Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

czwartek, 4 grudnia 2014

W wietrzny i zimny dzień


Wieś Stara Kraśnica, Kraśnickie Wzgórze, Mochowskie Wzgórze, wieś Rzeszówek, Dworska Góra, Pasternik, lasami pod wieś Jurczyce, szosą do Starej Kraśnicy.


Ciężko mi się szło asfaltem w sztywnych butach górskich, które tak pasują do szosy, jak i do tańca. Wyżej, już na stoku wzgórza, mroźny wiatr przewiewał czapkę i kominiarkę póki nie zapiąłem pod szyją uparty zatrzask spinający kaptur. Zmarzły mi dłonie, później dłuższą chwilę boleśnie czułem mróz pod paznokciami. Wiedziałem jednak, że marsz rozgrzeje mnie i dobrze będzie mi się szło.

Chodziłem w różnych warunkach, zdarzało się, że w mróz kilkunastostopniowy, i nigdy nie zmarzłem, chociaż zawsze na początku mroźnego dnia marzną mi stopy. Przy bardzo niskich temperaturach najłatwiej wyziębić palce rąk. Kanapki jadam wtedy w rękawicach, ale do zrobienia zdjęć muszę je zdejmować; mróz tylko czeka na takie chwile. Dzisiaj nie było dużego mrozu, to wiatr czynił go tak dokuczliwie odczuwalnym.

Z szosy biegnącej zboczem Kraśnickiego Wzgórza, tuż przy wjeździe do kopalni piasku, widok warty jest dłuższej chwili zatrzymania się, a z tego miejsca blisko już na odkryty szczyt wzgórza.

Czekała tam na mnie samotna brzoza, czekałby rozległy widok, gdyby nie mgła ograniczająca widoczność do kilometra.

Polami poszedłem do nieodległego Mochowskiego Wzgórza. Nazwę bierze od sąsiedniej wioski Mochów, więc wzgórze i las są Mochowskie, a Muchowskie, jak podają autorzy mojej mapy i nie tylko oni.

Pola i szosa podchodzą pod szczyt broniony wokół gęstwiną krzewów i młodych drzew, ale przejście znaleźć można; wewnątrz ich okręgu gęstwiny już nie ma, jest cisza i las, a na samym szczycie są okazałe skały wysokości jakieś 10 metrów, od strony szosy niemal pionowe. Czarno-zielono-sine i poszarpane są te skały, od góry porośnięte czapami traw, tu i ówdzie omszałe, obsypane opadłymi liśćmi. Na skalnej półce rośnie parę dębów, a w szczelinach leżą ich żołędzie. 



W zacisznym miejscu, osłonięty skałami, urządziłem przerwę śniadaniową; dobrze mi się tam siedziało, wśród kamieni i drzew, które co prawda zasłaniają widoki, ale jest tam tak ładnie, że na pewno wrócę na to wzgórze.

Tuż przy nim powinna zaczynać się – czytałem mapę - polna droga do Rzeszówka. Była, poprowadziła mnie łagodnymi wzgórzami do wioski, a i widoków nie poskąpiła, zwłaszcza bliżej zabudowań. 



Szedłem, a droga szła przede mną. Tafle lodu pokrywały kałuże; czasami specjalnie stawałem na nie żeby posłuchać ostrych, suchych i chrzęszczących odgłosów ich łamania się.

W pewnym miejscu dróżka przecina wąski pas drzew i zarośli; na ogół jest to rozpoznawalna już z daleka oznaka strumienia. Spotykam kilka takich miejsc każdego dnia swoich wędrówek, ale to miejsce zaskoczyło mnie i oczarowało nagłą odmiennością widoków. Wokół lekko pofałdowane wzgórza, trawy, dalekie widoki, łagodność i brak niespodzianek, a między drzewami, ledwie o krok o tamtych stoków, głęboki i kręty jar, gąszcz roślin, zwaliska kamieni i martwego drewna.

Przeszedłem wioską do drogi prowadzącej na Dworską Górę; jej początek jest oznaczony stosowną tablicą, a droga będąc wygodną, do ładnych nie należy – wyłożona jest betonowymi płytami. Ze szczytu wzgórza widok byłby panoramiczny i ładny, byłby gdyby nie mgła. Widziałem mało wyraźne szczyty na granicy widoczności, ale kiedyś wrócę tam. 



Dzisiaj wróciłem do wioski i przeszedłem na jej drugą stronę, w okolice Pasternika. Stałem na szczycie tego wzgórza i długo patrzyłem na rozległą przestrzeń wokół. Łagodne stoki wzgórz, odległe ściany lasów, stare trawy, a wszystko przymglone, w tonacji czarno-szaro-brązowej, nostalgiczne i… ładne. Tu i tam grupki drzew albo ich nitki osłaniające strumienie, samotne drzewa. Zwłaszcza jedno, wyjątkowo duże, przyciągało mój wzrok. Nagle zapragnąłem dowiedzieć się jakie to drzewo, stanąć pod nim, spojrzeć na to miejsce, na którym stałem teraz, okręcić się wokół siebie i pójść jeszcze dalej. Poszedłem. Dąb powinien mieć status pomnika przyrody; stanąłem pod nim i spojrzałem na szczyt odległego o kilometr Pasternika. 



Pod nogami, wśród żółknących traw, kwiaty – w ostatni dzień listopada! Stokrotki były tak świeże i tak ładne, jakby maj wrócił, a one rano zakwitły, ale licznie spotykane kwiaty rumianku zmęczone były długim oczekiwaniem i zimnem.


Rośliny stroją się kwiatami dla owadów, nie dla nas, co prawdą jest oczywistą. Owszem, ale zadziwia mnie zbieżność gustów naszych, ludzkich, i owadzich. Jakże często to, co przyciąga nasz wzrok, przyciąga i owady. Co prawda one nie oceniają kwiatów w kategoriach estetycznych, jednak trzeba przyznać, że kwiaty kuszą je swoim wyglądem – więc właściwie jest z nimi tak, jak z nami, bo przecież nachylamy się ku nim przyciągani ich wyglądem. Ta wspólnota reakcji ludzi i owadów jest dla mnie fascynująca podwójnie, bo nie tylko na poziomie estetyki, ale i ewolucji, będąc jednym z tysięcznych dowodów na przynależność ludzi i owadów do tego samego świata ziemskich istot żywych.

Dla kogo więc te późnojesienne kwiaty, skoro nie ma już owadów? Czy roślinom przestawiły się ich zegary? Może dla nas? Romantyk, który jest we mnie, łatwo w to uwierzy, ewolucjonista, którym także jestem, silnie powątpiewa. A może te późnojesienne kwiaty czekają na swojego oblubieńca tak, jak czeka starzejąca się panna, przed lustrem starannie dbająca o niknące resztki swojej urody?



Miejsca dopisałem do swojej coraz dłuższej listy miejsc wartych powtórnego odwiedzenia przy ładniejszej pogodzie.

Wróciłem do wioski i kręciłem się po niej szukając początku Czarciej Drogi, którą umyśliłem sobie wrócić do szosy 365 i dalej – do Starej Kraśnicy i samochodu. Tam, gdzie pokazywała mapa, jest tylko droga na podwórze gospodarstwa; spotkana na szosie mieszkanka powiedziała, że pierwszy raz słyszy o takiej drodze. Poszedłem pod górę rozglądając się za drogą, jakąkolwiek drogą. Znalazłem równoległą do poszukiwanej, drogę biegnącą północnym stokiem Dworskiej. 


Zgodnie z mapą powinna ona skręcić w lewo po minięciu tego wzgórza i po paruset metrach połączyć się z Czarcią. Skręciła, już się ucieszyłem, że znajdę poszukiwaną drogę, ale po przejściu tych paru setek metrów skrzyżowania nie było. Przeszedłem jeszcze kawałek, wyszedłem na polanę i tam zobaczyłem, że droga jeszcze raz skręca w lewo, więc w stronę wioski. Zawróciłem, postanawiając znaleźć przedłużenie betonowej drogi, w lesie łączącej się z inną drogą, a ta z kolei... Droga zgubiła mi się na podmokłych łąkach. Kluczyłem, kręciłem się, bezskutecznie, w końcu, poganiany bliskim już końcem dnia, wszedłem w las pierwszym duktem prowadzącym w dobrą stronę. Po kilkuset metrach dukt tak po prostu skończył się pod świerkiem, co nie jest czymś wyjątkowym ani w lasach, ani na otwartych przestrzeniach łąk i pól. Co robić? Wracać, czy iść dalej? Owszem, mogłem zawrócić i dojść do samochodu szosami, okrężną drogą, ale gdybym przeszedł niewiele ponad kilometr lasu przede mną, miałbym znaczne bliżej. Tak, przejście jest łatwe pod warunkiem utrzymania kierunku, a między drzewami zmierzch zacznie się za kwadrans, może za pół godziny, słońca nie widać, kompasu nie mam.

Poszedłem przed siebie starając się sumować swoje skręty w lewo i w prawo. Było dobrze, kierunek wypadał w dół zbocza; było gorzej, gdy zszedłem na dno, bo teren zrobił się podmokły i gęsto zarośnięty chaszczami, a z sumowaniem kierunków było coraz trudniej. Doszedłem do sporego strumienia; podobał mi się, stałem chwilę na brzegu patrząc na niego, nim pomyślałem, że taki spory strumień powinien być oznaczony na mapie. Był, doszedłem do Kamiennika. Z mapy wynikało, że powinienem przeciąć go pod kątem prostym. Było tam spore zbocze porosłe świerkami i gęstym młodniakiem, na szczęście sięgającym ledwie kolan. Szedłem ładnym lasem, między grubymi i bardzo grubymi świerkami, wypatrując prześwitu między drzewami. Jaśniejsze miejsce przywitałem w ulgą, a gdy wyszedłem z lasu, od razu rozpoznałem miejsce: byłem w Jurczycach, tam, gdzie chciałem dojść. Na brzegu szosy usiadłem na pniaku, piłem resztkę herbaty i, pewny bezpiecznego powrotu w ciemnościach, patrzyłem na koniec dnia. Najpierw zmierzch zasłonił dalsze szczyty, później niezauważalnie, jakby podstępnie, skrywał coraz bliższe, w końcu, gdy szedłem szosą do Kraśnicy, zostawił widoczne tylko najbliższe drzewa i kawałek szosy przede mną.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz