Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

piątek, 2 maja 2014

Przygotowania do wyjazdu, czyli o moim marudzeniu

Październik.
Mój plecak mieści trzy butle picia i kanapki, po upchaniu jeszcze tabliczkę czekolady i dokumenty, a przewidując nocowanie w schronisku, muszę zabrać przybory toaletowe, wziąć coś ciepłego, przecież muszę… Muszę kupić większy plecak. I złożyć wizytę fryzjerowi.
Wziąłem prysznic, ogoliłem się, przebrałem się w jasne, letnie jeszcze ubranie, i pojechałem do niedawno otwartego centrum handlowego. Bezszelestnie otwierające się drzwi, wielki hol, mnóstwo światła i jeszcze więcej sklepów. Gdzie iść? Na wprost wejścia stała duża tablica informacyjna. Podszedłem, przeczytałem, i dalej nic nie wiedziałem.
Obok numerów sklepów były ich nic mi nie mówiące nazwy: Cubus, Rossman (chyba gdzieś już widziałem ten wyraz), Takko. Moodo. Soda - sklep chemiczny czy co? Carry to przyprawy wschodnie? Czarna magia. Były też jakieś szyfry: J&R, H&M, CCC. Arcy Apteka - a to ciekawe! Rozejrzałem się wokół: sklep z butami, chyba damskimi, drogeria, bar. Plecaków nigdzie nie widać. A na tablicy Stradivarius i Top Sekret. Przecież, do licha, nie sprzedają tam stradivariusów, tak jak w drugim nie ma tajemnic do nabycia! Obok przechodził facet z radiotelefonem, ochroniarz, oj, przepraszam: security guard, skoro mają tutaj top tajności, od niego dowiedziałem się, że plecak kupię w Sportingu.
Czy ja kiedykolwiek widziałem sportowca z plecakiem? Czy idąc z nim staję się sportowcem? Inaczej: co ma plecak do sportu? Nie wiem. Szukałbym plecaka w sklepie dla turystów, ale może takich nie ma? Poszedłem do tego Sportingu, i już w wejściu zobaczyłem wysoki regał wypełniony plecakami, ale gdy podszedłem bliżej, mina mi zrzedła. Same plastikowe badziewie obwieszone nalepkami, kolorowymi naszywkami, sznurkami, taśmami i czymś tam jeszcze. Sięgnąłem po jeden, ale zobaczywszy cenę, zostawiłem go. Drugi, mniejszy, miał wyższą ceną. Pas górny nie rozpinał się, ani lewy, ani prawy. Sprawdziłem inne, tak samo; czy projektant tych plecaków próbował kiedykolwiek założyć na grube ubranie plecak z nierozpinanymi szelkami? Pociągnąłem za mizerną, plastikową sprzączkę, coś zatrzeszczało. Rozejrzałem się, nikt nie widział, więc szybciutko odłożyłem plecak i przeszedłem do sąsiedniego stoiska z butami do chodzenia. W akceptowalnych przeze mnie cenach stało tam takie nie wiadomo co. Ledwie sięgało kostki i upstrzone było kolorowymi, naszytymi ciapkami - jak moje robocze kamasze pochlapane farbą. Na wysokich półkach stały prawdziwe buty do chodzenia, ale gdy zobaczyłem ceny, wiedziałem, skąd wziął się synonim wysokich półek jako kosmicznych cen. Machnąłem ręką: tyle chodziłem po górach w swoich starych butach i takiej kurtce przeciwdeszczowej, to będę i dalej chodzić.
Odszczekuję to, co pisałem o swojej pensji, teraz mam ją za dziadowską, skoro na byle jaki plecak muszę pracować dwa lub trzy dni, a na dobre buty dobry tydzień.
W tym centrum handlowym było dużo ludzi. Może niewielu kupujących, ale dużo oglądających i spacerujących korytarzami. Co ich tam ciągnie? Błyszcząca podłoga i szyby, czystość i światła, czy towary, które oglądają? Jaka jest przyjemność w oglądaniu czegoś, co nie jest mi potrzebne, bądź czegoś, co jest, ale na co mnie nie stać? Czy ci ludzie wyobrażają sobie wtedy siebie z taaakim portfelem i wielgachnym wózkiem wypchanym kupionymi dobrami? I wtedy lepiej się czują? Może czują tam powiew wielkiego i bogatego świata? Pomaga im to? Nie wiem.
Z ulgą wyszedłem stamtąd, bo jedyną miłą tam chwilą był dotyk dłoni fryzjerki myjącej mi głowę.

