290326
Pierwszego dnia z prognozowaną słoneczną aurą miałem zajęcie w domu, drugiego zobowiązałem się pomóc zięciowi, a gdy w końcu pojechałem na wędrówkę, trafiłem na pochmurny dzień. Nie narzekam, wszak tej wiosny słońca nie brakuje, ale chociaż godzinkę mogła nasza gwiazda mi poświecić.
Niemal z dnia na dzień kwitnie więcej roślin. Taszniki, rzodkiewniki, przetaczniki, gwiazdnice, wiosnówki – z radością i satysfakcją rozpoznawania patrzę na te niepozorne roślinki jednoznacznie kojarzące się mi z wiosną.
Nie, nie jestem znawcą. Niewiele rozpoznaję tych jakże często niezauważanych roślin zielnych, po których nasz wzrok się tylko prześlizguje, a przecież wiele z nich naprawdę ma się czym pochwalić. Przez większą część swojego życia nie zwracałem uwagi na rośliny. Patrzyłem nie widząc. „A, tak, to drzewo, a pod nogami jakaś roślina” – myślałem. Z biegiem lat w końcu dostrzegłem swoją niewiedzę, a wtedy zaczęła mi przeszkadzać. W rezultacie zacząłem się uczyć rozpoznawania: najpierw drzew, później tych drobnych roślinek spod nóg. Nadal mało wiem, rozpoznaję ledwie 20 czy 30 roślinek spośród tysiąca, z drzewami idzie mi nieco lepiej, bo zidentyfikuję zdecydowaną większość powszechnie u nas rosnących. Rozpisuję się o tym nie dla pochwalenia się, bo i nie mam czym mając tak małe osiągnięcia, chodzi mi o zauważony przy okazji element naszego mechanizmu postrzegania świata.
Wyobraźcie sobie taką scenę: idziecie ulicą, wokół widzicie dużo przechodniów. Czyż nie są dla was ledwie zauważanym tłem? A w pewnej chwili w tej niemal jednolitej masie twarzy i postaci zauważacie kogoś znajomego. Fakt rozpoznania wyróżnia tę osobę spośród tłumu: postać dostrzegamy wyraźniej, zauważając więcej szczegółów, budzi w nas emocje określone naszymi wzajemnymi relacjami.
Całkiem podobnie jest z roślinami ale i szerzej: z całą florą i fauną, także z nieożywioną przyrodą Ziemi. Wiedza, nawet tak szczątkowa jak rozpoznanie rośliny, wyostrza nasz obraz świata, czyni go bardziej szczegółowym, bardziej zrozumiałym i – co nie jest już tak oczywiste – także piękniejszym.
Obrazki ze szlaku
Gniazdo ze sznurka na plantacji malin. Ten plastikowy ptasi domek jest rezultatem rzucania na ziemię przez plantatorów uciętych sznurków z tworzywa sztucznego, używanych przez nich do wiązania pędów malin.
Lipa i krzyż.
Gruba warstwa uschniętej nawłoci, tuzinkowy widok. W takich miejscach nic nie ma szans wyrosnąć – poza nawłocią.
Zrośnięte brzoza i czereśnia. Międzygatunkowa miłość?
Zielona plantacja porzeczek. Widziałem też pąki kwiatowe na tarninie, ale wszystkie zdjęcia okazały się nieostre.
Biała betonowa droga – jakby ktoś wielką linię położył na ziemi i grubym flamastrem narysował prostą krechę.
Skowronek. Jego śpiew działa na mnie magicznie: przenosi do dzieciństwa spędzonego na wsi. Podejrzewam (tylko się nie śmiejcie ze mnie!) że nie jakieś tam obroty Ziemi sprowadzają wiosnę, a przylot tej ptaszyny i jej śpiew.
Śnieg na zboczu narciarskim. Wspomnienie poru roku, za którą można tęsknić tylko jako za czasem już minionym.
Tam szedłem. Planu trasy nie miałem. Po odwiedzeniu mojej brzozy (jestem poligamistą: wiele jest moich brzóz) zobaczyłem w oddali dolinkę, przez którą kiedyś przechodziłem i postanowiłem ją odwiedzić.
Wracając, zobaczyłem wzgórze, a na jego grzbiecie linię brzóz na tle nieba. Pójdę tam! Poszedłem. Z bliska miejsce było jeszcze ładniejsze. Niezarośnięta uprzykrzoną nawłocią brzezina zapraszała do spaceru.
Wilczomlecz i miodunka.
Podbiał, ogród kwiatów w jednym kwiatku.
Odrobina słońca.
Brzegiem lasu, polami, iść było trudniej. Omijanie dołów wchodzących na pola wydłużało marsz, ale widoki były ładniejsze i bardziej urozmaicone.
Zwykłe tuzinkowe miejsce, ale w moich oczach ładne i zapamiętane. Nie wiem, dlaczego.
Nowa ambona.
Wierzbowe kotki.
W drodze powrotnej, blisko już wioski, niespodziewanie zobaczyłem miejsce, które kiedyś bardzo mi się spodobało, a nie pamiętałem, gdzie je widziałem. Teraz już nie zapomnę i wkrótce wrócę, aby lepiej je poznać.
Odwiedziłem jedną z moich ulubionych brzóz.
Słońce zobaczyłem zaraz po wyjeździe – przez chwilę i tuż nad horyzontem. Zatrzymałem samochód i zrobiłem zdjęcie, ale aparat nie zobaczył intensywnie czerwonej, może raczej buraczkowej barwy, którą ja widziałem wyraźnie.
Trasa: między Otroczem, Chrzanowem a Zdziłowicami.
Statystyka: 26,5 km w 11 godzin. Jedna z najdłuższych tras. Nie planowałem bicia rekordów. Samo tak jakoś wyszło, ja tylko przebierałem nogami.
Z okazji świąt życzę Wam tego, co teraz najcenniejsze i czego coraz mniej mamy: poczucia prawdziwej bliskości z drugim człowiekiem.
















































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz