Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

piątek, 13 marca 2020

Pola kaczawskiego pogórza

030320
Wokół Świerzawy.
 
Rozległe pole ograniczone jest z jednej strony drogą, z drugiej lasem. Jeśli wejdzie się między pierwsze drzewa, widać strome i ciemne zbocze jaru ze strumieniem na dnie. Jego samego nie widać, dno jest zasłonięte, ale ukształtowanie terenu każe się domyślać go tam. Zbocze ma sporą wysokość, gęsto rosną na nim drzewa, widać zwaliska próchniejących pni, więc przejście nie jest łatwe, ale kusi dzikością i rozległymi polami za lasem.
Byłem tutaj parę tygodni temu, ale wtedy zabrakło czasu na poznawanie nieznanych przejść. Dzisiaj wróciłem pod Wielisławkę i Świerzawę specjalnie dla tego i sąsiednich jarów oddzielających rozległe pogórzańskie pola.
Chodząc po zaoranych zboczach łagodnych pagórów, z zaciekawieniem i z niejakim rozbawieniem wsłuchiwałem się w swoje reakcje, ponieważ odnosiłem wrażenie wodzenia mnie za nos i podobania mi się tego!
Pola na wzgórzach widocznych za lasem widziałem kilka razy z drogi, którą Janek nazwał Jabłkową. Widziałem je ładnymi, kusiły mnie swoją urodą, wiele obiecując. Oglądane z daleka, ponad przeszkodą zalesionego jaru, wydawały się kusząco ładne, chyba nawet ładniejsze niż pola, którymi szedłem. Chciałem iść tam i poznać je z bliska, chciałem też zanurzyć się w mrok jaru.
Dzisiaj wszedłem między drzewa, w szarość i gąszcz. Dnem faktycznie płynie strumień; toczy swoje czarne wody wśród zwalisk omszałych resztek obumarłych drzew, uschniętych badyli i zeszłorocznych liści.

Nie jest to miejsce o łatwej do dostrzeżenia urodzie, ale jeśli wsłucha się w szum strumienia, przyjrzy się roślinom żyjącym na samym dnie i ich różnorodności, można zobaczyć pierwotność tego miejsca, niewygładzoną i niezmienioną ludzkimi potrzebami.
Natomiast tak zwykle ładna granica lasu i pól okazała się zbezczeszczona czynem barbarzyńcy. Oto co człowiek potrafi zrobić z naturą, z naszą Ziemią. Nie z głodu, nie pod przymusem, a dla zaoszczędzenia paru złotych.

Jęzor lasu, który przeszedłem, okazał się bramą do drugiego świata. Minąłem ostatnie drzewa wychodząc na brzeg tej nowej, nagle otwierającej się przede mną, rozległej przestrzeni. Pole jest chyba jeszcze większe od pierwszego, tego po drugiej strony lasu. Przyjrzawszy się mapie, oszacowałem jego wielkość na ponad sto hektarów.
Okolica była podobna do tej za mną, a przecież z daleka wydawała się ładniejsza. Zawodu jednak nie czułem, bo i tutaj znalazłem swoje miejsca: zarastającą dróżkę, kępę drzew, uskok gruntu wzięty we władanie przez drzewa i krzewy, ów tak ładny skłon pola opadającego doliną ku ścianie lasu. Idąc, widziałem wyłanianie się dalekich, niebieskich gór zza linii bliskiego, polnego horyzontu. Nie tak: one się nie wyłaniały, to moje kroki dobywały te odległe góry spod ziemi, co przecież dobrze widziałem.

Ze szczytu małego wzgórza wyrastającego na tym rozległym, niemal bezbrzeżnym polu, zobaczyłem kolejny cypel lasu porastający zagłębienie następnego jaru i strumienia, a dalej i nad nimi nowe pola i łąki zdobione samotnymi drzewami i moją wyobraźnią. Widziałem je ładnymi, ładniejszymi od tych, którymi szedłem. Obudziło się we mnie pragnienie przejścia gąszczu przede mną i wejścia w tamten świat.
Trzy razy przekraczałem zalesione jary i strumienie, chcąc zobaczyć miejsca z daleka tak ładne, a moje zaciekawienie, moja chęć pójścia tam, gdzie dalekie i obłe linie pól dotykały nieba, były świeże, niepamiętające siebie sprzed godziny. Każde z poznanych miejsc skutecznie wabiło obiecując ładne widoki, a ja szedłem z nową wiarą w ich zapewnienia. Ładniejszymi nie były, ładnymi będąc i tyle wystarczyło.

