Dwie są góry najbardziej znane i najczęściej odwiedzane: Łysica i Łysa Góra, obie wbrew swoich nazw są niemal całkowicie zalesione, ale lasy są tam wyjątkowe: prawdziwe puszcze bukowo-jodłowe, ślady dalekiej przeszłości, gdy ludzie ani nie wycinali masowo lasów ani nie sadzili pod sznurek sosen czy świerków. Na jednej z tablic informacyjnych przeczytałem, że takie lasy rosną w dwóch tylko miejscach w Polsce, to drugie jest na Roztoczu. Dla zdrowia nie tylko fizycznego, ale i psychicznego, mianowicie dla uświadomienia sobie własnej małości i poczucia powrotu do dawnego domu, człowiek powinien bywać w takich lasach. Sprecyzuję tutaj różnicę: puszcza nie jest tylko wielkim lasem, jest naturalna czyli sama wyrosła, zgodnie z zasadami natury ustaliła swój skład i wygląd, żyje według pierwotnych reguł przyrody. Puszcza to las naszych odległych przodków. Jej bezlitosna surowość, obojętność na los poszczególnych drzew, upór z jakim trwa nie licząc szans, zysków czy strat, jej biologiczne bogactwo, dostojność i wiek, przy którym ludzkie lata są chwilą, to wszystko czyni duże wrażenie, o ile damy sobie szansę na poczucie tych wrażeń w sobie. Często zatrzymywałem się, szczególnie pod jodłami, i zadzierałem głowę próbując wzrokiem sięgnąć wierzchołków tych szlachetnych i wyniosłych drzew. Po co? – pewnie pytali się ci, którzy zatrzymywali się widząc mnie patrzącego w górę. Podobało mi się to, co widziałem i co czułem. Tak po prostu.
Jodły.Na Łysicy
Szeroki, wydeptany szlak na najwyższą górę świętokrzyską kamieni miał tym więcej, im bliżej było szczytu. Na koniec składał się już tylko z ostrych, wyślizganych, na sztorc postawionych (kto i po co to zrobił??) skalnych złomów. Z moją jakże mizerną równowagą może ze sto razy, a na pewno dziesięć, przewróciłbym się gdyby nie kije. Nie, to nie jest narzekanie, broń Boże, ja chwalę ten szlak. Mimo niewielkiego nachylenia jest prawdziwie górski, wiedzie pięknym starym lasem, a na wprost, między drzewami, mrugało do mnie niskie słońce wczesnego letniego ranka. Szczyt jest klasyczny dla popularnych gór: wydeptany do jednego źdźbła trawy, zastawiony ławkami, z tu i tam leżącymi śladami bytności ludzi, a nadto bez możliwości samotnego posiedzenia w ciszy. Zostałem sam dopiero parę kilometrów dalej, gdy po wyjściu z puszczy i jednocześnie z terenu parku narodowego, wszedłem na nieoznakowane polne drogi.
Na Łysej Górze
Na szczyt wiedzie asfaltowa szosa z chodnikiem, a równolegle do niej klasyczna ścieżka oznakowanego szlaku. Wejście jest łatwe, to półtorakilometrowy spacer, a na parkingu u stóp góry stoją elektryczne autobusy wożące ludzi pod klasztor. Taki to park narodowy: szosa, mnóstwo ludzi, wielka i paskudna wieża nadawcza, spory zespół budynków klasztoru, stragany handlarzy. Jednak przejście wspomnianą ścieżką pozwala poczuć się chociaż trochę jak w prawdziwej puszczy i w górach.
Trwa remont wielkiego dachu klasztoru, a ściślej jego całkowita wymiana. Całe fragmenty drewnianych konstrukcji są zdejmowane dźwigiem i na ziemi rozbierane, a że teren nie był ogrodzony, podszedłem. Zobaczyłem dobre, niespróchniałe belki, niemal nowe, najwyraźniej niedawno wymieniane deski. Rozmawiałem z pracownikiem, jest Ormianinem, jak się okazało w czasie rozmowy. Powiedział, że to drewno jedzie na inną budowę. W domu zapytałem GTP o ten remont. Maszyna AI wprowadziła mnie w gąszcz dokumentów, przepisów, ustaleń, przepływów pieniędzy. W największym skrócie: klasztor chciał ponad 4 mln na wymianę dachu, dostał od instytucji państwowych 3,2 mln, a całość prac remontowych ma kosztować ponad 22 miliony. Mam mieszane odczucia. Na podstawie pobieżnych oględzin jestem niemal pewny, że konstrukcja dachu mogłaby długo jeszcze stać, a znając nieco obyczaje u nas panujące i sposoby wydawania publicznego grosza, myślę, że dach wymieniają na nowy, mający mieć miedziane pokrycie, bo po prostu udało się właścicielom załatwić dotację…
Aby nie kończyć tym kontrowersyjnym tematem, napiszę o Żeromskim.
Mieszkał w tamtych stronach będąc dzieckiem i młodzieńcem, wspominał góry i puszcze wiele razy, także w swoich powieściach, a teraz wspomina się jego samego. W wielu miejscach stoją tablice opisujące okoliczne atrakcje, a przy tej okazji niemal zawsze autorzy tekstów cytują Żeromskiego.
Byłbym zapomniał o gołoborzu!
Oczywiście widziałem tę ciekawą formację geologiczną na zboczu Łysej Góry. Był wczesny ranek, mogłem więc sam popatrzeć na te miliony ton kamieni opierających się sukcesji przez miliony lat. Oczywiście proces zarastania trwa, mówi się, że ostatnio przyspieszył, ale i tak jest bardzo powolny. Skały pokruszyła zamarzająca woda, leżą na skalnym podłożu, na dokładkę niestabilnym, bo pochyłym, na zboczu, więc rośliny nie mają jak się i gdzie się ukorzenić. Klasyczny proces jednak trwa: najpierw pojawiają się porosty, jedyne rośliny mogące żyć na surowej skale, później mchy, a jeśli jeszcze wiatr nawieje nieco ziemi, a zagłębieniach pojawiają się roślinki. Zdecydowana większość przegrywa, ale ich śmierć, a zatem zostawienie swojej rozłożonej na próchno materii, ułatwia kolejne próby.
Wyżej zamieściłem dwa zdjęcia. Pierwsze to sfotografowana fotografia gołoborza zamieszczona na tablicy informacyjnej, drugie zdjęcie jest moje, sfotografowałem część gołoborza widoczną na tamtym zdjęciu. Otóż na nim nie widać maleńkiej zielonej wysepki wśród kamieni, a na niej małej jodełki i dwóch jarzębin. Czyli pojawiła się niedawno, może tylko kilka lat temu.
Gołoborze można wygodnie, bezpiecznie i dokładnie obejrzeć z wielkich, szerokich, masywnych stalowych schodów wiodących ze szczytu w dół, prosto na kamienie. Oczywiście jak to ja, oglądałem konstrukcję, jest dobrze zrobiona, na pewno wiele kosztowała, ale… mam mieszane odczucia. Takie miejsca powinny raczej być dostępne dla tych, którzy naprawdę chcą je zobaczyć i są gotowi poświęcić czas i sporo wysiłku, aby dojść do gołoborza, a wszyscy tam mogą być – bez wysiłku, bez refleksji, po prostu jako jeszcze jedna odhaczona atrakcja turystyczna między śniadaniem w hotelu a obiadem w restauracji.
Obok barierki schodów, dosłownie o dwa kroki, leży próchniejący pień drzewa. Jego widok, tak naturalny, tak prawdziwy, wydał mi się obrazem z innego świata – dziwnie cennym i pięknym.
Jeśli już wspomniałem o próchnie, dodam kilka zdjęć powalonych, próchniejących drzew.
Na ostatnim zdjęciu są słowa bardzo ładnie wyrażonej konstatacji o martwych drzewach w lesie.
W puszczy to nie tylko normalny widok, ale i immanentny, bo bez rozkładających się szczątków wszelkich roślin nie byłoby tych żywych, nie byłoby puszczy.
Łysa Góra. Widać wieżę nadawczą i najwyższe jodły.
Na szlaku.
Domaniówka.
Idąc długą prostą polną drogą, zobaczyłem na wprost, w odległości paru kilometrów, pokaźną górę z niezalesionym zboczem. Nie mogłem jej ominąć jej. W godzinę później stanąłem pod szczytem, na brzegu lasu i pól opadających ku wiosce w dolinie, rozejrzałem się i stwierdziłem, że góra spełniła z nawiązką swoje obietnice jakimi wołała mnie z daleka.
Widoki z Domaniówki.
Wyjątkowo dużo jeżyn tam rośnie, właśnie owocują. Smak i aromat mocno dojrzałych owoców dzikich jeżyn jest niezrównany!
Wyjątkowo pięknie kwitnąca koniczyna.
Mrówka i okruszek. Kiedy jadłem kanapkę, na spodnie upadł okruszek chleba, natychmiast zauważyła go jedna z mrówek kręcących się przy mnie i po mnie, wzięła w swoją paszczę i poniosła ciężar większy od niej. Z nogi spadła na ziemię, ale okruszka nie puściła. Później znikła mi w gąszczu źdźbeł trawy. Zapracowała na swój obiad!
Jaki to motyl? Ładny. Nawłociowy.
A tego znam z nazwy: to paź królowej.
Berberys i dereń.
Zrośnięty buk.
Na świętokrzyskich szlakach.
Trasy.


















































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz