Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

czwartek, 23 listopada 2017

Skały Karkonoszy


191117

Trasa w Karkonoszach: Droga Sudecka, Droga Chomontowa, strumień Myja, skały Słup, Zamczysko i Szwedzkie Skały, kaskady strumienia Myja, powrót drogą leśników, cmentarz jeńców obozu Borowice.




Radykalnie zmieniłem trasę jazdy w Sudety mając dość niekończących się krętych objazdów na krajowej trójce. Na nowej objazdów nie ma, ale że wiedzie bocznymi drogami, też krętymi i na dokładkę dziurawymi, wiele nie zyskałem. Głównie odmianę. Dzisiaj była jeszcze jedna zmiana: zupełnie nieznane mi rejony Karkonoszy. To wybór Janka, któremu przyklasnąłem chcąc odpocząć nieco od Gór Kaczawskich. Nie, to nie koniec mojej afektu do nich, a jedynie chęć poczucia pełni jego siły; wiem, że po paru tygodniach pobiegnę w te góry jak mąż po zdradzie: pełen wyrzutów, mamrocząc swoje przeprosiny i obiecując wierność.

W moim postrzeganiu Karkonosze były wysepkami atrakcyjności w niekończących się lasach i po długich podejściach, oczywiście poza widokowym szlakiem szczytowym. Nadal tak uważam, jednak teraz wiem, że tych wysepek jest dużo, a ich atrakcyjność szczodrze wynagradza mozolne nabieranie wysokości leśnymi drogami.

Pół godziny przed świtem byliśmy już na miejscu, a do startu wybraliśmy początek Drogi Sudeckiej. To podnóża wysokich szczytów karkonoskich, kilkanaście kilometrów na południe od Jeleniej Góry. Zdążyliśmy wypić kawę i gdy tylko się rozwidniło, poszliśmy. Aura typowo jesienna: chmurny i wilgotny dzień, odrobinę na plusie, ale nie padało, a lasy jeszcze miały dla nas resztki kolorów.

Niewiele wyżej zobaczyłem pierwsze  łachy śniegu; stopniowo było go coraz więcej, a gdy byliśmy w połowie wysokości do granicznych szczytów, nastała zima. Mroźny wiatr miotał ostre, twarde drobiny śniegu, a zmarznięte dłonie długo się rozgrzewały w dwóch parach rękawic. Trudno uwierzyć, że ledwie tydzień temu widziałem dość liczne jeszcze kwiaty na kaczawskich łąkach.

Droga Chomontowa jest wąską szosą leśną, najwyraźniej służącą leśnikom do wywozu drewna, a kiedyś zapewne łączyła ze światem wioskę Chomontowo. Ilu ludzi, nota bene, zwłaszcza spośród młodych, wie jeszcze, co to jest chomąto? Zajrzałem do internetu: to także znana droga turystyczna, wielokrotnie opisywana. Trudno mi dostrzec jakąś jej przewagę nad kaczawskimi drogami, a niechby dorównanie im, ale może zostawię takie porównania na boku, wszak jestem w Karkonoszach i jak na gościa przystało, chwalić powinienem obejście gospodarza.

Podobna jest droga odchodząca w stronę strumienia Myja, droga zataczająca na nowym moście łuk i biegnąca z powrotem do podnóża gór. Popołudniu tą właśnie drogą zeszliśmy, ale teraz z mostu zeszliśmy na brzeg strumienia. Po cichym szepcie maleńkich strumyków kaczawskich ten zrobił na mnie wrażenie, spływając szybko i głośno zboczem stromym i kamienistym. 




Długo patrzyłem na niego. Rozdziela się na wystających grzbietach głazów i spada z nich kaskadami; w ciasnych miejscach spręża się, pieni i przyspiesza, a gdy znajdzie miejsce zwalnia, widać wtedy jej przejrzystą czystość, rozlewa się w baseniki o sporej głębokości, ale nie zamiera nigdzie. Widziałem, jak strumień pryska kroplami na źdźbła traw, a te zamarzają na nich tworząc grube na dwa palce szkliste, rozgałęzione sople. Nieco wcześniej widzieliśmy przy drodze szeregi sopli wiszących na podciętej skarpie, w miejscu wycieku wody; widok pospolity, wydawałoby się, ale przecież urokliwy i ciekawy, trzeba tylko patrzeć chcąc zobaczyć.



Słuchałem strumienia: w każdym miejscu inaczej dźwięczy, inną opowiada baśń o swoim biegu, a opowiada ciekawie.

Na mostek poszliśmy także dla znalezienia ścieżki prowadzącej do skał Słup i Zamczysko, a miała się zaczynać w pobliżu. Te skały, podobnie jak i Szwedzkie, są ukryte w lesie, szlak ani droga nie prowadzą do nich, a jedynie ścieżki wydeptane przez ciekawskich ludzi. Jeśli już idzie się jedną z nich, widać ją dość wyraźnie, ale znaleźć jej początek na brzegu drogi leśników nie jest łatwo. Posługiwaliśmy się papierową mapą, nie GPS. Parę już raz wracałem do pomysłu zakupu urządzenia nawigacyjnego dedykowanego pieszym wędrowcom, ale zawsze dochodziłem do wniosku, że wędrówka nie powinna przypominać prowadzenia za rękę. Ścieżkę znaleźliśmy szybko, a pierwszą skałę, Słup, w miejscu wskazanym przez mapę. 


Wrażenia nie zrobiła, w przeciwieństwie do następnej, do Zamczyska. Nazwa skały jest bardzo a propos, ponieważ faktycznie przypomina ruiny zamku, którego budowniczowie wykorzystali skały do wznoszenia murów. Gdy już obejrzeliśmy je dokładnie chodząc wokół, zachciało się nam wejść na górę, ale dwa najniższe miejsca miały pochyłe i oblodzone półki na wysokości piersi. Próbowaliśmy na różne sposoby, w końcu splotłem dłonie, Janek stanął na nie i po chwili był na półce. Teraz on nie pozwolił zostać mi na dole: podał mi kij i wciągnął mnie. Szorując kolanami po skałach pomyślałem, że dla patrzącego z boku musiał to być pocieszny widok: dwóch dziadków mozolnie gramoli się na niewysoką skałę. Szczytowe głazy są dość równe i jeśli tylko pamięta się o śniegu leżącym na obłych krawędziach, są bezpieczne, a widok z nich każe krzyknąć z zachwytu. Ich wysokość od tyłu jest niewielka, ledwie parę metrów, jednak z drugiej strony, od strumienia, rośnie wielokrotnie, stając się niemal pionowym urwiskiem ze świerkami oglądanym z góry i skalnym rumowiskiem na dnie. Z Zamczyska zobaczyłem dal po raz pierwszy, a patrząc na nieznany mi krajobraz poczułem się nieswojo, nie potrafiąc nazwać widzianych szczytów. Widziałem góry wysokością i rozległością znacznie przewyższające moje przyzwyczajenia. 



Przejmująco zimny wiatr nie pozwolił na długą kontemplację; po zsunięciu się raczej niż zejściu jeszcze zjedliśmy co nieco, wypiliśmy gorącą herbatę i ruszyliśmy w dół, w stronę Szwedzkich Skał.

Od drogi odchodzi wyraźna ścieżka, dalej rozmywa się wśród świerków, ale w spodziewanym miejscu między drzewami zobaczyliśmy skały i po paru minutach krzyknąłem z radości. Dwie są tam skalne wieże czy turnie. Podobnie jak Zamczysko od strony szczytu, niewiele nas przewyższają wysokością, ale z drugiej strony, a wznoszą się bezpośrednio nad strumieniem Myja, mogą mieć 30 metrów. Między wieżami ściany są równe, równoległe i pionowe, przypominając dwie ściany stojących vis a vis wieżowców. Cały masyw jest silnie spękany w duże, równe bloki, zwłaszcza od strony strumienia widać odstawanie kolejnych złomów od macierzy, ich szykowanie się do lotu w dół. Na wyższej wieży stoją trzy wąskie głazy, jeden na drugim, z boku widać ich odchylenie od pionu i doprawdy niewiele już im brakuje do utraty stabilności. Na dole leżą te, które stabilność już straciły, a o parę kroków od podstawy ścian skacze po skałach ten sam strumień, który widzieliśmy wyżej – Myja. Oczywiście weszliśmy na sam szczyt skał, i teraz, bezpiecznie siedząc w fotelu, stwierdzam, że nie wszystkie nasze kroki tam były rozsądne. 







W pewnej chwili Janek poprosił mnie o zostanie na szczycie, a sam poszedł na boczną skałę i z niej zrobił mi zdjęcia. Robiliśmy je sobie wzajemnie.

Ach, wspomnę o lodowej piłce. Miała wielkość piłki tenisowej, była zwięzła, trudna do rozbicia nawet grotami kijków, a utworzyła się na końcu luźnego paska ochraniaczy Janka; po prostu chodził z kulą u nogi. Za karę? Kiedyś podobne, aczkolwiek nie tak okazałe jak Jankowe, miałem na końcach sznurówek. Drobnostka, owszem, ale zdziwić potrafi mechanizm powstawania przy butach tak równych kul śniegu zbitego w lód. 



Znaleźliśmy ścieżkę w dół stromego zbocza, nad strumień, i stojąc u podstaw skał gapiliśmy się na nie.

Tak naprawdę trudno powiedzieć, dlaczego skały się podobają. Może swoją wielkością? Ale te nie są większe od dziesięciopiętrowych wieżowców mieszkalnych, a przecież nikt nie gapi się na nie w podziwie. Może tak odbieramy niemal wieczne trwanie skał?

One mają majestat, nawet jeśli nie są majestatycznych wymiarów. Majestat wiecznej przyrody.

Minęło południe, było zbyt późno na pójście gdzieś wyżej, ku innym skałom, a gonić na szlaku nie mieliśmy zamiaru. Postanowiliśmy zejść, a jeśli czas pozwoli, jeszcze gdzieś się wybrać.

Z mapy wynikało, że droga, która wyżej zakręca na moście, biegnie w dół niedaleko stąd, około 150 metrów od strumienia, po stromym, oczywiście zalesionym, zboczu wznoszącym się vis a vis skał.

Może znajdziemy jakąś ścieżkę? – pomyślałem, ale Janek po prostu wszedł między pierwsze drzewa, więc ruszyłem i ja. Przejście tych stu pięćdziesięciu metrów zajęło nam ze 20 minut. Śnieg przekrywał szczeliny i kępy borówek, nachylenie stoku wynosi jakieś 40 stopni, omijać trzeba było gęsto rosnące świerki albo leżące drzewa. Na płaskim terenie część z nich dałoby się przekroczyć, jednak na tak mocno pochyłym stoku nawet niewielkie leżące drzewo ma się na wysokości piersi. Na dokładkę, próbując obejść zwalisko, trafiliśmy na jar – niewielki, ale o stromych i kamienistych brzegach. Ucieszyłem się widząc regularny kształt prostokąta między drzewami – oznaka budowli ludzkiej, a innej być tam nie mogło, jak mostek na drodze. Z ulgą stanęliśmy na jej równej nawierzchni.

Nieśpieszna wędrówka wygodną drogą leśną pozwala na dostrzeżenie tych licznych szczegółów, z których każdy może niewiele znaczy, ale które razem tworzą ładny obraz lasu i czasu wędrówki. Widziałem zapraszające mnie dukty przysypane rudym igliwiem modrzewiowym, takie prawdziwe, gruntowe, a nie szutrowe czy, co gorsze, asfaltowe. Widziałem masywne i równiutkie, jak wytoczone, pnie dużych świerków, ale dla odmiany wyżej spotykałem skarlałe, powykrzywiane brzozy. Sporo rosło tam buków o niskich pniach i licznych konarach – jakby te drzewa były w drodze do krzewiastej formy. Zabawialiśmy się rozpoznawaniem młodych jaworów o gładkiej jeszcze korze, oglądaliśmy też ich liście, a niektóre swoimi barwami przypominały, iż patrzymy na klony.

Na jakiejś bezimiennej przełęczy zobaczyliśmy wiele wykrzywionych drzew. Rosły tam świerki i modrzewie, a wszystkie miały gałęzie zwrócone w jedną stronę; część z nich i wierzchołki pochylała. Jeśli jakieś drzewo wysunęło gałąź w stronę wiatrów, zaginało ją i zwracało na zawietrzną; widok rzadki i warty zobaczenia. Zwracał uwagę przemożny pęd drzew do życia: w ciemnej gęstwinie świerkowej nie rosły małe siewki, ale tuż obok, w oświetlonym słońcem rowie przydrożnym, było ich mnóstwo, natomiast sam brzeg asfaltu upodobały sobie maleńkie modrzewie, rosnąc tam całymi szpalerami, jedne przy drugich.

Na prostym odcinku drogi zobaczyłem zbliżanie się zmiany pór roku – stopniowe zanikanie śniegu. Na kilkusetmetrowym odcinku biel znikła i na pobocze drogi wróciła ruda i brązowa jesień.

W pobliżu wioski Borowice jest cmentarz jeńców wojennych, którzy zginęli przy budowie Drogi Sudeckiej.

Gdy jestem w takich miejscach, przychodzą mi na myśl wieści o traktowaniu nas, Polaków, przez Niemców jako naród mniej od nich cywilizowany, i myślę wtedy, że jest wprost odwrotnie. Myślę, że w tym narodzie (nie piszę o wszystkich Niemcach, oczywiście) tkwi jakiś piekielny pierwiastek najgorszego barbarzyństwa, ich tak zachwalana i znana praworządność jest wynaturzona, a wyższość cywilizacyjna domniemana. Wykonana część Drogi Sudeckiej ma długość kilku kilometrów, a w czasie jej budowy zginęło około tysiąca ludzi, czyli kilka kroków drogi kosztowało jedno życie ludzkie – i dla Niemców ten koszt był akceptowalny!

Gdy wspomnę historię Zaolzia, jest mi wstyd za decyzje ówczesnych władz Polski.  Chciałbym zapytać Niemców dumnych ze swojej narodowości, czy czują wstyd widząc masowe groby ofiar ich rodaków-ludobójców.

Do kogo jednak ma trafić to pytanie? Do ludzi, którzy uparcie mówią o polskich obozach zagłady? No bo przecież nie mogły być niemieckie, skoro oni są tacy cywilizowani…



Na zakończenie surrealistyczny obrazek: we wsi Podgórzyn zatrzymaliśmy się przy… tramwaju. Stoi pod ładną skałą nazwaną Skałka, w wiosce u podnóża gór, a ma przed i za sobą po dwa metry toru. Kto i po co przywiózł go tutaj? – to moje pierwsze, odruchowe pytanie po jego zobaczeniu. Okazało się, że ten tramwaj sam przyjechał, gdy jeszcze były tory i gdy opłacało się władzom utrzymywać linię tramwajową.


PS
Zadzwonił Janek i wyraził wątpliwość co do pisowni słowa "chomonto". Jeszcze w dzieciństwie poznałem zarówno słowo, jak i ten rodzaj końskiej uprzęży, ale nigdy nie miałem okazji poznać pisowni. Sprawdziłem w internecie, spotyka się trzy jej odmiany, ale słownik PWN podaje pisownię chomąto, i tej się będę trzymać, uznając autorytet twórców tego słownika. Swój błąd poprawiłem.
 




11 komentarzy:

  1. Sudeckie skały, stare górotwory, z których niszczące działanie przyrody stworzyło budowle jakby ręką olbrzyma uładzone, zachwycają i mnie; do tego czasami w przydomowym ogrodzie głaz ogromny nie do ruszenia, albo skała wisząca nad domem, ale już te zamczyska, słupy, zwałowiska jak dla mnie cudem natury są:-) historię piszą ludzie, i czasami wystarczy kilka pokoleń, aby została zupełnie przeinaczona, podejrzewam, że celowo, aby ukryć, zepchać niewygodne rzeczy, przecież nawet teraz mamy niedouczonych choćby polityków, którzy plotą takie rzeczy, że nóż w kieszeni się otwiera; odczuwasz wstyd jako człowiek prawy, a "wierchuszka" zawsze ma się dobrze, arogancka, butna, syta i zadowolona, i czasami mam wrażenie, że danie człowiekowi władzy tyle co za paznokciem powoduje, że wyłazi z niego, co najgorsze; jakieś głupoty wypisuję, zamiast o Sudetach, zastygłych w lodzie wodospadach, widokach niezrównanych, radości z wędrowania, zmęczenia ... tego nikt nam nie zabierze:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Więc Tobie trzeba w góry, Mario. Chciałbym poznać Twoje wrażenia z Sudetów, ale masz daleko, a więc tym samym drogo...
      Któryś Rzymianin, zapomniałem nazwiska, skleroza, powiedział, że władza deprawuje, a władza absolutna deprawuje w sposób absolutny. Miał na myśli cezara, ale pierwszy człon tej sentencji pozostaje aktualny, mimo upływu dwóch tysięcy lat. Wszyscy wiemy z własnych obserwacji, jak ludziom w głowach się przewraca, gdy coś i ktoś od nich zależy. Cóż, taka obrzydliwa ludzka cecha.
      A wiesz, ja też nierzadko się strofuje, gdy będąc w ładnych miejscach myślami albo w rozmowie wracam do pracy czy – to rzadziej – do polityki. Czasami trudno oderwać się od codzienności.
      Prawda, że takie wielkie sople wyglądają bardzo ładnie?

      Usuń
  2. Za wzmianką Marii z Pogórza Przemyskiego zawędrowałam tutaj. Ciekawie jest poczytać o wyprawach i refleksjach innych turystów, przemierzających moje strony rodzinne. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Aleksandro.
      Twoje imię budzi we mnie miłe i ciepłe skojarzenia :-)
      Zaglądaj, proszę. O Sudetach na tym blogu jest wiele tekstów.

