Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

czwartek, 22 maja 2014

Garść uwag o wyposażeniu wędrowca

Moje porady dotyczą zimowego chodzenia w góry bez nocowania na szlaku, to znaczy w namiocie, a więc w istocie wędrówek jednodniowych. Niektóre oceny czy wartościowania podane przeze mnie, na przykład wymagania dotyczące termiki czy wagi, ulegną zmianie jeśli będziemy kompletować wyposażenie na wyrypy, czyli wielodniowe zimowe wędrówki z namiotem.
Na jednodniowe zimowe łazęgi po górach można skompletować wyposażenie za 10 i więcej tysięcy, można za jeden – dwa tysiące, to już zależy od grubości portfela i preferencji. Jestem zwolennikiem tańszych sposobów – z konieczności finansowej, to oczywiste, ale także dla satysfakcji, jaką dać może nabycie potrzebnych rzeczy po okazyjnych cenach; trzecim powodem jest rozsądek. Kurtkę w góry można kupić za 200 zł, można i za 2000 zł, ale ta droższa nie będzie 10 razy lepsza będąc tyleż razy droższą; za przyrost jakości płaci się nieproporcjonalnie dużo, nierzadko niepotrzebnie. Więcej: czasami płaci się li tylko za markę, bo jej właściciel zdążył już jakość zastąpić zyskiem, co obecnie zdarza się coraz częściej.
Najważniejsze są buty. Niemiecka firma Meindl podzieliła je na kilka klas w zależności od ich przeznaczenia; według klasyfikacji tego producenta buty w polskie góry powinny być klasy AB, B lub BC; dla poznania szczegółów odsyłam na ich (polską) stronę. W Sudetach (i im podobnych górach) w zupełności wystarczą buty klasy B, a nawet, w letnie dni i na dobrych szlakach, lżejsze buty AB. Na głęboki śnieg, na błoto, na wędrówkę bezdrożami po chaszczach i korzeniach drzew, lepiej wziąć buty masywniejsze, wykonane z grubszej skóry, a więc odporniejsze na uszkodzenia i przemakanie, czyli buty klasy BC. Z tego wniosek, że dobrze byłoby mieć dwie pary butów. Tak, lepiej mieć dwie pary, ale koniecznością to nie jest; w masywniejszych butach można chodzić i po lekkich szlakach, tyle że takie buty są cięższe i czasami niepotrzebnie sztywne. Ze swojego doświadczenia wiem, że do takich butów trzeba się przyzwyczaić; mnie przyszło to dość łatwo, ale różnie z tym bywa. Poza tym dość ważna uwaga: ich większą wagę nogi czują, pod wieczór czują dość mocno.
Nowe buty, dobrej jakości, kosztują od około 700, do nierzadko ponad tysiąc złotych, i tego nie zmieni się, taka jest cena chodzenia po kamieniach. Buty górskie kosztujące 300 zł na pewno nie są dobrymi i trwałymi butami, tyle że częstsze wymiany tańszych i mniej żywotnych butów też mogą być jakimś sposobem, szczególnie wtedy, gdy używa się je sporadycznie. Mój sposób na buty jest prosty: kupuję mało używane na allegro. Koszt takich butów, czasami założonych ledwie parę razy, wynosi od jednej piątej do połowy ceny nowych.
Czy buty mają mieć membranę uszczelniając-oddychającą (w rodzaju gora tex) – to już osobisty wybór. Tutaj napiszę tylko, że buty z membraną nie wymagają wielu zabiegów konserwacyjnych i są szczelniejsze od butów bez niej, ale tylko wtedy, gdy ta membrana nie jest uszkodzona, a psuje się dość szybko. Buty tradycyjne, skórzane i szyte, są bardzo trwałe, ale wymagają dość pracochłonnych zabiegów pielęgnacyjnych i impregnacyjnych. Wybierając buty należy zwrócić uwagę na ilość szwów i ilość kawałków skór składających się na but. Te dobre wykonane są z jednego, dwóch kawałków skóry, gorsze buty szyte są z kawałeczków skór (oraz z elementów z tworzyw sztucznych) i w wielu miejscach mają szwy.
Równie ważny jest dobór rozmiaru obuwia. Na allegro często widzę buty sprzedawane z powodu kupienia niewłaściwego rozmiaru. Krótko, bo temat jest szeroki: buty w góry powinny być dłuższe od stopy o 15 do 20 mm. Na ogół jest tak, że zwykłe, miejskie buty, nosimy o 1 lub 2 numery mniejsze niż powinniśmy nosić buty w górach. Powody są dwa: uzyskanie miejsca na stopy powiększone grubymi skarpetami, oraz uniemożliwienie dociskania końców palców do czubów butów przy chodzeniu po pochyłościach.
Lojalnie dodam, że są i inne szkoły dobierania obuwia. Wielu ludzi uważa, że but powinien być większy od stopy o tylko 0,5 do 1 cm. Ja nie potrafię chodzić w obuwiu tak dobranym; paraliżuje mnie ból palców i pięt, ale jeśli komuś wygodnie jest w takich butach, to „no problem”.
Buty nie mogą być za szerokie, stopa nie może mieć w nich luzu na boki. Nieco inaczej jest z luzem przed palcami: lepiej, aby był o pół centymetra za duży, niż miałby być o tyleż za mały. Nie można iść w góry, nawet tak niskie jak Kaczawskie, w typowo miejskim obuwiu, jak półbuty czy sandały. W lecie, przy ładnej i ustabilizowanej pogodzie, na krótką i znaną nam trasę, można nie zakładać wysokiego obuwia trekkingowego, a coś lżejszego, ale nawet wtedy lepiej nie iść w sandałach czy półbutach. Są buty trekkingowe bardzo wygodne, lekkie i nie sięgające kostek, są wśród nich takie, w których można chodzić właściwie wszędzie w Sudetach; kupując je trzeba jednak pamiętać o celu stosowania w butach górskich wysokich cholewek, a jest nim ochrona kostek przed uderzeniem o skałę lub skręceniem. Niskie buty wymagają pewnego, uważnego chodzenia, są dla doświadczonych wędrowców i raczej na lepsze warunki pogodowe.
Skarpety nie powinny być bawełniane, bo źle się je nosi gdy staną się wilgotne. Używać powinno się skarpet wełnianych, albo wykonanych z nowoczesnych włókien, tyle że tutaj potrzebne jest własne doświadczenie, bo informacje producentów i sprzedawców nie są wiarygodne. Chwalę sobie skarpety wykonane z włókien coolmax, które szczególnie dobrze sprawdzają się w ciepłe dni, natomiast skarpetek wykonanych z innych nowoczesnych włókien nie sprawdzałem. Dla dobrej ochrony stóp przed otarciami i przed zimnem, skarpety muszą być grube, a najlepiej jest, gdy założy się dwie pary - wtedy pierwsza para może być cieńsza. Tutaj drobna rada: sprzedawcy nierzadko piszą o skarpetkach wełnianych (lub z coolmaxem) nawet wtedy, gdy tych włókien jest mało - kilka czy kilkanaście procent. Skarpeta wełniana będzie taką wtedy, gdy wełny będzie w niej sporo ponad 50%. Dodać tutaj mi trzeba, iż zapewne mogą być dobre skarpety z zawartością wełny poniżej 50% - o ile reszta jest zestawem odpowiednich składników. Trudno jednak o właściwą ocenę na podstawie samego składu - tym bardziej, że producenci (wszyscy, nie tylko ci od skarpet) epatują nas nazwami i zastosowanymi „systemami”, a często są to chwyty reklamowe i niewiele nadto.
Na wierzchu naszych ubrań powinna być wiatrówka (obecnie panuje moda na używanie angielskiej nazwy windstopper) – kurtka odporna na wiatr i chociaż niewielki deszcz. Dobra wiatrówka powinna mieć porządny kaptur, a taki jest wtedy, gdy po zapięciu wiatr nie zwiewa go z głowy i gdy nie kapie z niego na twarz lub na kark; z reguły kaptury chowane do kołnierza nie są dobre. Rozmiar wiatrówki powinien być o jeden lub nawet dwa numery większy od naszych ubrań miejskich, a to dla niekrępowania ruchów i dla zmieszczenia pod nią większej ilości elementów ubioru. Na typowo zimowe dni, a więc mroźne, oczywiście wiatrówkę można zastąpić zimową kurtką, taniej jednak będzie, jeśli ograniczymy się do posiadania bardziej uniwersalnej wiatrówki - z bluzami polarowymi jako ocieplaczami na zimne dni.
W góry nie nadają się ubrania wykonane z materiałów nieprzepuszczających pary, jak ortalion, bo co prawda zapewniają dobrą wodoodporność, ale też i szybkie zawilgocenie ubrania pod spodem.
Na duży deszcz dobra (i tania) jest peleryna – kosztuje dziesiątą część drogich kurtek przeciwdeszczowych. Jest bardzo lekka, doskonale chroni przed deszczem, ale jest dość łatwa do uszkodzenia i niezbyt dobra na duży wiatr. Może przeszkadzać przy wspinaczce, ale sudeckich szlaków raczej to nie dotyczy. Peleryna wykonana jest z materiału nieoddychającego, ale zaparowanie w niej nie grozi, ponieważ nie przylega ona szczelnie do ciała tak, jak przylega kurtka.
Pod wiatrówką lepiej mieć więcej warstw odzieży cieńszej, niż mniej grubszych, a to dla dopasowania ubrania do aktualnej temperatury, która może w ciągu jednego dnia zmienić się dość znacznie. Nie ma koniecznej potrzeby kupowania drogich podkoszulków czy swetrów, wystarczą te wyjęte z szafy, chociaż wiadomo, że porządny sweter wełniany będzie lepszy od wykonanego z kiepskich tworzyw sztucznych, a bielizna termoaktywna od podkoszulka bawełnianego, tyle że za przyrost jakości płaci się nieproporcjonalnie dużym przyrostem ceny. Dobrym elementem ubioru pod wiatrówką są bluzy polarowe – ciepłe, oddychające i w rozsądnych cenach. Uważam, że lepsze są te, które są rozpinane, czyli nie wymagające zakładania ich przez głowę.
Czapka naciągana na uszy i kalesony na nogi - to oczywiste, a na największe mrozy i zimowe wiatry dobrze jest mieć kominiarkę lub komin, czyli ocieplacz na szyję. Wysoki kołnierz bluzy może nieźle chronić szyję przed zimnem, jednak w czasie silnych mrozów i wiatrów takie zabezpieczenie może okazać się niewystarczające.
Spodnie są mniej ważnym elementem ubioru, chociaż oczywiście lepsze są spodnie oddychające i nieprzemakalne, czyli z membraną, od zwykłych, ale na ogół są drogie; nie zawsze ich cena odzwierciedla jakość. Nieprzemakalność spodni jest ważniejsza, gdy używa się krótkiej kurtki, mnie ważna przy pelerynie.
Ochraniacze na nogi, czyli stuptuty, są konieczne, zwłaszcza późną jesienią i zimą. Lepsze są stuptuty oddychające, ponieważ umożliwiają odprowadzanie wilgoci z wnętrza butów na zewnątrz. Moje ulubione ochraniacze wykonane są w brezentu, kupiłem je za parę groszy z wojskowego demobilu. Na głębokim i mokrym śniegu potrafią przemoknąć, ale wybaczam im tę wadę dla tradycyjności i solidności ich wykonania.
Długo byłem przeciwnikiem używania kijów do chodzenia, ale gdy raz spróbowałem, kupiłem je i używam; znacznie odciążają stawy i mięśnie nóg, oraz zwiększają stabilność chodu na nierównym terenie. Kije te powinny mieć groty wykonane z węglików spiekanych, czyli z widii, bo tylko ten bardzo twardy materiał jest w stanie znieść kontakt ze skalistym podłożem. Jest to jedyny wymóg stawiany kijom. Te różne „systemy”, na przykład amortyzacji, niewiele się przydają.
Plecak powinien mieć pojemność 30-40 litrów, a to dla zmieszczenia nie tylko picia, jedzenia i stałego wyposażenia, ale i dla zdejmowanych z siebie ubrań, gdy w ciągu dnia zrobi się ciepło. Dobry plecak kosztuje dużo, kilkaset złotych, ale można kupić za niewielkie pieniądze solidny  plecak wykonany dla wojska. Poza tym trzeba zauważyć, iż na jednodniowe wyjazdy w góry po prostu nie ma potrzeby posiadania plecaków drogich, zaawansowanych technicznie. Jeśli nie używamy peleryny chroniącej także plecak (zakładanej bez jego zdejmowania), powinniśmy zaopatrzyć się w przeciwdeszczowy pokrowiec na plecak. Nie jest drogi ani ciężki, warto mieć go w plecaku.
Powinno się nosić w nim parę drobiazgów na wszelki wypadek, takich, które oby nigdy nie były użyte: zapalniczkę, scyzoryk, paczuszkę z termiczną folią ochronną, bandaż i opatrunek samoprzylepny, latarkę - lepsza jest zakładana na głowę; zawsze należy ją sprawdzić przed wyjazdem. Do czego mogą być potrzebne te rzeczy? Dla uchronienia nas przed nieprzyjemnościami, czasami dla uratowania zdrowia, w skrajnych przypadkach i dla ratowania życia. Góry są bezpieczne jeśli jest się rozważnym, jednak bywa się tam daleko od ludzi i szosy, bywa się w miejscach, gdzie nie ma zasięgu GSM, a chodzi się po kamieniach, czasami przysypanych śniegiem lub liśćmi, nierównymi dróżkami czy ścieżkami, po dużych pochyłościach, na ogół bez stopni i barierek. Zdarzyć się może skręcenie kostki czy zranienie o kamień lub gałąź drzewa, a karetka tam nie przyjedzie. Zranienie zabandażuje się i pójdzie dalej; w razie potrzeby wytnie gałąź do podpierania się, a jeśli nie będzie można iść, rozpali się ognisko (w górach jest to równoznaczne z wołaniem o pomoc) i owinie się folią w oczekiwaniu na pomoc.
Stale noszę w plecaku także zapasowe sznurówki, kilka porcji papieru toaletowego, opakowanie chusteczek higienicznych. Kiedyś odkleiła mi się podeszwa od buta; obwiązałem ją zapasową sznurówką wokół buta i do samochodu doszedłem w miarę normalnie. Po tym marszu sznurówka była poszarpana, ale but nie doznał dalszych uszkodzeń. Zabieram także mapę w skali 1 do 50 tysięcy, zapasowe skarpetki i pelerynę zakładaną przez głowę bez zdejmowania plecaka; oczywiście można mieć na sobie lub w plecaku dobrą kurtkę nieprzemakalną, ja wybrałem pelerynę ze względu na jej niską cenę i dobrą ochronę mnie i plecaka. Zawsze mam w nim ciepłe rękawice i takąż czapkę, nawet gdy dzień nie zapowiada się zimny, także dodatkowy sweter lub ciepłą bluzę, a wszystko to szczelnie zawinięte w workach foliowych – na wypadek przemoknięcia plecaka. Na największe mrozy dobrze jest mieć dwie pary rękawic: cieńsze, przylegające do dłoni, raczej nie zdejmowane, i drugie, obszerniejsze, na wierzch. Moje najcieplejsze, najbardziej lubiane, rękawice są wykonane z dwóch warstw polaru i były najtańszymi z kupionych. Telefon też jest koniecznym elementem wyposażenia; powinien mieć baterię w pełni naładowaną i noszony być bliżej ciała - dla ochrony przed uszkodzeniem i przed mrozem; zmrożona bateria potrafi bardzo szybko odmówić nam prądu. Dobrze jest mieć w plecaku kawałek pianki podobnej do tych, z których robione są karimaty – a to dla zabezpieczenia tyłka przed przemoknięciem w czasie siedzenia na mokrym pniu drzewa lub na kamieniu. Mój plecak waży razem z wyżej wymienionym stałym wyposażeniem około 4 kilogramy, ciężar co prawda na ogół nieużywany, ale dający coś cennego: komfort psychiczny i bezpieczeństwo. Z tym nieużywaniem różnie bywa: zapasowy sweter nosiłem nieużywany w czasie wielu wyjazdów, a na ostatnim, po wejściu we mgłę, zrobiło się tak zimno, że szybko zakładałem go na siebie. Innym razem miałem na nadgarstku niewielką ranę, ładnie się goiła, zasklepiona strupem. Pech chciał, że przy zakładaniu plecaka zdarłem strup pasem nośnym, a później musiałem w czasie marszu podciągać rękaw kurtki aby nie urażał mi otwartej ranki. Nie miałem ze sobą plastra z opatrunkiem, którym mogłem szybko i skutecznie zabezpieczyć ranę.
Jestem zwolennikiem zabierania do plecaka używanych już, sprawdzonych butów, jeśli na stopach mamy buty nowe, niesprawdzone praktycznie, jednak nie upieram się  przy tym; jeśli ktoś jest całkowicie pewny nowych butów... Oczywiście nim założy się je na szlak, należy pochodzić w nich trochę, niechby w parku.
