widzisz, są umiejętności, których od wielu lat, albo i od zawsze, chciałem się nauczyć i nigdy nie nauczyłem, albo tylko liznąłem: klasyczny taniec, zasady programowania komputerów, geologia, archeologia, biologia, filozofia, biegły angielski – długo mógłbym wymieniać, jako że dość liczne mam zainteresowania. Całe życie brakowało mi czasu. Widzę w pracy (wszak mieszkam w zakładzie pracy), jak koledzy nudzą się w czasie tych naszych nielicznych wolnych godzin, jak wypełniają ten czas byle czym, aby minął – ja zawsze go goniłem, zawsze uciekał mi zbyt szybko. Tak było, jest i zapewne będzie nie tylko z powodu wielkiej ilości godzin mojej pracy, ale i licznych oraz absorbujących czas zainteresowań. Muszę z ich części rezygnować, odkładać je na później, by zająć się tym, co jest mi bliższe, ważniejsze. Czterdzieści lat temu poczułem pasję słów – i jestem jej wierny. Słowa – moje i czyjeś – za nimi reszta, na ile czasu wystarczy.
      Mówiąc wprost: mając do wyboru przeczytanie interesującej mnie książki, albo instrukcji fotografowania, wybierałem i zapewne nadal będę wybierać książkę, tym samym lokując fotografię obok tańca klasycznego.
      Nie kupię lustrzanki z powodu jej ceny i wielkości, a prztykadełkiem nie zrobię dobrych zdjęć, tylko ledwie poprawne, niczym niewyróżniające się. Nie ma wiec o co kruszyć kopii. Lepiej będzie poprosić kogoś o kilka porad, ponieważ dokopanie się w internecie do brakujących mi informacji zajmie nieporównywalnie więcej czasu. Chodzi też o dokopanie się do właściwych miejsc w menu, a dla mnie była to i jest mordęga. Łatwiej mi czytać traktaty Arystotelesa czy dzieło z zakresu biologii, niż instrukcję obsługi programu komputerowego w aparacie czy laptopie. Łatwiej i przyjemniej.
      Aniko, wiele już razy zauważyłem, że zajęty aparatem, nie posłuchałem siebie i chwili, w rezultacie odszedłem z takimi sobie zdjęciami i z poczuciem niedosytu. Czasami myślę, że za dużo czasu poświęcam aparatowi w czasie swoich wędrówek, a za mało sobie, bo ja mam pewną wadę: otóż muszę dobrze wsłuchiwać się w siebie, żeby wydobyć na światło coś ładniejszego i wartościowszego, ale jeśli mi się to uda, mam coś cenniejszego od zdjęcia.

      Usuń
  3. Twoich wpisów nie można czytać "na chybcika", trzeba wygodnie usiąść, najlepiej z aromatycznym kubkiem czegoś tam, uruchomić wyobraźnię i przenieść się na trakty wędrówek, delektować się opisami; zaciekawił mnie ten człowiek, który mieszka sam we wsi, hoduje maliny, i jeszcze jest do tego wszystkiego zadowolony, to musi być ciekawa osobowość:-) mam to samo z aparatem, najczęściej korzystam z automatu, a już żeby manualnie coś tam poustawiać, to nie ma mowy, nawet za bardzo nie chce mi się wgłębiać w tajniki fotografii, bo gruba książka z instrukcjami odstręcza mnie:-) mój znajomy blogowy usiłuje mi czasami coś przekazać, to ja mu na to, że umiem obsługiwać kosę spalinową, to mi bardziej potrzebne, i wystarczy w zupełności:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Mario. W rewanżu powiem, że czytając Twoje teksty, czuję ciepło bijące od Ciebie przez nie. Ciepło, spokój i pogodę ducha. Dla tych odczuć – jakże często brakujących mi – zaglądam na Twój blog.
      Parę lat temu kupiłem pierwszy w życiu aparat, taki zwykły, w biedronce, za parę stówek, a swoje lata już mam. To nim robię zdjęcia tutaj zamieszczane. Wiem, na tyle mam pojęcie o fotografowaniu, jakie ma wady, ale nie zamierzam kupić aparatu tych wad pozbawionego, nie tylko z powodu pieniędzy, ale i z powodu preferencji, a także swoich nieumiejętności. Otóż zawsze wyżej ceniłem tekst od zdjęcia, to powód pierwszy, drugim jest moja wielka trudność w zaznajomieniu się z przyciskami. Mam kłopoty ze znalezieniem odpowiedniego przycisku na desce samochodu, kłopoty z ustawieniem radia, a gdy przyjdzie do nauki obsługi programu komputerowego (obecne aparaty w istocie są urządzeniami komputerowymi), jestem chory. Potrafię zrozumieć dość odległe i zawiłe zależności, ale odgadnąć tok rozumowania programisty jest dla mnie niemal niemożliwością. Siedzę, myślę, „wczuwam się”, no i wychodzi mi, że poszukiwana funkcja będzie tutaj. Okazuje się, że jest zupełnie gdzie indziej i na dokładkę jej nazwa nijak się ma do funkcji. Helena, moja wnuczka, akceptuje to i idzie dalej, ja nie potrafię, i przy następnej okazji znowu uderzam głową w mur.
      Dość szybko dochodzę do wniosku, że przecież poszedłem na łazęgę dla wrażeń, widoków, dla przyrody, a nie dla grzebania w menu aparatu, tym bardziej, że muszę przy tej okazji zdjąć rękawice, zmienić okulary, coś zrobić z kijami.
      Mieszkańca Sądrecka za mało znam, by powiedzieć o nim coś więcej. Widzę, że pracy ma dużo, jak to na gospodarce; hoduje też krowy, takie specjalne, brązowe. To chyba odmiana lepiej znosząca zimno od odmian holenderskich.
      Umiesz obsługiwać kosę?? A potrafisz też ją zapalić?

      Usuń
    2. Krzysztof, mówiłem Ci tak samo jak pisze Maria. Twoich teksów nie da się czytać "na chybcika".
      Ja zawsze biorę stakanczyk czegosś i czytam kilka razy.
      Mario, musisz kiedyś spotkać Krzysztofa i pójść z nim na wędrówkę.

      Ja, gdy z nim idę (niesamowity milczek) staję sie niezwykle głośny z emocji.

      Krzysztof, EXIF to jest niezwykle prosta rzecz.
      W swoich zdjęciach go masz. Przy następnym spotkaniu Ci go pokażę i przekonasz się, że to ważne "ustrojstwo"

      Jan Łęcki (za pośrednictwem biblioteki)

      Usuń
    3. Niezwykle prosta, powiadasz? Powiedzmy, że tak. Zwiększę czułość, ale czy wtedy aparat dostosuje do czułości czas i przesłonę? Nie wiem, a z instrukcji nie dowiem się tego. W instrukcji bowiem piszę się teraz o ochronie środowiska, o nie wyrzucaniu aparatu do kosza, o ISO i im podobnych ważnościach. Powinienem pobawić się, eksperymentować, tylko nie bardzo mam kiedy i nie bardzo mam ochotę, bo wiem, że byłaby to dla mnie droga przez mękę. Najszybciej i najprościej byłoby wysłuchać nauczyciela.

      Usuń
  4. I owszem, nawet zmienić żyłkę na tarczę, i świecę przeczyścić, jak czasami ją zaleję:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja mam kłopot z określeniem kierunku nawijania nowej żyłki, zawsze muszę „główkować”. Tyle że robię to sporadycznie.
      Maria wymienia świecę...
      Jesteś wyjątkowa.

      Usuń