Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

środa, 28 sierpnia 2019

Cegły i samochody

270819
Glina na ścianie podciętej wykopem była tak twarda, że nie można było kroić jej szpadlem. Uderzając nim, albo łomem, odłupywałem niewielkie okruchy, którymi trudno było zapełnić taczkę.
Droga miała kilkadziesiąt metrów, a ostatni jej odcinek ułożony był z desek i wiódł na zwieńczenie betonowego silosu, do którego wysypywało się urobek i polewało wodą. Po deszczu było trochę łatwiej kopać glinę, ale za to droga zmieniała się w śliski tor przeszkód. Silos nie był wielki, miał może 20 metrów sześciennych, ale jedna taczka gliny, dobyta z takim trudem, po wysypaniu była rozpaczliwie malutką kupką. Wiele, bardzo wiele było ich potrzebnych do zapełnienia betonowego dołu.
W tym czasie z drugiego silosu ładowało się do taczki, oczywiście ręcznie, glinę zmiękczoną wodą i drewnianą drogą jechało nad młynek. Był on jedynym urządzeniem mechanicznym w tej cegielni, a przypominał maszynkę do mielenia mięsa, tyle że jego gardziel bez trudu mieściła taczkę surowca. Z drugiej strony maszyna wypychała gruby jak udo bat glinianego ciasta. Miała tam stół kobieta formująca z niego cegły. Zafascynowany, ale chyba też zdumiony, patrzyłem na jej ruchy. Kantami obu dłoni ucinała niewielką porcję, wałkowała ją jakby faktycznie była ciastem, a gdy była jednolitą kulą, podnosiła nad głowę i z rozpędu wbijała w drewnianą formą; nadmiar zbierała drewnianym nożykiem. Forma była podwójna, na dwie cegły, a kiedy była pełna, kobieta chwytała ją za uszy i prawie biegiem szła na plac za nią, i tam, nachylając się, wykładała uformowane ciasto. Biegiem wracała, chwytała kawałek chleba (nie jakąś kanapkę, pamiętam chleb brany rękoma umazanymi w glinie), gryzła kawałek, i jedząc, szybkimi, automatycznymi ruchami formowała następne cegły, a za jej plecami wydłużały się szeregi szarych placków.
Po kilku dniach podsuszone placki stawiało się na sztorc, czyli na węższym boku. Pochylony, stojąc w rozkroku nad dwoma rzędami kostek gliny, drobnymi ruchami stóp powoli przesuwałem się do tyłu, jednocześnie palcami obu dłoni podnosząc kostki i stawiając je na węższej krawędzi. Po następnych kilku dniach specjalną taczką z płaską, równą skrzynią ostrożnie przewoziło się stwardniałe placki pod wiatę i ustawiało w słupki w sposób zapewniający przewiew i dalsze schnięcie.
Piec był sklepionym murowanym tunelem długości kilkudziesięciu metrów. Układało się w nim cegły do wypalenia – od ściany do ściany, od posadzki po samo sklepienie, następnie wejście zamurowywało. Wtedy do akcji wkraczała najważniejsza osoba: palacz. Nie pamiętam ile dokładnie trwał proces wypalania, ale na pewno nie jedną, a przynajmniej kilka dób. Palacz rozpalał ogień od czoła pieca, najpierw drewnem, później wsypując węglowy miał. Następnie strefę ognia przesuwał do tyłu pieca, wsypując węgiel od góry przez specjalne otwory zamykane metalowymi czapami. Żeby cegła była dobra, potrzebna była dobra glina, właściwe jej wyrobienie w ciasto, i odpowiednie wypalenie. Palacz po sobie tylko znanych niuansach w odcieniu koloru rozgrzanych cegieł wiedział, czy ich temperatura jest właściwa. Przez cały czas procesu wypalania nie opuszczał pieca. Pracował, przysiadał na ławce obok, posilał się i znowu wchodził na piec. Czasami zdrzemnął się na siedząco.
Raz jeden, pomagając mu, miałem możliwość zajrzenia do środka pieca. Minęło pięćdziesiąt lat od tamtej krótkiej chwili, ale nie zapomniałem widoku – fascynującego, pięknego i przerażającego. Przez okrągły otwór bił potworny żar, ale ognia nie widziałem. Zobaczyłem natomiast równo ułożone, błyszczące, wprost świecące kostki cegieł. Wyglądały przepięknie. Nie pamiętam, czy w tamtej chwili, czy później, pomyślałem, że wyglądają jak świecące złoto.
Kiedy ogień przeszedł do końca pieca, palacz kończył swoją wielodniową pracę noc stop, a piec stygł.
Nigdy nie pozwolono mu ostygnąć zupełnie, nawet w zimne dni było w nim okropnie gorąco. Rozbierano przednią ścianę, czekano jeszcze trochę, a gdy tylko dało się wejść do środka, cegły były ładowane na taczki i wywożone.
Pod wiatami już czekały na wypalenie następne szare, wyschnięte kostki.
W tej cegielni każda czynność była wyceniona. Ściśle określone pieniądze otrzymywało się za napełnienie silosu, za jego opróżnienie, za uformowanie cegieł i za stawianie ich na sztorc; za przewiezienie podsuszonych pod wiatę, za zawiezienie do pieca, itd. Dlatego tamta kobieta biegała w pracy, a ja po tygodniu czy dwóch zrezygnowałem. Miałem wtedy 15 albo 16 lat, i nie radziłem sobie z wysiłkiem fizycznym potrzebnym w tej pracy, w efekcie mało zarabiałem za pracę zbyt ciężką dla mnie.