W mroźne dni dobrze jest mieć w plecaku duży termos z gorącym napojem, a musi on mieć pewne zamknięcie; jeśli zdarza się mu cieknąć, nie powinien być zabierany, bo może narobić nam bałaganu w plecaku. Do gaszenia pragnienia najlepsza jest woda, mogą być dobrej jakości soki, najgorsze są słodkie i gazowane napoje. Zapotrzebowanie na płyny zależne jest od wielu czynników, głównie temperatury powietrza i intensywności wysiłku fizycznego, ale i indywidualnych cech organizmu; ja potrzebuję do 1,5 litra picia w zimne dni, do 3 litrów w ciepłe. W mroźne dni na szlaku piję tylko gorące napoje z termosu.
Co zabrać do jedzenia? Na jednodniowych wyjazdach nie ma to zbyt dużego znaczenia. Co kto lubi i akurat ma w lodówce. Ja biorę kilka kanapek z wędliną lub serami i coś słodkiego do połasuchowania; na ostatnim wyjeździe była to paczka owocowych landrynek i kawałek czekolady. Nie powinno się zabierać napoi alkoholowych, ponieważ alkohol źle wpływa na wydolność organizmu i przytłumia zmysły.

Jak wybierać trasę, gdzie iść, co omijać?
Ostatnio omijałem bydle, które wydawało mi się bykiem, ale możliwe, że miałem do czynienia z krową i ze swoją mało odważną niepewnością:)
Góry wymagają rozwagi. Nie ma tam miejsca na popisowe udowadnianie sobie czy innym, że mogę, potrafię, wejdę. Gdy w zimie zdarzy mi się podejść pod oblodzone skały, często rezygnuję z wejścia na nie, ponieważ nie mam ani raków, ani doświadczenia w lodowej wspinaczce. To nie tchórzostwo, a właśnie rozwaga konieczna w górach. Kiedyś w Górach Stołowych stałem przed szczeliną szerokości jakieś półtora metra, miałem chęć nabrać rozpędu i przeskoczyć ją. Półtora metra? Skoczę na pewno! – jeden głos. Ale mam na sobie plecak i ciężkie, sztywne buty, które zupełnie nie nadają się do biegania. No i po co? – drugi głos. Po dłuższej walce ze sobą nie zrobiłem tego; odchodząc, byłem trochę zły na siebie o tą rezygnację, ale wiedziałem i wiem, że zrobiłem dobrze.

Pierwsze wędrówki powinny być krótsze, nie całodniowe, i wyznaczane szlakami lub drogami, nie bezdrożami. Gdy nie znamy wydolności swojego organizmu i brakuje nam doświadczenia w ocenie trudności szlaku, lepiej wrócić parę godzin przed zmrokiem, niż tyleż po zmroku, ponieważ marsz w ciemności, nawet gdy ma się latarkę, jest znacznie trudniejszy niż w ciągu dnia, a bez latarki jest właściwie niemożliwy, chyba że idziemy dobrą, równą drogą, lub chcemy kusić los.
Wędrówka bezdrożami jest satysfakcjonująca i ciekawa, ale wymaga pewnej wiedzy. Bez specjalnych ograniczeń możliwa jest w niskich górach, jak Kaczawskie, lub na pogórzach, odkrytymi stokami łąk lub pól o niewielkich nachyleniach. Tam, gdzie stoki są strome, gdzie skały i lasy, nie radzę chodzić w czasie pierwszych wędrówek, to są miejsca niebezpieczne, wymagające pewnych umiejętności. W górach marsz przez las, poza duktami, nawet jeśli są to niskie Góry Kaczawskie, łatwo może zmienić się w niebezpieczną wyprawę (dla nas lub naszego ubrania) i zwłaszcza na początku przygody z górami lepiej tego nie robić. Pod nogami widzimy mchy i trawy, stawiamy stopę, i wpadamy w szczelinę między głazami zarośniętymi z wierzchu roślinnością. W zimie, w śniegu, bywa jeszcze trudniej. Kiedyś na zboczu Szrenicy nieopatrznie zszedłem ze szlaku i zapadłem się po pas – dosłownie dwa kroki od ścieżki szlaku. Śnieg był na tyle twardy i głęboki, że nie mogłem podnieść nogi; gdyby nie towarzysze tego spóźnionego i dlatego nocnego zejścia, musiałbym rękoma rąbać go przed sobą i odrzucać. A nierzadko spotyka się na stokach głazy wielkości samochodu, które przy śnieżnej zimie zasypane są po wierzch – tam szczelina może mieć parę metrów głębokości.
Z czasem przychodzi doświadczenie, które podpowiada nam gdzie można iść, a które miejsca należy ominąć, gdzie postawić stopę, a gdzie lepiej tego nie robić. W jaki sposób? Prosty: jeśli ktoś idąc pochyłością, zwłaszcza w czasie deszczu, stanie na leżącym patyku lub chwiejącym się kamieniu i poślizgnie się na nich, więcej tego nie zrobi.
Piszę tutaj przede wszystkim o Górach Kaczawskich, ale i szerzej: o górach i o miejscach, w których prawo zezwala na wędrowanie poza wyznaczonymi szlakami. Zakazy nie powinny być łamane, i to nie tylko dla uszanowania prawa, ale i dla uszanowania przyrody, bo ustanawiane są właśnie dla jej zachowania i ratowania.
Ubierać się ciepło, ale i rozbierać, aby nie przepocić bielizny gdy jest nam zbyt gorąco, jednak gdy zmęczeni i rozgrzani robimy przerwę, nie można rozbierać się, a przeciwnie – należy coś założyć na siebie, a przynajmniej pozapinać się i założyć czapkę. To ważne: rozgrzane ciało nagle przestaje pracować, a więc i wydzielać duże ilości ciepła, w zamian zostaje wystawione na chłodzące działanie wiatrów. Łatwo wtedy o gwałtowne wychłodzenie organizmu, którego skutki mogą być bardzo nieprzyjemne. Z tego powodu należy też ograniczyć czas postojów w zimne dni.
Przy szykowaniu ubrań na wyjazd pamiętać o zależności temperatury od wysokości. Wiele razy byłem zadziwiony współistnieniem dwóch pór roku: w dolinach jesień bez mrozu i bez śladu nawet śniegu, a niekiedy tylko 100 metrów wyżej widziałem śnieżną zimę.
Nie śpieszyć się na szlaku, nie nakręcać kilometrów. Nie cel jest ważny, a droga, nie kilometry i szczyty, a przeżyte wrażenia, chwile zauroczenia urokiem gór, posłuchania ciszy. Jeśli jakieś miejsce bardzo nam się podoba, jeśli chcielibyśmy posiedzieć tam jeszcze trochę, a pogoda, czas i nasze ubranie pozwala na to, zostańmy. Skrócimy trasę by bezpiecznie wrócić, a dalej pójdziemy innym razem. Droga będzie czekać na nas. Oczywiście takie nastawienie nie dyskwalifikuje wypraw obliczonych na zmęczenie się, gdy po prostu mamy chęć dać sobie w kość (ja tak miewam czasami!), zmierzyć się z długą trasą i ze swoim zmęczeniem, ale uważam, że takie trasy nie powinny być normą.
Na szlaku nie można zbiegać w dół, oraz nigdy nie można skakać – czy w dół, czy ze skały na skałę. Uczmy się czytać mapy. Jest na nich wiele informacji nie tylko o przebiegu dróg i szlaków, ale także o nachyleniu i ukształtowaniu stoków.
Co z elektronicznymi gadżetami? Jeśli już ktoś chce…
Jadąc w góry chcę odejść nie tylko od samochodu i szosy, ale i od cywilizacji, oczywiście na ile to możliwe, bo przecież nie podpieram się (to tylko przykład z dość długiej listy) kijami wyciętymi w lesie, a specjalnymi, aluminiowymi, czyli wytworem cywilizacji technicznej. Myślę jednak, że nadmiar nie jest tutaj wskazany, bo nie tylko wiąże nam ręce, obciąża kieszenie i odciąża portfel, ale nadto pozbawia nas części wrażeń jakie daje wędrowanie według mapy czy słońca. Owszem, takie wędrowanie w polskich górach, dość gęsto zamieszkałych, jest tylko namiastką wędrowania po prawdziwie bezludnych i dzikich górach, ale może tym bardziej należałoby dbać o tą cząstkę.
Jedyne urządzenie, które może i warto byłoby mieć, to jeden z tych modeli GPS, które zapisują naszą marszrutę, aby w domu zobaczyć ją na dokładnej mapie po podłączeniu urządzenia do komputera; jeśli nasz telefon ma wbudowany odbiornik GPS i może zapamiętać trasę, to tym samym nie ma już potrzeby kupowania specjalistycznego urządzenia. Celem produkcji i sprzedaży wszystkich innych gadżetów, jest zapewnienie zysku firmie i handlowcom.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz