Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

poniedziałek, 1 czerwca 2026

Sześć dni na Roztoczu, cz. I

 20-25.05.26 

Jeśli miałbym wymienić dwa najładniejsze miesiące roku, byłyby to maj i październik. Jesienny miesiąc jest czasem malowniczej ekstrawagancji przyrody, oszałamiania barwami, wspaniałym pożegnaniem ciepłej połowy roku, a maj jest czasem obietnic, kwitnienia, zalotów, świeżości, czaru młodości.

Z każdym kolejnym rokiem coraz częściej pojawia się we mnie myśl o bezpowrotnym mijaniu czasu i malejącej ilości lat przede mną, dlatego bardziej doceniam nie tylko mijający czas, ale i uroki natury jako wzorca i źródła wszelkiego piękna. Chcę się nim nasycić póki jeszcze mogę. Czytając te słowa, osoba młoda może dopatrzyć się w takim podejściu pesymizmu ale prawda jest odmienna: takie myśli działają pobudzająco. Mobilizują do pozytywnego przeżywania czasu, do niemarnowania go na cele i czyny, które tak wielu ludzi uważa za ważne, na które kiedyś i ja marnowałem dni i lata. Mam swoje książki, te do przeczytania i napisania, mam muzykę, ale najwięcej czasu poświęcam naturze. Właściwie powinienem napisać Naturze, skoro za Grekami skłonny jestem ją personifikować. Dlatego o maju czasami myślę, w zgodzie będąc z etymologią nazwy tego miesiąca, jak o pięknej, uwodzicielskiej kobiecie. Ani mi w głowie bronić się przed jej urokiem, wprost przeciwnie: wychodzę naprzeciw i poddaję się jej czarowi.

W maju tego roku osiem dni spędziłem na drogach Roztocza, a każda godzina była cenna i jeśli nie piękna, to przynajmniej ładna.

Przez sześć kolejnych dni włóczyłem się po środkowej części Roztocza. Nocowałem w znanej mi, cichej i taniej, agroturystyce w Chłopkowie, żywiłem się jak zwykle suchym prowiantem, odwiedziłem okolice do których rzadko przyjeżdżam (z powodu odległości) w czasie jednodniowych wyjazdów, wróciłem syty drogi. Na drugi dzień kilka razy ładowałem pralkę, a rankiem trzeciego dnia, widząc słońce i zieleń przez okno, poczułem tęsknotę za wędrówką. Niech będzie błogosławione to moje nienasycenie, ponieważ pozwala mi cieszyć się życiem w późnym wieku i w świecie coraz bardziej nieprzyjaznym i oszalałym.

Zapraszam na dwie (a może trzy) relacje z tych wędrówek.

Trasy pokazuję na mapie, są w środkowej części Roztocza.

Będąc sześć dni na Roztoczu, przeszedłem 126 km w czasie 64 godzin.

O dziwnym spotkaniu

Było jeszcze dość wcześnie gdy zbliżałem się do samochodu, skręciłem więc w stronę sporego, nieznanego mi wzgórza. Na szczycie zobaczyłem, nieco zaskoczony, pokaźny dom z pokojami do wynajęcia, dużo samochodów i ludzi. Najwyraźniej trafiłem na popularny ośrodek agroturystyczny. Przeciwległym zboczem biegła wąska asfaltowa uliczka, ale że nie chciałem wracać po śladach ani iść asfaltem, skręciłem w niewyraźnie widoczną polną drogę. Z mapy wynikało, że dojdę nią do wsi. Garbata od kamieni dróżka opadał stromo między drzewami, po stu metrach wyszedłem zza zakrętu i usłyszałem szczekanie psa: byłem na podwórzu.  

Rozpadające się szopy, dom w niewiele lepszym stanie, dwa psy, kaczki, kilka kotów. Liczyłem na szybkie przejście przez podwórze w stronę drugiego wyjścia, ale nim do niego doszedłem, z domu wyszła kobieta. Szczupła, niska starowinka o ruchach dość energicznych jak na wiek sugerowany zmarszczkami. Zacząłem od przeprosin, tłumacząc się niewiedzą i chęcią dojścia do ulicy w dole – taki był początek naszej długiej rozmowy. Poznałem tragiczne losy tej dziewięćdziesięciotrzyletniej kobiety, jej samotne zmagania się z codziennością. Odchodząc, życzyłem jej zdrowia i wypowiedziałem tradycyjne „do widzenia”.

Do widzenia – odpowiedziała – Ale my się już pewnie nie zobaczymy.

Kiedy będę w pobliżu, odwiedzę panią – obiecałem.

Dobrze. Zapraszam.

Obiecałem i słowa dotrzymam, ponieważ kobieta ujęła mnie swoimi słowami. Przyjadę i nawet wiem, co wezmę ze sobą jako prezent.

Kwitnienie i owocowanie

 




Dzikie róże. Wydaje mi się, że w tym roku te piękne kwiaty pojawiły się nieco wcześniej niż zwykle.

 Chcąc się upewnić, szukałem zdjęć, czytałem opisy, i wyszło mi, że wbrew twierdzeniom pewnej strony identyfikującej rośliny, jest to podagrycznik.

 Kwitnie chaber. Jego kwiaty, tak jednoznacznie kojarzące się z naszymi polami i ciepłymi miesiącami, są „techniczne”: widzę w nich subtelną konstrukcję.

 
Owoce porzeczek i czereśni. Szybko im idzie, wszak niedawno rozwijały kwiaty.

 
Kwitnący jęczmień.

 


Kwitną kaliny koralowe i czeremchy.

 Kwitnie też – obok wielu innych – nawrot polny, taka mała i niepozorna roślinka.
Maki nie są wybredne w doborze miejsca do życia.
 
Rzepak już zapomina o kwitnieniu, zajęty owocami godów.

 Drzewa

Topole balsamiczne. Niepodobne do topól, są jak iwy wśród wierzb.

 





Samotne drzewa na polach mają w sobie jakąś tajemną siłę, urok szczególny. Głowa mi się odwraca w ich stronę tak, jakbym dziw tam jakiś zobaczył albo ładną dziewoję. Wyżej parę zdjęć polnych brzóz i czereśni.

 Drzewo nad ziemią i pod ziemią.



Wycięty cały szpaler brzóz. Pamiętałem o tym miejscu, kiedyś ładnym, a teraz smutnym. Dwa kolejne zdjęcia są sprzed paru laty, widać na nich brzozy, których już nie ma.

 Znajoma grusza. Jeszcze żyje, jeszcze nikt nie wpadł na pomysł jej wycięcia.

 Wiosenna zieleń lasów.











Przepiękna zieleń liści. 

 

Nawet olsze, zwykle nie dbające o swoją urodę, w te dni wystroiły się świeżą zielenią.

 








Sosny i sosnowe lasy. 




Na szlaku.
 

poniedziałek, 25 maja 2026

SUWALSZCZYZNA, część IV, ostatnia

 280426 do 040526

 Granice są sztucznym tworem człowieka. Dzielą jedną przestrzeń, wytyczają podziały tam, gdzie ich tak naprawdę ich nie ma. Miasto kończy się na linii wytyczonej z centymetrową dokładnością, pasmo górskie zaczyna się dokładnie na dnie doliny, państwo na środku rzeczki albo brzegu łąki. Tak jest na zdjęciu niżej: łąka jest polska, las już litewski.

