Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

sobota, 13 lipca 2019

Jeszcze o "Szczelinach istnienia"



080719


Krzątactwem nazywa autorka zwykłe nasze codziennie powtarzane czynności: pielęgnowanie ciała, sprzątanie mieszkania, gotowanie, zakupy, mycie garnków, wynoszenie śmieci. Czynności niepamiętane i nieważne nazajutrz, albo i po godzinie.


>>Podstawę naszego istnienia stanowi codzienność. A że fakt istnienia przeżywamy jako niezwykle ważny, więc ogarnia nas zdumienie, ilekroć uświadamiamy sobie, że upływa ono na drobiazgach.<<


Te słowa są na okładce książki, jednak cytat urwano w połowie. Tę ważniejszą pominięto, zostawiając bardziej efektowną.


>>Codzienność stanowiąca tło egzystencjalne zdarzeń niezwykłych, których oczekujemy – często nadaremnie – może więc decydować o wszystkim. Ma wymiar drobny. Częstotliwość dużą. Jest niezauważalna.<<


Właściwie mamy wszystko w tych słowach.
Zwykła, nierzadko nudna i męcząca, codzienność, jest niemal wszystkim, co wypełnia nasz czas. Jej postrzeganie i ocenianie przez nas, decyduje o postrzeganiu i ocenianiu swojego życia. Nie można więc zwykłych naszych dni traktować jak poczekalni przed salą kinową. Film wyświetlany jest tu i teraz, nie tam i kiedyś.


>>Skoro nasze istnienie przebiega głównie w doświadczeniu potocznym, pośród czynności zwykłych, to odmawiając im znaczenia, unieważniamy się sami.<<


W dobrym dziele filozoficznym zadziwia spostrzegawczość autora, jego precyzja myślenia i zdolność wyciągania wniosków uogólniających. Dostrzeganie w tym samym świecie, na który i my patrzymy, także w nas samych, cech i prawideł niewidocznych dla nas bez ich pomocy. Te cechy dobrej filozofii wyraźnie są widoczne w Szczelinach istnienia.


>>Codzienność budowana jest ze znikających gestów, ulatujących problemów, z przedsięwzięć, które tracą znaczenie, gdy tylko zostaną wykonane. Są to wysiłki, które domyka przywierająca do nich nicość.<<


>>(…) Z czasem unicestwiony i zapomniany zostaje każdy wysiłek dokonany w codziennej krzątaninie. Zatem zagrożone jest bezpośrednio moje istnienie, gdyż codzienność trwoni je na czynności, które sprawiają wrażenie nieuniknionych, a po chwili okazują się nieważne. Ratunkiem byłoby więc odsłonięcie sensu akcji, w której uczestniczę. Jeśli ona ma jakiś sens.<<


Właśnie, sens. Strony, na których autorka wyjaśnia ów sens, przeczytałem dwa razy nie potrafiąc zrozumieć toku jej myśli i wojennej retoryki. Zmęczony, może i trochę zniechęcony, książkę odłożyłem, ale na drugi dzień wróciłem do niej z mocnym postanowieniem wyjaśnienia zagadki, teraz już podwójnej: toku rozumowania Brach-Czainy i sensu naszej codzienności wypełnionej krzątactwem. Gdy w końcu zrozumiałem, a przynajmniej uznałem, że zrozumiałem, poczułem zadowolenie wyjątkowego rodzaju. Odczuć je można, gdy po własnym wysiłku intelektualnym zrozumie się myśli osoby przekładającej na słowa swoje przemyślenia – rezultat pracy intelektu – a to wszystko dzięki słowom. Dzięki sztuce pisania i czytania.


Oto mamy spełnioną niemożliwość: spotkanie ludzi, którzy nigdy się nie spotkają.


>>Codzienność bowiem jest nie tylko bezpieczną, płytką laguną nieruchomej nudy, lecz także samym środkiem bytowania, miejscem podstępnej, głębinowej, nieprzejednanej walki sił istnienia i unicestwiania. (…) Drobne czynności krzątaczego bytowania, błahe gesty – obcinania paznokci albo nakrywanie stołu i sprzątanie z niego – jak się okazuje, mają poważne konsekwencje. Bezwzględne. Zimne. Ostateczne. Krzątactwo osadza codzienność w metafizycznym porządku rzeczy, w którym istnienie konfrontowane jest z nicością.<<


Że codzienność jest samym środkiem naszego bytowania, to wiadomo, ale skąd słowa o bezwzględności, ostateczności, nieprzejednanej walce? Zmyliły mnie one. Nie rozumiałem ich kontekstu. Wróciłem do wcześniejszych słów autorki, do wyjaśnień pojęcia krzątactwa, a okazały się one bliższe psychologii niż filozofii.


Bez zajmowania się czymś, czymkolwiek, bez codziennego krzątania się, wpadamy w destrukcyjną apatię narastającą aż do zatracenia osobowości. Do nieistnienia. Nasza psychika nie zniesie ani próżni, nicnierobienia, ani nieustających uniesień. Musimy więc krzątać się, bo na tej podstawie, jakże nudnej i upierdliwej powtarzalnością, budować można to wszystko, co czasami wznosi nas ponad codzienność, z niej jednak wyrastając.


>>Zdarzenia niezwykłe, niecodzienne, te, na które czekamy, nie przychodzą z zewnątrz, z innego świata, skoro zaczynają się w codzienności wypełnionej naszym krzątactwem.<<


>>Wprawdzie jako opozycję krzątactwa rozpoznajemy bezruch bezczynności, ale chodzi tu nie tyle o lenistwo, ile o egzystencjalne odrętwienie. Dziury, przerwy, pęknięcia wyżarte w dzianinie aktywności przez zniechęcenie czy ból. Drobne czyny nieudźwignięte: niewstanie z łóżka, niewyjście z domu, nieodbyta rozmowa. Kiedy opadają nam ręce, siły zagłady szaleją w codzienności. (…) Krzątactwo utrzymuje codzienność w niepewnym punkcie napięcia między istnieniem a nicością.<<


W pełni zgadzając się z wnioskiem profesorki, odczuwam lekki niedosyt i jakby ślad zawodu. Najwyraźniej spodziewałem się odkrycia… nie wiem czego. Czegoś, co zrozumiane i przyjęte wyniosłoby moją codzienność wysoko ponad jej nudnawą treść.


Trzeba więc wrócić do moich starań i mojej filozofii, jednak słowa autorki będę pamiętał i mam nadzieję na chociaż nieco inne widzenie codzienności z jej krzątactwem.


Dokucza mi niepamiętanie mojego czasu minionego. Oglądam się i co widzę z ostatniego roku, a nawet tygodnia? Garść ocalonych chwil, cała reszta, moja przecież, właściwie nie istnieje, skoro nic z niej nie pamiętam. Życie mija niezapamiętywane i po prostu przepada, a ja chciałbym ocalić swój czas od zapomnienia.
Wiem, że nie da się zapamiętać wszystkich chwil, wiem i z trudem godzę się na to, ale ciągle mi mało tych pamiętanych i staram się o więcej. Sposób jest prosty w wysłowieniu, trudny w zastosowaniu: chwile należy wyróżnić, wtedy nasza pamięć je przechowa. Nawet jeśli nie na zawsze, to pozwoli na wzbogacenie wspomnień roku czy tygodnia. Tyle że nie potrafię – nie wiem, jak inni – wyróżnić chwil życia swoim chceniem, aktem woli. Objawia się tutaj jakiś dziwny, bo samowolny, mechanizm decydujący o zapamiętaniu, a więc o dostrzeżeniu w zwykłej chwili pierwiastka ją wyróżniającego, przerywającego monotonię codzienności niechby tylko na chwilę. Wyniesienie uwagi i przeżywania może trwać krótko, ale pamięć ją przedłuża wspominaniem i wzmacnia oczyszczeniem od szarych naleciałości dnia. W pamięci chwila zawsze jest piękniejsza i czystsza. Może w ten sposób dostaję rekompensatę za te zagubione?…


Ważne jest nastawienie, patrzenie i otwartość. Oczekiwanie, ale nie błysku na niebie lub w naszej głowie, nie zaczarowania ani zachłyśnięcia się czymś absolutnie wyjątkowym, ponieważ takie chwile zdarzają się nadzwyczaj rzadko. Cała tajemnica tkwi w przekonaniu o możliwej wyjątkowości każdej naszej chwili, nawet tej najzwyklejszej.


Na zakończenie – możliwe, że tylko tej części mojej przygody z książką Brach-Czainy – cytat.


>>Szczególnie narażone na podskórne działanie codzienności są uczucia. Codzienność potrafi zdziesiątkować je bezgłośnie. Gdy świadomość łudzi nas ich obrazem wyrytym przez zdarzenia niezwykłe, w tym samym czasie codzienność, działając poza obszarem czyjejkolwiek uwagi, odmienia je bezlitośnie i nieodwołalnie. Powtarzamy te same zachowania, nie zauważając, że straciły dawne znaczenie, a nawet nabrały nowych, sprzecznych z pierwotnymi. Rytuały codzienności dezorientują nas do tego stopnia, że bierzemy za potwierdzenie to, co od dawna oznacza przeczenie. Opieramy się ufnie na powierzchownym podobieństwie gestów i pozwalamy, by nas łudziły. Sądzimy, że nic się nie dzieje, aż do chwili, gdy nie sposób dłużej zaprzeczać, że coś się stało, bo wstrząsa nami jakieś zdarzenie drastyczne, które do codzienności już nie należy, choć z niej wyrasta.<<

Wstrząsnęły mną te słowa, jakże piękne i boleśnie prawdziwe.
* * *
Po kilku deszczowych dniach zaświeciło słońce, było ciepło i sucho. Leżałem na trawie pod wózkiem kolejki górskiej, robiąc przegląd instalacji elektrycznej. Nogi miałem swobodnie wyciągnięte, czułem przyjemne zapadnięcie brzucha i rozluźnienie mięśni, jedynie ramiona męczyły się uniesieniem. Właśnie opuściłem je dla odpoczynku i przeniosłem wzrok poza brzuch wózka. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie zapatrzenie w błękit nieba widziany między słupami i torami kolejki. Był piękny. Patrzyłem długo, niemal zauroczony, czując wypogadzanie się moich myśli i budzącą się radość.
Słońce i błękit nieba – tylko tyle, a tak wiele.
W czasie przerwy wziąłem telefon i zrobiłem te zdjęcia – na pamiątkę jasnej, miłej chwili złapanej w zwykły dzień.













10 komentarzy:

  1. Krzysiek, może zacznę od końca. W epoce "malucha" potrafiłem wcisnąć się pod "jego brzuch" i wtedy mogłem wykręcić rozrusznik, którego bolączką były wycierające się tulejki. A tamte chwile przypomniało mi Twoje zdjęcie mechanizmu kolejki górskiej. Martwi mnie widok miedzianej sztabki, jak mniemam, jakiegoś stycznika. Oj trudno by go było teraz odkręcić.
    Widzę również, że kiedyś brzeszczot piłki do metalu był w użyciu!.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To raczej zadrapanie szlifierką, ale przyjrzę się, bo wózek nadal stoi poza kolejką, czekam na brakujące mi materiały. Janku, żeby ten płaskownik mosiężny wymontować, trzeba wyjąć go razem z plastikowym wahaczem do którego jest przykręcony, i dopiero w warsztacie, po całkowitym zeszlifowaniu łbów mocujących go śrub, odpadnie. W tym sezonie jeden już wymieniałem, bo mimo pięciomilimetrowej grubości starł się niemal całkowicie. A ściera się razem z śrubami, dlatego są stożkowe, chowane w grubości ślizgu. Kiedyś próbowałem używać mosiężnych, ale okazały się za mało wytrzymałe, a znowu stalowe rdzewieją, co nie jest dobre, bo płynie tam duży prąd, około 80 amper. Używam śrub ze stali nierdzewnej. A prąd jest tak duży, ponieważ dla bezpieczeństwa znacznie obniżono napięcie zasilania. Pamiętasz?: moc to iloczyn prądu i napięcia, a więc obniżając jedną wielkość, trzeba podnieść drugą, żeby moc się nie zmieniła.
      Silnik jest trzyfazowy, dwa pozostałe ślizgi zbierające prąd są jednocześnie klockami hamulcowymi. Na zdjęciu widać tylko jeden, drugi zdemontowałem żeby zobaczyć stan okrągłej szczotki mosiężnej, która jest pod klockiem. Widzisz ją? Cała ta konstrukcja jest bardzo solidna, ma już ponad 40 lat, a nigdzie nie ma pękniętego spawu, ale jest bardzo pracochłonna w naprawach. Wymiana tej okrągłej szczotki wymaga tak znacznego demontażu układu napędowego, że zajmuje to niemal cały dzień.

      No i daliśmy przykład swobodnego przejścia od filozofii do elektryki i codzienności :-)

      Usuń
  2. Tak, oporządzanie samego siebie. Mnie boli, od nie wiem już sama od ilu lat. Pułapka? Niekoniecznie, raczej przystosowanie się, lecz nie w jego warstwie negatywnej, raczej elastyczność, a nie sztywność i znieruchomienie.
    Szczeliny czekają, nie tknęłam. Słucham za to drzew, uspokajają.
    Martwię się, że tak mało pamiętam, że powinnam więcej, i że chciałabym więcej, i nic.
    Praca kręci się swoim zwyczajem, aczkolwiek teraz to "dno". Nic nie rozumiem, lecz starać się bardziej nie zamierzam i sama sobie wybieram priorytety - "people first", a na resztę macham ręką.

    OdpowiedzUsuń
  3. Chomiku, to nasze codzienne krzątanie się ma dwa oblicza, co widzę teraz, po przeczytaniu książki.
    Pierwszy powszechnie znany, praktyczny, to właśnie oporządzanie siebie, jak powiedziałaś. W gruncie rzeczy niewiele tutaj możemy zmienić, na przykład zmniejszyć ilość krzątania. Rzadziej sprzątać mieszkanie, rzadziej prać ubrania czy myć zawartość zlewu w kuchni? Ale życie w bałaganie negatywnie działa na nas, wystarczy nie być perfekcjonistą biegającym codziennie ze szmatką zbierającą kurz. Więc zawsze dużo nam tego kręcenia się wokół zostaje i nie ma na to rady.
    Drugie oblicze jasno nakreśliła Brach-Czaina, a i bez niej osobom wnikliwszym nie jest obce: musimy coś robić, bo taką mamy konstrukcję psychiczną, taki umysł. Ta nasza podczaszkowa maszyna do myślenia nie znosi próżni.
    Tutaj przypomniał mi się eksperyment, któremu poddawani byli kadeci ze szkoły pilotów statków kosmicznych z opowiadania Stanisława Lema. Polegał na zanurzeniu człowieka w osolonej i ciepłej wodzie. Oczu nie mógł otworzyć, wody nie czuł, bo ta miała odpowiednią temperaturę, oddychał przez rurkę, nie mógł się ruszać. Czyli kompletne odcięcie od świata zewnętrznego. Żadnych danych dopływających zmysłami do umysłu. Kompletne zero informacyjne i ruchowe. Podobne badania były faktycznie robione. Ludzie długo nie wytrzymują takiego stanu, bo fiksują zupełnie. A w zwykłych sytuacjach życiowych, przy nadmiernym ograniczeniu zajęć popadamy w odrętwienie emocjonalne, które łatwo narasta.
    Czyli musimy się krzątać, mimo że cholera nas bierze, bo przecież te zajęcia końca nie mają.
    Mamy jeszcze jedną cechę, o której autorka nie pisała, ale nie musiała, bo jest znana. Nam najbardziej podobają się chwile kradzione, wyrwane pracy i krzątactwu. Wygospodarowane. Parę godzin nad miłą lekturą czy spędzone na ciekawej rozmowie, wolny dzień spędzony tak, jak chcemy, dwa tygodnie udanego urlopu.
    Czy te godziny i dni byłyby równie miłe, pamiętane, pożądane, gdyby mogły trwać zawsze?
    Przecież nie – i tutaj mamy drugą niesprawiedliwość, obok konieczności upierdliwego krzątania się.
    Chomiku, za rok nie będzie mnie w lunaparku, więc powinienem być zdystansowany od problemów pracy i firmy, a przyznam, że mam z tym kłopoty. Wkurza mnie ta moja nieumiejętność, ale trudno mi zmienić reagowanie, bo tyle to oznacza, co zmienić siebie.

    Słuchasz drzew. Podoba mi się to. A wiesz, jeśli drzewa coś emanują, co można wyczuć, to najwięcej tego czegoś ma brzoza. Fizyczny kontakt z nią odpręża. Robię tak: obejmują ją przykładając całe dłonie do pnia i... i stoję tak klika minut. Spróbuj kilka razy i słuchaj siebie. Jest szansa na usłyszenie... czegoś.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mamy jeszcze nasze swoiste pamiętniki, nasze blogi, w których zapisane są sytuacje, odczucia, czasami wracam do starego wpisu i dziwię się, że było jakieś zdarzenie:-) Ty masz swoje książki, w nich zawarte są uczucia, zdarzenia, które umykają z czasem, zacierają się; człowiek to jak koń dorożkarski, z klapkami na oczach wykonuje codzienne czynności, czasami automatycznie, dlatego zastanawia się, wyłączone żelazko? zamknięty kurek od gazu? przekręcony klucz w drzwiach?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mario, taką samą myśl wyraziłem w zdaniach zamieszczonych na okładce książki. Że pisanie jest jakby ponownym przeżywaniem i wydobywaniem wrażeń niezauważonych czy niedocenionych wtedy, gdy się działy.
      Bywa, że gdy spotka nas coś wartego zapamiętania, coś cennego czy ładnego, odczucia związane z tym dzianiem się mieszają się nam z prozaicznymi zdarzeniami dnia. Ot, na przykład, patrzysz na wyjątkowo piękny świt, ale zimno Ci, albo do łepetyny uparcie wraca myśl o jutrzejszym trudnym dniu. We wspomnieniu nie ma tego szarego nalotu codzienności.
      Wspomnienie, także to zapisane, jest czystsze.
      Takie myśli o jakich napisałaś, bywają wielce upierdliwe. Czasami chcę wrócić pod drzwi żeby sprawdzić, czy zamknąłem, a przecież wiem, że zamknąłem :-)
      Tyle że czasami tego rodzaju czynności robimy odruchowo, myślami będąc gdzie indziej, i przez to później nie pamiętamy chwili odłączenia żelazka czy zamknięcia drzwi.

      Usuń
  5. Bardzo ciekawy temat i interesujące rozważania. Akurat jestem po niedawnej lekturze książki "Sztuka prostoty" (Dominique Loreau), w której temat bycia tu i teraz oraz zajmowania się bieżącymi zadaniami, czynnościami z całą uwagą, na jaką nas stać, również został poruszony. Przy pierwszym czytaniu tej książki wielokrotnie odczuwałam coś w rodzaju irytacji, gdyż uznałam, że autorka utożsamia prostotę z minimalizmem oraz życiem na modłę japońską. Teraz czytam ją powtórnie i, w świetle Twoich wpisów na temat książki "Szczeliny istnienia", mój kąt widzenia znacznie się rozszerza. Aczkolwiek daleko mi jeszcze do dystansu i własnych przemyśleń ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniko, droga takich dociekań jest nie tylko trudna i długa, nierzadko na całe życie, ale i ukryta przed wieloma. Ty widzisz ją, więc idź, Twoje własne prawdy gdzieś tam czekają na Ciebie.
      Moje też, i mimo iż mogą być takie same, będą moje, Twoje, własne, nikogo więcej, bo sami do nich dojdziemy, a książki mogą nam jedynie pomóc.

      Usuń
    2. Pięknie to ująłęś. I mądrze. Dziękuję :-)

      Usuń
    3. Czasami coś się uda napisać... :-)

      Usuń