111216
Radzimowice,
Owczarek, Bielec, Lisie Skały, Chmielarz, Dłużek, Rogacz, Marciniec, Droga Pragowa,
stoki Bukowinki, Żeleźniak, Radzimowice.
Na
wyobrażenie wstawania nad ranem, pojawiła się we mnie myśl o czytaniu i pisaniu
przez całą niedzielę. Zapowiadano deszcz, a w pokoju będę mieć ciepło i sucho,
wyśpię się w końcu i zajmę zaległymi tekstami... To nie ja snułem takie myśli,
to ktoś drugi, kto kusił mnie lenistwem.
Pojechałem
wiedząc, że będę żałować niedzieli w fotelu; pojechałem wspomniawszy tyleż
pięknych dni wiosennych i letnich spędzonych w pracy, gdy odczuwając głód drogi
obiecałem sobie jeździć w każdą niedzielę, niezależnie od pogody.
Plany
trasy jak zwykle zmieniałem kilka razy, w końcu po ostatnich wyjazdach w
pogórze pojechałem w środek moich gór, chcąc zobaczyć wyższe szczyty i bardziej
strome zbocza. Wybrałem okolice Żeleźniaka właśnie dla tych stromości, ale też
z powodu oddalenia od szos i ludzkich siedzib rozległego masywu rozciągającego
się na północ od tej góry. Chcąc iść długo przed siebie, a nie kręcić się po
okolicy, ułożyłem pętlę ze startem i metą w Radzimowicach.
Dziwna to wioska i
to z kilku powodów. Jest w niej bodajże siedem domów zamieszkałych plus parę
pustych, do remontu; tak maleńka wioska ma swojego sołtysa, co świadczy o
bogatej przeszłości i o odmianach losów miejscowości; obie drogi do niej
prowadzące są szutrówkami, w zimie w zasadzie nie do przejechania bez łańcuchów
na kołach, albo (i) napędu 4WD. Stojąc na małym ryneczku wioski i rozglądając
się wokół, można odnieść wrażenie przebywania w innym świecie. Tam jakby
inaczej liczono czas, a i pieniądze chyba też. Tej wiosce bliżej do kaczawskich
szczytów niż do dolin i szos, zarówno w sensie dosłownym, jak i w przenośni.
Nie
padało, gdy przyjechałem, a ruszyłem w drogę, gdy tylko rozwidniło się.
Widoczność była dobra, nie wiało, stałem więc dłuższą chwilę na szczycie
bezimiennego, a bardzo widokowego, wzgórza tuż przy wiosce. To jedno z tych
miejsc przegapionych przez autorów map kaczawskich, miejsc zasługujących na
wielkie słoneczko punktu widokowego. Docenili go mieszkańcy wioski: stoi tam
ławka, a i krzesło parę razy widziałem.
Nim
zanurzyłem się w las za Owczarkiem, szedłem powoli, rozglądając się, ciesząc
się widokami, które tam, na odkrytych zboczach między tym wzgórzem a wioską, są
wyjątkowo ładne.
Idąc
z dna doliny zboczem Bielca, z tyłu wyrastają na olbrzymiejącym horyzoncie góry
– kolejne miejsce zasługujące na słoneczko. Gdzieś tam zaczęło kropić. Zgodnie
z prognozami, pomyślałem. Może więc z zgodnie z nimi deszcz ustanie po dwóch
godzinach? Nie przestał, a niewiele później do deszczu dołączył wiatr. Z plecaka
wyciągnąłem pelerynę. To okrycie świetne chroni przed deszczem, nawet
całodniowym i obfitym, ale gdy wieje, peleryna zmienia się w świetnie
działający żagiel. Na szczęście większość drogi wypadła lasami.
Właściwie
lubię iść lasami w deszczu, ale gdy jest bezwietrznie. Lubię słuchać melodii
układanych moimi krokami i kroplami deszczu, tych tysięcznych szmerów i
szelestów dobiegających zewsząd. Na kapturze grają pierwsze deszczowe skrzypce,
odpowiada im cichszy szmer peleryny, groty kijów wybijają, niczym talerze,
ostrzejszy rytm na kamykach drogi, a na trawach wokół mnie i na liściach deszcz
szepcze swoją niekończącą się opowieść muzyczną, a ja idę zasłuchany w dźwięki
i w siebie.
Dzisiaj
wiatr pochylał świerki, sypał na mnie wyłamanymi gałązkami, chwilami ryczał
nade mną szarpiąc koronami drzew, ale zapiętego pod szyją kaptura nie był w
stanie zerwać, mimo usilnych prób. Zemstę wziął na połach peleryny i na moich
okularach; zmoczone, zsunąłem na koniec nosa i patrzyłem nad nimi.
Dobre
pół godziny drogi od Wojcieszowa i sto metrów powyżej tego miasteczka,
spotkałem człowieka, rzadkość na kaczawskich drogach, jednak nie był on
turystą: wyszedł na spacer z psem. Chwilę rozmawiałem z nim, zapytałem, czy na
szczycie wzniesienia jest skrzyżowanie dróg. Nie byłem pewny drogi, wydawało mi
się, że przede mną jest skrzyżowanie leśnych dróg i tam powinienem skręcić w
prawo, by iść w stronę Chmielarza i Dłużka (na mapie podana jest niewłaściwa
nazwa Dłużec). Mój rozmówca to potwierdził, co sprawiło mi satysfakcję, jako że
byłem tam tylko raz, a dróg jest dużo. Powiedział też o jaskini.
–Wielka
jest. Taka! – otwartymi ramionami zobrazował wielkość – I są tam nietoperze.
Zapytałem
o szczegóły, podziękowałem i poszedłem. Jaskinia na Chmielarzu?? Przegapiona
nie tylko przeze mnie, ale i przez mapy? Była tam, gdzie mówił, tyle że nie
jaskinia, a znana mi pozioma sztolnia wykuta w zboczu Chmielarza. W latach
pięćdziesiątych szukano tam rud zawierających uran, a to na polecenie naszego
ówczesnego Wielkiego Brata miłującego pokój przy pomocy bomb atomowych. Byłem
tutaj parę lat temu: do sztolni można było wejść, owszem, ale parę metrów dalej
korytarz przegradzała potężna krata. Była i dzisiaj, ale w niej otwarte były
małe drzwiczki. W przedsionku zostawiłem pelerynę i kije, na głowę założyłem
latarkę, drugą wziąłem do ręki (zakląłem przypomniawszy sobie, iż tej jesieni
nie ładowałem akumulatorów), i przecisnąłem się przez otwór w kracie, plecak
ciągnąc za sobą. Nim zanurzyłem się w ciemność, sprawdziłem, czy klapa może się
zatrzasnąć. Tak, miałem pietra. Nie nadaję się na grotołaza, ale poszedłem…
właściwie to nie wiem dlaczego. Zobaczyć nietoperze? Poczuć pierwotny strach i
pokonać go? Pewnie tak. Może też chciałem tam być. Tak po prostu.
Trwożliwie
oglądałem się do tylu, niemal do końca drogi widziałem jasne wejście, a widok
ten dodawał mi otuchy. Promień światła nie sięgał końca korytarza, dno było
równe, a na kanciastych skałach ścian i sklepienia lśniła wilgoć. Nietoperzy
nie widziałem, skupiony na patrzeniu przed siebie. Jeden boczny korytarz,
później drugi i następny; skręciłem w nie. Nie miałem chęci tam iść, chciałem
wracać, ale każdy z tych korytarzy przeszedłem do końca. Sto, albo niewiele
mniej, metrów od wejścia zobaczyłem wodę na dnie głównego korytarza.
W poprzek
ułożono tam wał z kamieni i pokryto go folią, najwyraźniej specjalnie dla
spiętrzenia wody. Pomacałem kijem, 20 centymetrów wody, dalej jakby więcej,
czyli stałem na końcu mojej drogi. Rozejrzałem się: skały miały ładny,
czerwonawy kolor, na sklepieniu zaczęły się tworzyć stalaktyty, były białe,
miały koronkowe obramowanie podobne do korzenia mlecznego zęba, a najdłuższe
przekraczały centymetr wielkości. Za kilkaset lat będzie tutaj ładnie –
pomyślałem.
Uświadomiłem sobie, iż nie czuję lęku. Zgasiłem światła. Ciemność,
jakiej nie doświadcza się na dworze, ciemność absolutna, bezdenna. Ciemność
wypełniona dźwiękami kropel wody spadających ze sklepienia.
Wracając,
zobaczyłem nietoperze. Było ich sporo, wystarczyło spojrzeć w górę. Największe
wisiały na swoich mysich łapkach, a były wielkości pięści. Najmniejsze raczej
przytuliły się skał, niż wisiały, i były wielkości piąstki mojej wnuczki, gdy
była małą dziewuszką, a te średnie chyba już szykowały się do balu
karnawałowego, przybrane w srebrzyste stroje.
Z
ulgą (jednak!) przelazłem przez kratę i spojrzałem na dwór: zobaczyłem drzewa i
deszcz. Piękny widok. Ubierając się zauważyłem, jak bardzo jestem wybłocony.
Gdzie ja tak wypaciałem plecak?
W
tych lasach jest istny labirynt dróg, nie zawsze miałem pewność wyboru właściwej,
ale później ta wybrana okazywała się być tą szukaną. Płytka przełęcz między
Chmielarzem a Dłużkiem jest odkryta, widoki z niej, także z bliskiego szczytu
tej drugiej góry, są ładne, ale dzisiaj niewiele widziałem: przez krople
deszczu na szkłach okularów dostrzegłem ledwie mgliste zarysy bliższych
szczytów, a dalsze nie były widoczne. Na szczycie urządzono miejsce
biwakowania: jest stół i są ławki, także tablice informacyjne z opisem
widzianych szczytów. Autor tekstu chyba zbyt optymistycznie oznajmił koniec
niewiedzy turystów o tym szczycie; ja wolałbym, żeby został nieznany, miałbym
te widoki dla siebie, a i butelek rzuconych w krzaki byłoby mniej.
Następnym
szczytem jest zalesiony i mało wypiętrzony Rogacz. Będąc tam parę lat temu,
zwróciłem uwagę na ładne buki, w tym roku także przyciągały mój wzrok i kazały
się fotografować.
Lubię iść tamtą drogą wiodącą wysoko wzdłuż rozległego
masywu, pod szczytami gór, których prawie nikt nie odwiedza, gór samotnych i
cierpliwie czekających na moje przybycie. Podoba mi się oddalenie od ludzkich
siedzib, świadomość, iż jestem tam sam, na odludziu, że prędzej spotkam dzika
niż człowieka.
Tak
jak chciałem, przeszedłem całą Drogę Pragową – aż na brzeg lasu w pobliżu Lipy,
najdalszy punkt mojej trasy. Las przeszedłem szosą i idąc południowymi zboczami
Bukowinki podszedłem pod Żeleźniak. Miałem rezerwę czasu, wszedłem więc w lasy
z zamiarem obejścia góry i zobaczenia pewnej ładnej drogi na północnym zboczu.
Szedłem świerkowym, gęstym, dostojnym borem. Drzewa odrzuciły wszystkie niskie
gałęzie czyniąc las jaśniejszym i przejrzystszym, a ich strzeliste pnie
wyrastają na dwóch zboczach tworzących u zbiegu jar. Nic tam nie rośnie, tylko
świerki – między drzewami leżą uschnięte gałązki i igliwie. Ilekroć patrzę na
wysokie drzewa rosnące na stromych zboczach, doznaję zdziwienia: jak one
wytyczyły pion i jak go utrzymują?
Na
kolejnych rozdrożach znowu miałem wątpliwości, ale nieco dalej ponownie
poczułem satysfakcję: w zarysie zbocza widocznego między drzewami rozpoznałem
podejście na szczyt Żeleźniaka, a więc byłem na dobrej drodze. Ta, którą
chciałem odwiedzić, już nie istnieje. Rok temu ta mało widoczna, zielona dróżka
zauroczyła mnie nagłym, niespodziewanym otworzeniem dalekiego horyzontu; już
miałem iść dalej swoją drogą, gdy zobaczyłem między drzewami ślady nieużywanej
dróżki. Poszedłem tam, a niewiele metrów dalej, tuż za grupą drzew skrywających
początek drogi, otworzył się rozległy a niespodziewany widok na głęboką dolinę
i masyw Marcińca po jej drugiej stronie. Dróżka trawersowała strome i odkryte
zbocze, a sto metrów dalej znikała w lesie.
Teraz
ta uśpiona, zielona droga została rozjeżdżona spychaczem, poszerzona tak, żeby
mogły nią jeździć ciężarówki. Zamiast trawy są kamienie, z których sterczą
resztki siłą wyrwanych korzeni i zmiażdżone kawałki drewna. Na poboczu leżą
pniaki i całe drzewa; ich wyciągnięte ku górze gałęzie zdają się niebu
wskazywać swoją krzywdę.
Poczułem
się ograbiony. Podniosłem wzrok wyżej: wiatr gnał na świerki Żeleźniaka kłąb
białoszarej mgły. Pomyślałem, że ilekroć tutaj byłem, padał deszcz, ale lubiłem
to miejsce, a teraz nie wiem, kiedy wrócę.
Pół
godziny później wszedłem do wsi, kończąc ośmiogodzinną deszczową włóczęgę.
Czy
zmokłem, pytała Maria. Nie, chociaż pod peleryną ubranie było wilgotne. Zdały
egzamin kupione z demobilu wojskowe rękawice nieprzemakalne, buty też były
dzielne. Nigdy, w żadnych warunkach, nie zmarzłem w czasie swoich wędrówek,
poza okresowym odczuwaniem zimna w palcach stóp i rąk. W plecaku zawsze noszę
zapasowy sweter i dodatkowe skarpety, także trzecią parę rękawic, kominiarkę i
oczywiście pelerynę. Na największe mrozy zakładam „zestaw podwójny”: dwie pary
podkoszulków, a najlepsze są z dobrej wełny, takież dwa swetry, dwie bluzy
polarowe i wiatrówkę. Na nogi kalesony i dwie pary grubych skarpet. Jest to
ubranie zapewniające komfort do minus 30 stopni, lub minus 20 z wiatrem. Raz
zdarzyło mi się iść przy sporym wietrze i temperaturze minus 17. Nie zmarzłem, ale
musiałem uważać na palce rąk i nie wystawiać twarzy na wiatr.
Ubiór
dobieram według mojej maksymy: iść na łazęgę zawsze warto, nigdy nie warto
marznąć na szlaku.
Dołączam
mapę z trasą zaznaczoną niebieską linią. Jej zygzaki niekoniecznie świadczą o
moim zbaczaniu z drogi, raczej o drgnieniu palca przesuwanego po touchpad’zie,
a jej wykonanie zawdzięczam instrukcjom Janka, bez których nie ruszyłbym z
miejsca.