Post scriptum.
Duży plecak kupiłem za rozsądną cenę w innym sklepie, z zabawkami (o związku turystyki z zabawkami nic już nie napiszę, bo nie wiem co i nie chcę marudzić). Ten wybrany także nie ma rozpinanych szelek. Może teraz takie robią, ale nie o tym chciałem napisać. Otóż po rozmowie z przyjacielem zastanawiałem się nad przyczyną napisania tego tekstu. Pierwsza jest dość oczywista, a jest nią moja niechęć do centrów handlowych; trudniej byłoby mi odpowiedzieć na pytanie o przyczynę tej niechęci, chociaż możliwe, że jest najzwyklejsza, mianowicie moja niewielka zdolność nabywcza. Jest jednak jeszcze inny powód, głębszy i najważniejszy, bo pierwotny.
To odczuwana coraz bardziej obcość. Otrzymuję smsy reklamowe, z których niewiele rozumiem; w czasie oglądania telewizji słyszę śmiechy innych oglądających, i nie wiem z czego oni się śmieją. Nie dlatego, że dowcip mam za kiepski, nie: dlatego, że w ogóle go nie dostrzegam, nie rozumiem kontekstu, niczego nie rozumiem. Słyszę w pociągu czy w sklepie rozmowy, język rozumiem, ale nie bardzo wiem o czym jest mowa. Dzisiaj rano byłem w lesie; podszedł do mnie młody grzybiarz, chwilę rozmawialiśmy przekrzykując jego głośno włączony odtwarzacz mp3 – tak wszechobecny teraz - a ja znowu poczułem obcość.
Przykłady mnożyć.
To nie jest wywyższanie się, to nie jest budowanie wizerunku osoby istniejącej ponad. Jest gorzej, bo dopatruję się tutaj efektu starzenia. Pamiętam z dzieciństwa staruszków nie potrafiących przejść przez ruchliwą ulicę, i coraz częściej wydaje mi się, że upodabniam się do nich. Nie tylko niewiedzą, ale i niechęcią do poznawania tego wszystkiego, co obecnie ludzi zajmuje, co jest modne i co powinno się znać, kurczowym trzymaniem się swojego, przywiązaniem do tego, co mija, bądź już minęło. Jak z tymi rozpinanymi szelkami: kiedyś raczej wszystkie plecaki miały to tak pożyteczne zapięcie, teraz żadne lub nieliczne, co odbieram jako zmianę na gorsze – tak właśnie, jak odbierają zmiany ludzie starzy. Powoli staję się jednym z nich.
Jest jeszcze jeden powód.
Ten tekst (jak i wcześniejszy, dotyczący otrzymanego smsa), będąc drwiną, w istocie jest moim buntem i niezgodą na wiele cech tego świata, w którym królują słowa w rodzaju marketing, zysk, opcja i mnóstwo angielskich wyrażeń nawet tam, gdzie nasz język doskonale radzi sobie bez wspomagania się obcojęzycznymi wyrażeniami; wszak tamten sklep nazywał się z angielskiego, a w nim na próżno by szukać wiatrówki zastąpionej windstopperem. Buntuję się przeciwko światu, w którym zakłada się (może nawet i słusznie – w moim rozumieniu tym gorzej dla świata), że arcyapteka będzie miała więcej klientów od apteki; przeciwko specjalistom, którzy zajmują się człowiekiem niczym hodowlanym zwierzęciem: jak tamci od zwierząt mają na celu uzyskanie pożądanych parametrów przyrostu masy, tak ci mają skłonić nas do pożądanych zachowań i urobić na posłusznych konsumentów, a ich orężem jest nauka o naszej psychice; owe szkiełko naukowca nie dla dobra nas im służy, a niejako przeciw nam.
To protest przeciwko przedmiotowemu nas traktowaniu, przeciw świadomemu i celowemu, a nawet naukowemu wykorzystywaniu naszych słabości, działania naszej pamięci, sposobów reagowania, zapamiętywania i kojarzenia, a wszystko to dla pieniędzy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz