Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

niedziela, 21 września 2014

O tęsknocie


Czytam książkę (ponownie wróciłem do Prousta, chcąc odetchnąć trochę od zawiłości ewolucji), ale po krótkim czasie sięgam do szafki po buty górskie; zakładam je i próbuję dalej czytać, ale trudno kupić się mi, zerkam co chwilę na buty, poruszam palcami stóp chcąc lepiej poczuć delikatność ich skórzanej wyściółki. W końcu odkładam książkę i w nadziei znalezienia nieznanych mi jeszcze stron, googlom zadaję pytanie o Góry Kaczawskie. Wiele ich nie ma, jedynie zdjęć jest sporo, natomiast osobistych opisów jest jak na lekarstwo; wyszukiwarka podsuwa mi do przeczytania moje własne teksty zamieszczone na jednej z podróżniczych stron.
Wstaję, robię parę kroków w niezawiązanych, więc kłapiących, butach, a usiadłszy, sięgam po Prousta. Po godzinie czytania wyciągam mapę gór, rozkładam ją na łóżku i zaczynam kolejne swoje wędrowanie, ustalając nowe trasy przejść, porównując informacje z mapy ze zdjęciami satelitarnymi, sobie samemu zazdroszcząc przyszłych wędrówek.
Loguję się na allegro, szukam ładnych butów górskich po okazyjnych cenach; nie są mi potrzebne, mam w czym chodzić, ale szukam, bo chyba mam lekkiego fioła butowego. Gdy nic nie znajduję, myszkuję po stronach aukcji trochę na ślepo, ale zawsze bliziutko wędrówek: przeglądam skarpetki (może przyda się mi jeszcze jedna para zimowych?), mapy (kupię, one tak szybko się zużywają, zwłaszcza w deszczowy dzień, a foliowanych nie ma), plecaki (nie, nowy plecak kupię w przyszłym roku) czy oleju do skór. Po co, skoro mam dużą jego puszkę?
Zdejmuję z gołej stopy but, oglądam go, wodzę po nim palcami podziwiając solidność jego wykonania, w końcu otwieram dopiski by napisać chociaż parę zdań niechby luźno związanych z górami, i w ten sposób być trochę bliżej nich.

16 komentarzy:

  1. Gdy ja odczuwam tęsknotę, zaglądam do internetu. Czytam relacje ludzi z tras, które przeszłam i z tych, które na mnie czekają. Oglądam zdjęcia. Ostatnio znalazłam zdjęcie bacówki na hali Krawców Wierchu zupełnie takie samo, jak to, które zrobiłam ja, jakoś mnie to ucieszyło, nie wiedzeć czemu. Porównuję opisy ze swoimi wspomnieniami, parę dni temu czytałam o włóczędze połoninami bieszczadzkimi. Autorka pisała, że strasznie wiało - to tak, jak wtedy, gdy ja szłam. Spojrzałam na datę relacji, ale nie było to w tym samym czasie :)
    Dobrze, że wiosna już przyszła. Za niedługo wyruszę.
    Latorosłka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie, zimowego wędrowcy, wiosna jest końcem sezonu:(
      Dzień dobry, Latorosłko.
      Próbowałem Twojego sposobu; było tak, jakbym ogień chciał gasić benzyną:)
      W Bieszczady i ja pojechałbym bardzo chętnie, nie byłem tam już ponad dwa lata. Nie szukałbym nowych tras, a poszedł połoninami - niechby nawet padało i wiało.
      Byleby iść.
      Byleby drogę mieć przed sobą i horyzont daleki.
      W niedzielę pojadę w góry po raz ostatni. Czasami myślę, że te moje wyjazdy na łazęgi też są tą benzyną, którą chcę gasić swoje tęsknoty…

      Usuń
    2. Zgadza się. Gaszę ogień benzyną :)
      Witaj, Krzysztofie.
      Gaszę benzyną, boli trochę, bo gdy widzę na zdjęciach ludzi z plecakami, to chcę być tam, ze swoim plecakiem, chcę czuć jego ciężar, chcę, żeby na mnie wiało i padało - ale jestem bliżej.
      W sumie ubieranie butów i słuchanie ich skrzypienia to też trochę jak benzyna :)

      Usuń
    3. Słuszne spostrzeżenie, Latorosłko:)
      Przypominają mi się słowa trafnego tekstu a propos, ale raczej nie znajdę ich w pamięci laptoka. Było tam o miłości… Wiem! To fragment z Pustyni miłości Mauriaca!, jednak nie mam tutaj tej książki. Więc było o miłości – że wszystko ją wzmacnia, bo jest nienasycona i zachłanna. Czyż nie jest podobnie z pragnieniem wędrówek po górach? Skoro mianem miłości obejmujemy tak odmienne uczucia (bo nie tylko do kobiety, ale i do dzieci, rodziców, do ojczyzny, muzyki, a nawet do zwierząt lub do zwierzęcia), to chyba można powiedzieć o swoim miłowaniu wędrówek.
      W niedzielę po raz ostatni pojadę do swojej miłości.
      Jadę z kolegą w Góry Kamienne. Wyjdziemy z Sokołowska około szóstej i pójdziemy dokąd się da na wschód, przez Waligórę.

      Usuń
    4. Waligóra... Byłam tam kiedyś. Taki nieduży Waligóra, a taki wredny się okazał :) Pogoda nagle się załamała, z upalnego dnia zrobiło się chłodne popołudnie a następnego ranka okazało się, że wieje i leje, a mi trzeba tam iść. Te trawy. Te korzenie. Och, teraz myślę, że było super. We wspomnieniach wszystko jest lepsze, niż wtedy, gdy dzieje się. Na szczęście o tym wiem, i gdy dzieje się, mówię sobie: jakie fajne będzie wspomnienie tej chwili.

      Usuń
    5. Rozumiem, że szłaś od Andrzejówki, więc stromym zboczem pod górę? Pierwsze moje wejście było tamtędy. Śliski, ubity śnieg, a ja w starych, roboczych butach (to było jeszcze przed moją fascynacją tradycyjnymi butami górskimi). Musiałem każdy krok ważyć, ale, jak słusznie zauważyłaś, takie chwile pamięta się.
      Mam swoją teorię dotyczącą tych wspomnień. Nie ma w niej nic mistycznego, sama prozaiczność: lepiej pamiętamy to, co dobre, niż to, co niemiłe. Lepiej pamiętamy nasze przeżycia duchowe, a to z powodu ich ważności dla nas, niż stany naszego ciała w czasie ich odczuwania.
      Więc we wspomnieniach zacierają się odczucia marznących dłoni, zmęczenie na podejściu czy niechęć wczesnego wstawania. Zostaje to, co dobre i ważne – uwolnione od ciążącego ciała. Uduchowione – można powiedzieć.
      Czy zgodzisz się ze mną, Latorosłko?

      Usuń
    6. Tak, szłam od Andrzejówki, miałam tam nocleg. Samo schronisko dość mi się podobało, w jadalni były fantastyczne rzeźby, umieszczone w filarach podtrzymujących strop. Nie podobało mi się jednak to, że jako łatwo dostępne samochodem, pełne było weekendowych, zmotoryzowanych "turystów", którzy wpadli na obiad. Mało tam przez to atmosfery schroniskowej, to raczej knajpa (z bardzo dobrym jedzeniem, nie powiem), która znajduje się przy szlaku. Znam trochę takich schronisk i unikam, jak mogę. Choć może wystarczy nie zaglądać do nich w weekendy? Kiedyś trafiłam w weekend do bacówki pod Rawkami, o, matko i córko, co tam się działo, zapomnij, że prześpisz parę godzin, przecież towarzystwo przyjechało się baaaawić!
      Co do wspomnień...
      Nie wiem, ja pamiętam to, że wiało, że lało, że martwiłam się przy wchodzeniu, jak zejdę, skoro ślisko, korzeniasto, włosy na wietrze fruwają przy twarzy utrudniając patrzenie pod nogi. Pamiętam to, co mniej fajne. Dobre rzeczy też, oczywiście, radość, że weszłam, że pogoda i mały, wredny Waligóra nie pokonały mnie, że mogłam zejść do schroniska i nie musiałam tułać się z plecakiem gdzieś dalej... Choć może to, co niefajne pamiętam POPRZEZ to fajne - że mimo trudności udało się.
      Kiedyś wybrałam się na Rysy. Była cudna pogoda. Szło się fantastycznie. Szczyt osiągnęłam, choć zawsze mi się wydawało, że dla mnie to niemożliwe, no, jak to, Rysy?? A potem schodziłam. I to było straszne, miałam wrażenie, że ta droga nigdy się nie skończy, schodziło dużo ludzi a ja chciałam być sama, a stopy bolały mnie tak, jak nigdy. Pamiętam, że buty zrzuciłam już w samochodzie w Popradzkim Plesie i po przyjeździe na kwaterę szłam boso, bo nie było możliwe, żebym ubrała traperki. Nie zatarł się we wspomnieniu ból ani uczucie beznadziei, pragnienie nieistnienia dopóki ciało nie odpocznie. Więc nie wiem, czy jest tak, jak mówisz.
      Jednak poprzez to, co pamiętam, Rysy są dla mnie szczególnie cenne :)