W minionym tygodniu pracowałem w Żarach, niewielkim mieście w Lubuskim, blisko granicy. Zajmowaliśmy plac tuż przy wielkim pałacu. Trudno określić metraż budowli, ale swoją miarą znacznie przekracza wielkości sudeckich pałaców, a przecież i one nie są małymi mieszkankami. Żarski pałac i przylegający do niego zamek imponują rozmachem niemal monumentalnym. Nie znalazłem w internecie wymiarów całego zespołu, jednak pokusiłbym się o oszacowanie wielkości na nie mniej niż dziesięć tysięcy metrów kwadratowych. Przez niskie, okratowane okno zajrzałem do wnętrza. Zobaczyłem sklepienia i mur grubości dobrego metra.
W metrze sześciennym muru ceglanego jest 300 – 400 cegieł, a w każdej cegle jest przynajmniej jedna kropla ludzkiego potu.
Dodać powinienem wzmiankę o rozległych kosztach nie tylko finansowych i o ciężkiej pracy przy wydobyciu węgla, a wcześniej przy wypalaniu cegieł drewnem. Trudno byłoby teraz policzyć, ile trzeba było spalić drzew, żeby wypalić cegły wmurowane w ściany tego pałacu.
Patrząc na żarski pałac, ale i na mury innych wielkich i starych budowli ceglanych, wspominam tamte odległe dni mojej pracy w cegielni i myślę o kiepsko wynagradzanych ludziach pracujących w takich miejscach przez całe wieki.
Tyle jest obrazów świata, ilu jest patrzących. Mój obraz wielkich budowli ceglanych jest właśnie taki.
Jest w nim cześć dla ciężkiej pracy zwykłych ludzi.



Zacząłem pisać swój komentarz na wieść o interesach pewnego typa, który dzięki poparciu jeszcze większego, czyli mniejszego, typa, zgarnia miliony robiąc z Polski jakieś Zimbabwe, ale uznałem, że nie warto polytyką zaśmiecać tego miejsca. Tekst skasowałem, w zamian napiszę o wyższości koni żywych nad mechanicznymi.

