Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

niedziela, 21 września 2014

Lato


Lato 2014
W kwietniu przyszła do mnie urocza, pożądana, fascynująca, wytęskniona, kapryśna pani Natchnienie. Przyszła i została ze mną do końca maja, odbierając mi sen i wolny czas, ale dając cudowne wieczory pełne ekscytacji i radości pisania, a odchodząc, zostawiła mi nasze wspólne dziecko: tekst.
Po raz kolejny przeżyłem dzięki niej wspaniałe godziny pobudzenia wyobraźni, niemal rozdwojenia jaźni w tworzeniu sylwetek wymyślonych ludzi i ich historii.
Nie mogąc chodzić w moje góry, wymyśliłem historię miłości zaczynającej się w Górach Kaczawskich, a ściślej na zboczu Laska w Chrośnickich Kopach, łącząc w ten sposób dwa pragnienia i dwie miłości – tamtych dwojga do siebie z moją do gór. Jest początek czerwca, kilka dni temu uznałem, że nowela jest skończona. Czuję smutek i opuszczenie oraz – to dziwne – pustkę. Jakbym urodził dziecko, które rosło we mnie, było częścią mnie, a później zobaczyłem, że ono żyje samodzielnie i dla siebie – już beze mnie.
 Mam nadzieję, że Natchnienie szybko wróci do mnie. Przecież ona wie, że znowu czekam na nią, tak bardzo mi potrzebną w te dni i miesiące wypełnione wyczerpującą psychicznie pracą. Potrzebuję jej, bo ona daje coś narkotycznego, magnetycznego, uwznioślającego: siłę i głębię przeżywania.
Od najbliższej wędrówki kaczawskiej dzieli mnie jeszcze pięć miesięcy. Bezmiar czasu, chociaż na szczęście czasu pięknego wiosenną i letnią aurą. Zbliża się godzina 23, a na rozgwieżdżonym niebie barwi się jeszcze łuna zachodu.
A w pracy? W którymś mieście, one mieszają się mi w tym niekończącym się kalejdoskopie zmian, przy moim warsztacie znalazłem krzaczek kwitnących iglic. Przez cały tydzień, chodząc tamtędy wiele razy w ciągu dnia, omijałem go, chcąc uratować jego urokliwe dla mnie kwitnienie i udawało się mi to. Przechodząc nad nim patrzyłem na te małe różowe drobiny, tak ładne w zieleni traw; ich widok i moje starania cieszyły mnie. W ostatni dzień, parę godzin przed wyjazdem, zdeptali moją iglicę, nie ocalał ani jeden z jej tak zwykłych, a tak niezwykłych kwiatków.
Byłem zły na moich kolegów z pracy i na samą pracę też. Zły i rozgoryczony.

Zostawiłem za sobą kwitnienie mirabelek i magnolii, głogów i wiśni, jabłoni i akacji. Ledwie chwilę widziałem kwitnące bzy, zatrzymany w biegu zagapiłem się w jakimś mieście na francuski tamaryszek otulony różową mgiełką, wczoraj patrzyłem na kwitnące lipy, a dzisiaj dogoniło mnie spóźnione, jak to zwykle nad samym morzem, kwitnienie jaśminu. Chyba ostatnie.
Ależ nie! Kwitnie i długo jeszcze kwitnąć będzie, cykoria podróżnik na brzegach dróg, bodziszek i iglica niemal wszędzie, a nim na pola wjadą maszyny łapczywe zboża, także chaber z rumiankiem i makiem.
Stoję wśród nabrzeżnych sosen fantazyjnie powykrzywianych wiatrem od morza i patrzę na ich bursztynowe w słońcu konary. Są ciepłe, pachnące, ładne na tle błękitu nieba, są dla mnie symbolem letnich dni. Wdycham ich zapach – jakbym z haustem powietrza lato brał w siebie. A między ich szarymi, spękanymi pniami, żółcą się rozległe kępy rozchodnika.
Obok, tu i tam, kwitnie wiele, tak wiele nieznanych mi roślin.
Jedząc obiad przy stole ustawionym między drzewami, zobaczyłem przy schodach do kuchni maleńkiego, może dziesięciocentymetrowego, dębaczka przygniatanego butami ludzi idących do kuchni. Ma, raczej miał, bo nie ma szans przeżyć w tym miejscu nawet jednego dnia, trzy liście i był in spe największym dębem w Polsce.

Wychodzę na spacer w ciepłą letnią noc, patrzę na rozgwieżdżone niebo lub na ciepły blask lamp świecących między liśćmi drzew, włóczę się ulicami i oddycham zapachami lata.
Budzę się i widzę słoneczne plamy w oknie, cały dzień czuję zapach sosen nagrzanych słońcem (czasami na ich obraz nakłada się wspomnienie jednej z tamtych zimowych dróg, szarych późną jesienią lub białych zimą); w swoim całodniowym biegu zatrzymuję się i patrzę na zieleń buków rosnących obok campingu; stoję pod brzozą z głową zadartą i patrzę na jej opadające wprost na mnie długie ramiona pełne zielonych liści i słońca. Ściągam z siebie T-shirt – jakbym pancerz zdejmował – i wystawiam nagie ciało na słoneczną pieszczotę. Magia letniego czasu.
Częstokroć w takich chwil wyobraźnia podsuwa mi obrazy letnich gór pełnych kolorów i słońca, gór jakże odmiennych, o ileż ładniejszych, od szarych gór oglądanych w czasie moich późnojesiennych i zimowych wędrówek.
Czasami czuję się tak, jakbym te moje zimowe góry zdradzał z tymi kolorowymi, letnimi. Czynię sobie zarzuty z tego powodu - jakże podobne do wyrzutów mężczyzny zdradzającego kochaną kobietę z młodszą i ładniejszą – a wtedy te listopadowe góry stają się urokliwe, bo moje, znane, bliskie mi tak wieloma wspomnieniami, naszym wspólnym czasem. Ich umorusane błotem ścieżki, zamarłe łąki ze starymi trawami, szare lasy i czarne od deszczu kamienie, stają się pożądane, oczekiwane i… piękne.

Ostatni wieczór w Niechorzu. Wieczór chmurny i chłodny, jesienny – jakże odmienny od tamtej ciepłej nocy letniej, gdy z radością wdychałem jej zapachy. Wyszedłem na pożegnalny spacer, ale tuż za bramą uświadomiłem sobie, że właściwie nie ma tutaj miejsc, które są mi bliskie. Morze? Nad morzem spędziłem już 14 wakacji, ale wystarczyła mi chwila patrzenia na niego. Odwróciłem się i poszedłem na Cichą, do tamtego kącika z ławką stojącą pod kasztanowcem – najładniejsze dla mnie miejsce w Niechorzu. Zapewne z powodu wspomnienia spędzonych na tej ławce chwil z Małgosią pewnego lipcowego, ciepłego wieczoru. Moja córka ma umiejętność zostawiania we mnie swoich śladów.
Inne miejsca w tej mieścinie? Nie ma. Poszwendałem się jeszcze kwadrans, a zawróciła mnie niecierpliwa potrzeba pisania.
Jutro wieczorem usiądę za kierownicą scanii zaczynając ostatnie dwa miesiące tegorocznego włóczenia się po Polsce, a później zacznę włóczyć się po górach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz