Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

poniedziałek, 6 lipca 2026

W upalny dzień

 280626

Miałem na sobie biały podkoszulek i białą czapkę z daszkiem, kark i ręce posmarowałem kremem z filtrem. Rano było 30, później 39 stopni, bezchmurne niebo, nieruchome powietrze. Na słońcu wydawało mi się, że nie ciepłe powietrze mnie otacza, a owinięty jestem nagrzanym kocem elektrycznym. Temperatura nie była najbardziej dokuczliwa, nawet nie piekące oczy zalewane potem, a lepiące się ciało i dłonie. Bardzo rzadko widuję krople potu na przedramionach i mokrą plamę na podkoszulku na piersi, a dzisiaj widziałem jedno i drugie. Nie narzekam, a jedynie staram się opisać warunki dzisiejszego wyjazdu. Świadomie nie używam zwyczajowego u mnie słowa „wędrówka”, ponieważ niewiele jej było; większość dnia przesiedziałem w cieniu drzew.

Więc nie narzekam, a nawet chciałbym, aby upalne dni lata trwały jak najdłużej. Chciałbym nasycić się nimi i dobrze je zapamiętać nim przyjdą niekończące się tygodnie i miesiąca trzęsienia się z zimna – czas zgrabiałych rąk, zdrętwiałych od zimna palców stóp; czas krótkich szarych dni i niekończących się nocy. Czas odbierający mi wiarę w możliwość wychodzenia na dwór w samej koszuli. Po stokroć wolę aby było mi za ciepło, niż za zimno, a w zimie tak mi jest bardzo często.

Dzisiejszy wyjazd był też eksperymentem. Chciałem dowiedzieć się, jak zniosę tak wysoką temperaturę, doświadczyć żaru przekraczającego normy polskiego lata. Rezultat ucieszył mnie.

Dodam parę zdań o wyposażeniu. Wspomniane białe części ubrania mam za ważne z prostego powodu: białe powierzchnie najskuteczniej odbijają światło i ciepło. Zabezpieczyłem też stopy, a sposób może się wydawać dziwnym: do skórzanych butów włożyłem nowe wkładki skórzane własnego wykonania (surowy krupon grubości 3 mm), najlepsze wkładki na upały, doskonale izolujące od podłoża i wchłaniające wilgoć. Na stopach miałem dwie pary nieco cieńszych skarpet dobrej jakości – jak zawsze w ciepłe dni. W rezultacie nie odczuwałem parzenia, a jedynie lekkie, niedokuczliwe ciepło i stóp nie obtarłem ani nie ugotowałem. Ważne też są płyny, a za najlepszy mam zwykłą wodę; najgorszymi płynami są te różne cole. Przez lata zimowych wędrówek tak przywykłem do picia herbaty zaprawianej sokiem malinowym, że zawsze, także i w lecie, biorę duży termos. Razem miałem 5 litrów płynów. Pocenie się (a ściślej parowanie) schładza, wyprowadza ciepło na zewnątrz, o czym doskonale wiedzą fizycy, a że ten proces pozbawia nas wody, trzeba dźwigać butelki i w drodze je opróżniać. Jadłem kanapki z wędliną. Wieczorem w przeddzień wyjazdu włożyłem je do zamrażalnika. Jeszcze w południe były chłodne.

Pojechałem do wioski Łada wiedząc o licznych niewielkich zagajnikach porastających okoliczne pagóry, ponieważ z góry zakładałem częstsze i dłuższe przerwy. Ciekawym i mocnym doświadczeniem było otwarcie samochodu około godziny 19; było identyczne z otwieraniem piekarnika.

Obrazki ze szlaku

 Rozgryzłem owoc, poczułem jego ciepły, słońcem nagrzany, słodki miąższ z charakterystyczną lekko gorzką nutką. Przez mgnienie oka byłem w latach dzieciństwa, w czasach, w których dzikie czereśnie były przysmakiem. Niekoniecznie (chociaż też) z powodu małego wyboru, biedy tamtych lat, bardziej z powodu dziecinnego i młodzieńczego, a więc intensywnego, przeżywania.

 Dojrzewające, a może usychające, zboże.



  
Licznie kwitnący, hmm, chyba rumian, gubię się coraz częściej, a powinienem rzadziej. Oczywiście
często widziane i jak zwykle ładne chabry.


 



Zakwitła gryka, maki przekwitają, a rzepak już dawno zapomniał o kwitnieniu.

 Drewniana skarpa. Tak nazwałem to miejsce, ponieważ więcej w nim rozkładających się karp dawno temu wyciętych drzew niż ziemi.

 
 Maliny. Połasuchowałem, przyznaję. Kradłem? Tak, przyznaję. Zjadłem może promil ilości owoców przejrzałych i opadających na ziemię. Podobnie było na plantacji czarnej porzeczki. Tym owocom nie służy tak wysoka temperatura. Stają się miękkie, pękają i ugotowane w sosie własnym – opadają.


 
Koniec plantacji, dalej są zarośnięte, trudne do przejścia doły. Ale zaraz, ten wydeptany ślad…
Poszedłem i znalazłem wygodną i ładną ścieżkę prowadzącą mnie dalej, na następny pagór.


 

Tarnina, czereśnia i grusza rosnące na wysokiej miedzy. Wiosną byłem przy tych drzewach, wszystkie trzy kwitły. Dzisiaj widziałem spore już gruszki i dojrzałe czereśnie. Dodaję zdjęcia tego ładnego miejsca z 23 kwietnia tego roku.


 
Przytulia właściwa, czyli ta nieczepiająca się mnie. Przy niej druga pospolita roślina przydroży – krwawnik. Kwitnie też ta czepiająca się przytulia.

 Dziurawiec też nie należy do rzadko widywanych roślin, ale zawsze miło zobaczyć kwiaty przy drodze, nawet tak pospolite.

 Ładne miejsce pod brzozami. Podobne do tego opisanego parę dni wcześniej, zapewne dlatego zwróciłem na nie uwagę. Kolorów nie podbijałem, są naturalne, zdjęcie zrobiłem o 18.30, stąd tak ciepłe barwy.

 Głębokie, ciemne doły o stromych zboczach. Na dnie na pewno nie ma upału. Może zejdę i sprawdzę? Lenistwo wygrało – nie zszedłem.

 Dla odmiany – jasna, słoneczna dal.

Statystyka: przeszedłem 11 km w czasie 11.5 godziny. Łączny czas przerw szacuję na około 8 godzin. Czyli dzisiejsza wędrówka tak naprawdę była głównie siedzeniem w cieniu drzew.












Brak komentarzy:

Prześlij komentarz