Zdumiewa mnie bardzo często spotykana w internecie niechęć do samochodów elektrycznych. Czytam o samochodzikach na bateryjkę i o przepowiadanym krachu producentów; kraka się o awariach, o jakichś nowych zmowach, a nawet, co najbardziej mnie dziwi, wskazuje się skazy w wizerunku głównego udziałowca Tesli, firmy wiodącej w produkcji takich samochodów. Cóż może właściciela samochodu tesla lub opel obchodzić osoba grająca pierwsze skrzypce w fabryce produkującej samochód, którym jeździ?
Czytając te kasandryczne lub prześmiewcze wypowiedzi, przypomniał mi się koronny argument przeciwko samochodom spalinowym, które sporo ponad wiek temu zaczęły się pokazywać na drogach. Przeciwnicy wskazywali na możliwość ich nawalenia i w rezultacie zatrzymania się na drodze, jednocześnie podkreślając fakt dalszej podróży dorożką czy dyliżansem po nawaleniu konia. Jota w jotę te same argumenty i ta sama logika.

Firma Tesla dokonała przełomu. Pokazała, że samochód elektryczny nie musi być mało użyteczną zabawką, a normalnym samochodem użytkowym, że znajdą się na takich samochód wielkie ilości nabywców, mimo niemałej ceny. W sytuacji, gdy w salonach stoją samochody i czekają na nabywców, żeby nabyć teslę trzeba zapisać się w kolejkę. Firma Tesla przełamała zmowę producentów paliw (co do istnienia której tak na sto procent nie jestem przekonany) niedopuszczających do produkcji nowszych typów akumulatorów. Tak uważam, ponieważ sukces tej firmy, duża popularność samochodów elektrycznych, nie tylko zmobilizował innych producentów samochodów do poważnego zajęcia się produkcją elektrycznych maszyn, ale też znacznie, wielokrotnie, podniósł wartość wdrożonego do masowej produkcji akumulatora znacznie lepszego od obecnie używanych. Przed Teslą można było się zastanawiać nad wartością rynkową takiej technologii i sprzeczać o nią, teraz wiadomo, że gdy się pojawi, warta będzie ogromne pieniądze liczone w miliardach dolarów. Koncerny naftowe są bardzo zamożne, ale nie aż tak, żeby zatrzymać w sejfach proces, który zaczął się na naszych oczach.
Czeka nas niemała rewolucja w przemyśle samochodowym i w energetyce.
Ona już się zaczęła, widać ją, tylko trzeba szerzej otworzyć oczy.
Za 10, najdalej za 20 lat, doznacie zdumienia wchodząc do salonu samochodowego lub zajeżdżając na stację tankowania.

15 komentarzy:

  1. Poszedłeś zapracować do cegielni swoje pierwsze pieniądze:-)
    Jeszcze niedawno w naszym mieście były dwie cegielnie tuż przy gliniastych skarpach, pamiętam stosy surowych cegieł, schnących pod zadaszeniem, ładne, okrągłe, wysokie kominy pieców, w których je wypalano; cegły od każdego producenta były inne, najlepsze były z Baszni, dzwoniące pod lekkim uderzeniem, nierówne w kolorze, a tym samym najładniejsze:-)
    Moje dzieciństwo i czasy szkolne to pomoc rodzicom w gospodarstwie i w polu; w zimie było trochę wytchnienia, nie było mowy o wakacjach bez zajęcia, a już wyjazd na kolonie czy obóz to marzenie; zaczynało się od pasienia krów, potem wdrażanie do kolejnych, coraz cięższych prac na miarę wieku. Nikt ani myślał buntować się, to była powinność. Dziś przyjeżdża kombajn, w kilka godzin jest po żniwach, dzieci są znudzone albo siedzą przy komputerach, zresztą nie widać ich w zabawach, kopaniu piłki, bieganiu ... jakżesz świat zmienił się:-) Zresztą jesteśmy chyba pokoleniem, które zobaczyło tak wiele przemian społecznych, technicznych, wynalazków, że ani nam się śniło:-) być może i dołożą się do tego samochody elektryczne.
    Pamiętam lekcję z rysunku w podstawówce nt. "Jak wyobrażasz sobie świat w 2000 roku?", namalowałam akwarelami kulę pod wodą jako mieszkanie:-), zresztą to była tak magiczna i odległa data, że nawet nie wyobrażałam sobie siebie w tym czasie:-)
    Świat pędzi, czas pędzi, już dawno wysiadłam z tej wariackiej kolejki i stałam się obserwatorem, cenię spokój, naturę, aby jeszcze kapinę zdrowia na te obserwacje:-) pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mario, chyba nie pierwsze to były moje pieniądze. Od ostatnich klas szkoły podstawowej pracowałem w wakacje. Nie musiałem, nikt mnie nie wyganiał do pracy, ale wiedziałem, że w domu jest ubogo i rodzice nie mogą mi dawać pieniędzy, więc znaczną część wakacji pracowałem, najwięcej na budowach i przy kopaniu studni; dziadek był studniarzem. Na cmentarzu rodziny mojej matki stoi studnia przez niego wykopana, pokazuję ją jego pra- i praprawnuczętom.
      Obejrzę się wstecz i widzę dziesiątki lat pracy, częstokroć znacznie ponad normę, jakże często ciężkiej psychicznie i fizycznie. Nie narzekam, ale powinno się mniej pracować.
      Tak, Mario, zmiany są, ale inne i mniejsze niż spodziewaliśmy się w latach sześćdziesiątych, gdy XXI wiek wydawał się bajką. Rozglądam się i cóż widzę? Niemal nie ma wynalazków radykalnie nowych, są unowocześnienia już istniejących. Samochody mniej dymią, lodówki i odkurzacze są cichsze, telewizory mają lepszy obraz i więcej programów, a na ulicach znacznie więcej jest świecących reklam niż za mojej młodości. Jednocześnie gdy wejdę w jakiś zakamarek naszej rzeczywistości, realnie lub w przenośni, widzę rzeczy i sprawy niewiele zmienione od tamtych lat.
      Najwięcej zmian związanych jest z elektroniką. W tej dziedzinie mieści się jedyny zasadniczo nowy wynalazek, taki, o którym nawet nie myśleliśmy: internet. Ta sieć wespół z powszechnością bezprzewodowej łączności i kieszonkowymi komputerkami, jakimi są smartfony, dokonały najwięcej zmian w zwyczajach ludzi i w obrazie świata.
      To przez powszechny dostęp do przeogromnych zasobów internetu pustoszeją place zabaw, dzieci mało ganiają za piłką, w zaniku są grupowe zabawy. Zauważ, że my oboje też się dokładamy do wielkości i różnorodności internetu swoimi blogami :-)
      W niedzielę pomagałem kolegom na młynie, to wolno obracające się koło widokowe o wysokości 30 metrów. Widoki z góry zawsze są ładne i częstokroć dla mieszkańców nietypowe, bo przecież z tego miejsca i z takiej wysokości nigdy nie mieli możliwości zobaczenia swojego miasta, albo morza w Ustroniu. I cóż widziałem? Ano, przynajmniej trzecia część klientów siedziała z nosem w smartfonie. Pewnie na FC wysyłali wiadomości o swoich poczynaniach, ale czy coś widzieli? Czy coś poczuli?
      Drugim powodem znacznych zmian, ale tylko ilościowych, jest wzrost naszej zamożności. Dlatego żniwa trwają godziny, a nie wiele dni znojnej pracy, pranie jest chwilą potrzebną do wrzucenia ciuchów do pralki, wyjazd na wczasy za granicę nikogo nie dziwi, a w firmach stoją maszyny wyręczające ludzi w ciężkiej pracy i obniżającymi koszty produkcji dóbr do poziomu dostępności dla większości ludzi.
      Staram się nie lamentować nad zmianami świata i obyczajów ludzkich wiedząc o powtarzalności tych zmian i lamentów w każdym pokoleniu. Myślę, że te znudzone i rozbrykane niedorostki wezmą się za pracę, staną się bardziej odpowiedzialni, gdy przyjdzie ich pora, gdy staną się dorośli. Owszem, zmiany mimo wszystko zostaną, może i niektóre będą niedobre, ale to już nie nasze zmartwienie. Nam trzeba sycić oczy i ducha pięknem świata, bo tak naprawdę tylko dobro i piękno mają znaczenie.

