Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

środa, 13 maja 2015

O pięknie, dębach czerwonych i o bezdotykowej technologii


Przeprowadzka. Trzy dni względnego spokoju, pracy ledwie dziesięciogodzinnej, i następna przeprowadzka. Nocna jazda w stanie silnego zmęczenia, pieczenie oczu zatartych brudnymi palcami, ciężki ryk przeciążonego silnika i następne miasto. Jeden tydzień – jedno miasto. Jeden tydzień i 80 lub 90 godzin pracy. Liczę przeprowadzki do wakacji, do tego cudownego okresu ośmiu tygodni bez pakowania sprzętu i nocnych jazd, z ledwie siedemdziesięciogodzinnym tygodniem pracy. Jest maj, najpiękniejszy czas, a ja popędzam dni!

Obok lunaparku jest myjnia, a wokół niej napisy: „bezdotykowa technologia mycia”. Pytałem się kolegów, czy dostrzegają nielogiczność tego napisu, ale wszyscy uznali, że napis jest dobry, albo po prostu wzruszali ramionami. Poraża mnie obojętność ludzi na błędy językowe i ich nieporadność w posługiwaniu się ojczystym językiem. Ja też nie jestem znawcą polszczyzny, ale przynajmniej staram się i wstydzę się swoich błędów – oni nie. Ignorancja osiąga szczyty nie większe od wydajności najnowszych procesorów. Kiedyś kolega, na co dzień i od wielu lat używający komputera, nieźle znający się na technicznej jego obsłudze, obwieścił mi triumfalnym tonem swój sukces: znalazł kombinację przycisków potrzebnych do napisania litery ź. Przez chwilę patrzyłem na niego nie mogąc zrozumieć powodu jego dumy, a ten był przecież taki prosty: kolega po prostu nie pisze, więc dla niego było to trudne. Nie bez powodu masowo sprzedawane są komputery bez klawiatury i nie ma telefonów z porządnymi przyciskami qwerty. Historia zatacza krąg: kiedyś ludzie zaczęli pisać obrazkami i oto teraz powracamy do tamtych czasów, do ikonek zastępujących prawdziwe pismo. Czy wrócimy też do chrząkania, jako sposobu porozumiewania się? Gdy słucham moich kolegów w pracy, poważnie obawiam się szybkiego nadejścia takich czasów.

Czy mógłbym wyjaśnić im swoją radość i dumę z powodu napisania dobrego tekstu? Kiedyś próbowałem, dawno temu, teraz już nie. Dwa światy - powiedziałbym swoim zwyczajem - ale przecież mimo tak wyraźnej granicy, te światy są jednym, moim. Światem, w którym żyję i pracuję od trzydziestu lat. Jeden świat z tysięcznymi granicami.

Szczecin. Planowałem pójść na Plac Grunwaldzki, dla mnie symbol tego miasta; chciałem zobaczyć jego rzadko spotykany układ architektoniczny: na dużym, okrągłym placu łączy się, niczym szprychy koła, osiem symetrycznie dobiegających ulic. Nie miałem kiedy tam iść, bo albo praca, albo deszcz stały na przeszkodzie.

Za to miałem możliwość obejrzenia ładnych dębów czerwonych rosnących tuż obok campingu. 





Ich pnie są niskie, konary wyrastają się na wysokości metra, korony są szerokie, a drzewa czynią sympatyczne wrażenie zabawek lub liliputów. Tyle razy widziałem wiosnę, a nigdy nie przyglądałem się kwitnieniu dębów – i nie tylko im!  Szkoda, że nie zobaczę tych dębów jesienią, gdy kolorem swoich liści będą uzasadniać swoją nazwę.

Po drugiej stronie ulicy rosną inne dęby, wydaje mi się, że bezszypułkowe, ale tylko wydaje. Tyle lat żyję, a nie wiem, jakie to drzewa! Niewiedza jest dokuczliwa, zwłaszcza przez swoje ograniczanie widzenia świata.

Zawziąłem się szukając, czytając i porównując. Teraz wiem: to na pewno są dęby bezszypułkowe. Wiedząc, lepiej się czuję.



Wspomniałem pewien listopadowy wieczór w Trowbridge i nagle zapragnąłem posłuchać kantaty Bacha Ein feste Burg. Dlaczego akurat ten utwór? – zapytałem siebie, przywykły do analizowania swoich stanów. Po chwili przypomniałem sobie, że to pragnienie było echem tamtego dnia: wtedy słuchałem właśnie tej kantaty. Tamten czarny wieczór jesienny związał się w mojej pamięci z cudnym głosem kobiecym śpiewającym arię. Wysłuchałem utwór postanawiając sobie wrócić do zaniedbanych ostatnio kantat.

Miałem coś napisać, coś ważnego czy ładnego, ale zapomniałem; na głowie mam awarię karuzeli, z którą nie mogę sobie poradzić. Tak na marginesie: dla mnie często napisanie czegoś ładnego znaczy tyle właśnie, co ważnego. Więc może coś ze starych tekstów?

Niech będzie ten. Przeleżał w szufladzie pięć czy dziesięć lat, ale w końcu doczekał się publikacji.




Skrzętnie zbieram słowa, myśli, wrażenia. To mój urobek, tym bardziej cenny, im trudniejszy do zauważenia i wydobycia z siebie. To mój skarb.

Słuchając ostatnio muzyki Preisnera poczułem się tak, jakbym czytał swoją nienapisaną powieść, która wydawała mi się już istniejąca, ustalona w szczegółach, a pozostało jedynie oblec ją w słowa. Trudno mi wyjaśnić to ulotne wrażenie związku między pisaniem a muzyką; wydawałoby się, że jest tylko jeden, ten oczywisty, mianowicie budzenie przez muzykę pragnienia przeżywania innych wzruszeń estetycznych, ale - może tylko bronię się przed tym łatwym wytłumaczeniem? - jest tutaj coś jeszcze, jakaś nowa jakość, tajemniczy dla mnie rezultat obcowania z pięknem. To coś bardziej podobnego do tworzenia nowego piękna, a nie jedynie obcowanie z jednym jego przejawem budzącym pragnienie nowego przeżywania.



"Trudno powiedzieć, czy dążenie do obcowania z przyrodą wynika z chwilowej potrzeby przeżycia swego rodzaju przygody mającej uzupełnić jakieś luki w naszej psychice, czy też są objawem głębszego pragnienia kontaktu z otaczającym nas światem w jego formie pierwotnej, kontaktu, by móc na przykład wyostrzyć nasz instynkt samozachowawczy, ową naturalną samoobronę przed degeneracją. A może jest to po prostu łaknienie piękna, jakiś wrodzony imperatyw estetyczny, nakazujący nam obcowanie z owymi arcydziełami, których surową i zarazem nieskazitelną formę tworzy wielka artystka-przyroda."

(Ładne) słowa Włodzimierza Puchalskiego, przyrodnika i fotografa, przepisane z 98 strony National Geographic, numer z września 2009.



Czy potrzebę obcowania z pięknem mamy wrodzoną? Czasami wydaje mi się, że tak, czasami odwrotnie. Jeśli tak, to wtedy należałoby uznać za fakt zatracenie tej potrzeby przez wielu ludzi. Jeśli nie, to co, jakie cechy naszej psychiki i jakie fakty z naszej biografii, budzą ją do życia? Nie wiem. Raczej skłonny byłbym przychylać się do drugiego wytłumaczenia: do uznania naszej potrzeby kontaktu z pierwotną przyrodą, jako dziedzictwem nieskończonego ciągu pokoleń naszych przodków, które to dziedzictwo w jakiś tajemny sposób tkwi w nas. A piękno? Czy byłoby ubocznym rezultatem ewolucji dającej nam umysł zdolny do tworzenia abstrakcji? Natura umożliwiła nam zadanie sobie pytania o sens, ale sensu nie dała, więc my sami, szukając go, odkryliśmy zbawczą moc piękna i od tamtej pory szukamy piękna wszędzie i wszędzie tworzymy. Czasami myślę, że byłoby mi łatwiej, gdybym zdolność dawania sensu, źródło siły i radości, znalazł w innym miejscu, na przykład w mamonie, albo w religii, a nie w czymś tak ulotnym, jak piękno...



Post scriptum
Janek Łęcki zwrócił mi uwagę na błąd w nazwie tekstu. Przyznałem mu rację: powinienem napisać o dębach czerwonych, już poprawiam. Dlaczego tak? Bo taka jest nazwa tego rodzaju dębów. Dąb czerwony, a nie czerwony dąb. Pierwotnie użyta przeze mnie kolejność słów sugeruje, iż piszę o dębach, których kolor jest czerwony, a tak nie jest, bo dębaczki stoją sobie ubrane w ładną, świeżą zieleń.
Dziękuję, Janku, za smsa.


9 komentarzy:

  1. Krzysztof, wiesz dobrze, że za pieniądze możesz kupić lekarza, ale nie kupisz zdrowia. Za pieniądze kupisz tylko bilet na koncert, ale nie kupisz wrażeń. Fenicjanie odwalili fuchę w swoim wynalazku.

    Człowiek o wysokiej cywilizacji na noc szczelnie zamyka okna i rygluje drzwi na niezliczoną ilość zamków, gdy "dziki człowiek" w buszu śpi przy otwartych drzwiach. My obecnie zabiegamy o miejsce zamieszkania i jego wyposażenie,
    a ludy pierwotne nie miały takich zmartwień. Jaskiniowcy upolowali mamuta i mieli święto, porcje mamuta się wyczerpały, polowanie na następnego zwierza i święta był ciąg dalszy...

    Krzysztof, wrażenia i chwile - niesamowicie umiesz je przekazać i na pewno Twoje słowa przetrwają.

    "Technologia bezdotykowa..."
    W okresie "żelaznej kurtyny" dziewczyna z polskiej wsi miała okazję odwiedzić USA, a tam pewien "polonus" zaprosił ją na przejażdżkę swoim krążownikiem szos. A w nim urządzenia niesamowite - opuszczany dach, elektryczne szyby...cuda na patyku. Kierowca myśli, zrobię na pięknej pasażerce wrażenie, klawisz pstryk, dziewczyna czuje na nogach podmuch i zwiewna sukieneczka się zadziera. Kierowca pewny siebie, a zawiedziony dziewczęcy głos oznajmia mu: Czy wy amerykańscy chłopcy nie macie rąk???

    Nara, siema, spoko, kamerować - co to znaczy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja słyszałem nieco inną wersję o fenickim wynalazku: otóż pieniędzy nam brakuje, bo Fenicjanie wymyślili ich za mało!
      Tak, moje słowa przetrwają do czasu rezygnacji Googli z prowadzenia blogów:) Niemniej pięknie dziękuję.
      Wiesz, życie jaskiniowców niekoniecznie było takie świąteczne.
      My obrastamy w rzeczy i usługi, kuszeni cywilizacyjnymi wygodami. Gdyby ktoś potrafił zrezygnować z wszystkich wygód i zadowolił się jedynie okryciem ciała i jego nakarmieniem, pewnie wystarczyłoby mu pracować parę miesięcy w roku. Ot, moje wyjazdy w góry kosztujące mnie kilka tysięcy rocznie. Mógłbym miesiąc, albo i dłużej, mniej pracować rezygnując z nich. Świadomie wybieram pracę umożliwiającą mi, poprzez swój efekt, mianowicie pieniądze, te wyjazdy. Przykłady mnożyć. A bandytyzm i złodziejstwo? Myślę, że nie są wynalazkiem czasów historycznych, tyle że teraz łatwiej kraść, skoro są pieniądze i inne wartościowe rzeczy. Jaskiniowiec zapewne nie mógł ukraść zabitego mamuta, ale dobrze zrobioną dzidę pewnie potrafił podwędzić.
      Twoja historyjka o Amerykaninie dobrze pokazuje niemożność (by nie powiedzieć absurdalność) stosowania „bezdotykowych technologii” w określonych sytuacjach:)
      Te różna „nara” słyszałem i znam, ale słowa „kamerować” nie jestem pewny. Chodzi o nagrywanie kamerą? Jeśli tak, to obaj wiemy ileż takich skrótów używanych jest w każdych okolicznościach!

      Usuń
  2. Tak naprawdę nie wiemy, czy w mamuciej epoce istniała kradzież narzędzi, chyba wszystko było wspólnym dobrem. Nie wiem, nie wiem.... Nie wiem też co sprawiło, że wyodrębniła się różnorodność istot ludzkich, mam na myśli odmienność ludzi na poszczególnych kontynentach. I w jaki sposób znalazł się człowiek na kontynencie amerykańskim czy australijskim. Ciekawe co jeszcze może w przyszłości wymyślić człowiek i z jakich źródeł będzie czerpać energię? Ale to nie moje zmartwienie.
    I dyskusja jest nie na temat.
    Krzysztof, czy to Twój domek i pojazd?
    Przyznać należy że rozwinięta majowa zieleń jest piękna. Ona jest taka, jak młodość. Ona jest pełna wigoru.

    W przyszłym tygodniu będę mieć swobodny dostęp do internetu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Janku, na tym blogu nie ma dyskusji nie na temat. Zawsze jest dobra pora porozmawiać na każdy temat, może z wyjątkiem tematów nam niemiłych, jak wieści o polytykach i co-gdzie-kto-i-z-kim.
      Skąd różnorodność istot ludzkich, pytasz. Mam zielone pojęcie o antropologii, paleoantropologii i ludzkiej filogenezie, coś tam wiem.
      Mówić można o dwojakim zróżnicowaniu: dlaczego ludzie różnią się między sobą, dlaczego nie są identyczni, i drugie: dlaczego istnieją ludzkie rasy.
      Mieszanie genów nie prowadzi do ujednolicenia (tak, jak wymieszanie dwóch farb różnych kolorów), bo mieszaniu podlegają pewne odcinki naszego genomu, a nie litery, na przykład. Mieszają się geny, a efekt jest podobny do tasowania talii z tysiącami kart. Tasować można w nieskończoność, zawsze będzie inne rozdanie i nigdy nie będzie jakieś homogenicznej mieszanki. A że różne geny wpływają na wielkość nosa, wzrost, kolor oczu, itd., itd…
      Różnorodność ras jest przede wszystkim efektem dopasowania do środowiska. Wiesz jak jest: Eskimos jest niski, krępy i ma mniejszy nos, bo taka budowa czyni go odporniejszym na mróz, a jasna skóra lepiej „chwyta” słońce. Odwrotnie: mieszkańcy gorących stref będą ciemnoskórzy i wysocy. Gdy wgłębić się w temat, okazuje się on nie tak prosty jak w tym moim przedstawieniu, ale generalnie tendencje są takie.

      Usuń
    2. A skąd ludzie w Ameryce i w Australii? Po prostu dotarli tam, pędzeni arcyludzką ciekawością i chęcią znalezienia lepszego miejsca dla siebie.
      Naszą kolebką jest Afryka. Jakieś 100 tysięcy lat temu niewielka grupka ludzi współczesnych anatomicznie, może ledwie parę setek osobników, przeszła Synaj zaczynając zasiedlać Ziemię. Cieśninę Beringa przeszli suchą stopą, bo poziom oceanów był wtedy niższy, a dotarcie do Ziemi Ognistej zajęło im jakieś 10 tysięcy lat, czyli niewiele czasu. Na wyspy Oceanii i na kontynent australijski musieli dopłynąć. Z wyspy na wyspę, chociaż ostatni skok był duży. Jak to było dokładnie, nikt nie wiem i wiedzieć nie będzie. Może jakaś łódź zabłądziła? Kto to wie… Dość, że dopłynąć musieli, bo wszyscy jesteśmy potomkami ludzi z Afryki, o czym dobitnie świadczą badania DNA.
      Tak, to mój camping. Niewielki, ale mieszkam sam. Za nim, na zdjęciu po prawej, stoi scania. Nie ta, którą jeżdżę, ale ta moja niemal dokładnie tak samo wygląda.

      Usuń
  3. I jeszcze jedno, Krzysztof (korzystam z jeszcze jednej okazji). Wiem dobrze, że Twoim celem nie jest pogoń za zdobyciem mamony. Tobie (i mi) pieniądze służą do osiągniecia pewnego celu. I aby ten cel osiągnąć, musimy najpierw zdobyć pieniądze.

    Prawdopodobnie cel uświęca środki

    OdpowiedzUsuń
  4. Pytałam córkę, gdzie stał ostatnio w Szczecinie lunapark. Najpierw się zdziwiła, potem ze znajomymi ustaliła miejsce i powód. Lubię Szczecin, choć jego urok jest nieoczywisty, a może właśnie dlatego?

    OdpowiedzUsuń
  5. Brak refleksji nad kulturą języka, kulturą żywego słowa jest porażający. I dotyka nie tylko ludzi mniej wykształconych, ale także tych, którzy chcieliby być postrzegani jako elita intelektualna. A w kwestii urządzeń- te komentarze piszę na urządzeniu mobilnym z dotykowym ekranem. Przydatne, ale nie wyobrażam sobie pisania dłuższego tekstu w ten sposób. Koniecznie muszę dopasować do niego klawiaturę, aby w czasie wyjazdów móc na gorąco spisywać refleksje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzień dobry, Anno. Zaglądałem na Twój blog (nie lubię tego słowa, ale jakim je zastąpić?), pomyślałem, że nie piszesz, bo jesteś na wyjeździe, na maratonie w Górach Stołowych. Dobrze pamiętam? Jeśli tak, to maraton był wczoraj, a dzisiaj wstałaś wcześniej, Skowronku, i gdy wszyscy jeszcze spali, myszkowałaś po internecie:)
      Tak, tak!: nieoczywisty urok ma większą siłę oddziaływania, widzę to u siebie. Szczecina nie znam poza trasą przejazdu, w zasadzie nic więcej nie widziałem, jednak miasto wrażenie na mnie czyni poplątaniem lądu i wody, ilością mostów, portem, statkami w mieście. Surrealistycznym dla mnie widokiem są nadbudówki statków i ich masztów widoczne między domami; albo, tak było na naszym placu przy ulicy Staszica, widok jakże charakterystycznej sylwetki portowego żurawia wznoszącego się ponad ulicą. Sylwetka takiego dźwigu nieodmiennie, od lat, kojarzy mi się z… modliszką.
      Anno, jeden miałem telefon dopasowany do moich potrzeb: nokię 9210. Używałem go przez 10 lat, głównie jako podręczny komputerek, bo nieźle pisało się na jego pełnej klawiaturze. Bywało, że nagle, tknięty jakąś myślą, która znalazła słowa zdolne ją wyrazić, otwierałem komunikator i zapisywałem. Teraz nie mam na czym; jadąc w góry, biorę kartkę papieru i długopis. Ot, postęp!
      Gdy już naprawy stały się niemożliwe z braku części, kupiłem następcę tego telefonu, mam do dzisiaj, ale już na nim nie piszę, bo ani klawiatura, ani wbudowany edytor tekstów, nie działa dobrze. To „organy” w zaniku. Nie produkuje się kieszonkowych komputerków z dobrą klawiaturą, bo po prostu nie ma zapotrzebowania na takie urządzenia.
      O elitach intelektualnych mam zdanie niezbyt przychylne; zbieram się napisać o tym, może kiedyś taki tekst powstanie. Dane mi było zapoznać się z dwoma pracami magisterskimi, z bankowości i z ekonomii. Byłem zażenowany nie tylko polszczyzną, ale i poziomem merytorycznym. Elita z definicji jest czymś nielicznym, rzadko spotykanym, i na pewno nie ma nic wspólnego z aspiracjami ludzi.

      Usuń