Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

środa, 19 czerwca 2019

Prace i dni

180619

Krótko przed wyjazdem wyszedłem na wał nad rzeką i rozglądałem się chcąc zapamiętać ładne widoki, letnie już przecież, ale też próbując sięgnąć odczuwaniem w głąb siebie, żeby poczuć niepowtarzalność chwili przeżywanej tu i teraz. Rozglądałem się słuchając siebie.

Tam stoi gotowa do wyjazdu moja scania, na opustoszałem placu widzę koleiny, ślady ustawień karuzel, wydeptaną trawę. Czy będzie taki ślad przy wejściu do mojego kampingu? Poszedłem w kąt placu, pod lipy tam rosnące, ślad był. Stałem chwilę słuchając buczenia pszczół; tak późno, a one jeszcze pracują? – bezwiednie pomyślałem. Wróciłem na ładną ścieżkę wiodącą wałem i usłyszałem wzmagające się dudnienie. Z naprzeciwka szła rodzina, nastoletnia dziewczyna miała w plecaku głośnik. Minąłem ich, zniechęcony, i wsiadłem do ciężarówki. Młody Ukrainiec, mój pasażer i pomocnik w razie awarii, już spał na łóżku za mną. Zapaliłem silnik, powietrze w instalacji było, włączyłem więc bieg i ruszyłem.

Była godzina 20.30. Wyjeżdżałem po trzynastu godzinach pakowania sprzętu w upale i kurzu, po ledwie półgodzinnej przerwie.

Chwila, gdy ruszam, podoba mi się. Jest zmianą, a czasami, gdy droga daleka, jak dzisiaj, jest też ekscytacją i ciekawością, ale i zostawieniem za sobą nieprzyjemnych chwil przeżytych na opuszczanym miejscu – a tych w tej pracy nie brakuje – jest więc swoistym wyzwoleniem i oczyszczeniem. W tym roku dodatkowo jest poprzedzana pożegnaniem. Karuzelową ciężarówką już tutaj nie przyjadę.

Jedyny wyjazd z placu prowadzi wąską uliczką o jednokierunkowym ruchu, a jedzie się pod prąd. Mieszkańcy miasta ładnie mnie pożegnali: żaden z kierowców zmuszonych do przepuszczenia mnie nie pukał się w czoło ani nie pokazywał mi środkowego palca.

Pół godziny później odebrałem pierwszy telefon: na esce stoi nasze renault. Kierowca czeka na mnie.

Kiedy zatrzymałem się za zepsutą ciężarówką i wysiadłem, zobaczyłem widok, którego mam nadzieję nie zapomnieć.

Nieboskłon dosłownie tonął w powodzi światła niskiego słońca. Jakby w odpowiedzi podnoszące się mgiełki wieczorne, trafione silnym jeszcze światłem, zapłonęły pomarańczami i intensywnymi żółciami, przenosząc z nieba ową powódź intensywnych barw aż do mnie. Z tyłu zatrzymał bus ciągnący mój kamping, wysiedli z niego ludzie i szli w moją stronę. Widziałem niemal czarne sylwetki obwiedzione gorącą, jaśniejącą aureolą. Chwilę patrzyłem na ten spektakularny pokaz barw, przyszła mi do głowy myśl o wzięciu aparatu i zrobieniu zdjęć, ale przeważyła służbowa powinność.

Właściwie śmieszne jest wymaganie ode mnie naprawiania samochodów, ponieważ nie znam się (i nie chcę znać) na mechanice, ale tym razem uszkodzenie było drobne i elektryczne. Tyle że pod ciężarówką i z lewej strony, a pół metra od niej przejeżdżały tiry z dużą szybkością. Wielotonowe renault magnum chwiało się pod potężnymi uderzeniami powietrza pchanego przez jadące ciężarówki. Sunąc na plecach udało mi się zmieścić pod bakiem, głębiej miejsca wystarczyło na podniesienie rąk między rurą wydechową a wałem napędowym i sięgnięcie do przewodów. Leżąc tam, z głową na jezdni, spojrzałem na zachód: między kołami ciężarówki widziałem niebo w płomieniach. Znowu pojawiła się myśl o zdjęciach; chyba nikt ich nie robił łunie zachodu widzianej z takiej perspektywy.

Proste uszkodzenie naprawiłem w 30 minut, ale leżąc tam, z głową o metr od kół jadących samochodów, nie czułem się dobrze. Nie opuszczała mnie myśl o tym, co by było, gdyby któryś kierowca zaczepił o stojące magnum. Kiedy się wycofywałem, podkoszulek, trzymany przez chropawy asfalt, nie chciał iść ze mną. Z ulgą usłyszałem odgłosy pracującego silnika, wrzuciłem narzędzia do skrzynki i spojrzałem na zachód. Łuna już gasła. Dopiero teraz obejrzałem siebie: wcześniej byłem tylko brudny, teraz byłem jak te prosię, które wylazło z kałuży. Na szczęście na dachu mojej ciężarówki jest zbiornik na wodę, a w kabinie mydło, więc dłonie i twarz umyłem. Nie lubię, gdy mi się lepią do kierownicy, ani gdy oczy pieką od brudu i potu.

Danego mi do pomocy Ukraińca nie obudziło trzaskanie drzwiami. Drugą awarię, rozerwanie opony, też przespał. Jednak byłbym niesprawiedliwy wobec niego, gdybym napisał, że spał cały czas: raz się obudził, najadł się, wypił, zapalił i… położył się spać.

Trwają najdłuższe dni, najkrótsze noce. Ta konstatacja brzmi banalnie, wiem, ale cóż ona oznacza tak naprawdę, można się przekonać spędzając taką noc - pogodną, ciepłą, krótką, prawdziwie letnią - na dworze, poza miastem.

Ostatnie światło zachodu zgasło około godziny 23, później w srebrzystym świetle księżyca widziałem zarysy dalekich lasów i pól, a o drugiej niebo na północnym wschodzie zaczęło się rozjaśniać. W dolinach, nad rzekami, wśród drzew, na łąkach, stały niskie mgły. Te najładniejsze, ciasno utkane, nierozmyte mgły, z których wystają kominy domów i szczyty drzew. Nad ranem zmieniały się z białoszarych w srebrzyste, a gdy wzeszło słońce, wydawało się, jakby z masy perłowej były zrobione.

Eos w te tygodnie nie ma łatwego życia, bidulka. Między pierwszymi kolorami świtu a wschodem słońca mija przynajmniej dwie godziny – to czas jej budzenia się, zaspanej. Kiedy jednak przemyje twarz i otworzy okna, jest tą Eos, której tak bardzo mi brakuje w zimie: radośnie uśmiechniętą i radość dającą, kolorową, po prostu piękną.

Pierwsze promienie słońca od razu były jasne i silne, wydawały się też czyste, lśniące i radosne, a zobaczyłem je 20 kilometrów przed celem – małym lotniskiem na Kujawach.

Dopiero po zaparkowaniu na końcu długiego szeregu pojazdów, szturchnąłem mojego pomocnika i kazałem mu wysiadać. Niemrawo zlazł z łóżka; wyglądał jak zmęczony życiem wałach. 
Widząc w pobliżu mój kamping, poszedłem po aparat.

Spektakl początku dnia skończył się, Eos poszła spać albo znowu wybrała się na balangę, jak to ona. Płaski teren wokół nie był dobry do fotografowania, ale chciałem mieć pamiątkę po tej cudnej nocy.

Pół godziny później, po umyciu się nawilżonymi chusteczkami, wyszedłem na dwór. Była 5.40. Zobaczyłem podnoszący się balon i usłyszałem hałas wielkiej dmuchawy. Później błysnęły ognie palników podgrzewających powietrze, i po kwadransie balon oderwał się od ziemi. Patrząc na lecących, pomyślałem o Dedalu i jego synu, o ludzkim pragnieniu latania, które jest przecież pragnieniem wolności. Ludzie w koszu balonu lecieli naprawdę, skoro nie byli zamknięci w maszynie, przez małe okienko niewiele widząc poza chmurami w dole. Oni widok mieli wokół, nie ograniczony wielką wysokością i szybkością ani kadłubem samolotu.

Zazdrościłem im.

* * *

Tydzień temu byłem kilka godzin w Szczecinie, a był to służbowy wyjazd dla obejrzenia wielkiego młyna. Obszedłem go wokół z zadartą głową. Piękna konstrukcja. Patrzyłem na nią z estetyczną przyjemnością technika.

Tutaj można zobaczyć tę karuzelę.

Jednak nie o młynie chciałem napisać, a o ludziach. Otóż po sąsiedzku stoi kilka lunaparkowych urządzeń z Niemiec. Za kolorowymi fasadami zobaczyłem życie, którego doświadczam od wielu lat: ciasno ustawione barakowozy i kampingi, na ziemi leżące kable i węże, obok sterta jakichś metalowych gratów, za nimi ciasno ustawione ciężarówki i przyczepy. Miska na podeście, powieszone na sznurku ciuchy, brudny młody mężczyzna ubrany w wyciągnięte spodenki nieokreślonego koloru, otwarta klitka udająca pokój. Od frontu siedział na podeście autodromu zarośnięty i okropnie brudny ludzki łach. Wiem, dlaczego tam siedział, wszak ten nieznany mi mężczyzna jest moim kolegą z branży: skończył pracę i rozkoszując się bezruchem zbierał siły na umycie się i przebranie. Wiem, że niektórzy nie znajdują jej na takie zakończenie dnia i wypiwszy setkę lub parę piw, walą się w swój barłóg.