      Usuń
  2. Jedna cegła waży 1 kilogram i pół cegły.
    Ile waży cała cegła?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skoro mamy kilogram i pół cegły jako równoważnik całej cegły, skoro obie połówki ważą tyle samo, a tak przecież jest, to druga połowa cegły też waży kilogram, czyli cała dwa.
      Przypomniałeś mi zagadkę usłyszaną dawno temu, jeszcze do szkoły chodziłem.
      Czym się różni wróbelek?
      Ano tym, że ma jedną nóżkę bardziej od drugiej.

      Usuń
    2. A ile kroków robi wróbelek w ciagu dnia?
      Ani jednego.

      Usuń
    3. Skoro tylko skacze...

      PS
      Zacząłem pisać o wirtualnej rzeczywistości, i w związku z tym pisaniem obejrzałem film Matrix. Dobry film.

      Usuń
    4. Lubię muzykę ludową i w moich zbiorach mam kasetkę z taką piosenką:

      Murarze, murarze, co wy tam murujecie?
      Po jednej cegiełce, po jednej cegiełce, do muru kładziecie.
      Po jednej cegiełce, po jednej cegiełce, do muru kładziecie.

      Czy podać wam wapna, czy może dać gliny?
      Dużo jej tu mamy, dużo jej tu mamy, za darmo wam damy.
      Dużo jej tu mamy, dużo jej tu mamy, za darmo wam damy.

      Nie trzeba nam wapna, nie trzeba nam gliny.
      Tylko nam potrzeba, tylko nam potrzeba tej ładnej dziewczyny.
      Tylko nam potrzeba, tylko nam potrzeba tej ładnej dziewczyny.

      Murarze, murarze, wam dziewczyn nie trzeba.
      Stawiajcie swe mury, stawiajcie swe mury wysoko do nieba.
      Stawiajcie swe mury, stawiajcie swe mury wysoko do nieba.

      Zasnęła dziewczyna pod białą liliją.
      Murarze jechali, brzękali szuflami i obudzili ją.
      Murarze jechali, brzękali szuflami i obudzili ją.

      Murarze, murarze, z daleka jedziecie?
      Zgubiłam wianeczek, zgubiłam wianeczek, może go znajdziecie.
      Zgubiłam wianeczek, zgubiłam wianeczek, może go znajdziecie.

      Wieziemy, wieziemy, ale już nie cały.
      Dwie białe różyczki, cztery fiołeczki z niego obleciały.
      Dwie białe różyczki, cztery fiołeczki z niego obleciały.

      W necie znalazłem takie wykonanie tego utworu:

      Murarze, murarze

      Usuń
    5. Wysłuchałem, Janku. Przyznam, że nie gustuję w tego rodzaju muzyce. Kiedy logowałem się na blog, włączoną miałem muzykę Bacha, słuchałem kantaty BWV 140. Tak, wiem: mało komu się podoba.
      A w związku z treścią piosenki pomyślałem, że dziewczyny mają skłonność do gubienia wianków.
      I bardzo dobrze!

      PS
      Janku, trzymaj kciuki: jutro pod wieczór wyjeżdżam w kolejną drogę, tym razem z Poznania do Kutna.

      Usuń
  3. Kurcze, fajnie o tych cegłach prawisz:) Nie wiedziałam, że tak to wyglądało? wygląda? Zafrapowała mnie ta forma i to, że kobieta kulę wciskała w nią. Pewnie tak było najlepiej.
    Pewnie masz rację z tymi samochodami elektrycznymi i akumulatorami, jeśli będą kolejnej generacji:)
    Co do Murarzy, to sytuacyjne i ciekawe:), bo przyśpiewka.
    Ha, a wianków dziewczyny nie gubią, niektóre zasuszają w zielniku, a interesujące - co też murarze zapamiętują o:O.
    Już, mam nadzieję, jesteś na miejscu.
    Ja też w robocie.
    Przeczytałam dzisiaj, ze pewien rodzaj nawłoci jest inwazyjny, a do tej pory sądziłam, że to taka ładna roślina.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, uroda rośliny nie stoi w opozycji do jej inwazyjności. Nawłoć właśnie kwitnie, to okres jej chwały – jak panny młodej przed ołtarzem.
      Chomiku, chyba nic nikomu po zasuszonym wianuszku – ani starszej pannie, ani jej byłym adoratorom. Lepiej jednak, żeby te wianuszki się po prostu gubiły, na przykład w objęciach murarza :-)
      Przerzut sprzętu przebiegł dobrze. Co prawda zatrzymałem się widząc stojący nasz samochód, ale udało mi się w trzy kwadranse naprawić uszkodzenie i już o godzinie 21 byłem na miejscu.

      Usuń
    2. Kwiatki, które nikt nie zerwał usychają.
      Te zerwane również...

      Usuń
    3. Jeśli pod określeniem „niezerwane kwiatki” masz na myśli niezapylone, to owszem, masz rację, i obojętnym jest, czy mówimy dosłownie o kwiatkach, czy szerzej i symbolicznie o dziewiczości.
      Z zerwanym kwiatkiem jest tak samo, owszem, jeśli mamy na myśli wyłącznie i dosłownie kwiat, w pojmowaniu symbolicznym jest jednak coś, co wiele zmienia, a nawet nadaje sens: owoc.
      Dlatego dziewczyny niech gubią swoje kwietne wianuszki, a kwiatki lepiej oglądać nachyliwszy się nad nimi, bez ich zrywania.

      Usuń
    4. Zapomniałem napisać, Janku, że dzisiaj nad ranem przyjechałem do Żagania. Lunapark rozkładamy w parku. Pracuję i rozglądam się: jestem tutaj po raz ostatni.

      Usuń
    5. Jakiż to chłopiec piękny i młody?
      Jaka to obok dziewica?
      Brzegami sinej Świtezi wody
      Idą przy świetle księżyca.

      Ona mu z kosza daje maliny,
      A on jej kwiatki do wianka;
      Pewnie kochankiem jest tej dziewczyny,
      Pewnie to jego kochanka.

      Każdą noc prawie, o jednej porze,
      Pod tym się widzą modrzewiem.
      Młody jest strzelcem w tutejszym borze,
      Kto jest dziewczyna? - ja nie wiem.

      Usuń
    6. Przyznam, że od czasów szkolnych nie czytałem Świtezianki. Wtedy wiersz zrobił na mnie wrażenie, teraz też, ale chyba jednak mniejsze. Nie pamiętam jak oceniłem postępowanie dziewczyny i chłopaka, zapewne sporo było młodzieńczego idealizmu, a teraz pomyślałem, że ta dziewczyna nie miała miary w karaniu jak katolicy, skazujący człowieka na tysiąclecia tortur za błędy życia.
      A może poeta chciał pokazać przewrotność i podstępność płci wcale nie tak słabej? A może męską bezradność wobec kobiecych czarów? Jedno i drugie udało się Mickiewiczowi :-)
      Dodam jeszcze, że ten chłopak był bez szans, nie mając do czynienia ze zwykłą dziewczyną, a z jakąś... wodnicą. Miałem napisać o najadzie, ale trudno mi dostrzec w tych istotach zdolność do takiego czynu. Tak czy inaczej niedoświadczony chłopak stanął na wprost czarodziejki potrafiącej uwodzić – przy czym nie ma w tej konstatacji krztyny przenośni, a naga prawda: dziewczyna nie była człowiekiem. Ona dokonała egzekucji, kusząc z premedytacją i z wykorzystaniem swoich nadprzyrodzonych mocy, i karząc ponad ludzką miarę.
      Na szczęście moje najady dość swobodnie traktują związki męską-damskie i ani im w głowie myśl o wieczystym ich trwaniu i takim karaniu.
      Janku, dziękuję za przypomnienie wiersza.

      Usuń