Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

sobota, 17 sierpnia 2019

Słońce, kosmos i matematyka

120819
Obudziły mnie odgłosu deszczu. Nasłuchiwałem chwilę, rozkoszując się suchością, ciepłem i milczeniem budzika, nim usnąłem. Kiedy zadzwonił było cicho, nie słyszałem werblu deszczu o blaszany dach. Z drzwi wróciłem się po bluzę, było chmurno i zbyt chłodno, żeby wyjść w samym podkoszulku. Jednak w ciągu godziny niebo wypogodziło się, a nawet jego błękit nabrał rzadkiej czystości. Zaświeciło słońce, bluza już wisiała w warsztacie, a ja czułem rozkoszne ciepło na ramionach. Nim pochyliłem głowę nad robotą, spojrzałem jeszcze raz na niebo: ganiały po nim jaskółki. Chwilę śledziłem jedną z nich, ale ona, jakby czując moje śledzenie, zmyliła mnie. Uśmiechnąłem się: czy słoń może nadążyć, niechby tylko wzrokiem, za księżniczką przestworzy?
Cud letniego ranka. Jak opisać swój nastrój – cichy, bez ochów i achów, taki normalny, zdawałoby się – a jednocześnie tak wyraźnie odmienny od grudniowego?
Poczułem w sobie chęć wzięcia w ramiona tego dnia, cząstki letniego czasu.

140819
Wczoraj nie mogłem oglądać Perseidów, niebo było zachmurzone, ale dzisiaj poszedłem na plażę. Było tam jaśniej niż się spodziewałem: zapalano kolorowe flary, latały drony i ogniste balony, spacerowicze mrugali silnymi latarkami, a na molo świeciły lampy. Odszedłem nieco na bok próbując przeżyć swoje spotkanie z przybyszami z kosmosu.
Przed sobą miałem Wielki Wóz, a pod nim, przy linii morza, ostatnie kolory zachodu. Natomiast za mną, nisko nad wierzchołkami drzew, świecił księżyc w pełni. Świecił tak jasno, że na jego połowie nieba nie widziałem żadnych gwiazd, za to przed sobą swój cień. Był tak kontrastowy, tak silny, że przez chwilę wzrokiem szukałem lampy.
Przyszło mi do głowy, że jeśli nawet nie zobaczę spalających się meteorów, to widzę swój księżycowy cień – rzadkość dla mieszczucha.
Dwa meteory widziałem na pewno, obydwa błysnęły jasną, momentalną smugą poniżej Wielkiego Wozu. Dwa inne widziałem bliżej wschodowi, ale na tyle niewyraźnie, że pewności nie miałem wobec zaśmiecenia nieba obcym światłem. Czas ich świecenia trwa drobny ułamek sekundy, jedną czy dwie części dziesiętne, ale mając kosmiczną szybkość 60 km na sekundę, zdążą przemierzyć wyraźnie widoczny odcinek nieba nim zgasną, rozsypane w proch.
Gapiąc się przez ponad godzinę na niebo, czując coraz bardziej bolący kark, zająłem się obliczeniem prędkości obiegu Ziemi wokół słońca, wychodząc ze znanej mi odległości od naszej gwiazdy. Z pamięciowych obliczeń wyszła mi szybkość 31, może 32 km/s. Później obliczyłem odległość od słońca, tym razem wychodząc z wyliczonej szybkości 30km/s. Dla ułatwienia, czyli dla zmniejszania ilości zer, posługiwałem się sekundami i minutami świetlnymi.
Szybkość oszałamiająca? Tylko na Ziemi, bo w kosmosie jest znikomo mała, wszak to ledwie jedna dziesięciotysięczna część szybkości światła. Z ciekawości, dla poczucia satysfakcji, policzyłem obwód orbity Ziemi wychodząc z tego ułamka. Wynik się zgadzał.
Oczywiście po powrocie od razu zajrzałem do internetu. Okazało się, że pomyliłem się o kilka procent: szybkość obiegu wynosi od 29,3 do 30,3 km/s. Sprawdziłem też, teraz już przy pomocy kalkulatora, skąd błąd: nieco zawyżyłem długość orbity ziemskiej, która wynosi 52 minuty, no i swoją porcję rozbieżności dołożyło moje zaokrąglanie ułamków.
Żeby nie wyszło, że mam dużą wiedzę astronomiczną powiem, że jest wprost przeciwnie, mam ją zawstydzająco małą, tyle że do obliczeń wystarczyło znać odległość Ziemi od Słońca, nic więcej, jeśli nie liczyć wzoru na obwód koła – wiedza ze szkoły podstawowej.
Wróciłem bardzo z siebie i z wieczoru zadowolony. Widziałem dwa perseidki, wyjątkowo silny księżycowy cień i policzyłem naszą szybkość. Wiem, że niewielu ludzi powtórzyłoby te obliczenia w pamięci. Zresztą, z kalkulatorem też, a przecież jestem zielony zarówno w sprawach kosmosu, jak i matematyki (na maturze z łaski dali mi trójczynę).
Fakty te rozbawiły mnie.

160819
Coraz bardziej spanikowany patrzę na kalendarz: jeszcze tylko dwa dni spokoju nad morzem, a trzeciego zaczynam czterotygodniowy okres przeprowadzek. Niech mi bogowie dadzą psychiczną wytrwałość, żebym spokojnie zniósł te dni i nie narzekał na nie, na mój czas.
Komentarze Pierwszej Damy i niedawna telefoniczna rozmowa z kolegą podsunęły mi temat pisania. Dla mnie właśnie temat jest najtrudniejszy, ponieważ w pierwszej (jak i w dziesiątej) chwili, gdy pomyślę o pisaniu, nie wiem o czym miałoby ono być. Całkiem podobnie mam w rozmowach, zwłaszcza z mało znanymi ludźmi.
Dobrze, zostawię siebie na boku, a zacznę temat od zasygnalizowania starego dylematu: być czy mieć.
Napisano o nim całe biblioteki i nie zamierzam dodawać nowych kart do tamtych, ani larum ogłaszać z powodu coraz większego przywiązania ludzi do posiadania. Chciałem napisać parę słów o klasie, ale a propos tego wyboru.
Klasa człowieka, chociaż sprawiedliwiej należałoby napisać o klasie jego preferencji, widziana bywa bardzo różnie. W przeciągu dziesięcioleci i u mnie następowała stopniowa ewolucja ocen i wartościowania, mianowicie coraz wyraźniejsze odchodzenie od posiadania.
Obecnie uznaję, że klasą jest nieoplatanie się rzeczami, niezniewalanie nimi, ponieważ prawdą jest (kiedyś przeze mnie doświadczoną), że im mniej się ma, tym bardziej jest się wolny, a pełni wolności zaznaje ten, który nic nie ma. Pewnie, że trudno o taką skrajność i nie ona powinna być celem, bo trudno byłoby ludzkości, gdyby wszyscy stali się eremitami lub Diogenesami. Stylem i klasą jest brak potrzeby posiadania dużej ilości rzeczy, czego już starożytni Grecy nas uczyli. Podkreślam wyrażenie „brak potrzeby”, ponieważ nie może tu być zmuszania się jako rezultatu ograniczeń finansowych i związanego z nimi poczucia straty, wyrzeczeń i biedy. Wprost przeciwnie, w świadomym ograniczaniu swoich potrzeb materialnych znajduje się poczucie bogactwa, satysfakcji i wyzwolenia.
Chodzi o styl pojmowany jako coś przeciwnego podążaniu za modą.
Wyrzucanie dobrych marynarek i kupowanie zbyt ciasnych jako modnych, jest właśnie takim przeciwieństwem dobrego stylu – nie tyle z powodu idiotycznego wyglądu w za małej marynarce, co przez zniewolenie umownymi, nieracjonalnymi normami, a nawet interesowanie się nimi. Klasę pokazuje się wtedy, gdy jest się ponad takie normy i trendy.
Środkiem potrzebnym do dokonania takich wyborów jest uznanie nadrzędnej wartości ducha. Brzmią te słowa jak nadęty komunał, wiem, a w istocie chodzi o fakt łatwy do dostrzeżenia. W końcu nowy samochód krótko jest nowy, łatwo się do niego przywyka i szybko pojawia się chrapka na lepszy, natomiast przyjemność z lektury dobrej książki zachęca do przeczytania drugiej, i nawet jeśli ta druga okaże się lepsza, fakt ten nie przekreśli wcześniejszych wrażeń. Ta cecha jest wspólna dla chyba wszystkich przeżyć duchowych, a nie ma jej przy nastawieniu na posiadanie. W nim jest raczej szybkie znudzenie i nienasycone pożądanie, które ktoś kapitalnie podsumował stwierdzeniem, że to, co człowiekowi jest niezbędne do życia, rozciąga się od kromki chleba do prywatnego odrzutowca. Nie dajmy się wkręcić w tę absurdalną spiralę.
Trzeba pamiętać o drugim fakcie niewątpliwym: nadzy tu przyszliśmy i nadzy odejdziemy, a jeśli będzie nam dane cokolwiek zabrać, to tylko naszego ducha.
Ostatnio coraz częściej dołączam do ograniczeń w zakupach także ograniczenia w użyciu i zużywaniu – je także łącząc z dobrym stylem, z klasą. Do sklepu chodzi się ze swoją torbą, a tam nie bierze się woreczka foliowego dla dwóch ogórków, skoro w domu zaraz się go wyrzuci. Kiedy to tylko możliwe, segreguje się śmieci, a ubrania wyrzuca się dopiero wtedy, gdy są zużyte. Telefonu czy telewizora nie zmienia się tylko dlatego, że pojawił się nowszy model, ale też wodę zakręca się, gdy nie jest używana, a wannę napełnia się raczej od święta, na co dzień wybierając prysznic. Unika się kupowania taniej plastikowej chińszczyzny, a preferuje rzeczy dobrej jakości (nie marki, a właśnie jakości), ponieważ posłużą dłużej i w rezultacie przyczynimy się do mniejszego zużycia energii i materiałów.
Przykłady można tutaj mnożyć.

Wrócę na chwilę do kosmosu, ściślej do słońca. Zaciekawiło mnie, ile energii wytwarza nasza gwiazda, i myszkując po stronach dowiedziałem się, że w ciągu sekundy zamienia nieco ponad 600 milionów ton wodoru w hel, a przy okazji tych reakcji nuklearnych 4 miliony ton materii ulatuje w przestrzeń kosmiczną zamieniona w energię, zgodnie ze sławnym równaniem Einsteina: m= mc do kwadratu. Słońce rozwija moc niewyobrażalną, bo jak wyobrazić sobie 3,8 z dwudziestoma sześcioma zerami watów? Tylko przez porównania. Moc naszej największej elektrowni wynosi 5,8 z dziewięcioma zerami watów. Brakujące siedemnaście zer oznacza, że milion milionów takich elektrowni miałoby moc sto tysięcy razy mniejszą od słońca.
Na metr kwadratowy naszego kraju trafia ze słońca moc około tysiąca watów; to tak, jakby na każdym metrze włączony był średniej wielkości grzejnik. Gdyby w ten sposób rozsiać energię wytwarzaną przez największą polską elektrownię, każdy metr Polski dostałby nieco mniej niż dwie setne części wata.
Pamiętać przy tym trzeba, że bardzo niewielka część słonecznej energii dociera do Ziemi. Właśnie przyszło mi do głowy, że przecież łatwo byłoby wyliczyć, jaka jest ta część, ale to może innym razem, ponieważ trzeba mi zakończyć przeliczania.
Solennie obiecuję nie wracać do matmy przez wiele miesięcy.
Na zakończenie chwile z Bachem. Kantata ma w katalogu dzieł kompozytora numer BWV 51, a jest w niej cudownej piękności aria śpiewana sopranem. Kliknijcie się do youtube i posłuchajcie. Może traficie na równie piękne wykonanie jak moje.

28 komentarzy:

  1. Perseid w tym roku nie oglądaliśmy, bo zrobiło się zbyt chłodno. Księżyc zaś świecił niezwykle jasno.
    Moda na bycie eko bardzo do mnie przemawia. Przestałam kupować nowe ubrania, buty, ograniczyłam użycie chemii gospodarczej i kosmetyków,Kupując produkty żywnościowe sprawzam, w co są pakowane i jeśli to możliwe unikam tych w plastiku. O tym jak i co gotuję nie wspomnę, bo przecież wiesz.
    A ostatnio wygrałam batalię o styropian: zamiast tzw. ćwierćwałków z tandetnego styropianu pokoje na strychu wykończone będą jutą.
    A no i na czytanie czeka książka pod znamiennym tytułem: "masz wszystko,czego potrzebujesz".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ze dwa dni temu zapakowałem jakieś rozlatujące się wielkie poduchy leżące pod kontenerem, a wypełnione kawałkami pianki. Trzy duże wory tego było. Jakoś tak źle się czułem stawiając je pod śmietnikiem, a myślę, że Ty domyślasz się powodu.
      O, dobra nazwa na życiową filozofię: masz wszystko, czego potrzebujesz. Bo faktycznie, ze świadomej rezygnacji ma się poczucie satysfakcji. I tego się trzymajmy.
      Oj, wiem i pamiętam, jak gotujesz. Pamiętam, ale chciałbym Cię prosić o przypomnienie mi tego jesienią...

      Usuń
    2. Jak tylko zawitasz w nasze progi. Przecież musicie z Jankiem zrobić odbiór pokoju na piętrze 😁

      Usuń
    3. Dziękuję, Anno. Chciałbym Was zobaczyć.

      Usuń
    4. Krzysiek, przed nami parapetówka!
      Już mi leci ślinka!

      Usuń
    5. Janku, Ty wiesz, że nim spotkamy się z Kruczkowskimi, pójdziemy w Izery, więc masz zadanie: zadbaj o kondycję. O moją dba mój pryncypał.
      A swoją drogą ciekawe, jak z nią będzie na mojej emeryturze...

      Usuń
    6. Tak, tak! Dbajcie o kondycję, bo będzie Wam potrzebna !

      Usuń
  2. Czy w tym ułamku sekundy zdąży się wypowiedzieć życzenie?
    Czy wiesz, że będąc poza podążaniem za modą, usłyszeć można że jest się co najmniej dziwnym? a mnie "to lotto", aby było wygodnie, ciepło, ale że to klasa sama w sobie? podbudowałeś mnie:-) Faceci w za ciasnych marynarkach i przykrótkich obcisłych spodenkach są dla mnie śmieszni, niemęscy:-) oj, oj, oj, masz Ty głowę do matematyki, właściwie nie chciałoby mi się dochodzić do tych prawd; pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście nie zdąży się nawet w myśli wypowiedzieć życzenia. Przecież właśnie dlatego tak trudno się spełniają :-)
      Ja też mówię „mnie to lotto” w podobnych sytuacjach.
      Podbudowałem Cię? To fajnie, a na przyszłość, gdybyś miała kłopot z samooceną, to już wiesz, do kogo iść.
      Niemęsko wyglądają, fakt. Jak przebierańcy. Jeszcze brzydziej wyglądają ci, którzy chodzą w spodniach z krokiem na wysokości kolan. Mam wtedy nieodparte wrażenie, że… nie zdążyli do WC.
      Mario, zwykle nie zajmuje się takimi obliczeniami, a tamtego wieczoru chodziło o zajęcie głowy, bo było mi zimno i kark zaczynał boleć. Na przyszłość trzeba by zabrać ze sobą rozkładane krzesło i dodatkowy sweter. A orbitalna szybkość Ziemi jest prosta do obliczenia, tyle że pogubić się można przy przeliczaniu czasów i jednostek. Ile jest sekund w godzinie, to wszyscy wiedzą, ale w dniu, w miesiącu, w roku? Obliczenie tej szybkości tak naprawdę sprowadzało się do takich przeliczeń. To zwykła arytmetyka.

      Usuń
  3. Teściowa z zięciem przy pierwszej spadającej gwieździe mieli pomyśleć jakieś życzenie.
    Teściowa nie zdążyła...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapewne zięć zdążył pomyśleć i można się domyślać, jakie życzenie przyszło mu do głowy. Jeśli tak było, to zdumiewa szybkość spełniania się tych meteorytowych życzeń. :-)

      Usuń
  4. Światło Słońca dociera do Ziemi w czasie 8 min. i 20 sek.
    Obliczenie odległości Ziemi od Słońca jest proste.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proste. 300 tysięcy razy 8 razy 60 i dodać 20 razy 300 tysięcy = odległość w kilometrach.
      Podobnie jest z długością orbity (jeśli uprościmy zadanie przyjmując, że jest idealnie okręgiem): wystarczy pierwszy wynik pomnożyć przez dwa i przez liczbę pi, według wzoru na obwód koła.
      Dalej też jest łatwo: jeśli mamy obwód, to wiedząc, że Ziemia pokonuje go w ciągu roku, tym samym znamy już jej szybkość. Wystarczy przeliczyć rok na sekundy.

      Usuń
    2. Odległość Ziemi od Słońca możemy obliczyć prościej:
      8 x 60 + 20 = 500
      500 x 300 000 = odległość w kilometrach

      Usuń
    3. Tak, prostsze.
      Liczyłem inaczej, stosując takie jednostki, żeby mało było zer. Póki było można, używałem minut światła, przy końcu przeszedłem na sekundy, a dopiero gdy te stawały się małymi ułamkami, zamieniłem je na kilometry.
      Przykład z początku obliczeń: w ciągu roku Ziemia pokonuje odległość 52 minuty światła (długość jej orbity wyliczona ze wzoru 2 razy r razy pi), a jeśli podzielę tę odległość przez 12, uzyskam bieg Ziemi przez miesiąc. Wychodzi, że w tym czasie nasza planeta jest jakieś 4 minuty i 20 sekund dalej. Przed podzieleniem na 30 dni miesiąca, przeliczyłem te minuty odległości na sekundy.
      Wiesz, Janku, jak jest z pamięciowym liczeniem: ważne, żeby je sobie dobrze zorganizować, a trudniejsze działania rozłożyć na prostsze kroki.
      To może dam zagadkę? Znasz długość równika, prawda? A skoro znasz, to masz wszystkie dane do policzenia szybkości, z jaką musiałby lecieć nad równikiem samolot, żeby zrównoważyć obrót Ziemi wokół swojej osi i w rezultacie żeby uzyskać efekt stojącego nieruchomo słońca dla obserwatora lecącego tym samolotem. Dla ułatwienia pominiemy zmiany wynikłe z wysokości lotu.
      Wchodzisz w grę? Oczywiście bez kalkulatora!
      PS
      Zaczęliśmy demontaż urządzeń. Zaraz muszę jeszcze iść do pracy. Jutro od siódmej startujemy z pracami, wyjeżdżamy pod wieczór.

      Usuń
    4. I to jest Krzysiek, ze swoimi zagadkami.
      Pamiętam, że długość równika wynosi 40 000 kilometrów. A z jaką szybkością porusza się dany punkt na równiku, który po upływie doby znajdzie się w tym samym miejscu? I to trzeba policzyć w pamięci?
      40 000 : 24, więc liczymy
      - 24 w 40 mieści się 1 raz i zostaje 16 reszty,
      - do 16 dopisujemy zero,
      - 24 w 160 mieści się 6 razy i zostaje 16 reszty,
      - do 16 dopisujemy zero,
      - 24 w 160 mieści się 6 razy i zostaje 16 reszty,
      - itd...
      wychodzi liczba nieskończona 1 666,666666... km/godz.
      lub jak kto woli, szybkość = 1 667 km/h


      40
      40 000

      Usuń
    5. Ale to nie wszystko. Długość równika wynosi 40 075,704 km
      I teraz należy mieć kartkę i coś do pisania (lub piasek i patyk)

      =1669,821
      _________
      40075,704 : 24
      24
      _________
      160
      144
      _________
      . 167
      . 144
      _________
      . . 235
      . . 216
      _________
      . . . 197
      . . . 192
      __________
      . . . . .50
      . . . . .48
      ___________
      . . . . . .24
      . . . . . .24

      Usuń
    6. Janku, przyznaję, że obliczenie zrobiłeś zgrabniej ode mnie. Dzisiejszej nocy, jadąc ciężarówką, liczyłem zwykłą swoją metodą przybliżeń. Tak, jak liczę pierwiastek. Na przykład z trzydziestu: 6 za dużo, 5 za mało, więc policzmy 5,5. Twoja metoda jest lepsza, a skoro tak dobrze Ci poszło, to pozwolę sobie zadać pytania uzupełniające:
      – w jakim kierunku musi lecieć samolot dla uzyskania efektu stojącego słońca?
      – co widziałby pilot, gdyby leciał w dobrym kierunku, ale z większą szybkością?
      Teraz ważne dla mnie zastrzeżenie.
      Nie czytałem o tych ciekawostkach, a sam do nich doszedłem. Takich wniosków można dopracować się wiele. Ot, gdzie i przez jaki czas dzień trwa chwilę? Zastanawiając się nad skutkami pochylenia Ziemi i jej obrotu wokół słońca, przychodzi zdumienie i zaciekawienie: wszak są miejsca na naszej planecie, gdzie słońce nie zachodzi, a tylko zniża się w nocy, a w dzień podnosi. Czyż nie jest to zadziwiające? Idąc dalej można wnioskować, jak te wahania się będą zmieniać w zależności od miejsca patrzenia – kolejny dziw.
      Myślę, że dla mieszkańca okolic równika taki samym dziwem jest zmienność u nas długości dnia i nocy.
      Wspomniałem o jeździe. Jestem dużo bliżej od Ciebie. Gdy z S3 skręcałem na Zieloną Górę, na drogowskazach eski była już Legnica.
      Pozdrowienia z Żar, Janku.

      Usuń
    7. Ziemia się kręci z zachodu na wschód, więc samolot musi lecieć w kierunku zachodnim. Gdy znacznie zwiększymy szybkość, pilot będzie miał wrażenie, że słońce zachodzi na wschodzie.

      Usuń
    8. Świetnie, Janku!
      Wyprzedzając obrót Ziemi, pozornie odwróci się bieg słońca, które dla pilota będzie się przemieszczać z zachodu na wschód tym szybciej, im szybciej będzie lecieć. Wyobrażasz to sobie!? Samolot staruje o zachodzie słońca, rozpędza się i leci wprost na słońce dotykające już horyzontu. I co? Mamy omalże cud: słońce nie opada, a wznosi się!
      Przy dokładnym wyrównaniu szybkości obrotu, lecąc na zachód uzyska się efekt słońca stojącego nieruchomo na niebie tak długo, jak długo będzie trwał lot.
      A lecąc na wschód? Po prostu przyspieszy się pozorny ruch słońca na niebie, w efekcie skracając dzień.
      Bawimy się dalej?
      PS
      Montujemy graty w Żarach. Pisząc wprost i bez ogródek: użeram się z leniwymi Ukraińcami.
      Pośrednio przyczyniliśmy się do stłuczki na sąsiedniej ulicy: babka za kierownicą tak się zapatrzyła na koło młyna, że nie zauważyła stojącego na przejściu samochodu. Na szczęście ludziom nic się nie stało.

      Usuń
  5. Fascynujące jak tak liczycie:) Odpomniały mi się sobie stare wzory. Przyklaskuję, to ciekawe!
    Być, zawsze niż mieć. Mieć przemija, być zostaje:)
    Ten weekend ma być ostatnim gorącym, jak podają źródła chaosu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, dobrze powiedziane!: chaosu. Telewizorni lepiej nie oglądać, chyba że jakąś konkretną audycję czy film, tak samo z gazetami i gadającymi skrzynkami. Będziemy spokojniejsi.
      A prognozy synoptyków są ledwie funta kłaków warte. Oni mylą się nawet w prognozowaniu pogody na jutro. Tydzień dla nich jest nieprzewidywalny. Myślę, że oni nie używają komputerów do prognoz, tylko kawowych fusów, a te są dobre, nie powiem, ale tylko wtedy, gdy są świeże, natomiast tamci idą w oszczędności i w rezultacie jest jak jest.
      Chomiku, szkoły źle uczą przedmiotów. Wszystkich, także geografii. Nie jestem geografem, nawet w wersji amatorskiej, ale myślę, że mógłbym zaciekawić uczniów wiedzą, a co jest w szkole, to wiadomo. Jest oczekiwanie, nawet wymóg nudnego zakuwania, a nie budzenie ciekawości wiedzy.
      Wiele lat po skończeniu edukacji dowiedziałem się, co wyznaczają zwrotniki i koła podbiegunowe – i wiedza ta zadziałała tak, jak z nią nierzadko bywa: zbudziła większą ciekawość.

      Właśnie rozlałem fusy na stole. Widzę w nich piękny wrzesień.

      Usuń
  6. Tak, wrzesień będzie piękny:)
    Edukacja jest pod zdechłym psem, tak statystycznie i nie jest to wina/odpowiedzialność nauczycieli, lecz systemu i chyba - braku demokracji, pensji i innych takich. W wielu dziedzinach jest zapaść w naszym kraju. Pytanie, czy w innych lepiej? Tego nie wiem i w gruncie rzeczy to zależy do kogo się porównujemy i konkretnie, co mamy na myśli.
    Ja, cały czas dumam o jednostce versus społeczność. O ile jednostka się rozwija, to chyba dzieje się to kosztem brania pod uwagę całości. Myślę więc sobie, że trzeba być na przycisku stand-by, aby móc reagować, czyli tv, internety i inne takie, bo dzieci, wnuki i dalej.
    Wiesz, chyba najważniejsze dla mnie jest w tym, aby pozostać człowiekiem.
    Wybieram się na Zlot - pociągiem, i ciągle jeszcze nie przeczytałam dwóch książek, a są opasłe jak diabli:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dot59 pisała, że też się wybiera na zlot. Ja mam jeszcze sezon, a poza tym mam wielką tremę wobec dużej grupy nieznanych osób, więc nie pojadę.
      Chomiku, trudno mi wyobrazić sobie brak kryteriów ocen stopnia wykształcenia, jak było w starożytnej Grecji. Klas, stopni naukowych, dzienników ocen, zaliczania sesji, tego wszystkiego nie było. Ktoś uznany prowadził swoją szkołę, a odpowiednikiem obecnego świadectwa z czerwonym paskiem było jego nazwisko – nauczyciela i mistrza. Ale czy obecnie jest możliwy taki system? Przy tej masówce? Przy dewaluacji statusu wyższego wykształcenia, skoro wymagane jest do zwykłej pracy biurowej albo do prac na poziomie technika?
      A jeśli są kryteria, są i wyznaczające je urzędy, a te naturalnym biegiem biurokracji zmierzają do ich sformalizowania; wtedy nie duch, a litery przepisów i norm są ważne. Jeśli nauczyciel z pasją chciałby wprowadzić w życie swoją wizję nauczania, budzenia ciekawości wiedzy u dzieci, to u Ważnych Gryzipiórków zaraz zapala się czerwona lampka z napisem: a jak my go sprawdzimy??
      No i jest jak jest.
      Ponieważ mam skłonność do przejmowania się kłopotami kraju i społeczeństwa, ponieważ uznaję wagę mojego reagowania, o którym pisałaś, za zerową, nie widzę przyczyn, dla których miałbym się interesować polityką i bieżącymi sprawami kraju. Te naprawdę ważne i tak dotrą do mnie, prędzej czy później, śmieci zaginą – i tak jest dobrze, ponieważ żyję dla siebie i dla tej garstki osób mi bliskich – w tej właśnie kolejności – a nie dla społeczeństwa czy tym bardziej państwa. Jako obywatel i konsument płacę podatki, czyli najważniejszą powinność obywatelską spełniam.
      Chomiku, zostaw politykę, proszę Cię.

      Usuń
  7. Juz po Zlocie. Kurcze, lubię to podróżowanie na Zlot i te miejsca mi nieznane w Polsce. Puszcza Jodłowa. Tam pachnie, inaczej. Wiesz, że nie przeszkadza upał, a "my" wyżynamy planetę.
    To staje się globalne, stało się, chyba już.
    Nie masz pojęcia, jak chciałabym nie śledzić wieści ze świata polityki, ale one mnie dotykają, popychają, trącają przez ludzkie opowieści. Kolejnych kilka przywiozłam.
    Jutro już praca, ale to były piękne dni, jakie piękne:))) Uff.
    Wiesz, obcy ludzie podwieźli mnie do Kielc, sami się zatrzymali. No, miałam wygooglowane i rozpytane wśród miejscowych połączenia, ale wszystkie były niepewne, na co ja reaguję zawsze niepokojem. I samo się stało!
    Zastanawiam się, jak to jest - każdy dobry, a w grupie niekoniecznie.
    pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Puszcza Jodłowa… Nazwa robi wrażenie i budzi ładne skojarzenia.
      Chomiku, równowaga klimatyczna planety jest delikatna, owszem. Składają się na nią wielkie ilości czynników i nawet sama, bez „pomocy” ludzi, bywa chwiejna. Wspomnę tutaj, dla przykładu, wiele okresów oziębiania się klimatu aż do skucia lodem ogromnych obszarów. Nie wiem, czy jesteśmy świadkami początku zmian klimatycznych. Jest susza, ale czy jest czymś wyjątkowym, należałoby sprawdzić w odpowiednich bazach danych. Kilka lat temu czytałem o zimie stulecia w Beskidach, śniegu że ho ho; w komentarzach ktoś przytoczył dane z poprzednich lat, okazało się, że ostatnio tyle śniegu spadło tam osiem czy dziesięć lat wcześniej. Może podobnie jest z suszą? A temperatury? Chomiku, czy trzydzieści parę stopni ciepła jest w lecie czymś dziwnym?

      My dokładamy swoje do zmian klimatycznych, pewnie, ale takie maleńkie cząstki ludzkości jak Ty i ja, w zasadzie nie mamy innego wpływu na owe dokładanie się, jak własne starania o osobiste zmniejszenie obciążenia Ziemi, o czym ostatnio trochę tutaj, na blogu, pisaliśmy. Trzeba starać się mniej zużywać zasoby materiałowe i energetyczne planety – i to wszystko. Chcesz brać udział w protestach, pikietach? Bierz, może jednak jakiś skutek odniosą (bo samo Twoje przejmowanie się na pewno nie), ale ja sam wolę swój czas poświęcić innym zajęciom. Nie jestem społecznikiem, a jak wiesz, polityki unikam jak zarazy. Bo też i mam tę dziedzinę ludzkiej działalności za paskudną zarazę.
      Pomogli obcy ludzie? Wydaje mi się, że my zbyt kategorycznie dzielimy ludzi na tych dobrych i tych złych. Oczywiście są i bardzo źli oraz tacy „do rany przyłóż”, ale większość z nas ma cechy dobre i złe. Ileż to razy na wspomnienie jakichś swoich reakcji czy słów uświadamiałem sobie swoje złe postępowanie! Ktoś, kogo ono dotknęło, zapewne miał mnie za złego człowieka. Odwrotnie też bywa nierzadko. Niestety.
      A propos lektury czekającej na Twój czas: Brach-Czaina pisze i o tym w swojej książce Szczeliny istnienia.

      Usuń
  8. Na razie "Szczeliny..." poczekają na swój czas. Nie chcę filozofowania i - jak myślę - odnoszenia mnie mnie do teraźniejszości. W tym momencie teraźniejszość jest dla mnie atakiem na myślenie, głupia reaktywnością. Czuję przepływający czas i odmawiam życia chwilą.
    Kiedy ludzie, których nie znam, okazują mi/oddają przysługę, chociaż nie muszą, to jestem zbudowana. Dlaczego? Potwierdza to moją wiarę w rodzaj ludzki, czyli ktoś płacze - pocieszasz, ktoś ma kłopot - podajesz rozwiązanie, które Tobie wydaje się najlepsze. To byli starsi państwo. Przejechali i potem zawrócili do samotnej osoby z walizką na przystanku. Nie musieli, goniły ich własne sprawy. Zapytali - "Do Kielc?" - po czym dodali "Nie zawsze przyjeżdża, wczoraj też podwoziliśmy pewnego chłopaka z plecakiem". Wiesz, mieli poglądy i wspólne mi, i obce. Pytlowaliśmy całe dwadzieścia siedem kilometrów.
    Odnośnie polityki, nie zgadzam się. Trzeba ją śledzić, pytanie o zakres i wymiar czasowy. Ona, ta polityka, zbyt silnie wpływa na nasze życie, nasze - społeczność. zdecydowanie chcę polityki, która wspiera, jest stabilna, preferuje jasne reguły gry, a nie kręci, kombinuje i buduje obowiązujące narracje. Jeśli nie widzę myśli własnej - to skreślam. W gruncie rzeczy szukam pojedynczych głosów, różnic, starcia, rozmawiania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie spotkania, jak Twoje ze starszą parą w samochodzie, i ja miewam. Oczywiście są miłe i pamiętane. Pamiętane chyba właśnie dlatego, że częste nie są. Kiedyś, pamiętam – to historyjka opowiedziana z drugiej strony – zabrałem przygodnego pasażera, a tak dobrze się nam rozmawiało, że zawiozłem go pod dom i po zaparkowaniu jeszcze trudno było się nam rozstać.
      Jednak przyznam, że raczej rzadko zabieram przygodnych pasażerów, a jeśli, to jedną osobę.
      Swoimi słowami o polityce przypomniałaś mi przemowę Peryklesa nad grobami pierwszych poległych w wojnie peloponeskiej: pełnowartościowy obywatel bierze udział w życiu politycznym swojej ojczyzny.
      W takim razie chętnie zrzeknę się swojej pełnej wartości obywatelskiej, ponieważ nad nią stawiam jakość swojego życia.
      Chomiku, widzę, że politycy są przeciwni jakiejś ustawie nie z przyczyn merytorycznych, a tylko dlatego, że wyszła z przeciwnego obozu. Słyszę o ich pysze, o vipowskich zwyczajach, o pogardzie dla zwykłych ludzi i nierzadko także prawa, o szemranych interesach. Wśród polityków Polska jest raczej na odległym miejscu, a na pewno za swoimi lub partyjnymi interesami.
      Chyba od zawsze ustępowałem takim ludziom, niekoniecznie politykom. Stawiałem krok w tył – i nadal tak robię. – Oto pole waszego działania, mnie tu nie ma, bo nie chce mieć z wami do czynienia.
      Łatwo się brudzę ludzkim brudem, Chomiku, i nie mogę kupić dobrego proszku szybko usuwającego te brudy. Lepiej odsunąć się i nie dać się obryzgać pomyjami. Mniej mi wtedy śmierdzi.
      Dobrosiu, zostaw to, proszę Cię.
      Stań pod kasztanowcem i popatrz na zielone kolczaste jeże, które właśnie zaczynają pękać i wysypywać swoją piękną, brązową zawartość. Pomyśl o niezmienności: nie będzie ani nas, ani nawet pamięci o nas, a pod kasztanowcami nadal będą leżeć piękne ich nasiona.
      Perykles popełnił nad tamtymi grobami piękną i wzniosłą mowę, ale nie przesłania to faktu nadrzędnego: on, wiodący polityk swojej ojczyzny, jest głównym odpowiedzialnym za jej ruinę.
      Taka jest polityka i tacy są politycy.

      Usuń