      Usuń
    7. Latorosłko, więc nieco inaczej: może dlatego pamiętasz tamte chwile tak wyraźnie, mimo iż są w nich i niemiłe akcenty, że tamten dzień, chwilę swojego czasu, przeżyłaś? Używam tutaj tego słowa w specjalnym znaczeniu. Przeżywać nie tak, jak normalnie przeżywa się osiem godzin w pracy, albo jazdę do domu czy oglądany film. O tym wszystkim zapomnimy jutro lub za miesiąc, a o czasie prawdziwie przeżytym nie zapominamy, chyba że po wielu, wielu latach. Więc może tak uzupełnijmy ten mechanizm zapamiętywania?
      Buty dokuczyły Ci? Wiem, trudno o naprawdę dobre buty w góry. Jakie są te naprawdę dobre? Te, których nie zdejmujesz w samochodzie, a dopiero u siebie. Latorosłko, ludzie przeczytają dobrą książkę i sięgają po następną – bo może będzie jeszcze lepsza, może więc należałoby tak samo robić z butami? Ja tak robię, chociaż pewna moja znajoma wymownie puka się w czoło, a żona robi to palcami obu rąk. Otóż kupuję następne buty górskie (także) w nadziei, że będą jeszcze lepsze. Mam ich osiem bodajże par, ale przecież Ty, jako kobieta, nie będziesz tą ilością zdziwiona.
      Czy będziesz?
      A czy nadal będziesz, gdy powiem, że w ostatnio kupionych mogę przejść 30 kilometrów i jeszcze wieczorem prowadzić samochód mając je na nogach? Niedawno szedłem dnem strumienia w tych butach. One tak uroczo skrzypią przy zginaniu..
      Twoje unikanie niektórych schronisk rozumiem. Dla mnie to tani i byle jaki hotel – nic więcej. Najgorsze są te, pod które można podjechać samochodem.
      Byłaś na Rysach!? Tak jak moja znajoma o której wspomniałem wcześniej (ona ma koronę gór i każe się tytułować Her Majesty), a i mnie kiedyś trafiła się okazja wejść na szczyt i też pamiętam dość dokładnie ten dawno miniony dzień.

      Usuń
    8. Her Majesty... W dobrym towarzystwie się obracasz :)
      Tak, byłam na Rysach, przecież w Polsce wyżej już wleźć nie można. I wiesz, poszłabym znów. I znów. I znów.
      Tamtych butów pozbyłam się, nie zasługiwały na moje uczucie. Teraz noszę poprzednie, przeprosiłam się z nimi. Pamiętam z dzieciństwa opowiadanie w pierwszej czytance, jak to chłopiec miał starego, wysłużonego misia, takiego wiesz, lepkiego od landrynkowych całusów, z naderwanym uchem. I pewnego dnia chłopiec miał urodziny i dostał nowego misia, cud-misia, takiego misia dostał, że stary, brudny miś zrobił się momentalnie jeszcze starszy i jeszcze brudniejszy. Stary miś musiał pójść w kąt. No i przyszła noc. Chłopiec wziął do łóżka nowego cud-misia, ale nie pasował ten miś do łóżka, nie nadawał się do objęć i tulenia, jeszcze pamiętam dokładnie takie zdanie "ten się rozparł z miną hardą, złotym dzwonkiem i kokardą". Wtedy chłopiec się rozejrzał po pokoju i zobaczył, że "tam w kącie porzucony leży stary miś zielony". Czy już wiesz, co było dalej? Ja tak miałam z butami :) Te poprzednie były mniej fajne, coś tam mi w nich nie pasowało, chciałam nowe, fajniejsze... No i kupiłam. Nowe. I wcale nie fajniejsze. I dlatego nie podzielam Twoich zapędów, żeby sprawić sobie kolejne, bo będą lepsze. Moje nie były.
      Teraz się martwię o moje buty, co zrobię, jak się rozlecą, pękną, jak urwie się haczyk albo odejdzie gumowy otok na czubku?

      Usuń
    9. W doborowym, faktycznie, bo poza tym hoplem z koroną, naprawdę fajna z niej babka.
      Piękne opowiadanie, Latorosłko. Podoba mi się, a na dowód powiem Ci, że na półce leży nieczynny od wielu lat telefon. Leży i będzie leżeć po kres dni, bo dobrze służył mi przez dziesięć lat.. Ta stara nokia jest jak tamten miś z naderwanym uchem.
      Jedyne buty które kupiłem nowe, okazały się być za małe, musiałem sprzedać je na pół ceny. Może i Twoje są za małe? Dla kobiecych stóp zalecałbym luz około 15 milimetrów, powiedzmy, że od 13 do 18, raczej bliżej górnej granicy. Mięsisty język, używanie grubych skarpet bez śladu bawełny – wełnianych lub coolmaxowych. Wewnętrzna wysokość cholewek nie większa niż 13-14 cm – to ważne, chodzi o mechanikę chodu. Wyższe buty przeszkadzają, są niepotrzebnym utrudnieniem
      Latorosłko, kup sobie buty bez gumowego otoku, bo ten jest jak złoty dzwonek i kokarda. Moje ostatnie buty, te tak wygodne, zobaczyły moja żona i synowa. Obie zgodnie uznały, że nigdy-przenigdy nie założyłyby czegoś równie brzydkiego na nogi, a przecież te buty pieszczą moje stopy. Takie buty sobie kup. Buty w góry mają pieścić Twoje stopy, miłośnie je otulać, a nie być ładne.
      Chociaż tak po prawdzie skórzane buty ładnie wyglądają właśnie dlatego, że są skórzane.

      Usuń
    10. Czyli uważasz, że hopel z koroną jest skazą na fajności Twojej znajomej? Tak wynikałoby z pierwszego zdania Twojej odpowiedzi. O jaką koronę chodzi? Skoro mowa o Rysach, to czy o Koronę Gór Polski? Skąd więc stwierdzenie, że poza tym hoplem... itd. u człowieka, który sam łazikuje po górach?
      Co do skarpet - mówta, co chceta, ja wierzę w bawełnę i kocham bawełnę. Nie lubię nowomodnych włókien, oddychających, nie przepuszczających etc. Gdy biorę do ręki koszulkę "oddychającą" i czuję sztuczne włókno, śliskość, plastikowość - brrrr, aż mnie trzęsie. Pocę się od samego dotykania jej, a co dopiero stanie się z plecami pod nią i pod plecakiem? Wyobrażam sobie, jak stopa w plastikowej" skarpetce ślizga się, spocona marszem w zasznurowanym bucie w upalny dzień i za nic tego nie chcę. Nie, Ty sobie takie noś, jeżeli Ci odpowiada, może nawet wcale nie czujesz tego, co ja sobie wyobrażam, może nawet wcale tak nie jest, ale pozostanę wierna bawełnie po kres mych dni. Owszem, przepocona dłużej schnie (można ją na szlaku zmienić na suchą), Owszem, gniecie się (trudno, jestem w trudnych warunkach). Poza tym bawełna JEST MIĘKKA I OTULA i za to ma u mnie plus 100 punktów.
      Być może tamte moje dokuczliwe buty były za małe. Może. Te poprzednie, które teraz noszę, za małe nie są. Mam w nich rozkoszny luzik. No i otok nie jest dzwonkiem i kokardą, nie przeszkadza mi. Dzwonkiem i kokardą byłą PIANKA w dokuczliwych butach. Pianka, która miała się dopasować do stopy. Dopasować! Czyli zabrać luzik!
      Piance już podziękowałam :)

      Usuń
    11. Wiesz, ja nie noszę korony (gór polskich), nie do twarzy mi w takim nakryciu głowy. Ona nosi, może dlatego, że jej pasuje. Tak szczerze powiedziawszy, pasuje obojętnie co założy. Nie wiem, jak ona to robi...

      No dobrze, powiem: to z zazdrości, bo ona ma, ja nie mam korony.

      Piance podziękowałaś – i dobrze. Teraz podziękuj bawełnie. W niej stopa poci się niewiele mniej, niż w tych zwykłych tworzywach, z których robione są najtańsze skarpetki. Gdy bawełna zawilgotnieje, staje się zimna i bardzo nieprzyjemna. Włókno coolmax nie wilgotnieje; dla mnie nie jest niemiłe w dotyku, nie czuję sztuczności w nim. Jedyna chwila odczuwania sztuczności tych skarpet jest przy ręcznym ich praniu. Otóż one nie dają się namoczyć, woda spływa po nich, dopiero użycie mydła powoduje ich zawilgocenie.
      Nawet gdy buty przemokną, nie czuje się tego, ponieważ te włókna mają umiejętność izolowania stopy od wilgoci. Gdy w ciepły dzień zdejmie się takie skarpety, stopy są suche. Skarpetki też. Używałem zwykłych skarpet, a odkąd spróbowałem coolmaxu, używam tylko skarpet zrobionych z tego tworzywa. Ich cena jest wysoka, bo od 30 zł, ale jeśli będą używane tylko w góry, wystarczą na długo.
      Jeśli jednak masz awersję to tworzyw – co łatwo mi zrozumieć – w miejsce wyrzuconej bawełny weź wełnę. Użyj skarpet mających chociaż trzy czwarte wełny w swoim składzie (stuprocentowe dość łatwo tracą kształty). Mają być grube, najlepiej dwie pary: cieńsze pierwsze, grubsze na nie. Luz ma być przed palcami, na boki nie jest dobry. Gdy stopa przesuwa się w poprzek buta, nie tylko zmniejsza stabilność kroków na pochyłościach, ale i może powodować ocierania. Niekoniecznie takie do krwi, ale podrażnienia potrafiące zamienić się w bolesne odczucia. Rada na duży luz boczny? Grubsza wkładka albo skarpetka. Kiepskim pomysłem jest mocne sznurowanie poniżej haczyków blokujących, bo wcześniej czy później spowoduje bolesne odczucia powyżej palców.
      Latorosłko, czy pamiętasz, w jakich okolicznościach Pazur poznał swoją przyszłą żonę? Pytam, bo zamieściłem tutaj cytat z opisu tamtej bardzo ładnie opisanej chwili.

      Usuń
    12. Ale...
      jeżeli bawełna w moich skarpetkach nie wilgotnieje, to mogę jej używać? Mogę? Mogę?
      To świetnie, że mogę. Bo ja bawełny nigdy nie zdradzę. Nie chcę skarpetek coolmaksowych. Nie chcę też skarpetek wełnianych, jeszcze do tego wymuszają one noszenie dwóch par! No, coś Ty! Dwie pary skarpetek, z tego jedna para wełniana, zasznurowany, wysoki but i np. +30 stopni... marzenie każdego wędrującego :)

      Nie pamiętam wątku Pazura z Chrobrego. Kolejny powód, by przeczytać. Kolejny raz. Który już? Nie pamiętam, może piąty, może szósty.

      Usuń
    13. Szczerze mówiąc, to nigdy nie szedłem w butach górskich w lecie… Ale kiedyś w ciepły dzień założyłem swoje ciężkie kastingery w pracy, tak na próbę. Nosiłem je kilkanaście godzin; czułem ciepło na stopach, owszem, ale nie czułem parzenia rozgrzanych gum, a stopy nie były przegrzane. Szybciej przegrzeją się w bawełnie niż w wełnie czy w coolmaxie.
      Latorosłko, wcale nie musisz nosić dwóch par skarpet, ale dwie są grubsze od jednej pary, czyli lepiej otulają stopy, a pisałaś o dokuczliwych odczuciach. Ze skarpetami jest tak: najwygodniejsze buty nie wymagają używania grubych, podwójnych skarpet, inne buty owszem. Moje najwygodniejsze buty są tak dopasowane do stopy, tak skonstruowane, że mogę w nich chodzić mając tylko cieniutkie skarpetki, ale to raczej rzadkość. Zresztą, jak na ironię, te buty są tak ciężkie, że rzadko je używam.

      Ja też dojrzewam do decyzji ponownego przeczytania Chrobrego:)

      Usuń
    14. Po Twoich komentarzach nabieram podejrzeń, że myślisz, że mam jakiś problem z aktualnymi butami :) A tymczasem nie mam. Buty, które mam, dobrze mi służą, nie zamierzam ich wymieniać na nowe, aż się nie zedrą, bawełniane skarpetki krzywdy mi nie robią - po co więc zmieniać cokolwiek? Dobrze mi się chodzi. No i fajnie, że i Tobie chodzi się dobrze :)

      Kiedy zaczynamy z Chrobrym?

      Usuń
    15. Faktycznie, takie odniosłem wrażenie. A zmiany? Wierzę, że gdybyś dała się skusić na skarpetki trekkingowe, zostałabyś przy nich.
      Sprawdzałem w swojej zabranej w objazd po Polsce podręcznej biblioteczce, czy mam Chrobrego; zabrałem niewiele książek, mam swojego Miltona i Ajschylosa, mam Dawkinsa, ale Gołubiewa nie wziąłem, więc powrót do jego powieści możliwy będzie dopiero jesienią.
      Może to dobry czas?
      „Lasy już zaczynały czerwienieć, czasem liść zrywał się z gałęzi, nierównym lotem – niczym okaleczony motyl – krążył ku ziemi, osiadał na wrzosowisku.”

      Usuń