Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

sobota, 14 lipca 2018

Słońce, fale i mózg

130718
Do zachodu brakowało trzy kwadranse, nie zamierzałem być na plaży tak długo, chciałem tylko spojrzeć na morze i przejść się alejką wzdłuż wydm, ale zatrzymał mnie widok horyzontu, tak wyjątkowo wyrazisty, tak ostro zarysowany w przejrzystym powietrzu, że wydawał się bliski i materialny, możliwy do dotknięcia. Morze było ciemne, chociaż nie matowe, niebo zachmurzone, ale nad horyzontem nie było chmur. To stamtąd, z jasnego pasa nieba, spływała na Ziemię jasność uwypuklająca linię horyzontu, a granatową barwę morza czyniąca połyskliwą.
Najpierw pojawiła się maleńka i cieniutka kreseczka pałającego szafranu, w chwilę później wydłużyła się i pogrubiała, stając się wyraźnym odbiciem w morzu, na styku wody i nieba, niewidocznego słońca. Drżąc migotliwie, świecąca wstęga biegła w moją stronę i po chwili sięgnęła przybrzeżnych fal, na których załamała się, rozkołysana. W tej chwili zobaczyłem sprawcę widowiska: słońce wychylające się spod chmury.
Piaski plaży i ludzi zalała powódź światła tej wyjątkowej barwy, jaką ma niskie słońce, a mój cień sięgnął wydm.
Zostałem. Szedłem plażą, a świetlista linia na morzu szła przy mnie. Czyż nie dziwne zjawisko – mimo swojej oczywistości?
W chwili dotknięcia wody przez napęczniałe słońce doznałem drugiego zdziwienia, równie dziecinnego jak tamto: woda nie zasyczała ani para się nie pojawiła w zetknięciu z ognistą kulą.
Zdjęć nie mam. Zapomniałem wziąć aparat.

140718
Tym razem aparat, właściwie telefon z aparatem, wziąłem, mimo że nie planowałem oglądania zachodu. Wczoraj tak późno wróciłem do siebie, a na dokładkę czas tak pędził wieczorem, że ledwie przysiadłem przy komputerze, a już była pierwsza, późna godzina wobec rannego wstawania do pracy. Właściwie wziąłem aparat licząc na jakieś zdjęcia w miejsce wczorajszych.
Popołudnie było pogodne, od morza wiał dość silny wiatr tworząc widowiskowe fale. Stałem przy ostrogach patrząc na ich narastanie i rozbijanie się o pale. Zwykły widok, wiem, ale gdy da się mu chwilę naszej uwagi, dostrzega się w nim odblask urody Nereid.
Że to wymysł starych Greków? Otóż nie. Widział je pewien brytyjski malarz na początku minionego wieku, i udanie utrwalił na płótnie ich wdzięczne kształty. 



Widzieli i inni, a ja nie tracę nadziei zobaczenia. Dzisiaj pokazały mi się w swojej zamaskowanej postaci – właśnie fal morskich.
Daleko w morzu pojawia się wzdłużne wypiętrzenie - kaprys lub zabawa Nereidy. Biegnąc rośnie wypychana jej rękami, ale i zasysa wodę przed sobą tworząc głęboką bruzdę. Na płyciźnie, bliżej brzegu, fala jakby nie nadążała za sobą: jej dolna część szorując po piasku zwalnia, a górna pędzi dalej pchana wiatrem, a może swoją chęcią szybkiego dobiegnięcia do brzegu. W efekcie przełamuje się w swoim pędzie i rozpadając na białe i perłowe drobinki prześwietlone słońcem, spada w bruzdę przed sobą lub strzela fontannami trafiając na szpaler pni wbitych w dno. Nie rezygnuje od razu: biegnie wzdłuż przeszkody szukając w niej przerwy, prycha wodą, i dopiero przy samym brzegu zwalnia, uspokojona i zamierająca na piasku.
Ale oto w oddali widać jej siostrę: nie bacząc na swój szybki kres rośnie pędząc ku brzegowi – efemeryda żyjąca chwilę i wieczność.






Dobrze, odetchnąłem trochę od karuzel, zajmę się więc tematem głównym tego postu: książką o ludzkim mózgu. Odległy temat? Jeśli wziąć pod uwagę fakt istnienia mózgu jako siedliska mojego umysłu, tego samego, który odczuwał i przeżywał na plaży, można uznać, że obydwa tematy postu są blisko związane.

O książce „Mózg: 41 największych mitów” autorstwa Christiana Jarrett’a.

Ta książka wyróżnia się w mojej bibliotece, ponieważ nie kupiłem jej, a byłem nią obdarowany, i to nie przez znajomego czy kogoś z rodziny, a przez Mikołaja we własnej brodatej osobie. Nie mogłem jej nie przeczytać.
Jak zwykle garść cytatów uzupełnionych moimi myślami. Słowa ujęte w znaki >> << są cytatami.

>>Wiele artykułów prasowych o odkryciach na temat mózgu odwołuje się w rzeczywistości do badań korelacyjnych (czyli badających stopień wzajemnej zależności – wyjaśnienie moje), które pokazują jedynie pojedynczy moment w czasie. „Ludzie, którzy częściej wykonują czynność X, mają większy obszar mózgu Y” – możemy przeczytać w tekście. Ale jeśli badanie miało charakter korelacyjny, nie wiemy, czy dana czynność przyczyniła się do zwiększenia obszaru mózgowego. Kierunek związku przyczynowego może być bowiem odwrotny (ludzie z większym obszarem Y lubią wykonywać czynność X) (...)<<

>> Jeśli leki, które zwiększają poziom serotoniny, łagodzą depresję, to – zgodnie z rozumowaniem zwolenników mitu – depresję na pewno powoduje niedobór serotoniny w mózgu. Jest to jednak pokrętna logika. (…) fakt, że aspiryna skutecznie pomaga na bóle głowy, nie oznacza, że bóle głowy są wywołane przez brak aspiryny.<<

Najbardziej fascynującym elementem nauki jest dla mnie precyzja myślenia, logika nielicząca się z naszymi oczekiwaniami czy niechęciami. Także pomysłowość w zaprojektowaniu badań i wyrafinowane, nawet kilkupiętrowe, ich zabezpieczenia przed przypadkowością wyników czy ułomnością naszych umysłów i naszej psychiki. Tutaj łatwo o zdumienie, a bywa, że i olśnienie.
Pamiętam jedną z pierwszych takich chwil.
W książce angielskiego antropologa przeczytałem twierdzenie autora o odmienności sposobów obozowania naszych przodków i neandertalczyków: pierwsi zakładali obozy sezonowe, na krótki czas, drudzy całoroczne, na długie okresy czasu. Początkowo z rezerwą podchodziłem do tego twierdzenia, skoro po upływie dziesiątków tysięcy lat wszystko, co można znaleźć, to okruszynki kości, ale później dowiedziałem się o innych badaniach, które tamte słowa uczyniły niemal pewnością. Potwierdzenie wymagało wiedzy, ale nade wszystko kojarzenia faktów z pozoru niezwiązanych ze sobą i wnioskowania. To była właśnie ta chwila, w której objawia się ludzki geniusz, a zwykły czytelnik doznaje oszołomienia.
Podoba mi się w nauce podważanie każdych rezultatów, nieprzyjmowanie niczego na słowo, bez dokładnego sprawdzenia; uznawanie prawd naukowych za ograniczone miejscem, czasem i naszymi aktualnymi możliwościami, więc możliwe do obalenia w przyszłości, niechby częściowo. Wszak gdyby Galileusz nie podważył twierdzenia Arystotelesa, do dzisiaj uważano by, że szybkość swobodnego spadania zależy od masy. Nawiasem mówiąc i obecnie wielu ludzi tak uważa.
Kto w starożytności, i długo po niej, odważyłby się negować twierdzenie Euklidesa o niekrzyżowaniu się linii równoległych czy o sumie kątów trójkąta? W końcu znaleźli się tacy odważni, ci mniej znani geniusze, i ten powszechnie znany – Albert Einstein – którzy udowodnili nieeuklidesowy charakter przestrzeni.
Czasami spotykam się z pojmowaniem tych cech nauki jako jej ułomności. Słyszy się utyskiwania na zmiany, brak całkowitej pewności, unieważnianie wcześniejszych twierdzeń – głosy po części zrozumiałe, skoro człowiek ze swoją konstrukcją psychiczną łatwo ulega prosto wyłożonym prawdom objawionym (a nawet ich potrzebuje), ale tutaj mylą się ci marudzący, ponieważ w braku świętości tkwi siła nauki. Jej nawet zawiść potrafi służyć (co prawda i szkodzić), gdy osobisty wróg naukowca będzie powtarzał badania chcąc znaleźć błąd we wnioskach przeciwnika – i w ten sposób albo uściśli i utwierdzi wynik, albo go obali, a jedno i drugie z korzyścią dla nauki.
Każdy z nas słyszał o placebo i w związku z nim o ślepej próbie, metodzie badania polegającej na nieinformowaniu pacjenta, czy przyjmuje lek, czy pastylkę cukrową. Ale jak wykluczyć wpływ, niechby nieświadomy, lekarzy i pielęgniarek na wyniki badań? Po prostu i ich się nie informuje – no i mamy metodę podwójnie ślepej próby. No, dobrze, ale wszak osoba analizująca wyniki badań i wiedząca, jako jedyna w tej metodzie, kto przyjmował lek, a kto placebo, może nieprawidłowo ocenić wyniki, na przykład wybrać metodę analizy dającą wyniki bliższe jego oczekiwaniom. Więc i on niech nie wie, a tylko dokona fachowej interpretacji i porównań statystycznych! No i doszliśmy do metody potrójnie ślepej próby.
Gdy mamy do czynienia z człowiekiem i jego mózgiem, wszystkie te wyrafinowane metody nabierają szczególnego znaczenia, ponieważ rezultatów nie da się zmierzyć ani zważyć, a wyniki bywają sprzeczne lub mało wyraźne.

>>Na podstawie metaanalizy wszystkich danych Kirch i jego współpracownicy stwierdzili, że zarówno leki, jak i placebo miały ogromny wpływ na większość chorych na depresję. Co istotne jednak, u wszystkich – z wyjątkiem najcięższych przypadków – różnica wielkości efektu leku versus placebo była nieistotna pod względem klinicznym. Innymi słowy, dane wskazywały, że skuteczność leków antydepresyjnych u większości ludzi nie była głównie rezultatem ich działania ukierunkowanego na nierównowagę chemiczną, lecz silnego efektu placebo.<<

Cytatami mógłbym zapełnić kilka stron, skoro wiele jest podkreśleń i wykrzykników w mojej książce, ale może ograniczę się do tych paru, a napiszę parę słów o samej książce.
Praca Jarrett’a nie jest łatwą lekturą. Sporo w niej fachowych wyrażeń i nazw, mnóstwo faktów, jest to jednak pozycja popularnonaukowa, czyli dla ciekawskiego laika, dla nas. Autor nie jest ani za, ani przeciw opisywanym mitom, on jedynie rzetelnie przedstawia fakty podając źródła; ilość pozycji naukowych wymienionych w tekście i w przypisach zadziwia. Jeśli w konkretnych badaniach nie ma jednoznacznych wyników, bądź przeczą sobie, wspomina i o tym fakcie. Po prostu pisząc książkę chciał nie tyle przekonać czytelników, co bezstronnie zapoznać ich z aktualnym stanem wiedzy.
Książka warta przeczytania nie tylko dla zawartych w niej informacji, ale też dla dowiedzenia się, jak powinno się pisać porządną literaturę popularnonaukową.

4 komentarze:

  1. Morze pięknę, ale ono po prostu tak ma ;) Książka zda się fascynująca, bo też nasz mózg i jego tajemnice są fascynujące. Sama przychylam się do tezy, że w leczeniu (nie tylko depresji) najważniejsze jest nastawienie pacjenta, jestem tego doskonałym przykładem, zdrowieję natychmiast po podaniu spceyfiku, który ma mi pomóc (choćby miała to być tylko woda). No i dobrze, że mój psychiatra nie widział, co działo się po zażyciu przeze mnie przepisanych przez niego leków na depresję. Kilka osób widziało i wyglądało na zaskoczonych ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Treść książki zaciekawiła mnie raczej nie tyle informacjami o mózgu, co informacjami o metodyce badań, tym wspomnianym wyrafinowaniem naukowych narzędzi.
      Aniu, kiedyś lekarz stwierdził, że powinienem brać jakiś specyfik leczący depresje, ale odmówiłem, bo odczułem bunt. Niezgodę na chemiczne podstawy mojego samopoczucia. No bo jak to ma być! Biorę jakąś chemię i świat widzę lepszym? Już nie mam grudniowych czy styczniowych kiepskich nastrojów? To jakby gwałt (tutaj chemiczny) na mnie. Sam sobie powinienem poradzić ze sobą – postanowiłem i chyba dobrze zrobiłem.
      A dzięki Twojemu reagowaniu możesz sobie powiedzieć, że tanie masz leczenie :-)

      Usuń
  2. Oj, oj... wdzięczne są kształty Nereid, oj, ojojoj...

    Krzysiek, zapatrzyłeś się na fale?
    Oczekiwałeś może narodzin Wenus?

    Złocisty to był dzień. Błękitne zadumanie
    objęło cały świat. Na modrym oceanie
    słoneczny zasnął blask. Na ziemi i na niebie
    cisza zdawała się wsłuchiwać sama w siebie.
    Omdlewał w okrąg świat od światła i gorąca,
    różany płonął kwiat, srebrniała lilia drżąca,
    nad cichą, modrą toń nieskończonego morza
    płynęła kwiatów woń, jak lutni dźwięk, w przestworza.

    Wtem - jakby zwiewny rój motyli skrzydłem drżącem
    potrącił śpiący blask i śpiącą głąb pod słońcem:
    zadrgała senność sfer i kwiaty zaszeptały,
    niepokój jakiś świat ogarnął nagle cały,
    oczekiwanie - - cud jakiś się dziwny iści - -
    z błękitno-złotych wód, z zielono-złotych liści
    dźwięczący wybiegł szmer, lękliwy i radosny,
    zadrgała senność sfer, jak w narodziny wiosny.

    I ze srebrzystych pian, co w słońcu nieruchomie
    w tęczach świetlanych skier leżą na wód ogromie,
    wśród blasku, ciepła, mgieł złocistych, z wód kryształu
    nagi niewieści kształt wynurza się pomału - -
    zdumienie zdjęło świat: przejrzyste milkną sfery,
    drżeć przestał róży kwiat, liliowe ścichły szmery,
    jakby zaklęta woń stanęła skrysztalona,
    i w zadziwieniu w toń spojrzała nieb opona.

    A ze srebrzystych pian Afrodis wyszła biała
    i naprzód słońcu swój promienny uśmiech słała,
    potem przez modrą głąb powoli szła ku ziemi,
    znacząc swej drogi ślad kroplami świetlistemi,
    i boski uśmiech śle niebiosom, lądom, wodzie,
    a świat dziwował się przecudnej jej urodzie,
    blask ją osuszać biegł, woń obcierała z rosy,
    u nóg jej śnieżnych legł ocean modrowłosy.

    A ona w słońcu swe suszyła ciało białe,
    zefiry pieszczą ją z rozkoszy oszalałe,
    ślizgają się od stóp po nogach jej do łona,
    całują piersi jej i szyję, i ramiona,
    spijają perły pian z jej zagięć i lubieżne,
    w lotny okrążą tan jej uda smukłe, śnieżne,
    z wolna się suną wzdłuż jej pełnych biódr, a potem
    ku ustom z wonią róż wzlatują nagłym wzlotem.

    Muskają włosy jej złociste, miękkie, śliczne,
    złocisty szafir ócz owieją balsamiczne
    i omdlewając już do stóp jej kornie padną...
    A ona rękę swą podniosła światowładną
    i naga stała tam, a dziwna jej potęga
    aż do Hadesu bram nieprzekroczonych sięga
    i zadrżał wszechświat w krąg, bo z morskich głębokości
    sprawczyni wyszła mąk najsroższych dla ludzkości.

    Zdziwiony jesteś?

    To jest wiersz Kazimierza Przerwy-Tetmajera
    Narodziny Afrodyty.

    Poeta napisał ten wiersz zainspirowany obrazem
    Narodziny Wenus malarza Sandra Botticellego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam ten obraz. Nie zachwyca mnie. Na nim widać wyraźnie, jak bardzo zmienił się kanon kobiecej urody, wszak przedstawiona na obrazie Afrodyta ma wyraźne już oznaki nadwagi. A może ona faktycznie tak wyglądała, tylko ta jej czarodziejska przepaska wszystko zmieniała? Albo inaczej: wymogi obecnego kanonu są nienaturalne, wymagając szczupłości i kształtów realnie możliwych tylko dla dziewczyn, a nie dojrzałych kobiet? Myślę, że właśnie tak jest, więc ten kanon byłby apoteozą młodości.
      Na pewno istnienie bogini Afrodyty było i jest apoteozą miłości, ale też pochwałą urody kobiecego ciała.
      Czasami można odnieść wrażenie pewnej przesady w opisie jej urody, tego, jak silnie ona miała działanie, co i poeta zaznaczył w wierszu, ale to wrażenie znika po uświadomieniu sobie, iż Afrodyta była miłością i radością życia przedstawionymi w kobiecej postaci.
      Dziękuję, Janku, za poetycki komentarz. Przepraszam za opóźnienie w odpowiedzi; mam zwariowane dni w pracy i nawał zajęć prywatnych.

      Usuń