Wiele już razy, ponownie zdumiony miejscem mojej pracy, przypominałem sobie drogę do lunaparku. Każdy krok pamiętam, każdy wybór, ale wszystkie one rozpatrywane osobno nie wskazywały na te trzydzieści lat, które minęły mi wśród karuzel. Dopiero ich ciąg ułożył się w drogę.

Dziwnie się układają losy ludzkie. Czyż nie zakrawa na ironię losu, albo drwinę demiurga, że ja, nie mając żadnych predyspozycji psychicznych do pracy w takich miejscach, spędziłem w nich połowę życia?

Próba to być miała, kara czy karma?

Wiele razy w ciągu piętnastu lat pracy w tym lunaparku nagle coś się zmieniało w moim oglądzie świata wokół. Rozglądałem się wtedy, zdumiony miejscem i moją w nim obecnością, czując w sobie bezbrzeżne zdumienie.

Co ja tutaj robię???

Żyłem, pracowałem, zarabiałem na siebie i swoich, starałem się wziąć z tych dni, tak szybko układających się w lata, tyle, ile potrafiłem.



Jak już wspomniałem gdzieś tutaj, ten blog tak naprawdę jest o mnie. Nie o rodzinie, nawet nie o Górach Kaczawskich, mimo że dodałem je do nazwy i tak wiele miejsca tutaj zajmują. Jest o mnie, a ja właśnie uświadomiłem sobie, że tym tekstem zaczynam swoje żegnanie się z pracą.







12 komentarzy:

  1. Paradoks dzisiejszych czasów:
    Nie pracujesz -
    nie masz za co żyć
    Pracujesz -
    nie masz kiedy żyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, tak tak. Najgorsze w tym szaleństwie jest to, że sami tak wybieramy. Przecież nikt nas nie zmusza do szaleńczej pracy, sami się zmuszamy chęcią posiadania tego czy tamtego, uzyskania czy utrzymania pewnego poziomu dobrobytu i konsumpcji. Dotyczy to i mnie, w czym mam powód do utyskiwań na siebie. Ale cóż, chciałoby się zapewnić rodzinie godziwe bytowanie, sobie wyjazdy w góry, no i okazuje się, że muszę pracować. Tyle że nie ten fakt jest głównym powodem moich utyskiwań, ponieważ od zawsze uważałem, że taki los faceta: głównie on ma zapewnić utrzymanie swojej rodzinie. Jeśli i żona pracuje, to dobrze, ale jej dochód jest dodatkiem. Po tak wielu latach przywykłem do dużej ilości godzin pracy i traktuję je jako pewnego rodzaju normę. Tak jest i już.
      Narzekam na stosunki międzyludzkie w pracy. Zauważ, Janku, że grono ludzi, z którymi utrzymujemy bliższe kontakty, dobieramy sobie tak, żeby pasowali do nas, natomiast w pracy mamy codzienny, długi kontakt z ludźmi, których chcielibyśmy omijać jako toksycznych dla nas.
      No i tutaj pojawia się niewiadoma, która w pewnej mierze utrzymuje mnie w tej pracy: zmieniając ją, sporo stracę na dochodach zyskując trochę czasu wolnego, ale w zakresie stosunków międzyludzkich może się okazać, że wpadnę z deszczu pod rynnę. Mam wysokie wymagania. Dla mnie dobrze między ludźmi jest wtedy, gdy jest bardzo dobrze, a o taki stan trudno nie tylko w lunaparku.
      Jeszcze słowo o czasie pracy. Mam zerowy czas dojazdu do pracy i powrotu z niej. W zimie zaczynając o siódmej, wychodzę z kampingu parę minut przez początkiem pracy, a w sezonie mam tak samo. Natomiast wielu ludzi pracując osiem godzin, spędza godzinę, albo dwie i więcej, na dojazdy do pracy. No i razem wychodzi im 10 albo sporo więcej godzin dziennie, czyli tyle, ile mnie.

      Usuń
    2. Krzysiek, teraz to już dni lecą z górki.
      Wiem, ale one nie zasuwają coraz szybciej. Te dni wloką się ociężale, jak żółw błotny.
      Przeżyłem to kiedyś i wiem, że dasz radę!

      Usuń
    3. Mam nieco odmienne zdanie o mojej wytrzymałości psychicznej, i w związku z tym stosowne decyzje podjąłem.
      Janku, moje dni pędzą zbyt szybko, także te zwykłe, wypełnione pracą. Szkoda mi ich, chciałbym je przynajmniej zwolnić, jeśli nie zatrzymać, ale nie wiem jak to zrobić.
      Wiesz, Janku, nieco się obawiam zbytnich nadziei pokładanych w czasie emerytalnym. Zwykle tak bywa, że im większe, tym w mniejszej części się spełniają, ale jednego jestem pewny: na emeryturze będę w końcu mógł sam decydować, z którymi ludźmi mam utrzymywać kontakty, ponieważ żadne obowiązki nie będą mnie zmuszać do kontaktowania się z nieakceptowanymi przeze mnie typami.
      Dla tej jednej zmiany warto przejść na emeryturę możliwie szybko.

      Usuń
    4. Krzysiek, zauważyłeś różnicę w upływie czasu?
      Gdy na coś czekamy, to on wlecze się niesamowicie,
      a gdy trwa coś miłego, to mija jak z bicza trzasł.

      Usuń
    5. Tak jest, a jest niesprawiedliwie, bo powinno być odwrotnie: przyjemny czas powinien wolno płynąć, zły szybko.
      Sporo nazbierałoby się takich niedoróbek w projekcie tego świata.

      Usuń
  2. Bardzo przypasowała mi tutaj mądrość Dalajlamy: Człowiek poświęca swoje zdrowie, by zarabiać pieniądze, następnie poświęca swoje pieniądze, by odzyskać zdrowie ... takie jest życie, bo pieniądze są potrzebne; oby Twoje zdrowie służyło Ci, Krzysztofie, jak najdłużej, i byś miał dużo czasu cieszyć się wolnością; pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Mario.
      Czytałem jedną książkę Dalajlamy, po lekturze stwierdziłem, że jest naprawdę mądrym człowiekiem.
      Powiem Ci, Mario, że moje upierdliwa praca ma drugą stronę, wcale pozytywną. Mam kondycję. Żebym naprawdę się zmęczył, musiałbym fizycznie pracować sporo ponad dobę non stop, albo przejść kilkadziesiąt kilometrów w szybkim tempie. A gdybym miał siedzącą pracę, byłbym raczej typowym sześćdziesięcioczterolatkiem, na dokładkę ze sporym brzuszkiem. A propos: pochwalę się, że ważę jedynie dwa kilo więcej niż ważyłem jako kawaler.
      To rezultat nie tylko moich wieloletnich starań, ale i dużego wydatkowania energii w pracy.

      Usuń
  3. Tak, to jest blog o Tobie. O Twojej wrażliwości, fascynacjach czytelniczych i górskich,a także o Twojej filozofii życiowej. Nie wiem, jak to będzie z Tobą. Ja ze swoją pracą, choć przecież ją lubiłam, pożegnałam się bez bólu i tęsknoty. Po prostu zamknęłam drzwi i poszłam dalej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Aniu. Bywa, że widzisz mnie lepszym, niż ja widzę siebie.
      Myślę, że odejdę podobnie jak Ty, ale tylko w tym, co ściśle związane jest z pracą i z ludźmi, natomiast podejrzewam, że oglądać się będę za czasem tutaj spędzonym i za zimowymi wędrówkami po Sudetach.
      Mnie czeka większa zmiana niż Ciebie, bo Darek był przy Tobie i w tamtej pracy. Koniec mojej pracy będzie też końcem samotnego życia i powrotem do żony, którą tak rzadko widzę od… Boże drogi, nazbierało się tych lat ćwierćwiecze.
      Wspomniałem o ludziach. Tutaj jest ledwie parę osób, z którymi będę utrzymywał kontakt po powrocie do domu. O pozostałych z przyjemnością zapomnę. Niestety, tak właśnie jest. Piszę tak, ponieważ wolałbym, żeby proporcje były odwrotne.

      Usuń
  4. Niesamowite! Z naprawą, drogą i słońcem. Uff.
    Tak, co ja tutaj robię? To pytanie również ostatnio mnie dręczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już wcześniej podejrzewałem, że mamy podobne problemy w pracy, że nam obojgu nie jest tam łatwo, Chomiku. Powinniśmy zmienić swoje podejście do zawodowych spraw, ale – nie wiem jak Ty – ja nie potrafię. Przez całe lata próbowałem i nie zmieniłem. Chyba musiałbym siebie zmienić.
      Noc była ładna, ale właśnie w połączeniu z pracą nabrała innych barw emocjonalnych. Stała się ładniejsza, cenniejsza. Wiesz jak jest: jeśli mamy coś na co dzień, stale, nie cenimy tego tak, jak wtedy, gdy tylko miewamy. Taki zachód (wtedy ważny był też daleki widok w stronę słońca), taką noc, rzadko widuję zajęty pracą, i – paradoksalnie – właśnie dlatego te chwile wyrwane zajęciom służbowym nabierają wartości. Bo są tylko chwilami.

      Usuń