Po wielu latach mieszkania w nowoczesnej rolniczo Wielkopolsce, gdy przyjadę na moją rodzinną Lubelszczyznę, zwracam zdziwioną uwagę na małe pola, na miedze odległe od siebie o kilkanaście metrów szerokości pola co prawda długiego, ale bardzo wąskiego. Powód jest znany: to rezultat dzielenia tych pól w każdym pokoleniu, to głód ziemi i przeludnienie wsi. Na Lubelszczyźnie mojego dzieciństwa wiele było gospodarstw o powierzchni kilku mórg, a rolnik mający kilkanaście hektarów uchodził za zamożnego. W Wielkopolsce lat dwutysięcznych nie mogłem się nadziwić polom kilkudziesięciohektarowym, a więc o bokach długości setek metrów.
Jednak dopiero zobaczenie takich pół na terenie pofałdowanym zrobiło na mnie naprawdę duże wrażenie, złączywszy wymowę powierzchni z ukształtowaniem terenu.
Na Pogórzu Kaczawskim są pola, których miedza ukryta jest za horyzontem albo biegnie pod ścianą lasu widocznego w oddali tak znacznej, że trudno tam dostrzec sarny czy ludzi. Na jednym zmieściłoby się dwadzieścia dawnych podlubelskich gospodarstw.
Płaszczyzna pola rozciągniętego na równinie mało ma urody i szybko staje się monotonna. Poza swoimi wymiarami, takie pole nie ma czym przemawiać do patrzącego, zwłaszcza, jeśli pozbawione jest śródpolnych zadrzewień. Pogórzańskie pole nie leży sobie spokojnie na swoim miejscu, płaskie i nieruchome, a biegnie po wzgórzach złagodzonych pługiem, chowa się za uskoki gruntu obsiadłe drzewami, rozdziela się na dwie odnogi biorąc w objęcia długie kępy tarniny, czarnego bzu i głogu, opada w pogłębiającą się dolinę, a pod ścianą lasu wspina się po zboczu i ze szczytu znowu pędzi w dół, ku ledwie widocznym dachom domów wioski ukrytej wśród drzew. Widziałem pola, które upodobały sobie falowanie po kolejnych dolinach spływających ku ścianie lasu, pola zaczynające się nisko, za domami wioski, pola z tłustą i mokrą glebą, czasami z rozległymi i rzadko wysychającymi kałużami, a kończące się na wzgórzach, gdzie między pokruszonymi kamieniami trudno znaleźć garść ziemi, jeszcze trudniej wilgoć. Zdarzają się tam pola łyse, bezdrzewne, ale więcej jest takich, które są domem dla drobnej zwierzyny i ptaków. Kępy zarośli na tych polach bywają spore i tak gęste, że wejścia do środka trzeba szukać, i prędzej się znajdzie ścieżkę wydeptaną przez zwierzęta niż przez ludzi. Często wśród tych gęstwin mieszkają całe stada krzykliwego ptactwa, a dziki i sarny mają swoje noclegownie.
Ilekroć stoję przy takich kępach zarośli, zadziwia mnie radykalność granicy: za mną wielka, wyrównana powierzchnia zajmowana przez jedną roślinę w milionowym powtórzeniu, a przede mną, o krok, dzikość. Różnorodność roślin rosnących samodzielnie, bez pomocy człowieka, a nierzadko na przekór jego staraniom. Zadziwia natychmiastowe kurczenie się widnokręgu po zrobieniu jednego kroku w gąszcz zarośli, oraz tak samo nagła zmiana oświetlenia, a nawet zapachów i temperatury.
Miejsca najbardziej dla mnie urokliwe spotykam na uskokach. Pług ma co prawda zdolność wyrównywania tych mniejszych, ale większym, zwłaszcza kamienistym, nie daje rady. Biorą je w posiadanie brzozy, tworząc wąskie pasemka jasnych zadrzewień, a przy nich znajduje swoje miejsce różany krzew lub głóg. W wysokiej trawie siedzą kamienie niczym skulone krasnoludki, czasami płożą się pędy jeżyn, a gdy świeci słońce, drżące cienie biegają po białych pniach drzew. Wystarczy usiąść tam w słoneczny dzień, by poczuć na twarzy ich subtelny dotyk.
Wielkie pola pogórzańskie mają zdolność tworzenia wyjątkowych horyzontów. Są one ostrą, wąską linią wyginającą się w łuki, rzadko prostą, a bywają – i ta ich cecha zadziwia najbardziej – bardzo blisko. Jeśli idąc polem podchodzi się pod szczyt wzniesienia, albo wychodzi z doliny wpadającej do lasu, zdarza się, że horyzont jest w odległości trzydziestu kroków, a wydaje się, że jest niemal na wyciągnięcie ręki. Nie zasłania go skała, do której się zbliżamy gdzieś w górach, albo inna przeszkoda; ten odsłonięty horyzont jest długą linią zajmującą znaczną część widnokręgu. To granica istnienia. Jeśli iść pod górę, zza tego bliskiego wyłania się drugi horyzont, odległy i niebieski, ale w taki sposób, jakby się wznosił, dźwigając krąg mojego widzenia. W tym czasie mój polny horyzont obniża się aż do stóp i po prostu znika, stając się obłym fragmentem pola, a ja stoję na grzbiecie patrząc na daleki styk nieba i ziemi.
Zatoczyłem sporą pętlę wokół miasteczka, poznałem kilka nowych ładnych miejsc, a włóczenie się skończyłem na wzgórzu Skowroniec. Dzisiaj jakoś inaczej zobaczyłem z niego wzgórza Chełmów i usłyszałem ich wołanie. Powinienem je odwiedzić.
Schodząc stromą skarpą, pod małym świerczkiem zobaczyłem trzy piękne krokusy. Wybrały dla siebie dobre miejsce. Trudno je tam znaleźć, skoro drogi ni ścieżki tam nie ma.
Wspominam słowa przeczytane na blogu Janka: kwiat jest uśmiechem rośliny.
Wracając, już w mieście, zwróciłem uwagę na tablicę zamocowaną nad śmietnikami. Głosiła, że mogą z nich korzystać wyłącznie mieszkańcy zasobów mieszkaniowych spółdzielni.
Boże drogi, doszło do mieszkania ludzi w zasobach!