 Bywa też, że granica dzieli jeziora – jak tego na zdjęciu niżej. Widać je na mapie ze stykiem trzech granic. Oczywiście poszedłem tam zobaczyć tę linię wykreśloną na wodzie jeziora, ale okazała się być niewidoczna :-(



Skusiła mnie droga biegnąca blisko granicy, a nawet jej dotykająca; widać to miejsce na mapie. Przy drodze stoi słup graniczny i tam przekroczyłem granicę aby z terenu Litwy zrobić zdjęcie. W innym miejscu, widząc polną dróżkę biegnącą od granicy w głąb Litwy, chciałem tam pójść, ale na myśl o ewentualnym spotkaniu z pogranicznikami, wypytywaniem i kontrolą dokumentów, zrezygnowałem, jednak nie uniknąłem kontroli. Idąc drogą blisko granicy usłyszałem samochód, obejrzałem się, był zielony. Po chwili zostałem poproszony o dowód osobisty. Oczywiście całe zdarzenie przebiegło spokojnie, nawet chwilę porozmawialiśmy. Wyraźnie widoczna była u tych ludzi wprawa, fachowość, umiejętność szybkiego oceniania ludzi.

Styk trzech granic

 





Nie wiem, dlaczego pociągają mnie granice. Wiem, że nie tylko mnie. Pojechałem nieco dalej na północ, do miejsca styku granic trzech państw: Polski, Litwy i Rosji. Nic ciekawego tam nie ma poza samym stykiem granic, a jednak zbudowano parking dla turystów i asfaltową ścieżkę prowadzącą do tego miejsca – jednego z sześciu takich styków na granicach Rzeczpospolitej. W czasie swojej siedmiodniowej wędrówki po Suwalszczyźnie w paru tylko miejscach widziałem turystów, między innymi właśnie na tym trójstyku. Nie krytykuję, skąd!, przecież i ja tam byłem; to jedynie konstatacja.

Ścieżka biegnie równolegle do granicy z Litwą w odległości kilkunastu metrów, oczywiście nie ma tam żadnych tablic z zakazami ani tym bardziej ogrodzeń. Natomiast na obu pozostałych granicach, czyli polsko-rosyjskiej i litewsko-rosyjskiej, są ogrodzenia i zwały drutu żyletkowego. Dotykałem go, na pewno jest bardziej skuteczny z ranieniu ciała niż tradycyjny drut kolczasty. Ta różnica – swoboda przechodzenia jednych granic, a kamery i zasieki na drugich, robi silne wrażenie.

Wspomnę jeszcze o małej rzeczce, Czernicy, przepływającej tuż obok. Jest podróżnikiem, globtroterem, skoro wypływając z Polski, na chwilę wpływa do Litwy, a następnie decyduje się na poznanie Rosji.

Głazowiska

O ogromnej ilości głazów tkwiących z suwalskiej ziemi pisałem, ale o głazowiskach nie. Tak zwane są miejsca ich szczególnie licznego występowania.  



Poznałem dwa uznane za rezerwaty przyrody. W pobliżu pierwszego zbudowano nawet parking, ale samo głazowisko nie zrobiło na mnie wrażenia. Na wielu zwykłych łąkach widziałem więcej głazów niż w Bachanowie. Tuż obok jest kładka kończąca się podestem z widokiem na rzeczkę Czarna Hańcza – dla odmiany miejsce bardzo ładne i bezsprzecznie warte poznania.


 Natomiast z drugim głazowiskiem, Łopuchowskim, miałem kłopot. Nie tylko nie ma w pobliżu parkingu, ale nawet nie da się zaparkować na brzegu drogi, a cały rezerwat jest ogrodzonym terenem prywatnym. Za zgodą właściciela, samochód zostawiłem na podwórzu pobliskiego gospodarstwa i wszedłem w las. Drapałem się po chaszczach pod górę, przelazłem przez parę ogrodzeń, ale głazowisko poznałem całe. Robi duże pozytywne wrażenie, a i widoki z niego są ładne. Widziałem głazy na tle nieba, zasłaniające dal. Warto było ryzykować rozdarcie spodni i nie tylko.

Jeziora 



Niewiele ich poznałem, ale dużo widziałem. Dostęp do brzegów bywa utrudniony zaroślami albo tablicami zakazującymi wejścia. Byłem nad jeziorem Hańcza (pierwsze zdjęcie). Jest najgłębsze w Polsce, dno jest nieco ponad sto metrów poniżej lustra wody. Z tablicy informacyjnej dowiedziałem się, że woda w nim waży 118 milionów ton. Ciężkie jezioro! Dodam, że jest też bardzo czyste, co widziałem na własne oczy. Widziałem też Wiżajny, wioskę i jezioro o tej samej nazwie.  
Miłośnicy kajaków czy żaglówek, ale też zwolennicy leniwych urlopów na plaży, znajdą na Suwalszczyźnie naprawdę ładne miejsca, a także dobrze urządzone. Widziałem wiele urządzeń służących turystom, a niemal wszystkie nowe, w dobrym stanie, porządnie zrobione.

 Różności

Przez kilka godzin szedł ze mną duży pies, widać go na paru zdjęciach. Mając obok siebie tego milczącego towarzysza uświadomiłem sobie, że my, ludzie, za dużo gadamy.

 Zajrzałem do starego cmentarza ewangelickiego. W lesie, wśród drzew, są zaniedbane, nieodwiedzane groby dawnych mieszkańców krainy. Nie mieli łatwego życia. Na przykład ewangeliccy autochtoni zostali uznani przez władze III Rzeszy za Niemców i wcieleni do wojska, a ci, co przeżyli i wrócili do swoich domów, zostali wypędzeni albo skazani na więzienia przez władze PRL. Czy żyją potomkowie człowieka, który w tym grobie jest pochowany? Czy wiedzą o tym miejscu?

 


Kadry z wiosek Suwalszczyzny. Spotyka sią stare opuszczone domy, ale niewiele. Zdecydowana większość jest zadbana, sporo jest nowych. Na drugim zdjęciu widać osiedle ładnych domków. Byłem już daleko od nich, ponad sto metrów, a jeszcze słyszałem dudnienie z głośników wystawionych na dwór przez właściciela jednego z tych domów. Jak dla mnie z tego powodu wartość sąsiednich domów spada do symbolicznej złotówki.

 Wszędzie widziałem takie same tabliczki informujące o… właściwie o czym? Powinny wskazywać numer posesji, ale ten jest napisany tak małymi cyferkami, że trzeba być tuż przy tabliczce aby go odczytać. Wyobraziłem sobie podróżnego, który przyjechał do wioski Szeszupie i szuka właściwej posesji. Czego się dowiaduje z tablic? Że jest w wiosce Szeszupie. Jak powinna wyglądać taka tablica, widać na drugim zdjęciu, tyle że jest to tablica zamówiona przez właściciela, a nie jakiegoś urzędnika w powiecie jak ta pierwsza i setki innych, takich samych.

Obrazki ze szlaku

 Mieszkańcy Suwalszczyzny palą drewnem. Stosy tego opału widuję i na Roztoczu, ale nie w takiej ilości jak tam widziałem. Rozmawiałem z człowiekiem rąbiącym drewno u siebie na podwórzu, skomentował ten fakt krótko: „a czym palić?” Ciekawe, kiedy Unia się do nich dobierze...

 Mało rośnie tam dzikich róż, tarnin i czereśni, ale wyjątkowo dużo jarzębin, olsz i grusz.

 


Nie tylko grusze miały swoje gody.



 Na pewnych wzgórzach podziwiałem liczne i wyjątkowo malownicze sosny. Te drzewa w słoneczny dzień wyglądają przepięknie, zwłaszcza gdy są wiatrem pokręcone.

 Droga wzdłuż granicy. Po prawej widać słupek graniczny. Ludzie w domu po lewej mieszkają dosłownie na skraju Polski. Niżej zamieszczam mapę z zaznaczonymi miejscami wędrówek. 

Statystyka: w ciągu siedmiu dni na szlaku byłem 72 godziny, a przeszedłem 132 kilometry. Licznik w samochodzie wskazał 950 kilometrów.