Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

niedziela, 14 stycznia 2018

Deszczowa wędrówka


070118

Muchów, Mszana, Nowowiejski Wąwóz, Ruski Most, Zbójecki Zamek w Wąwozie Siedmickim, Nowa Wieś Wielka, Wąwóz Lipa, Olszowy Staw, czarnym szlakiem do Muchowa.




Noc niechętnie ustępowała przed dniem. Siedziałem w samochodzie i patrzyłem na krople deszczu spływające zygzakami po szybach. Zapaliłem światło, na dworze w tej samej chwili nastała noc; po wciśnięciu przycisku wrócił szary, smętny i zapłakany świt. Zapowiadano jedną godzinę deszczu, pomyślałem pocieszając się. Założyłem ochraniacze i plecak, w kieszeń włożyłem kanapkę i nieprzemakalne rękawice. Była godzina 7.15, rozjaśniło się na tyle, że ruszyłem.

Nim dojdę do dróżki w lesie, powinno się zrobić całkiem jasno – pomyślałem.

Wyruszałem z wioski Muchów, a szedłem na Mszanę. Górę widziałem niedawno przechodząc w pobliżu i obiecałem sobie ją odwiedzić. Cała jest zalesiona, widoków z niej nie ma żadnych, ale jest tam tak ładnie, że mało raz być i już nie wrócić. Sama góra jest rezerwatem, przejść można tylko wyznaczonym szlakiem i nawet grzybów zbierać nie można. Dobrze, pójdę szlakiem. Poszedłem i swoim zwyczajem drogę zgubiłem. Chyba nie potrafię chodzić wyznaczonymi szlakami. Nie, nie zabłądziłem, bo co prawda słońce nie było widoczne, ale iść tamtędy jest łatwo: pod górę idzie się na szczyt, w dół do drogi leśników. Więc szedłem pod górę lasem, którego pamiętałem z pierwszych odwiedzin góry: to las grabowo-dębowy ze sporą domieszką klonów. Wyobrażacie sobie taki las w lecie? Albo wczesną jesienią? Czy może być ładniejszy las? Wątpię. Znam kilka takich lasów w moich górach, ale nie zdradzę wszystkich, niech będą moimi prywatnymi rezerwatami.




Pod szczytami (Mszana ma przynajmniej dwa wierzchołki) leżą czarne złomy bazaltu, wszędzie wokół z ziemi wystają ostre i czarne zębiska skalne, a wśród nich, albo na nich, leżą, czasami jedne na drugich, drzewa zwalone wiatrem lub wiekiem. Dzikie, urokliwe miejsca, aczkolwiek surowa jest ich uroda. Góra nie jest nekiem, ale to bazaltowe rumowisko jest pozostałością po wulkanie, który po prostu lawą zalał okolicę.

Wrażenie robi wieża widokowa. Jest solidna, kamienno-ceglana, ze spiralnymi schodami i maleńką platformą widokową, tyle że widoków z niej nie ma, bo jest niższa od drzew wokół. Dwie znam takie „niewidokowe” wieże, wszystkich jest więcej, a ich budowę finansowało niemieckie towarzystwo miłośników Sudetów ze składek swoich członków. Tyleż lat temu mieli na to fundusze i odczuwali potrzebę takich budów, nam brakuje jednego i drugiego. A ileż jest w Sudetach ruin schronisk zbudowanych i użytkowanych przez poprzednich gospodarzy tych ziem, a po wojnie zniszczonych! Czasami odczuwam wstyd.




Pod wieżą, w miejscu kopalnianego wyrobiska, bazalt góry jest odsłonięty. Dziwna i ładna jest tam formacja skał pękających w równe, sześciokątne słupy. Stojąc przed skalną ścianą widać, jak cienką warstwę zajmuje las – życie na martwych kamieniach. Patrząc na te słupy i drzewa rosnące na nich, pojawia się myśl o wielkości Ziemi: wszystko, co nam bliskie i swojskie, cały nasz świat, jest cienką skorupką na skałach sięgających tysiące kilometrów w głąb kuli ziemskiej.



Wczoraj wspomniałem miejsca moich przerw w łazędze, a dzisiaj pomyślałem o odwiedzeniu jednego z nich. Jest kilka kilometrów na południe, nad małym strumykiem Rogozino, a że w pobliżu są ładne wąwozy...

Dwojaki jest ich urok. Idąc łagodnie tam falującymi polami widzi się ścianę lasu – zwykły widok, ale gdy wejdzie się między pierwsze drzewa, nagle równa i przyjazna powierzchnia pól załamuje się i ostro opada w ciemny jar – jakby w inny świat się wstępowało. Dnem płynie strumień, a zbocza, dość strome, czasami dwudziestometrowej wysokości, najeżone są czarnymi i metalicznie zielonymi, nierównymi, kruszejącymi skałami. Niektóre wysokie są na dziesięć metrów, a wśród chaotycznych kształtów zdarzają się pionowe ściany. W szarym lesie, pod burym niebem, te skały wydają się wieczne i… i niechętne człowiekowi. Pod grupę najwyższych skał wdrapałem się, chcąc z bliska spojrzeć na nie, dotknąć, zadrzeć głowę i spod podstawy zobaczyć ich szczyty. Rozsądne to nie było, jako że nachylenie stoku jest duże, pod liśćmi leżą oślizłe gałęzie i ruchomy, drobny skalny rumosz. Macałem go kijami i butami, a myśl wracała do zdarzenia, które spotkało kolegę z pracy: spadł z niskiego stopnia drabiny, złamał dwa palce stopy i dwa miesiące się kurował. Do pracy wrócił, ale kuleje.






Po wyjściu z pierwszego wąwozu dochodzi się do rozstaju dróg. Moja wypadała w prawo, ale wiedziałem, że gdy pójdę w lewo, po kwadransie dojdę do kolejnego wąwozu i do skały Zbójecki Zamek. Skręciłem w lewo, chcąc jeszcze raz przeżyć wrażenie pamiętane z czasu pierwszego przejścia. Najpierw na zboczu dostrzega się niewyraźny zarys wysokiej skały między drzewami, a gdy podejdzie się bliżej, wydaje się, że skała wyrasta z dna wąwozu i go tarasuje. Pamiętam, że będąc tam pierwszy raz, odruchowo zapytałem się siebie, co się dzieje z wodą strumienia, skoro wąwóz jest zagrodzony skałą. Nieco dalej widać, że złudzenie tarasowania jest efektem zakręcania wąwozu. Skała jest duża, oczywiście czarna, poszarpana, a żeby dojść do niej, trzeba przejść przez gruby pień zwalonego świerka najeżonego gałęziami niczym palisada na podejściu pod zamek. Ciemno tam, dziko i ładnie.

Przed wejściem do Wąwozu Lipa stoi tablica informacyjna. Dowiedziałem się z niej o podwodnym rodowodzie skał na zboczach wąwozu: są pozostałością po wylewie lawy z wulkanu na dnie morza i mają blisko pół miliarda lat. Wtedy nawet dinozaurów jeszcze nie było! – pomyślałem ze zdumieniem. Niżej przeczytałem o ostańcach denudacyjnych. Hmm, czy to ma sens? Czy nie ma tutaj masła maślanego? Ostaniec to po prostu skała, która się ostała, a procesy denudacyjne to te wszystkie liczne mechanizmy powodujące wyrównywanie Ziemi, obniżanie wyniosłości, to dążność po tworzenia równin. Po co więc pisać o ostańcach denudacyjnych, skoro wszystkie są takie? Znajduję tutaj charakterystyczną dla geologów skłonność do (nad) używania mało znanych – ale uczenie brzmiących – nazw związanych z budową i morfologią Ziemi.





Znaki szlaku nakazywały skręcać, ale usłyszawszy bliski szum jadącego samochodu, zaintrygowany wyszedłem z lasu na jezdnię i się rozejrzałem. Tutaj nie powinno być szosy. Gdzie ja jestem? Na chybił trafił wybrałem kierunek i ruszyłem. Po stu metrach poznałem zatoczkę parkingową: byłem pod wsią Lipa, ale nie tam, gdzie się spodziewałem. Dopiero w rezultacie dokładnej analizy mapy stwierdziłem, że z moim jej czytaniem nie zawsze jest tak, jak chciałbym żeby było; po prostu popełniłem gafę nie biorąc pod uwagę odległości i przebiegu trasy. Ponownie wszedłem w las by dokończyć wędrówkę.

Deszcz, chwilami z domieszką śniegu, siąpił bez przerwy. Nie przemokłem, ale całe wierzchnie ubranie miałem zawilgocone. Nieopatrznie założyłem lekkie buty, no i teraz, po wielokrotnym przechodzeniu przez strumienie, w lewym poczułem wilgoć. Pierwszy prawdziwy egzamin zdały nieprzemakalne rękawice okazując się naprawdę trudne do przemoczenia.

Doszedłem do ładnego Olszowego Stawu.


 Wiedziałem, że z drugiej strony wpływa do niego strumień, do którego chciałem dojść. Była godzina piętnasta, miałem półtorej godziny do zmroku i cztery lub pięć kilometrów do samochodu. Zdążę, stwierdziłem i poszedłem wzdłuż brzegu. Trafiłem na zarośla, zacząłem je omijać, w końcu uznałem, że nawet jeśli dojdę, nie będę mieć czasu na posiedzenie w spokoju, na wsłuchanie się w siebie. Wracając, znalazłem inne ładne miejsce, nad samym stawem. Stałem tam chwilę patrząc na uroczą wysepkę i dwa łabędzie. Teraz mam dwa miejsca do odwiedzenia.

Zaczynał się zmierzch. Wracałem. Deszcz zamienił się w śnieg, powoli malując las na zimowo. Dwa kilometry przed wioską zobaczyłem zadaszone ławki, miejsce odpoczynku dla turystów. Usiadłem i pijąc resztkę herbaty, jedząc ostatnią kanapkę, patrzyłem na niknące w mroku małe brązowe buki po drugiej stronie drogi. Dobrze mi się tam siedziało, podobał mi się ten zmierzch mokrego, szarego dnia zimowego.

Wstałem, gdy wstrząsnęło mną zimno, i na zesztywniałych nogach ruszyłem do wioski.





10 komentarzy:

  1. Niezwykła wieża widokowa, bardzo podoba mi się zestawienie kamienia z cegłą, pewnie kiedyś nie było tam drzew, i można było podziwiać krajobraz dookoła; z kolei bazaltowe słupy czy te porowate skały wystające z podłoża każą się zawsze z lekka pochylić nad historią Ziemi, milionami lat przemian i procesów górotwórczych ... Sudety są górami starymi, w porównaniu z lichymi skorupkami skalnymi młodzika Pogórza:-)
    Las gnomów, trolli, krasnoludów ... nie spotkałeś tam aby żadnego?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mario, mój wymarzony dom budowałbym z kamieni, czerwonej tradycyjnej cegły i z drewna. Nie jakichś paneli, za przeproszeniem, ale z bali. Takie budynki najbardziej mi się podobają.
      Tę wieżę budowano z materiałów jakie były pod ręką, cegłę użyto jako uzupełnienie, ale i tak poszło jej tam sporo. Patrzyłem wokół myśląc o tej budowie. Najbliższa droga jest blisko, około kilometr, może jeszcze kawałek podjedzie się furmanką, ale ostatni odcinek, może 100 metrów, chyba trzeba było nieść materiały budowlane, także wodę. Mnóstwo pracy. Parę lat temu widziałem nową, wysoką wieżę na Trójmorskim Wierchu, też w Sudetach. Drewniana i zrobiona byle jak. Pamiętam, że oglądając ją okiem technika przewidywałem jej nieodległy remont. A ta wieża stoi chyba z 80 lat i ma szansę stać dwakroć dłużej.
      Gnomy? Oj tak, Mario! Gdy widzi się te wieże (piszę w liczbie mnogiej myśląc i o podobnej wieży w innej części moich gór) stojące w dzikim lesie, bez drogi i bez widoków z nich, ma się wrażenie patrzenia na wieże z czarodziejskiej krainy. Naprawdę tak jest :-)

      Usuń
  2. Las rosnący na lawie, na kamieniu, bazalcie. Z bazaltu powstaje kamień. Mówi się przecież bazaltowe skały. Te korzenie są na wierzchu, jakby drzewa mogły się poruszać. Czy te graby, dęby i klony były męskie i żeńskie, czy tylko męskie? Wiesz przypomniały mi się tolkienowskie Enty, ktore szukały swoich żon? W zasadzie to nie wiem, czy w zapiskach Tolkiena znajduje się jakiś zapis, notatka, o tym co się zdarzyło i dlaczego te żony od Entow odeszły i czemu nie wróciły. Bardzo tajemnicza, niewyjaśniona historia.
    Las zaiste stary i splątany. Ze zdjęć wygląda na uroczysko. A te wieże to śmieszne, nic nie widać i są widokowe :). Do twarzy im z tymi cegłami. Takie dostojne ostańce, surowe ale i życzliwe, pilnujące spokoju w rezerwacie. Najbardziej dziwią mnie te oczka, skąd tyle wody w Sudetach, rozumiem na Mazurach, na Kaszubach ale w górach? Cóż skrzaty i gnomy pić muszą. Ha, a może te te Enty postanowiły żonom dogodzić i jeziorka urządzić, aby sprowadzić je do domu. A może już są? Na jednym ze zdjęć widać parę drzew, których korzenie splatają się tuż nad wodą, a na innym na suchym gruncie. Tak, tak, wróciły, już są :D.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczka, ale i moczary, są i w górach. Wszak dla ich powstania nie tyle wysokość ponad morzem jest ważna, co nieprzepuszczalne podłoże, niecka do której dopływa woda i brak jej odpływu.
      Poza tym pamiętaj, że daję wspólne miano samym górom i pogórzu. Te góry są niskie, a pogórze to na ogół pagórki jak na wyżynie.
      Kiedyś myślałem o przeczytaniu Tolkiena, ale zabrakło czasu i determinacji, a teraz… teraz dostrzegam przedziwną zależność: im więcej mam lat, tym mniej mam czasu.
      Szczerze mówiąc kiepski jestem w rozpoznawaniu płci drzew, myślę jednak, że są tam drzewa on i drzewa ona :-)

      Usuń
    2. Wiem, o górach i pagórkach. Te wielkie mnie przerażają, mam respekt przed nimi, te niższe są do chodzenia i podziwiania. Fascynuje mnie idea podróżowania, poznawania, a niekoniecznie mierzenia się z naturą. Jest silniejsza niż człowiek bez swoich akcesoriów.
      Do czytania Tolkiena nie będę namawiać, za wiele już powiedziano, napisano i sfilmowano. Trudno być tutaj obiektywnym. Może nie dla Ciebie, może już za póżno, albo po prostu nie teraz lub w ogóle niepotrzebne było i nadal jest. Ja długo nie czytałam, skłoniła mnie do tego biografia Tolkiena, jego relacja z żoną, przyjaciółmi (też Lewisem). Jednak jest tyle książek do przeczytania i przeżycia, że wszystko mona sobie odpuścić.
      Jeśli chodzi o czas, to wiesz, ze ciagle na niego narzekam. Gdyby był człowiekiem to klociłabym się z nim bez przerwy. Tak, też to odczuwam, biegnie szybciej. Goni.
      W przypadku płci drzew mona postawić na rodzaj. To drzewo, chyba i to, i to, bez rozstrzygnięcia.

      Usuń
    3. Chomiku, coraz bardziej odchodzę od powieści, coraz rzadziej je czytam. Nie tylko z braku czasu, ale i ze względu na inne preferencje. Mniej ważna jest teraz rozrywka związana z książkami. Chciałbym z nich czegoś się dowiedzieć, coś poznać, czegoś doświadczyć i przeżyć, a co z tego mogę mieć czytają genealogię rodu książęcego nieistniejącego księstwa w nieistniejącym świecie, albo gdy będę poznawać ich dziwne, wymyślone przez autora, zwyczaje i walki o władzę? Mówi się, że Proust pisze o niczym. Owszem, nie ma tam akcji, dziania się, ale jest piękno stylu, spostrzeżeń, przeżywania. Wczoraj dostałem przesyłkę, to Fajdros, brakujący mi dialog Platona. Z niego czegoś się dowiem, a nie sądzę, żebym dowiedział się z książek Tolkiena, chociaż nie wykluczam, że od niego samego mógłbym.
      Poza tym jest tak jak pisałaś: nie mamy szans przeczytać nawet promila wartościowych książek.
      Te trudne góry alpejskiego typu i mnie straszą. Nie pójdę na nie, bo nie lubię się bać, dość mi adrenaliny w czasie kontaktów z pijanymi klientami, a w góry idę dla uroku i swobody wędrowania. Jednak Tatry lubiłem.
      Chomiku, myślę, że w moich górach podobałoby Ci się. Jeśli zabłądziłabyś kiedyś na Dolny Śląsk, pójdziemy razem i pokażę Ci parę moich ulubionych miejsc.

      Usuń
  3. Piękne te bazaltowe słupy. Pamiętam z dzieciństwa swoją fascynację ową zastyglą lawą. Wysypywanie nią dróg wydawało mi się jakimś świętokradztwem. a las... niesamowite uroczysko. Po dzisiejszej wichurze padna kolejne drzewa. Potwornie wieje!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze nie uporządkowano bałaganu po ostatniej wichurze, tej z początki jesieni, a tu już następna…
      Na górze Mszana leży trochę zwalonych drzew (to pierwsze zdjęcia, te w środku tekstu), ale nie ma ich wiele. Las tam jest mocny, zdrowy, ale też nie ma w nim wielkich okazów, takich pomnikowych. Może dlatego trzyma się nieźle. Natomiast w innym miejscu brzegiem lasu płynie strumień i leży dużo zwalonych drzew – to ostatnie zdjęcia. Myślę, że wolna przestrzeń z jednej strony, plus miękki, na pół bagnisty teren, przyczyniły się do tej hekatomby ofiar. Tam faktycznie jest uroczysko.

      Usuń
  4. Ścieżka Las Świniec. To o niej mówiłem Ci podczas naszej ostatniej wędrówki. Bardzo dawno nią szedłem i postaram się jeszcze ją odwiedzić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Janku, oglądałem mapę, okazuje się, że szedłem obrzeżem tego lasu. Dobrze się składa, bo jak chyba Ci mówiłem, chciałbym wrócić w rejon Mszany, dojść lasami do Obłogi, a Las Świniec jest bliziutko, w tym samym masywie leśnym.
      Mamy więc ustaloną trasę na wspólną wędrówkę?

      Usuń