      Usuń
    2. O, Aleksandra :)Wydaje się, że Internet taki przepastny, ale bratnie dusze i tu się znajdą ;)

      Usuń
  3. Karkonosze są piękne i pewnie kiedyś znów się w nie wybiorę, ale i tak Izery piękniejsze ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każda pliszka swój ogonek chwali, Anno :-) Inaczej mówiąc: Karkonosze są piękne, ale Góry Kaczawskie to dopiero uroda!
      Widzę spore podobieństwo Twoich gór do Karkonoszy. Owszem, te są wyższe i o wyraźniej zaznaczonych szczytach, ale podobieństwo jest w niemal stuprocentowym zalesieniu i w długich drogach w których można się zagubić. Zresztą, wiesz i znasz lepiej ode mnie. Natomiast Pogórze Izerskie ma dla mnie urok Gór Kaczawskich.

      Usuń
  4. Ha, czyli już jest zima, a wy udaliście się w wyższe partie gór. Nie ma to jak sobie ułatwiać życie. Karkonosze nie wyglądają tak przyjaźnie jak Góry Kaczawskie. Urwiska wyglądają na bardzo strome, jeśli oblodzone to niebezpieczne. Za to widoki też piękne, pomimo gorszej pogody. Niesamowite są rude dywany z liści zaścielające zbocze najwyraźniej przy tramwaju. Dokąd ten tramwaj zdążał, czy tramwaje kursowały pomiędzy miejscowościami w Karkonoszach?
    Najbardziej podobały mi się sople, a te wyrastające z ziemi stworzyły pewną scenę - są jak ludzkie figurki wyciągające ręce. O ile rozumiem zastyganie sopli to zawsze zdumiewało mnie powstawanie kul przy sznurkach, sznurowadłach, tasiemkach podczas wędrówek po łatach śnieżnych. Przecież końcówki nie są ciepłe i się nie kulają tylko ciągną się za człowiekiem.
    Napisałeś, że masyw jest silnie spękany - erozja, czas, tak regularnie? Skały długo żyją ale nie wiecznie. Ileż one się napatrzyły i nasyciły życiem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chomiku, za mało mam wiedzy o geomorfologii, aby wyjaśnić proces regularnego pękania masywu. Nie sądzę, aby spowodowały to zwykłe czynniki niszczące odsłonięte skały, jak woda, mróz, wiatry itp.; te mogły chyba tylko wspomóc inny proces. Może spękania powstały przez naprężenia mas skał wypychanych ku powierzchni siłami górotwórczymi, a na pewno te ciosy (bo geologom nie brakuje osobnych nazw na wszystko) ułatwiały dobywanie kamienia. No bo tak ładnie popękane były w bloki…
      Tramwaj kursował z Jeleniej Góry, ta linia była częścią miejskiego systemu komunikacyjnego. Na tablicy tam stojącej podano informację, iż gmina, w której była wioska, porozumiała się z władzami miasta, dołożyła grosza, i zbudowano linię. Cieszyła się powodzeniem, dzisiaj zapewne też cieszyłaby się, ale nie ma już na to szans, bo wszystko rozebrane.
      Kiedyś w Górach Kaczawskich wszedłem do jakiejś groty, i zobaczyłem lodowe sople wystające z sufitu, wyrastające na podłożu, ale i takie, które połączyły się, tworząc szklane kolumny. Ładny widok.
      Zauważyłem, że kule przy butach tworzą się gdy jest niewielki mróz. Śnieg jest wtedy lepki, a kule powstają być może przez toczenie się przylepionego śniegu po butach w czasie chodu. Tak czy inaczej efekt jest zaskakujący.

      Usuń
  5. Pod koniec naszej wędrówki miałem pewien niedosyt, bowiem zalegający w górnych partiach Karkonoszy śnieg pokrzyżował moje pierwotne zamierzenia. Sądzę jednak, że dobrze wykorzystaliśmy nasz czas w Królestwie Rzepióra.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze, Janku.
      Niedosyt i ja króciutko odczuwałem, ale tylko z powodu tej godziny, o którą mogliśmy wydłużyć trasę. Od początku przywykłem do wykorzystywania dnia od świtu do zmroku, a ilekroć zdarzy się mi wrócić do samochodu za dnia, pojawiają się myśli o niepełnym wykorzystaniu czasu. Natomiast obie trasy – ta, którą przeszliśmy, i Twoja planowana – byłyby dobre, skoro jedna i druga mi nieznana. Jedna i druga do poznania. Ileż to razy w moich górach miałem iść tamtędy, poszedłem tędy przez przypadek, albo pchnięty chwilą, myślą, widokiem, czymkolwiek. Ale nic to – szedłem.
      Szliśmy, Janku, i patrzyliśmy.

      Usuń