Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

niedziela, 21 września 2014

Proust a Joyce


 Mając silną potrzebę pisania, każdy dzień spędzony na swoich sudeckich wędrówkach opisuję, a robić to można na różne sposoby: pisać o oglądanych krajobrazach i szlakach którymi się szło, o odczuwanym czarze dróżek i ścieżek, o poszarpanych skałach i ciemnych borach; można opisywać wędrówki pisząc o majestacie gór i tym czymś tak trudnym do nazwania, co ciągnie na szlak. Albo o swoim zniechęceniu odczuwanym na dźwięk budzika hałasującego w środku czarnej nocy zimowej, o walce z sennością w czasie wieczornej drogi powrotnej, o zadyszce na stromym podejściu i marznięciu dłoni w mroźny dzień, a nawet o wybrudzeniu sobie ręki przy załatwianiu potrzeby gdzieś w krzakach, w kopnym śniegu i na mrozie tak silnie wtedy odczuwanym na tak czułej i wypiętej części ciała. Który sposób będzie przedstawiać prawdę? Każdy z nich, bo dni tych wędrówek mieszczą w sobie wszystko, o czym przed chwilą pisałem, jednak odruchowo uznaję, iż w naszym codziennym życiu są chwile i czynności, które należy pokryć milczeniem – właśnie jak ta z ostatniego przykładu.
 Dla mnie immanentną cechą literatury jest jej piękno; powinna być taka (jak każdy gatunek sztuki) w sensie jak najbardziej dosłownym, niechby w jednym tylko przejawie wielkiej ilości rodzajów i oblicz piękna, a czynność tę piękną trudno nazwać, mimo jej naturalności.

Dzieło literatury pięknej powinno zawierać chociaż próby wyrażenia tego, co właściwie nie jest wyrażalne, ani nie jest możliwe do przekazania innym w formie niezniekształconej: wrażenia, odczucia, myśli. Powinno próbować wyrazić je tak, aby przekaz był nie tylko możliwie pełny i głęboki, ale i piękny. Autor powinien wydobyć z siebie i zamienić w słowa obraz świata oglądanego w danej chwili, ale też ten szerszy i głębszy – układany z okruchów codzienności zbieranych latami swojego życia i nasycić go barwami swoich odczuć, by stał się wyjątkowy swoją niepowtarzalnością. Sprawić, aby cud stał się możliwy: dać innym ludziom zrozumiały i pociągający obraz świata widziany swoimi oczami i swoim duchem. Niekoniecznie obraz realnie istniejący w świecie zewnętrznym, ani niekoniecznie wierny, bo prawda sztuki nie musi pokrywać się z prawdą realiów, ale ma być pociągający. Ma czymś urzekać, ma być jak kobieta.
Tak pojmuję i taką chciałbym widzieć literaturę piękną i szerzej – sztukę.
Obok mnie leży tom „W poszukiwaniu”; czytałem właśnie słowa Prousta zadziwionego siłą literatury po swojej lekturze „Dziennika” Goncourtów, słowa bardzo a’propos, dlatego odłożywszy książkę, położyłem dłonie na klawiaturze. Na okładce tego tomu jest reprodukcja obrazu Moneta „Most w Argenteuil”; na innym tomie mam jego „Srokę”, obraz bliski mi od czasu pierwszego czytania dzieła Prousta. Myśl sięga w głąb pamięci i dobywa szereg obrazów wspaniałych dzieł malarstwa, rzeźbiarstwa, muzyki i literatury, które wspomniane razem dają wyobrażenie o wielości i bogactwie światów widzianych oczyma artystów, pięknych światów.
Kiedyś zadano mi pytanie o różnice między twórczością Prousta i Joyce’a, między „W poszukiwaniu straconego czasu” a „Ulissesem”, skoro z jednej i z drugiej powieści nic nie wynika – to stwierdzenie było częścią pytania – i nic się tam nie dzieje. Pamiętam, że wtedy, zaskoczony pytaniem, nie zdołałem udzielić odpowiedzi, która później wydawała się mi tak oczywista: Proust pisząc o czasie, pisał o wrażeniach, o przeżywaniu, o uroku, o pięknie (nawet jeśli pisał o brzydocie), pisał o ludzkim czasie, a Joyce pisał o tyłku wypiętym w krzakach, mimo iż obaj opisywali takich samych zwykłych ludzi i ich zwykłe życie.
Książka jako szkło powiększające, w którym czytelnik zobaczy siebie – to myśl Prousta. Co więc powiększa Joyce? Co, poza ludzką brzydotą?
Czy chciałbym czytać taką książkę?
Próbowałem. W połowie zemdliło mnie.

Brzegiem placu, za ostatnimi ciężarówkami, płynie strumień, a za nim, na tle jeszcze zielonego drzewa, czerwieni się kilka gałęzi sumaka – cudowny kontrast, niczym nieomylne pacnięcie pędzlem impresjonisty.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz