Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

środa, 4 lipca 2018

Wartość celów, surmie i kopanie piłki

030718
Każdy taką przedstawia wartość, jaką mają przedmioty jego starań.”
Rozmyślania” Marka Aureliusza
Cudne! – krzyknąłem w duchu przeczytawszy te słowa, ale w chwilę później naszły mnie wątpliwości.
Kto i według jakich kryteriów ma oceniać wartość przedmiotów starań? O tę niewiadomą rozbija się prawda tej sentencji, nie naruszając jednak jej pociągającego uroku.
Dla mojego pryncypała wyjazdy na całodzienne włóczenie się po Sudetach, w mróz na dokładkę, albo starania napisania dobrego tekstu, nie są warte funta kłaków; dla mnie jego dążenia do kupienia jeszcze większej karuzeli i zarobienia kolejnego miliona nie mają krztyny sensu wobec kosztów niematerialnych i już posiadanych zasobów. W rezultacie każdy z nas patrzy na drugiego trochę jak na zielonego ludzika i z politowaniem.
Kto ma rację?

Drugi tydzień w Ustroniu. Jestem tutaj po raz dwunasty, czyli wyjeżdżając będę mógł powiedzieć, że spędziłem tutaj już dwa lata. Miasteczko nie stało się jednak moje. Przeszkadza mi tłum ludzi, brakuje sudeckich pagórków i ciszy. Chodzę swoimi ścieżkami, odwiedzam lubiane miejsca, a najczęściej stoję pod drzewami i patrzę na nie i na jaskółki. Znalazłem różę, która wspięła się na sam szczyt sporego świerku i od góry przykryła go szerokim rondem swoich gałązek, widziałem nadal kwitnące lipy, oglądałem długą aleję jarząbów szwedzkich, obowiązkowo odwiedzam surmie. Znalazłem kilka tych ładnych drzewek w dwóch odmianach, które nauczyłem się rozpoznawać: surmii bignoniowej (dziwna nazwa) i wielkokwiatowej. Ta pierwsza zaczyna kwitnąć, druga zbiera siły w dużych pąkach. Rośnie na prywatnej posesji, przy domu, ale jej liście sięgają chodnika. Któregoś dnia spotkałem właściciela, chwilę rozmawialiśmy. Powiedział mi, że nikt, łącznie z nim, nie wie jak się to drzewo nazywa. Pobiegł do domu po kartkę, żeby zapisać nazwę. Pewnie pomyślał, że jestem specem od drzew.
Właściwie od czego jestem specjalistą? Chyba od tego zatrzymywania się i gapienia gdzieś, czasami niewidzącym wzrokiem.

Po wylogowaniu się z mojej skrzynki pocztowej, jak zwykle wyświetla się wielka i pstrokata lista nowin. Parę dni temu zrobiłem coś, co czynię nadzwyczaj rzadko: przejrzałem ją i wybrałem opinie fanów futbolu o grze drużyny.
Może najpierw wyjaśnię mój stosunek do tej gry. Otóż nie oglądam meczy, ponieważ piłka nożna jest dla mnie nudna i chaotyczna. Ilekroć zdarzy mi się widzieć dwudziestu facetów biegających za piłką i przeszkadzających sobie, dziwię się zasadom tej gry: dlaczego dwie drużyny mają jedną tylko piłkę? Wszak mając dwie, nie musieliby nóg sobie podstawiać dla jej odebrania, a i goli byłoby więcej. Ilekroć powiem fanom piłki o tym racjonalnym przecież pomyśle, słyszę ich śmiech lub widzę dziwne spojrzenia. 
Dziwne to wszystko dla mnie.
W moim widzeniu sport wyczynowy i zawodowy niewiele ma w sobie sportu, to raczej pokaz siły, szybkości lub innych specjalnych cech u wyselekcjonowanych i sztucznie wyhodowanych osobników. Sportem jest jeżdżenie na rowerze Pierwszej Damy Ani Kruczkowskiej, a kopanie piłki jest absurdalnie wysoko opłacanym zawodem kopaczy.
Nie podoba mi się w obecnym sporcie nieliczące się z niczym i z nikim obłędne parcie do sukcesu, do bicia rekordów. Córka Ani zwyciężyła siebie dojeżdżając do mety odległej o 500 km; jej wyczyn był prawdziwie sportowym. Z drugiej strony są protesty jednego z kopaczy, który nie chciał kopać piłki za milion (nie pamiętam, czy w skali miesiąca, czy tygodnia), chciał więcej. Paranoja.
Miliony ludzi siedzi przed pudłem telewizorni i gapi się na reklamy. Gapi się na mecz nie tylko dla samego meczu, ale też dla patrzenia na swoich idoli, na tych, którzy w miesiąc zarabiają tyle, co oni przez całe lata. Głównie dlatego są idolami, wszak osiągnęli sukces, mają kasę i są znani. Nieprawda? Przesadzam? Wiec dlaczego nie jest idolem mistrz Polski w łucznictwie? Dla mnie odpowiedź jest prosta: bo mało zarabia. Owszem, są i inne powody, ale ten jest główny.
W piłce nożnej zbyt dużo jest paskudnego nacjonalizmu, omalże fanatycznego dzielenia ludzi na swoich i tamtych, obcych, nie naszych. Trzeba im dokopać, a przynajmniej zakrzyczeć ich. Kilka lat temu lunapark stał obok boiska do piłki nożnej, więc w czasie meczu słyszałem co i jak wykrzykiwali kibice. Byłem zaskoczony i przerażony tą orgią złości, wyzwiskami, agresją tych ludzi.
Piłka budzi w ludziach okropne cechy.
Wszystkie wypowiedzi przeczytane w internecie były skrajnie negatywne, obraźliwe, wprost chamskie. Wieszano na piłkarzach psy, osądzaną ich bez litości, wyzywano, żądano zwrotu pieniędzy. Pomijam tutaj porażający brak kultury, ale, na Boga, skąd takie oczekiwanie sukcesów, skoro nawet ja wiem, że polski futbol nie jest wysokiej klasy?? Czy kibice nie wiedzą, że każda drużyna trenowała, ćwiczyła metody gry, zapewne analizowała grę innych drużyn, że każda z nich zrobiła wszystko, by wygrać? Czy nie wiedzą, że wygrać może jeden? Więc o wygraną im chodzi, nie o samą grę, w której tak się lubują według własnych deklaracji? A może po prostu musieli na kimś wyładować swoją agresję, no i trafiło na kopaczy piłki?
Więc bronię ich? Nie, chodzi o logikę i gust. O elementarz zachowań, którego nie znają ludzie piszący komentarze.
Gdyby kopacze odnieśli sukces, ton wypowiedzi niewątpliwie byłby skrajnie odmienny. Mielibyśmy do czynienia z herosami, bohaterami narodowymi. Zapewne niesiono by ich na ramionach, może nawet na tarczach, a prezydent przypinałby im odznaczenia. Gdy pomyślałem o tym, mając w pamięci okropną złość kipiącą z przeczytanych wypowiedzi, zrobiło mi się niedobrze.

N a koniec uwaga ogólniejsza.
Myślę, że futbol i jego miłośnicy skorzystaliby, gdyby odciąć dwa albo trzy zera z dochodów klubów i graczy. Uważam, że blask współczesnej czołówki kopaczy składa się nie tylko z ich wysokich umiejętności kopania, ale i z ich bajońskich zarobków. Gdyby zarabiali porównywalnie do zarobków ich fanów, tych zapewne ubyłoby, ale o wiernych można byłoby z pewnością powiedzieć, że lubią piłkę nożną i mistrzów tej gry. Nie byłoby gwiazdorzenia, ukrytych machinacji, sensacyjnych transferów, etc.
Doprowadzić do takiej sytuacji jest łatwo i trudno jednocześnie. Należałoby zastosować mój sposób przy zakupach: nie kupowania towaru, którego reklamę widziałem. Tylko tyle i aż tyle. Gwiazdy kopania piłki straciłyby blask i pociągający urok mamony, a my moglibyśmy obejrzeć film bez reklam.
Może nawet wybrałbym się do kina?

Niżej zamieszczam kilka zdjęć z Ustronia.





12 komentarzy:

  1. Ciekawie napisane. Z takimi rozterkami w temacie sportu i ja się borykam. Tyle razy mówię znajomym, że jest tyle ciekawych dyscyplin sportowych i mało kiedy można zobaczyć zmagania sportowców. A piłka do znudzenia, jakikolwiek program sportowy włączę to jest piłka. Chociaż wszyscy wiedzą, że z naszą jest tak jak jest, wiecznie tylko zmieniamy trenerów. A co by się stało gdyby rozwiązać na czas nieokreślony cały związek piłkarski? O to jest pytanie. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapewne jest podobieństwo (nie)porządków w związku piłkarskim do porządków w stajni Augiasza, a jeśli tak, to gdzie szukać drugiego Heraklesa, który dałby radę oczyścić ten związek? Na szczęście ta sprawa nie spędza mi snu z powiek.
      Dlaczego piłki jest najwięcej, wiemy oboje: bo najwięcej ludzi ogląda mecze, a od oglądalności zależne są ceny reklam, a więc zyski. Zyski firm reklamowych, właścicieli telewizorni, klubów sportowych i kopaczy piłek. To jakby samo nakręcający się mechanizm, którego nie interesuje jakość ani wartość – poza wartością pieniądza.
      Aleksandro, nie znam się na szkoleniu kopaczy, jednak logika podpowiada mi, iż dotychczas wybierani trenerzy nie wypadli sroce spod ogona, że ich umiejętności lokowały ich w czołówce, a to znaczy, że nowy nie zwojuje wiele więcej niż poprzednik. Wydaje mi się, że główna przyczyna słabości reprezentacji kraju jest inna. O ile wiem, sporo gra tam zawodników na co dzień grających z zagranicznych klubach. Podejrzewam, że tam zarabiają wielokrotnie więcej niż za występ w reprezentacji, więc własny interes finansowy nakazywałby ostrożną grę.
      Poza tym nie bardzo wyobrażam sobie szybkiego uczynienie drużyny z grupy ludzi zebranych razem. Każdy z nich może być lepszy od drużyny, w której grał na tych mistrzostwach.
      Słowa te piszę nie w oparciu o swoją zerową wiedzę na temat piłki, a ogólnych zasad tworzenia zespołu ludzi rozumiejących się w lot.
      Ale co tam! Patrzę na jaskółki, na słońce i zieleń, co razem ma dla mnie większą wartość niż mundial, kopacze i ich trenerzy.

      Usuń
    2. No właśnie i tego trzymajmy się. Las i przyroda w koło póki co daje wiele radości.

      Usuń
  2. To są gwiazdorzy:-) ... obserwowałam z bliska, jak przyjechali na zgrupowanie do pobliskiego Arłamowa, a naród oczadział z tego tytułu; w zeszłym roku lecieli tutaj z lotniska helikopterami, bo nie będą męczyć się "po tych wąskich, podkarpackich drogach", w tym dzieci ze szkoły machały chorągiewkami, jak przejeżdżał ich autokar, biletowane treningi dla widzów, nie wiem, co tam jeszcze wymyślono, a gdzie duch prawdziwego sportowca? masz rację, gra zachowawcza, żeby tylko bez kontuzji, bo interes finansowy, który jest zupełnie niemoralny, jeśli chodzi o tę grupę facetów biegających za piłką; nie oglądam meczy, wolę poczytać, popatrzeć na orliki w powietrzu, posłuchać wilgi zapowiadającej deszcz, a nawet poobserwować pszczoły w tej mozolnej krzątaninie; bo choć lipy przekwitły, pojawiła się w lesie spadź na jodłach, pracują jak oszalałe:-) obudziła się w Tobie dusza przyrodnika, surmia bignoniowata ... a nie prościej byłoby: katalpa? rośnie przy moim domu, już go nawet przerosła, niedawno przekwitła, a owocem będą długie strąki, kolega nazywa to drzewo szparagówka; ponoć odstrasza komary, co wcale się nie sprawdza, tną jak wściekłe; pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mario, ja po prostu nie wiedziałem o tej drugiej nazwie surmii. Dopiero niedawno nauczyłem się rozpoznawać ten gatunek, a znawca ze mnie żaden. Szparagówka? Podoba mi się ta nazwa, jest dowcipna i bardzo trafna, bo ta oficjalna jest dziwna i nic mi nie mówiąca.
      Tak, tak! Głos wilgi jest piękny, dla mnie chyba najpiękniejszy głos ptasi. Jak czytam, interesuje nas to samo. Książki od zawsze, przyroda od niedawna, ale coraz bardziej. Piłka nawet nie to, że jest z tyłu, jej nie ma wcale.
      Helikopterami ich wożono? No, popatrz!
      Ale wiesz co? Ludzie ich wykreowali, ludzie składają się na ich monstrualne zarobki, ludzie marzą o byciu na ich miejscu. Niekoniecznie jako kopacz, ale jako osoba znana, podziwiana i zamożna.
      No i mamy listę wartości (nawiązuję tutaj do pierwszego tematu mojego tekstu), do których ci ludzie dążą.
      Dziękuję za obecność, Mario.

      Usuń
  3. Tak. nie wiem, czy wartość naszych przedmiotów pożądania ma znaczenie. Chyba ma, siła pożądania określa ich wartość na skali i jednocześńie nie określa. Mogą to być ułudy jak mgły. Raczej grzęzawisko niż twardy grunt.
    Jak Ty zadzieram głowę, czasami i niekiedy przy otwartym oknie atakują mnie krzyki mew. Już wiem, że to nie te miejscowe lecz te zasiedlające nowe terytoria. Smutno. Panoszą się podług Darwina, silniejsze, brakuje drapieżców. Dziwna ta ewolucja, dziwna też opozycja wobec niej, jakby wbrew naturze. Jednakże natura to nie wszystko. Nie wiem.
    Mecze niektóre oglądałam, niektóre musiałam oglądać. Poruszają, chce się, aby nasi wygrali i zadziwia gra nie fair, te faule, reklamy, czy to amatorski sport, zapasy -kto lepszy?
    Pomysł dwóch piłek kapitalny, jakże zmieniłoby to grę :D.
    Surmie znam, są dla mnie zbyt ezgzotyczne i dalekie. Przeszczepione i panoszące się w ogrodach. Naturalnie to tylko odczucia
    Ostatnio przyglądam się ratowaniu dzieciaków z jaskini i zastanawiam się dlaczego pojedyncze akcje nas (społeczność) mobilizują, a te ktore są długoterminowe, beznadziejne - nie. Zdaje się! źe sobie odpowiedziałam, czas jest ważny, ogrom cierpienie też lecz konieczne jest poczucie choćby minimalnego wpływum a może chodzi o coś więcej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chomiku, dziękuję.
      To może nie grzęzawisko, a dylemat definicji i uzasadnienia. My bardziej czujemy, niż możemy logicznie uzasadnić niektóre nasze wybory i wartościowania. Jestem przekonany o wyższości czytania dobrej książki nad oglądanie telewizorni (a to tylko przykład, jeden z wielu możliwych), ale nie potrafię uzasadnić swojego przekonania. Nawet nie wiem, jak się za to zabrać, bo wszystko rozbija mi się o względność ocen.
      Czuję jednak, że jest coś, co ponad wspomnianą przez Ciebie siłę pożądania jednak określa wartości celów naszych dążeń.
      Gdzieś tutaj wspomniałem, że i ja mam mieszane uczucia w związku ze sprowadzaniem do kraju obcych gatunków, a chodziło mi o ewentualne naruszenie równowagi wypracowywanej bardzo długo przez naturę w przyrodzie, ale akurat surmie, jak i daglezje (obydwa gatunki sprowadzone z Ameryki Północnej) raczej nie są ekspansywne. Niewiele jest tych drzew, chociaż wspomniana niewiadoma pozostaje.
      Wydaje mi się, Dobrosiu, że wytłumaczenie ludzkiej obojętności na losy ludzi potrzebujących pomocy znaleźć można w naszej psychice ukształtowanej w innym niż obecnie świecie. Nasze odczuwanie bliskości z ludźmi, nasza empatia, zostały ukształtowane w czasach, gdy żyliśmy w niewielkich grupach znanych sobie ludzi. Odczuwamy chęć pomocy, angażujemy się, gdy ktoś znajomy potrzebuje pomocy – wobec obcych nie czujemy tego, chyba że jako skutek działania naszego intelektu i kultury. Bardziej potrafimy przejąć się grypą kogoś bliskiego, niż głodową śmiercią nieznanych nam dzieci gdzieś w Somalii.
      Nie oceniałbym tego jako naszej wady, raczej jako nieprzystosowanie do życia w wielkich i anonimowych zbiorowościach ludzkich. To nie nasz świat, mimo że przez nas stworzony, ale ten fakt nie powinien nas tłumaczyć całkowicie – właśnie z powodu posiadania umysłu i kultury. Inaczej: możemy nie czuć, ale wiemy.
      Wiemy, że trzeba pomóc.
      Chomiku, w finansowym wspomożeniu dalekich akcji pomocy przeszkadza mi niepewność dobrego wykorzystania moich pieniędzy. Myślę, że nie tylko mnie.

      Usuń
  4. Wiem, wiem. Mi też ta niepewność przeszkadza.

    OdpowiedzUsuń
  5. Piłką nożną nie interesowałem się do bardzo długo, do czasu mojej pierwszej pracy. Tak się złożyło, że trafiłem do działu zapalonego fana tej gry. I gdy polski zespół przebojem szedł przez olimpiadę w Monachium w 1972 roku, zacząłem tę grę coraz bardziej rozumieć i zagorzale im kibicowałem. A gdy na tych igrzyskach polscy piłkarze zdobyli złoto, to utonąłem zupełnie. Nieodżałowany komentator, Jan Ciszewski, potrafił niejednokrotnie poderwać za sobą tłumy. A później przyszedł rok 1974 i mistrzostwa świata, na których Polacy zachwycili swoją wspaniałą radosną grą wszystkich dookoła. To były czasy eleganckiej gry pozbawionej brutalności. Czasy Lubańskiego, Deyny, Szarmacha, Laty, Gadochy, Żmudy, Tomaszewskiego i wielu innych. Dzisiaj już kilku piłkarzy nie ma, a innym sława i pieniądze przewróciły w głowie.

    Eliminacje do tegorocznych mistrzostw "nasi" mieli niezłe i kibice wystawiali im pochlebne opinie.

    Ale na mistrzostwach "nasi" rozegrali tylko trzy mecze:
    - mecz otwarcia
    - mecz o wszystko
    - mecz o honor.

    Jak sam zauważyłeś, internet aż huczał od wyzwisk różnej maści. Brutalność występuje wszędzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tamten złoty okres polskiej piłki i ja pamiętam dlatego właśnie, że czasami oglądałem mecze i… nawet, bywało, podobały mi się i wciągały. Wymienione nazwiska jeszcze pamiętam. Pamiętam ładne akcje skrzydłami, gdy piorunem szli na bramkę przeciwników. A później coś się stało, nie wiem co. Coraz bardziej nudziła mnie ta gra, a teraz to chyba trzeba by mi zapłacić, żebym obejrzał mecz. Nuda i chaos, tak widzę piłkę nożną.
      Mówię Ci: dwie piłki uatrakcyjniłyby grę!

      Usuń
    2. Krzysiek, nie wiem czy nasi potrafiliby grać dwoma piłkami, jeżeli oni nie mogą sobie z jedną poradzić. Gdy się spotkamy, to Ci powiem z czego jest wykonana piłka do gry w nogę.

      Usuń
    3. Ależ poradziliby sobie! Janku, idea mojego pomysłu jest taka: każda drużyna ma swoją piłkę, nią gra do bramki przeciwnika i nie wolno jej zabierać tym drugim. Więc gdyby nikt im nie przeszkadzał z wyjątkiem bramkarza, na pewno daliby radę strzelić niejednego gola. Oby tylko nie pomylili bramek.
      To nie kpina: dziwię się ich orientacji i pamięci, gdzie nasza a gdzie bramka tamtych, zwłaszcza, że po przerwie doznają dodatkowego pomieszania z zamianą stron.
      Tak czy inaczej ton wypowiedzi po przegranej był po prostu nieuprzejmy, mówiąc delikatnie.

      Usuń