Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

środa, 4 września 2019

Wirtualny świat

300819
Byłem nastolatkiem, gdy trwał wyścig mocarstw do Księżyca. Widziałem ludzi tańczących na ulicy z radości na wieść o wylądowaniu amerykańskiego statku na naszym satelicie. Co prawda później zrozumiałem, że prawdziwym źródłem ich radości była przegrana powszechnie nielubianego Związku Radzieckiego.
Program Apollo i związany z nim szybki postęp w lotach kosmicznych, spowodował przekonanie o dalszym intensywnym rozwoju kosmonautyki. Czymś normalnym było wyobrażanie sobie latających nad głową rakiet i wycieczek na Księżyc w następnym wieku. W tym wieku.
Ludzie przeniesieni z tamtych lat w obecne chyba doznaliby rozczarowania, dowiadując się o wstrzymaniu eksploracji kosmosu i mizerocie programów w kolejnych dziesięcioleciach, jednak zdumieliby się widząc realia XXI wieku.
Przyszłość jest nieodgadniona, nieprzewidywalna.
Minione dziesięciolecia nie obdarowały nas przełomowymi wynalazkami, jak kolei żelazna, samochód czy elektryczność, a te najistotniejsze dla obrazu naszych czasów związane są w elektroniką: telewizja, internet, komputery. Poza elektroniką zmiany mam za kosmetyczne, za poprawianie już istniejących wynalazków, czego klasycznym przykładem jest samochód. Czym się tak naprawdę różnią obecnie produkowane od tych sprzed pięćdziesięciu lat? Kształtem karoserii, nieco mniejszym zużyciem paliwa i nadzianiem elektroniką, równie pomocną, co i kłopotliwą oraz kosztowną. Nie, jest istotna różnica: stare samochody dobrych marek były żywotniejsze od współczesnych pojazdów produkowanych z myślą o kilkuletnim użytkowaniu.
Zacząłem pisać o skutkach łatwości przekazywania informacji, ale uznałem, że nie wyczerpując nawet podstaw tematu, uczynię tekst zbyt dużym i może nudnym, postanowiłem więc skupić się na interesującym mnie wycinku naszej dwudziestopierwszowiecznej rzeczywistości.
Na wirtualnym świecie, czyli na świecie tworzonym przez komputery i tylko w nich istniejącym.
Wielu z nas zna film Matrix. Zapewne był popularny, skoro słyszałem o nim, a nawet go oglądałem.
Tytułowy Matrix jest w tym filmie wszechogarniającym programem komputerowym tworzącym ludzkości iluzję normalnego życia. Odnoszę wrażenie tworzenia się Matrixa na naszych oczach, przy czym w przeciwieństwie do filmowej ludzkości, my wiemy o braniu udziału w fikcji. Dlaczego więc poświęcamy czas tej iluzji rezygnując tym samym z chwil i wrażeń możliwych do realnego przeżycia? – zastanawiałem się. Miałem chęć odrzucić narzucające się wytłumaczenia, gdy uświadomiłem sobie pewne podobieństwo między nałogowymi graczami komputerowymi, a swoim pisaniem, w którym tworzę fikcyjny, z reguły nierealistyczny świat i zaludniam go wymyślonymi ludźmi. Jednym z kilku powodów mojego pisania jest górujący nad rzeczywistością urok tworzonych historii – i w tym podobieństwo do wirtualnego świata. Oczywiście broniłem się przed samym sobą wskazując na istotną różnicę: mnie wiedzie li tylko bogini Wyobraźnia, a nie zamysł programistów; jeśli coś widzę, to swoim duchem, ponieważ nic nie jest mi dane z góry do zobaczenia i pokierowania, ani nic mną nie kieruje.
Co prawda w najnowszych grach i ta różnica jakby się zacierała…
Słyszałem o grach trwających tygodniami i wymagających wysokich umiejętności myślenia, grach, w których ma się przed sobą lub obok siebie nie marionetkę tworzoną przez prosty program, a drugą osobę lub wiele osób, chociaż wszyscy oni mają na ekranie, więc w sztucznym świecie, swoich awatarów – cyfrowych reprezentantów, którymi zawiadują.
Niedawno usłyszałem o mieście, w którym za 20 złotych można kupić dom, za jeszcze mniejsze pieniądze, czy nawet za darmo, można go umeblować. W tym super nowoczesnym i eleganckim mieście są fantastyczne place zabaw dla dzieci i młodzieży, są dziesiątki innych, wyrafinowanych sposobów spędzania czasu, a wszystko udziwnione, pomysłowe, ładne i za darmo. Spotykają się w nim znajomi, zawiązują się nowe znajomości, i raczej nie ma w nim odrabiania prac domowych i obowiązków, nie ma ograniczeń finansowych, a słońce świeci zawsze. Ten świat jest wirtualny, ale figurki widziane na ekranie są awatarami prawdziwych ludzi. Rozmawiając z tymi ludzikami, rozmawia się, via internet, z prawdziwym człowiekiem. Bywa, że w tym wirtualnym świecie spotykają się ludzie znający się w rzeczywistości, a nawet swoi sąsiedzi.
Dlaczego wolą taką formę kontaktów od tradycyjnej? Myślę, że powodem jest urok wirtualnego świata, jego pociągająca prostota, wygoda, brak ograniczeń istniejących w rzeczywistości, i silne ograniczenie, albo zupełny brak, skutków swojego postępowania.
Jest jeszcze druga forma wirtualizacji naszego życia, powszechnie spotykana: używanie smartfonów wszędzie i przez wszystkich. Siedzi obok siebie dwoje młodych ludzi, najwyraźniej para, ale nie rozmawiają, a trzymają smartfony i patrzą w ekran. Nierzadko bywa, że trudno o rozmowę, nawet krótką, nieprzerwaną sygnałem wiadomości lub połączenia, ponieważ w tej chwili rozmówca przestaje nim być – bierze smartfona w dłoń i znika z tego świata, zapatrzony w ekran.
Widzę w swojej pracy, jak ludzie, lokując się na siedzeniu karuzeli, robią sobie zdjęcia, jak filmują się w czasie jazdy, a przed wyjściem znowu robią zdjęcia; widzę, jak zatrzymują się przed wejściem i klikają w ekran, chcąc zobaczyć swoje zdjęcia zrobione minutę temu. Ci ludzie, a jest ich dużo, robią tyle zdjęć utrwalających chwile, że chyba nie mają czasu na przeżywanie tych chwil. Może dopiero przed ekranem komputera lub smartfona, doświadczają przeżyć? Jeśli tak jest, to czyż nie mamy do czynienia z przejawem wirtualizacji naszego życia?
Wielka łatwość informowania wszystkich o swoich poczynaniach, rozsyłania filmów i zdjęć, stwarza kolejną iluzję, tym razem uczestnictwa w życiu adresatów. Stwarza pozór bliskości. Na naszych oczach nie tylko słowo pisane jest zapominane, ale ostatnio i mowa zastępowana jest kolejnym zdjęciem, na ogół bez podpisu, bo przecież nie ma czasu na pisanie, skoro trzeba zrobić następną serię zdjęć.
Ten zwyczaj sam w sobie nie jest zły, wszak dobre zdjęcie potrafi nieść dużo informacji, jednak wbrew, a może właśnie ze względu na lawinę tych zdjęć, wrażenie spłycenia kontaktów pozostaje. Mamy tutaj kolejny zalew informacji obrazkowej, obok tej z bilbordów reklamowych i w ekranów telewizorni.
O wirtualnym pieniądzu już pisałem, teraz chciałem zwrócić uwagę na coraz częstsze oferowanie transferu danych cyfrowych do kupienia. Za umowne, niematerialne, pieniądze kupujemy coś nie do zobaczenia, a jedynie możliwego do policzenia przez komputery: gigabajty.
Dla niewtajemniczonych słowo wyjaśnienia: bajt to podstawowa jednostka informacji, na przykład (w uproszczeniu) cyfra lub litera, oznacza się literą „B”, a składa się z ciągu ośmiu zer i jedynek dwójkowego systemu, czyli z ośmiu bitów (oznaczenie „b”). Przedrostek giga natomiast używany jest wszędzie, gdzie są wielkie liczby. Ma oznaczenie „G” i wartość miliarda. 1 GB to ilość danych wystarczająca do obejrzenia filmu niezłej jakości, albo kilkuset dobrych czy tysiąca takich sobie zdjęć. 1GB to około stu tysięcy stron zwykłego tekstu formatu A4, czyli kilkaset książek. Moja druga książka ma 230 stron, a w komputerze zapisana jest ośmiuset pięćdziesięcioma tysiącami bajtów, czyli ma rozmiar 0,00085 GB. Nieco mniej niż jedna tysięczna gigabajta.
Kiedyś doświadczyłem zdumienia i osobliwego smutku, gdy patrzyłem na kopiowanie wszystkich moich pisanych latami tekstów, z komputera na pamięć zewnętrzną. Książka w dwie sekundy.
Coraz częściej widzę reklamy tych gigabajtów i prześciganie się usługodawców (których teraz nazywa się operatorami) ilością i szybkością przesyłu danych.
Gigabajty są wirtualnym dobrem, którym przyciąga się potencjalnych klientów.
O zasadniczej odmienności od dawnych realiów przekonuje wyobrażona próba wyjaśnienia osobie żyjącej w latach pięćdziesiątych, na przykład, o co tutaj chodzi; co takiego nam oferują i do czego ma to służyć.
O ile można powiedzieć „to” o czymś, co nie istnieje jako rzecz.
Wypadałoby zakończyć jakąś przepowiednią, ale jaką, skoro nie mam pojęcia, do czego doprowadzi wirtualizacja w odleglejszej przyszłości. W tej bliższej wiadomo: szybko będzie rosnąć realistyczność cyfrowego świata, zapewne będzie coraz bardziej wkraczał w rzeczywistość i mieszał się z nią, a nawet zacierać się będą granice, ale któż może wiedzieć, do czego to doprowadzi za 50 czy 100 lat?…
Może położymy się w wygodnych sarkofagach, podłączymy do SYSTEMU, i w nim będziemy przeżywać swoje życie? Mam to za prawdopodobne, ale o ile erotykę można uczynić wirtualną, to poczęcia i porodu nie, chyba że w naprawdę odległej przyszłości.
W tym fakcie można upatrywać pocieszenia, lub, jak kto woli, naszego zniewolenia cielesnością.

6 komentarzy:

  1. Strrrrasznie ponura wizja, oby się nie spełniła, chociaż ... patrząc na świat, ludzi, wszystko jest możliwe; nie powiem, Matrix zrobił na mnie duże wrażenie, przerażające, pozostawił również lekki niepokój; będę czekać na Twoje czy Wasze z Janem wędrówki, to zdrowy, realny świat:-) pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że ludzie właśnie uciekają od realności w nasz współczesny Matrix – z różnych powodów. Moje pisanie też jest formą ucieczki.
      Lem opisał w Kongresie futurologicznym podobną wizję, przy czym w jego historii umysły ludzi były pod wpływem środków psychoaktywnych – to taka poboczna uwaga czytelnika.
      Mario, już niedługo zacznę wędrówki, być może od soboty za dwa tygodnie. Za parę godzin zacznie się przedostatni festyn tegorocznego sezonu. Gdy umilkną głośniki i wrócę do bazy, zacznę swój sezon.
      Dziękuję, Mario.

      Usuń
  2. Taaak, to się dzieje na naszych oczach i w tę nową wchodzimy rzeczywistość jak w masło. Najpierw była koegzystencja i również ja zachłystnęłam się ideą połączenia ze znajomymi i nieznajomymi, przyjaciółmi, łatwym dostępem do wiedzy, informacji i rodzajem demokratyczności (równości) w sieci. Traktowałam wtedy Internet/sieć na podobieństwo narzędzi z poprzednich pomocnych przełomów, o których wspominasz (pralka, samochód, kolej). Kolejne narzędzie, postęp, który czynił życie lżejszym, chyba wszystkim, ludziom, nie tylko wybranym. Wydawało się, że nadchodzi złoty wiek, w którym wszystko będzie tak samo, tylko będziemy mieli łączność nie tylko z sąsiednią wsią i miasteczkiem, ale z innymi dalszymi.
    Potem coś zaczęło się zmieniać i narzędzie zaczęło nami rządzić, układać nam życie w coraz poważniejszym stopniu. Zostało zaanektowane przez świat korporacji, organizacji, wykorzystane jako efektywna platforma zakupowa. Miast łączyć dzielić świat ludzki na „bańki”, zabierać czas dla ludzi, których mamy obok siebie, budować pałace frustracji, ponieważ hierarchia, autorytety wyparowały wśród „moje jest najmosze i ja też bym tak chciała/chciał oraz kto mi zabroni”. Przypomina mi się stare zdanie „wszyscy mamy takie same żołądki”. Brrr. Kiedy szukam teraz konkretnych informacji to znajduję je wśród wyników na stronie piątej, szóstej, a czasem w ogóle. Te z pierwszych, podrzucane przez algorytmy statystyczne (ponoć się dostosowują, kolejne brrr!) są zdecydowanie niezadowalajace.

    Światy się splątały i górę – moim zdaniem – bierze wirtualny. My się przyzwyczajamy, dzieciaki powtarzają, że nie znamy/rozumiemy świata, że teraz tak jest. Dla mnie świat rzeczywisty ginie.
    Smutno napisałam.
    Serdeczności:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem, internet się zmienił. Stał się bardziej komercyjny i bardziej zaśmiecony. Pierwsza zmiana jest charakterystyczna dla gospodarki wolnorynkowej, a nawet jest od niej nierozłączna, druga jest wynikiem egalitaryzmu internetu, o którym wspomniałaś. Skoro korzystają z niego wszyscy, informacje i sposób ich prezentacji dopasowuje się do jak największej ilości odbiorców. Problem w tym, że teraz, jak i w każdym wieku, przeważają gusta przeciętne. Trwa festyn w Żaganiu, słyszę bum bum ze sceny, i trudno nawet wymagać, żeby grali tam utwory ambitniejsze. Czasami zajrzę do podsuwanych mi przez google informacji: są bardzo pobieżne, sensacyjnego tonu, i wymieszane z nachalnymi reklamami. Ta powierzchowność informowania (także się informowania) jest dla mnie jedną z cech charakterystycznych dla obecnego czasu. Ludzie niby tylko wiedzą więcej, ale tak naprawdę wiedzą bardzo mało, zadowalając się byle jakimi artykulikami internetowymi. Albo radiowymi wiadomościami ze świata trwającymi dwie minuty.
      Masz rację: zaśmiecenie internetu jest tak ogromne, że nierzadko trudno z tej góry śmieci wyłuskać potrzebną informację. Cóż, kolejny objaw egalitaryzmu internetu, ale też jego nieprzebranej różnorodności.
      Współczesną odmianę wołania o jednakowych żołądkach dostrzegam, pewnie. Jest właśnie oczekiwaniem ludzi tego, że stać ich ma być na te i inne dobra, co skutkuje masową produkcją byle jak zrobionych rzeczy. Bo mają być tanie i przez to dostępne jak największemu kręgowi odbiorców. Pewnie, że takie dążenie ma i dobre strony, na przykład wymusza stosowanie nowszych, bardziej wydajnych maszyn, ale i jest winne góry chińszczyzny i śmieci – tych realnych, leżących na wysypiskach.
      Chomiku, skłonny jestem przytaknąć Ci, kiedy piszesz o ginięciu realnego świata, ale chyba jednak zbyt wcześnie dostrzegalibyśmy jego koniec. Pomyślałem też o powtarzającym się w każdym pokoleniu lamentowaniu nad ginącym światem przez ludzi starszych. A świat dalej istnieje, aczkolwiek nie jest taki, jaki był.
      Myślę, że wirtualny świat (przy czym internet jest tutaj jedynie narzędziem, a nie samym światem), taki coraz bardziej „prawdziwy”, coraz trudniej rozróżniany od realności i coraz bardziej uwodzący urokiem, że taki świat jest podobny do narkotyków. Zauważ, że jedno i drugie oddziela nasze zmysły od świata rzeczywistego i podsuwa umysłowi nierzeczywiste a kuszące wizje. Wiemy, że ludzie znacznie się różnią odpornością na kuszenie narkotykowymi wizjami, wiemy także, jakie czynniki skłaniają ludzi ku narkotykom.
      Myślę, że podobnie jest, i wyraźniej będzie widoczne w przyszłości, ze światem wirtualnym.
      Już teraz można, po podłączeniu elektrod do odpowiednich miejsc mózgu, przeżywać ekstazę, także seksualną. Może w przyszłości wystarczy założyć specjalny hełm kupiony w sklepie za parę stówek, by doznawać rozkoszy z super kochankami, ale ten, kto przedłoży takie przeżycia nad realne zbliżenie z kochankiem, kochanką, będzie jak ten narkoman, w tęczowych wizjach szukający ucieczki od świata, w którym nie potrafi żyć.

      Usuń
  3. Krzyśku, ale ta ekstaza jest ersatzem. To jak porównanie pomidora z działki z tym, też malinowym, ze sklepu. Kurcze, inne. Daję do spróbowania różnym ludziom, bo myślałam, że to mój resentyment, ale nie. Przytakują, wybierają z dwóch tamten.
    Kłopot dla mnie jak zwykle związany jest ze statystyką, dyktatem większości i brakiem dialogu. To różnice stymulują, a nie jednojakowość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Chomiku, ta ekstaza jest oszukaństwem, podróbką, i ci, którzy biorą prochy wiedzą o tym, jednak łatwość wywołania wizji przeważa. Nie trzeba o nic się starać, podejmować potrzebnych działań, tylko łyknie się chemię i oto otwiera się inny świat, rodem z Matrixa.
      Różnice niech sobie będą i stymulują, ale ja coraz bardziej doceniam ciszę i spokój. Dialog mam za niemożliwy nie tylko przy złej woli stron, ale i wtedy, gdy się zbytnio różnią. Jak syty nie zrozumie głodnego, tak działacz z katolickiego ugrupowania nie zrozumie lewicowca, sympatyk jednego klubu nie posłucha argumentów członka drugiego klubu, itd. Dialog jest możliwy tylko tam, gdzie różnice są niewielkie, w innych przypadkach zamienia się w monolog brzmiący jak odgłosy grochu uderzającego o ścianę, lub jak wołanie na pustyni. Przy czym daje się zauważyć prawidłowość: dialogu chce strona słabsza, silniejszej nie jest potrzebny, bo ta strona wszystko WIE, ponieważ jest silniejsza.

      Usuń