poniedziałek, 9 marca 2020

Miłość, muzyka i góry

060320
Narodziny powieści i książki

Pomysł przyszedł mi do głowy w czasie przerwy w wędrówce po Górach Kaczawskich, na przedwiośniu 2014 roku. Usiadłem na brzegu lasu i mając przed sobą ładny widok, zamyśliłem się. U mnie taki stan jest puszczeniem myśli samopas, bez ich kontrolowania, bez zmuszania do zajęcia się czymś konkretnym. Wtedy właśnie pojawił się zarys opowiadania nieprzejmującego się prawdopodobieństwami.
Od tamtej pory miejsce to, wiele razy odwiedzane, jednoznacznie kojarzy mi się z wymyśloną historią.


Trzy miesiące później uznałem, że opowiadanie napisałem.
Cóż znaczą te słowa, dobrze wiedzą piszący. Chodzi o pewną trudność w oderwaniu się od tekstu. Bezpośrednio po napisaniu, przeżywa się okres powrotów do niego, poprawienia go tu i tam, niekończącego się szlifowania. Dopiero później pojawia się myśl o oderwaniu się od powieści, o konieczności uznania ją za zakończoną i zajęcia się czymś innym. Nie zawsze jest to łatwe, ponieważ bywa podobne do zerwania bliskiej znajomości z drugim człowiekiem.
Opowiadanie leżało na półce, to znaczy tkwiło w pamięci komputera, przez pięć lat. Nie zapomniałem o nim, ale dzięki nabraniu dystansu, nie czułem już potrzeby dalszych prac nad tekstem. Czasami zajrzałem, przeczytałem stronę czy dwie, z rzadka coś poprawiłem, i zamknąwszy, zajmowałem się bieżącymi sprawami.
Pomysł na wydanie pojawił pod namową znajomej. Jej wiara w powodzenie starań zmobilizowała mnie. Wtedy wróciłem do tekstu i spojrzawszy na niego wzrokiem starszym o kilka lat, wprowadziłem trochę zmian, po czym rozesłałem do wydawnictw. Jak zwykle miałem kłopot z nadaniem nazwy. Myślałem o tytule „Miłość w Górach Kaczawskich”, ale zrezygnowałem, ponieważ takie wyrażenie w naszym języku nie jest zbyt jednoznaczne, i wymieniam w nim nazwę mało znanych gór. Roboczy tytuł, używany przeze mnie, to „Chrośnickie Kopy”. Tak się nazywa pasmo wzgórz, gdzie zaczęła się historia, ale z oczywistych powodów nie pasował do książki. Nie mając innego pomysłu, zostawiłem tytuł, jaki nadałem tekstowi, wysyłając go do wydawnictw.
Te, na które najbardziej liczyłem, nie odpowiedziały, dwa inne wyraziły zainteresowanie, ale na zasadzie samofinansowania. Miałem dwie możliwości: zrezygnować, ale zapłacić. Poczułem wtedy, że próby wydania wzbudziły we mnie nadzieję i trudno mi było z powrotem odłożyć tekst na półkę. Wybrałem propozycję finansowo nieco korzystniejszą. Podkreślam słowo „nieco”, ponieważ trudno dopatrzeć się korzyści finansowych dla nieznanych autorów w ofertach wydawnictw.
Tak, wydanie książki po prostu kupiłem.
Zdecydowałem się na ten krok, ponieważ chciałem zrobić ważną dla mnie próbę.
Otóż dwie poprzednie książki są w zasadzie niszowe, elitarne w sensie możliwości zainteresowania wąskiego kręgu czytelników. Bo iluż ludzi czytających książki chodzi w góry? A ilu zaciekawią opisy wędrówek nieznanego autora po nieznanych górach? Potencjalni czytelnicy nie wiedzą też, i nie ma możliwości ich poinformowania, że nie tylko miłośnicy Sudetów i ogólnie gór, znajdą coś dla siebie w tych książkach. Że, inaczej mówiąc, nie tylko o górach tam pisałem.
Natomiast z tą powieścią jest zupełnie inaczej, skoro głównym jej tematem jest miłość dwojga ludzi.
Chciałem poznać przyjęcie takiego mojego tekstu przez czytelników, a zwłaszcza przez czytelniczki. Jeśli nakład będzie sprzedany, a opinie przychylne, uznam, że zapłaciłem niewiele i pomyślę o drugiej powieści. Przy kulejącej sprzedaży, w końcu trzeba mi będzie stwierdzić, że do bycia pisarzem czegoś mi brakuje, i wtedy daruję sobie dalsze próby wydawania.

Perypetie wydawnicze

Umowę podpisałem w maju 2019 roku. Książka miała być wydana w ciągu dwunastu do osiemnastu tygodni. Po trzech miesiącach milczenia, zapytałem o stan prac. Oznajmiono mi, że za około dwa tygodnie otrzymam tekst po korekcie. Minął miesiąc, nim wysłałem zapytanie, nie chcąc być namolnym, i już po dwóch tygodniach otrzymałem mało konkretną odpowiedź. Do późnej jesieni trwał stan nieczęsto wysyłanych i z opóźnieniem otrzymywanych listów, a w końcu zacząłem dzwonić do właściciela wydawnictwa. Tamtej jesieni łatwo mi było dojść do wniosku, że po prostu nic nie robiono przez pół roku.
Ciekawie rozmawiało mi się z właścicielem wydawnictwa. Ten pan jest uprzedzająco grzeczny w rozmowach, mówi spokojnym i miłym głosem, ale ma zadziwiającą zdolność odpowiadania na pytania bez udzielania odpowiedzi. Byłby świetnym negocjatorem w trudnych sprawach.
Dopiero w grudniu otrzymałem tekst po korekcie, i o niej napiszę parę słów.
Pracę redaktora uznaję za staranną, jednak nie wszystkie zasady, jakimi kieruje się wydawnictwo przy stosowaniu znaków interpunkcyjnych, są dla mnie jasne. Nierzadkie były ingerencje w styl, także tam, gdzie po ponownym zastanowieniu uznawałem budowę zdania za prawidłową. Wiem, że tacy autorzy jak ja, czyli nieznani, miewają kłopoty z redaktorami, chociaż przyznać mi wypada, że po wysłaniu wyjaśnień, „moja” redaktorka czasami rezygnowała ze swoich propozycji, albo ustalaliśmy spotkanie w połowie drogi.
Po niedługim już oczekiwaniu otrzymałem tekst po łamaniu, z zachowaną możliwością wprowadzenia zmian.
Zauważyłem, że opracowano tekst tak, żeby zwiększyć ilość stron. Spodziewałem się około stu, wydawnictwo zamieściło tę niewielką historię, którą trudno nazwać powieścią, na stu czterdziestu stronach. Nie ingerowałem, widząc wielkie marginesy na małych stronach. Tutaj uznałem ich wiedzę i doświadczenie.
Natomiast prace grafika nad okładką zaczęły się dopiero w styczniu, chociaż mogły i pół roku wcześniej. Projekt okładki inaczej sobie wyobrażałem, ale nie mając sprecyzowanych oczekiwań, nadto nie chcąc przedłużać całego procesu, okładkę zaakceptowałem. W końcu jest a propos, i nie ona decyduje o wartości pozycji.
Książkę wydano w dziesiątym miesiącu od podpisania umowy, a zgodnie z jej treścią powinna być wydana najpóźniej w czwartym. Czekając tak długo, kilka razy odnosiłem wrażenie wykonywania fragmentu prac redakcyjnych po moich telefonach do właściciela. Gdy milkłem, oni chyba zasypiali, albo odkładali prace na półkę.
Wielomiesięczne czekanie i wielokrotne proszenie o informacje nie tylko zmęczyły mnie, a i odebrały niemałą część radości z wydania. Należy mi jednak napisać o przeprosinach, jakie odebrałem na koniec, i dołączonych do nich dwudziestu gratisowych egzemplarzach książki.
W pierwszych dniach marca wreszcie odebrałem paczkę z wydawnictwa.
Chwila pierwszego wzięcia do ręki swojej książki jest wspaniałym przeżyciem.

Powieść o miłości w górach


Pisząc, nie szukałem innego miejsca początku akcji, innych okoliczności, a więc tam, gdzie ja wymyśliłem historię, spotkali się bohaterowie powieści. Dokładne współrzędne miejsca podałem w książce, jest ono zboczu Lastka w Górach Kaczawskich. Dlaczego tak zdecydowałem? – może ktoś zapyta. Myślę, że zbieżność faktu z mojego życia, z faktem z życia nieistniejących postaci, jest dla mnie elementem pewnego przenikania się tych dwóch światów, na stronach powieści nawet celowo tworzonego i podkreślanego. Także z tego powodu przełamałem niemal zawsze tworzoną w powieściach iluzję opisywania realnych ludzi i rzeczywistych zdarzeń, ale po szczegóły, czytający ten tekst będą musieli sięgnąć do książki.
Napisana historia zawiera kilka zdarzeń fantastycznych, ale i nie było moim zamierzeniem napisanie historii możliwej do zaistnienia. Cały tekst jest dla mnie pewnego rodzaju zabawą ze słowami i wyobraźnią, a celem było wymyślenie historii prawdziwej na płaszczyźnie niewiele mającej styczności z realnością, a bardziej z regułami rządzącymi fantazjami.
W pamięci mojego komputera tkwią większe powieści podobnie napisane.
W tych moich tekstach jest rzeczywistość, chwilami szczegółowa, ale mieszam ją z mitami greckimi, baśniami, a nawet, tak też bywa, z pomysłami jakby wyjętymi z powieści science fiction lub fantasy. W tej powieści wykorzystałem mit o Pigmalionie, zmieniając go nieco: bogini Afrodyta ożywiła Jasiowi nie rzeźbę, a... wyobrażenie? Może jednak faktycznie dziewczyna przyszła do niego z jakiegoś innego wymiaru? A może była zwykłą kobietą, tylko Jan dostrzegał u niej niezwykłe umiejętności?
Na te pytania każdy czytający znajdzie swoją odpowiedźjak znajdował mój bohater.
Fantazjuję? Zaciemniam historię? Owszem.
Czasami myślę, że bawię się w ten sposób, czasami, że uciekam od rzeczywistości, a na pewno piszę nie mając zamiaru stworzenia historii mogącej się wydarzyć. Prawda literacka nie musi się zgadzać z prawdą realiów, żeby była prawdziwa, chociaż powinna uwodzić czytającego. To myśl Prousta, jednak z nim dzielona.
Może wydaje mi się, że historia oderwana od rzeczywistości naszego świata, uwolniona od jego ograniczeń, będzie uwodzić skuteczniej? Że oczyszczając ją w ten sposób od naszych przywar, niedostatków ludzkich serc, stworzę świat lepszy i ciekawszy?
To możliwe.
Moim ideałem tego rodzaju powieści jest historia, w której zarówno bohaterom, jak i czytelnikom, światy będą się mieszały. Kiedy między fantazjami, marzeniami, starymi legendami, a światem realnie istniejącym, zatrą się wszelkie granice i będzie można między nimi swobodnie się przemieszczać, jako światami w równym stopniu ważnymi, istniejącymi i mającymi swój udział w życiu bohaterów.
Ślady takiego przenikania są i w tej powieści.

Nie czytając romansów, a więc nie znając tego rodzaju powieści, napisałem romans. Pisałem nie wiedząc, jak się mają cechy mojego romansu do klasyki tego gatunku, ale ta niewiedza była celowa. Jak przed pisaniem recenzji nie zaznajamiam się z już napisanymi recenzjami, tak postąpiłem i tutaj. Nie chciałem sugerować się zwyczajami, modami, ocenami innych ludzi. Tekst miał być mój i taki powstał, a na ile jest on zgodny z „romansowymi” standardami, czytelnicy ocenią.
Nie odczuwam potrzeby realistycznego opisywania intymnych chwil bohaterów powieści. Za wystarczające uznaję parę słów nakierowujących wyobraźnie czytającego, jednak w tym tekście raz czy dwa przekroczyłem swoją miarę, dodając opisy nieco… bardziej męskie. Dlaczego to uczyniłem? Nie będę robił uników: zamieściłem, ponieważ takie sceny podobają się czytelnikom obu płci. Czy spodobają się akurat te mojego autorstwa – nie wiem.
Ta książeczka nie zawiera dzieła, mam jednak nadzieję na jej ciepłe przyjęcie, ponieważ piszę w niej o tym, co dla mnie ważne, a sam tekst jest, jak dla każdego autora, moim dzieckiem, a nawet w pewnym sensie częścią mnie samego.

O powieści i o miejscach w Górach Kaczawskich, w których toczy się jej akcja, wspominałem kilkakrotnie. Na przykład

Książka jest dostępna między innym tutaj:



A tutaj  jest moja własna oferta na allegro. Wysyłka zwykłym listem, ale gratisowa dla kupującego.

środa, 4 marca 2020

Jest moja nowa książka!

040320

Wczoraj, trzeciego marca, odebrałem paczkę z egzemplarzami autorskimi mojej książki „Miłość, muzyka i góry”. Tym razem pamiętałem o zrobieniu zdjęcia otworzonej paczki.



W środku nie było zwykłych książek, a moje książki. Chwila, kiedy widzi się swoją książkę po raz pierwszy, bierze ją do ręki i otwiera, jest magiczna. Nawet tekst, tak dobrze przecież znany, czyta się z ciekawością i inaczej odbiera – jakby niezupełnie był mój.

Otworzywszy, trafiłem na opis fryzur Jasi. Ten fragment kiedyś opublikowałem na blogu, pamiętam, że w jednym z komentarzy znajoma blogerka dziwiła się, że tak wiele można napisać o warkoczach. Teraz policzyłem strony tego opisu, faktycznie, dużo napisałem, ale czyż warkocze nie zasługują na staranność w ich opisywaniu?



Dzisiaj nocą samotną, spędzoną bezsennie,
Po promieniach księżyca, jakimś dziwnym tchnieniem,
Sam nie wiem, jak się nagle ocknąłem w Rawennie
I z dawno utęsknionym spotkałem zwidzeniem.



Przez otwarte ktoś okno grał cicho na flecie,
I wiatr lekki woń przyniósł duszącą, upojną -
Jak w mistycznym w nią szedłem wplątany bukiecie,
Pod nieba wyiskrzoną kopułą dostojną.”



Aż się prosi zamieścić tutaj jeszcze jeden werset, wyjątkowy cudnym odniesieniem:



"Będziecie wysłuchani tęskniący, więc proście!"



Ten wiersz Lechonia wspomniałem w czasie pisania powieści. Uznałem, iż bardzo pasuje, zwłaszcza końcowym fragmentem, do mojej historii, w której poza wrażeniami i emocjami nic nie jest pewne:



Nie ma nieba i ziemi, otchłani ni piekła,

Jest tylko Beatrycze. I właśnie jej nie ma”.



Te słowa Jana Lechonia, jako świetną ilustrację powieści, zamieściłem na ostatniej stronie.



Moja córka jak zwykle była niezawodna, rejestrując książkę w systemie portalu książkowego biblionetka.pl, gdzie oboje jesteśmy zarejestrowani. Kiedy zajrzałem tam, na swoją autorską stronę (tutaj), ze zdziwieniem zauważyłem, że książkę już oferuje Ravelo. Na ich stronie zaznaczony jest limit wiekowy – od piętnastu lat. Fakt ten rozbawił mnie. Owszem, w tekście jest parę scen erotycznych, ale nakreślonych nieostrym ołówkiem, więc nie spodziewałem się wprowadzania tutaj ograniczeń dla czytelników.

Dzisiaj po pracy byłem na poczcie, wysłałem pierwsze egzemplarze. Niech idą w świat, do czytelników. I niech się im ten romans spodoba.

Ten post jest tylko SMSikiem,  przygotowuję drugi, obszerniejszy. 
Niżej wklejam tekst napisany przez wydawnictwo i zamieszczony na czwartej stronie okładki:



Spotkali się w Górach Kaczawskich. On wędrował po tamtejszych szlakach wiedziony potrzebą odpoczynku, ale i nieznanym sobie i nie do końca uświadamianym wołaniem. Ona przesiadywała na zielonych zboczach, wypasając krowy i marząc o lepszym życiu, nienaznaczonym traumą wojny i powojennej rzeczywistości.

Jaś i Jasia… Jednak to nie tylko imiona ich połączyły. Połączyła ich przede wszystkim miłość – do siebie nawzajem, a przez to do gór i muzyki. Połączyła ich podobna wrażliwość, ciekawość i potrzeba drugiego człowieka, umiłowanie piękna, a jednocześnie poczucie bycia nietutejszym.
Czy taka miłość jest w ogóle możliwa?
Czy taka miłość istnieje?

Powieść Krzysztofa Gduli jest przepięknym przywołaniem, a także przekształceniem starożytnego mitu na temat mitycznej pary kochanków – utalentowanego artysty dłuta i jego cudownej rzeźby, Pigmaliona i Galatei. Autor zastanawia się nad istotą samej miłości i jej miejscem w obecnym świecie. Ukazuje uczucie niedzisiejsze, pełne delikatności, bezinteresowności i bezgranicznego oddania. Jednocześnie zastanawia się nad tym, gdzie są jego granice, docieka prawdy i odsłania różne wymiary piękna. Warto zatem razem z nim wyruszyć szlakami Jasia i Jasi, Gór Kaczawskich i muzyki, aby odkryć to, co w życiu najważniejsze.

niedziela, 1 marca 2020

Bluszcze i wawrzynki

230220



Góry Wałbrzyskie: przejście Wąwozem Książ do ruin zamku Stary Książ. Pomiar wielkości bluszczu.

Góry Kaczawskie: szukiwanie wawrzynków wilczełyko w Pogwizdowskim Lesie, między wsią Gorzanowce a górą Wapniki.

Przejazd do wsi Grobla. Wzgórze pod Kamienicą, góra Nad Groblą. Pomiar wielkości bluszczu na tej górze.



Janek nie zrezygnował wiedząc o zapowiadanym deszczu i wietrze, a mnie jak zwykle szkoda się zrobiło dnia. Tak, prognozy na niedzielę nie były dobre, ale w zrezygnowaniu z wyjazdu widziałbym przekreślenie tego dnia. Nie chciałem uznawać go za stracony, ponieważ wtedy taki byłby.

Pojechaliśmy do Wałbrzycha, pod zamek Książ. Jest to, nota bene, trzeci co do wielkości zamek w Polsce, czyli, inaczej mówiąc, jest sporo większy nawet od M6 :-)



Bezpośrednim powodem była chęć zmierzenia bluszczu rosnącego w ruinach zamku. Nie jestem dendrologiem amatorem jeżdżącym po Polsce w poszukiwaniu okazów (znam takiego pasjonata), ale poruszyła mnie informacja przeczytana na jednej ze stron internetowych Gorzowa Wielkopolskiego, na której chwalą się największym bluszczem w Polsce, mającym 40 centymetrów obwodu pnia, czyli niecałe 13 centymetrów średnicy. Wydawało mi się, że dwa znane mi sudeckie bluszcze są większe – i to właśnie chciałem dzisiaj sprawdzić.

Parę minut drogi od parkingu pod zamkiem Książ zaczyna się szlak prowadzący zboczem głębokiego wąwozu, który jest przełomem rzeczki Pełcznica; zaznaczam ten fakt, ponieważ przełomy z reguły są ciekawymi tworami geologicznymi. Kilka miesięcy temu byliśmy tam obaj, opis i zdjęcia są na blogu, jednak, pomijając pomiary bluszczu, dla samych uroków tamtych miejsc warto było wrócić.

Moją uwagę zwracają tam stalowe kładki przykute do pionowych ścian, oraz zawsze pociągający widok drzew na nagich skałach. Rosną w najdziwniejszych miejscach, których nigdy by nie wybrały do swojego życia, gdyby mogły wybierać. Powykręcane pnie, dopasowujące się do kształtów skał, splątane korzenie szukające, nierzadko daleko, odrobiny ziemi albo bezradnie wiszące w powietrzu. Między nimi czarne skały, tu i tam przybierające fantastyczne kształty, na nich próchniejące pnie przegranych drzew. Obok małe buczki ze swoimi pięknymi zimowymi liśćmi, rosną wierząc w dobrą swoją przyszłość. A może w siłę swoich korzeni.

Ponownie zwróciłem uwagę na wyjątkowy las modrzewiowo-bukowy rosnący w pobliżu ruin zamku. Jedyny taki znany mi las.






Bluszcz uczepiony ściany ruiny ma liście na tyle wysoko, że trudno się im przyjrzeć. Odnieśliśmy wrażenie innego ich kształtu od znanego nam, „klasycznego”, ale później dowiedzieliśmy się, że bluszcze są polimorficzne, czyli, tłumacząc dosłownie, mają wiele kształtów. Cechuje ich zmienność.

Zaopatrzony w elastyczną miarę, zmierzyłem obwód pnia blisko ziemi i na wysokości piersi, a Janek pomiar udokumentował. Obwód wyniósł odpowiednio 104 i 96 centymetrów, a więc średnice wynoszą 33 i 30 centymetrów.



 Po powrocie pod zamek, pan parkingowy zapytał, ile czasu zajmuje dojście do ruin. Bo ludzie często się pytają. Dziwne pytanie, ponieważ dla mnie najciekawsza jest tam droga, szlak wiodący stromym zboczem, niekoniecznie ruiny, chociaż i im niczego nie brakuje.

Pojechaliśmy za Bolków i zaparkowaliśmy w pobliżu znanego nam siedliska wawrzynków wilczełyko.

Pierwsze krzaczki znaleźliśmy zaraz po wejściu między drzewa. Rośnie ich tam sporo, ale wydało się nam, że jest ich mniej niż rok temu. Wiele z nich miało ślady wyłamań pędów, większość jest malutka, to chyba świeże siewki grubości cienkiego ołówka. Już kwitną. Ich kwiaty są ładne, ale nie olśniewające, jednak w wawrzynkach jest coś, co ujmuje i cieszy. Widok malutkiego patyczka niesięgającego mi kolan, a już z paroma kwiatuszkami pod szczytem, jest rozbrajający. Człapaliśmy w deszczu, mokrzy w mokrym lesie, rozglądając się za kolejnymi wawrzynkami. Bardzo mi się te chwile podobały, chociaż nie wiedziałem, dlaczego. Później pomyślałem, że może przez swoją odmienność od tak wielu popularnych zajęć, hobby i sposobów spędzania wolnego czasu, przy czym nie w wyróżnianiu się tkwi tutaj wartość, a w wymaganej cichości, w emocjonalnym związku z przyrodą, w słuchaniu siebie, w bezbronnym pięknie, które potrafi mieć dobroczynny wpływ na nas, jeśli damy mu szansę przemówić.



Janek pokazywał mi świeże liście wielu roślin, ale zapomniałem ich nazw, a ze znanych mi widziałem kwiaty przylaszczek i zieloniutkie listeczki poziomek. W lutym mamy przedwiośnie, ale radość podszyta jest niepokojem. Zmiany klimatu stają się coraz wyraźniejsze, a jego równowaga jest wbrew pozorom bardzo delikatna.

Jakie zmiany jeszcze nas czekają?

Krętą i wąską szosą (lubię takie w moich górach) pojechaliśmy do nieodległej Grobli, małej wioski schowanej na końcu drogi, w lasach Chełmów. Nim poszliśmy zmierzyć bluszcz, zaciągnąłem Janka w widły dwóch strumieni, gdzie parę już razy widziałem kwitnącą śnieżycę wiosenną. Także i ta roślina zakwitła parę tygodni wcześniej.


Teren jest tam podmokły, czarna ziemia ugina się pod butami lub mlaska wodą, wokół leżą suche gałęzie lub całe pnie martwych drzew, sterczą uschnięte badyle, miejsce nie jest więc ładne. Kojarzy się z rozkładem, z martwotą, ale właśnie tam zakwitają, całymi dużymi kępami, delikatne śnieżyce. Uderzający kontrast.

Wspomniane strumienie mają parę metrów szerokości, więc nie da się ich przeskoczyć. Jeden przeszliśmy po wystających kamieniach, drugi betonowym brodem, mając okazję sprawdzenia szczelności butów, ponieważ woda ma tam głębokość przynajmniej 10 centymetrów.

W sąsiedztwie miejsca nazywanego na mapie Kamienicą, wznosi się niewielkie bezimienne wzgórze, o którym pisałem niedawno, i które koniecznie chciałem pokazać koledze, jako miejsce po prostu ładne i dobre na postawienie domu. Mam nadzieję, że Janek nie był zawiedziony, bo zdążyłem polubić ten wzgórek.




Za nami, w odległości kilometra, wznosiła się pokaźna, zalesiona góra z nierówną, zmierzwioną czupryną. To góra Nad Groblą, nasz ostatni cel, a owa stercząca czupryna jest grupą wysokich daglezji rosnących w pobliżu szczytu. Naszą uwagę zwróciło kilkanaście drzew wyróżniających się jasną, nasyconą zielenią. Starałem się zapamiętać najbliższe, żeby zobaczyć je z bliska i rozpoznać gatunek. Później okazało się, że to wyjątkowo wysokie sosny – rzadkie bywalczynie w dębowo-grabowym lesie tej góry.

Weszliśmy w las, na strome zbocze góry, bez ścieżki, na wyczucie kierując się w stronę grubego bluszczu. Byłem tutaj po raz trzeci i trafiłem nieźle, nie kluczyliśmy, a odchylenie od idealnego kierunku wyniosło około 50 metrów.

Szedłem podekscytowany pomiarem. Pomyśleć, że jeszcze niedawno myślałem o pójściu tam nie z miarą, a z piłą. Nie zmieniłem opinii o bluszczach, nadal są dla mnie szkodliwymi pasożytami, zwłaszcza, jeśli wspinają się po drzewach, jednak zdecydowanie porzuciłem myśl o pile. Drzewo, na którym rośnie bluszcz, jest już skazane, ledwie zipie nie mając dostępu do światła. Za kilka lat może być martwe, a wtedy długo nie postoi. Gdy padnie, spełni się sprawiedliwość, bo i sprawca tej śmierci będzie miał kłopoty.

W internecie piszą o magii bluszczy, ale ja jej nie czuję, chociaż dostrzegam ich zdobnicze walory. Uznaję ich prawo do życia, ale jest to skutek rozumowego argumentowania. Sercem myślę inaczej, biorąc stronę drzew, do śmierci których się przyczyniają.

Z pomiarem mieliśmy kłopot, ponieważ pień bluszczu ściśle przylega do pnia drzewa. Pomiar średnicy prostą miarą nie jest dokładny i trudno uchwycić wynik na zdjęciu. Te pomiary wykazały owalny kształt o średnicach 19 i 20 centymetrów. Później Janek znalazł szparkę pozwalającą na wciśnięcie miary. Okazało się, że obwód na wysokości piersi wynosi 64 centymetrów, co daje kołową średnicę nieco ponad 20 centymetrów.


Warto zaznaczyć, że te wymiary – bluszczu wałbrzyskiego o średnicy trzydziestu centymetrów, i kaczawskiego, dwudziestocentymetrowego – pasują do drzew, a nie do pnącza o łodydze zwykle grubości palca.

Pierwszy ma ponad pięć razy większy przekrój od gorzowskiego, jakoby największego w Polsce.

Drugi, ten kaczawski, ma blisko dwukrotnie większą powierzchnię przekroju.

Niech ci z Gorzowa mają swój największy w Polsce, ja za to mam dwa swoje. Może nie są największe, ale są dużo większe od... największego.

Nie zamierzam pisać sprostowania, ponieważ doświadczenie nauczyło mnie nieskuteczności takich prób.

Kilka lat temu jakiś inżynierek skierował wody Kaczawy do innej rzeki, innej zlewni, a nadal góra Turzec podawana jest jako źródło głównej rzeki Gór Kaczawskich. W internecie panuje pewien bezwład wynikający z pożyczania treści z innych stron, i publikowania na swoich stronach bez zadania sobie trudu weryfikacji danych. Bo po co. Liczy się szybkość i efekt, a poprawność i staranność nie są w cenie.

Parę dni temu mój młodszy syn był w Tarnowie. Chcąc dowiedzieć się czegoś więcej o tym mieście, znalazłem dwie popularne strony, podające dokładnie taką samą ilość mieszkańców: ponad 450 tysięcy, czyli cztery razy za dużo. Każdy, kto chwilę się zastanowi, a ma niechby zielone pojęcie o geografii swojego kraju, wiedzieć będzie o błędzie. I co? Ano, nic. Dla autorów tych dwóch stron Tarnów jest większy od Bydgoszczy i Szczecina, a w takim razie czterdziestocentymetrowy gorzowski popierdułek może być większy od metrowego bluszczu wałbrzyskiego.

I niech tak zostanie, a zakończę spostrzeżeniem, które wydaje się oczywiste, ale najwyraźniej nie jest.

Nie można wykluczyć istnienia gdzieś głęboko w mało znanym lesie bluszczu większego od wałbrzyskiego, dlatego uznanie, iż właśnie ten poznany jest największy, obarczone jest dużym ryzykiem błędu. Pozbawione jest podstaw empirycznych.



Wracaliśmy lasem, szukając dogodnego zejścia ze stromych zboczy. Już w wiosce kątem oka zauważyłem za płotem posesji kolor kojarzący mi się z… wawrzynkiem. Zatrzymałem się i spojrzałem ponad ogrodzeniem na zaniedbany ogródek przydomowy.

Krzew ma około 1,4 metra wysokości, a pień przy ziemi oszacowałem na cztery centymetry średnicy. Calutki był w kwiatach. Wielki, różowiutki, gęsty, grubaśny wawrzynek wilczełyko. Największy z widzianych.

Może największy w Polsce ? :-)


Taki oto prezent dała nam Natura na zakończenie dzisiejszej deszczowej wędrówki.



PS

Zdjęcia pomiarów zrobione były oczywiście przez Janka.












Zdjęcia od Janka dla Latorosłki: