Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

piątek, 11 marca 2022

Powrót w moje góry

 060322

Pojechałem w Góry Kaczawskie, bo biedne są i opuszczone, gdy ja się włóczę po obcych górach. Przypominające się widoki i powracające wspomnienie łąki z kwitnącą babką, zawiodły mnie pod Stromiec i na wzgórza w pobliżu Bobru, więc na zachodnie krańce moich gór.

Miałem trochę żalu do pani Aury. Przed końcem tygodnia była ładna pogoda, w poniedziałek od rana cudne niebo, natomiast w niedzielę słońca nie widziałem, a i powietrze było mało przejrzyste, szarawe jak w najbrzydszy dzień listopadowy. Oczywiście prognozy były zupełnie inne. Może tylko na tej stronie tak często plotą androny?

Z wyjątkiem szczytu jednej góry, cała trasa była odwiedzeniem miejsc znanych, ale przecież w tych górach inaczej być nie może. Odwiedziłem je chętnie, a zobaczyłem ładnymi. Wokół Stromca szedłem w maju 2020 roku, a dzisiaj widziałem łąkę, na której wtedy siedziałem wśród morza kwiatów mniszka. Dni kwitnienia trwają tak krótko, ale może to dobrze, bo jak postrzegałbym wieczne święto Flory?… 

Na niemal całej trasie (bo nie drogi, szedłem łąkami, kilka razy przekraczając ogrodzenia) zboczami Stromca ma się widok na pokaźną ścianę Chrośnickich Kop. Mój wzrok często tam biegł, wyłuskując z nierównej linii szczytów znajome miejsca. Zobaczyłem ładną dróżkę polną biegnącą od wioski pod górę, w stronę masywu, i od razu zapragnąłem ją poznać, a po chwili uświadomiłem sobie, że szedłem nią przynajmniej dwa razy. Moje góry i moje ślady na nich.



Samochód zaparkowałem w wiosce Płoszczynka. Kiedyś, gdy przechodziłem wioskową ulicą, przywitał się ze mną miejscowy rolnik i zapytał, za jakie grzechy chodzę po tych górach. Jak diametralnie różnie ludzie potrafią widzieć te same krajobrazy! Chociaż może gdyby mój rozmówca oglądał je rzadko i w wolnym czasie – jak ja – dostrzegałby ich urodę.

Niemal cały Skowron jest polem. Źle się idzie po niewyrównanych skibach ziemi, ale można obserwować zmiany koloru ziemi i mieć widok możliwy do zobaczenia tylko na pogórzu: wybrzuszone wielkie pole ograniczone niebem – i nic więcej. Ziemia stykająca się z niebem… Kilka lat temu pługi omijały szczyt wzgórza, teraz jest zaorany, chociaż wiele pożytku z ziemi w pobliżu szczytu nie ma, skoro kamieni tam tyle, ile rodzynek w świątecznym serniku. Przypomniałem sobie, jak kiedyś szedłem na ten szczyt forsownym marszem, zziajany, chcąc zdążyć przed wschodem słońca. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem w oddali, na łagodnym z tej strony zboczu Dworów, wielkie drzewo; lipę, jak się później dowiedziałem. Dzisiaj jej szukałem, ale nie zobaczyłem. Może tylko z powodu małej przejrzystości powietrza i odległości paru kilometrów? Muszę wybrać się tam i sprawdzić, czy staruszka przeżyła wichury. Niewielką część zbocza wzgórza zajmuje stary kamieniołom porośnięty lasem. Jest tam poszarpana pionowa ściana sięgająca dziesięciu metrów wysokości, a na jej szczycie rośnie grupa ładnych buków; jeden z nich jest pokaźnym osobnikiem. Tym drzewom pasuje sąsiedztwo skał i kamieni, to ich naturalne środowisko.





Natomiast wielopienna lipa na szczycie Strzyżowej była i, przysiągłbym, czekała na mnie. Widziałem ją z wielu miejsc, z bliskiej i ze sporej odległości, gdy była tylko ciemną plamką wystającą ponad obłą linię szczytu. Przyciągała wzrok. Podobała się, samotnica.


 

Jeśli już piszę o drzewach, wspomnę o starej czereśni rosnącej na zboczu Stromca: przegrała walkę z wiatrami, a ja nie zdążyłem poznać smaku jej owoców.

Przecinając jęzor lasu schodzący z Wapiennej, zauważyłem graba z wyjątkowo pokaźnymi korzeniami przypominającymi nieco bukowe, a w innym miejscu kilka lip wtulonych w siebie. Proszę spojrzeć na zdjęcie, czyż nie tak właśnie wyglądają? 

Dzisiejszy dzień był dniem drzew, a już zwłaszcza jaworów – górskich kuzynów klonów pospolitych. Często mam wątpliwości rozpoznając gatunki drzew zimą, więc bez liści, ale te drzewa rozpoznaję bezbłędnie, także młode osobniki. Ich kora przypomina nieco korę platanów, zapewne dlatego łacińska nazwa określa je jako niby platany. Jeśli ktoś zna te słoneczne olbrzymy, zobaczy na moich zdjęciach podobieństwo, a przy tym kora jaworów wykazuje dużą zmienność morfologii, czyli po prostu wyglądu. Starałem się te różnice pokazać.


A tutaj widać pierwsze spękania na gładkiej jeszcze korze młodego jawora. Ten zdecydował się pękać wyżej, na pniu, ale częściej widuję pierwsze spękania tuż przy korzeniach, gdzie ich kora jako żywo przypomina luźną, marszczącą się skórę. 

Minąwszy poległą czereśnię, zszedłem w dolinkę przeciętą Białym Potokiem. Niewielki to strumień, do wzięcia dwoma krokami, chociaż pewną trudność sprawia znalezienie miejsca dogodnego zejścia ku niemu, jako że płynie dnem stromego jaru. Na jego ścianie znalazłem wawrzynek. Bez wątpienie wawrzynek, ale mój aparat nie chciał ustawić ostrości na jego kwiatach, mimo wskazywania mu palcem, na czym ma wyostrzyć swoje ślepię. Nie dość, że jest głupawy, to i na na pół ślepy.

Parę lat temu, we wczesnojesienny ciepły dzień, szedłem zboczem Wapiennej. Kwitły jeszcze drobne kwiatki dzikich łąk, a najwięcej widziałem babek lancetowatych. Ich kwitnienie nie jest efektowne, ale przecież ładne i ujmujące, usiadłem więc wśród nich zarządzając dłuższą przerwę. Pamiętam tamte chwile, mimo że nie było w nich nic wyjątkowego. Tak mi się wtedy wydawało, teraz wiem, że było, skoro zapamiętałem. Dzisiaj zobaczyłem łąkę radykalnie zmienioną. Tam, gdzie wtedy rosły niewielkie roślinki charakterystyczne dla suchych i stepowiejących łąk, dzisiaj zobaczyłem las uschniętych badyli nawłoci i ogryzione przez sarny siewki drzew. Ominąłem te chaszcze i poszedłem dalej. Może gdyby nie inwazyjna nawłoć, łąka zachowałaby wcześniejszy wygląd?

W ciągu lat kaczawskich wędrówek parę razy przechodziłem podnóżem Wapiennej, ale na szczycie nigdy nie byłem. Jest porośnięty lasem, widoków z niego nie ma, więc właściwie po co się tam drapać? Dzisiaj odpowiedź na to pytanie wydała mi oczywista: bo nie było mnie tam. Wszedłem, zobaczyłem słupek pomiarowy wśród drzew i zacząłem zejście, gdy zatrzymał mnie widok, który nadał mojemu „zdobyciu” szczytu nowy wymiar. Otóż zobaczyłem młodą brzózkę wrośniętą w próchniejący pień. Nic niezwykłego? Nieprawda, ponieważ po raz pierwszy w życiu zobaczyłem drzewo rosnące korzeniami do góry. Oto dowody. 


Myślę, że było tak: tuż przy starym pniaku zasiała się brzózka, a gdy pniak, nadgryziony zębem czasu i robaczków, pochylił się, korzenie znalazły się w powietrzu, a pień drzewka stał się poziomy. Chcąc żyć, brzoza wygięła swoje konary ku słońcu, a korzenie wydłużyła do ziemi. No i teraz rośnie taka pokręcona, nie mając szans na długie życie, ale na szczęście nie wie o tym. Żyje, i tylko to jest dla niej ważne.

U podnóża góry stoją stare i nieczynne piece do wypalania wapna – nierzadki widok w Sudetach. Dzisiaj zauważyłem resztki murów ledwie wystające ponad runo leśne. Stały tam kiedyś domy, mieszkali ludzie, teraz nawet otworów po oknach nie ma, a przyjdzie czas, gdy ostatnie kamienie ich domów przykryje nowe życie.

Obrazki ze szlaku.

Co to jest? Od razu wyjaśnię zagadkę: to urwane korzenie przewróconego drzewa. 

Widok z Rząśnickiej Przełęczy jest dla mnie wyjątkowo ładny, ponieważ utwierdza mnie w przekonaniu wędrowania górami, a nie jakimiś pagórkami. Z tej przełęczy widać całą pokaźną ścianę Chrośnickich Kop (a zatem i mojego oraz Jasiów Lastka), Wywołańca, głęboką dolinę z Chrośnicą, wioską niewidoczną na zdjęciu, ale przecież tam rozsiadłą, a głębiej widok zamyka ściana Łysej Góry zaznaczonej masztami antenowymi, widocznymi i na tym zdjęciu. Góry. Prawdziwe i moje góry. Zdjęcie nie jest dobre, bo już się zmierzchało, gdy zatrzymałem samochód dla zrobienia zdjęć.

Trasa:

Z Płoszczynki na Srebrną i powrót do wioski trasą wokół Stromca. Wejście na szczyty: Skowrona, Strzyżowej, Zadniej i Wapiennej.






















sobota, 5 marca 2022

Wokół Trójgarbu

 270222

Od pewnego czasu myślałem o wędrówce wokół masywu Trójgarbu, a w przeddzień wyjazdu w Góry Wałbrzyskie zapytałem się siebie: dlaczego nie jutro? Chciałem też w końcu zobaczyć z bliska tajemnicze wzgórze z samotną brzozą. Dwa zamiary połączyły się tworząc trasę: najpierw wokół gór, później wzgórze, bo przecież jego poznanie nie zajmie całego dnia.

Zgodnie z przewidywaniami synoptyków, z rana miała być mgła, ale już przed południem świecić słońce. Mgła była, owszem, ale popołudniu i wieczorem, a słońce pokazało się ze dwa razy na parę minut, czyli prawie, prawie dobrą okazała się prognoza. Zamiast używać komputerów, powinni wróżyć z fusów.

Wyruszyłem z Witkowa na północ, a więc okrążałem góry zgodnie z ruchem wskazówek zegara, leśne masywy mając po prawej. Popołudniu, kiedy szedłem we mgle, ta dzisiejsza reguła pomogła mi utrzymać kierunek marszu.

Świt był w kolorach zimy, ale niebo miało odrobinę ciepłych kolorów właściwych dla Eos. Wokół widziałem czarno-biały pejzaż, powietrze było szaroniebieskie, więc kolorowe barwy na niebie przyciągały wzrok i budziły wyobraźnię.

Przejściem, które już wcześniej obiecałem sobie poznać, doszedłem do jednego ze wzgórz, o których zwykłem myśleć jako o swoim. Dodam tutaj, że zdecydowaną większość trasy przeszedłem bezdrożami lub polami, czasami tylko korzystając z polnych dróg jeśli biegły tam, gdzie chciałem. Parę razy przecinałem oznakowane szlaki, widując tam ludzi. W moich górach zobaczyłbym może jedną osobę, albo nikogo.

Do przejścia miałem dwa jęzory lasu szerokości po kilkaset metrów, a widząc na mapie, że schodzą w dolinę, do samej wioski, uznałem, że je przetnę. Może znajdę tam drogę niezaznaczoną na mapach?

Znalazłem ścieżkę. Pojawiała się i znikała, ale nigdzie nie musiałem przedzierać się przez gęstwinę i jeżyny. Nieco trudniej było dalej, kiedy szedłem przez zbocza porośnięte kępami drzew i głogów, poprzecinane uskokami i strumieniami, ale i tam ciężko nie było.

Szedłem starając się nie tracić wysokości, trawersowałem zbocza, ale skoro idzie się wokół górskiego masywu, przecina się strumienie spływające z gór, a wiele z nich płynie dnem wąskich dolin lub jarów. W rezultacie niewiele mi dało staranie utrzymania wysokości: trasa wiodła pod górę, a za szczytem garbu w dół – i tak przez większość trasy. Przeszedłem albo przeskoczyłem sto strumieni, może nawet… dobrze, niech będzie, że dziesięć.





 Zobaczyłem nowe, urokliwe dla mnie, miłośnika pogórza, górki i drogi. Będę je poznawał w miarę możliwości.

Kiedy wyszedłem na grzbiet, pod słup linii energetycznej, na linii horyzontu zobaczyłem odsłonięte siodło przełęczy.

Wydawało się bardzo odległe, a gdy przyjrzałem się mapie, okazało się, że wypada mi iść właśnie tą przełęczą na drugą stronę wzgórz, a za nią czeka mnie jeszcze szmat drogi. O której dojdę do samochodu? Pojawiła się myśl o skróceniu trasy przecięciem lasu, ale gdy po minięciu przełęczy zobaczyłem na zachmurzonym niebie jedyną plamę jasności na horyzoncie, a w jej środku zarys wzgórza z samotnym drzewem, nie skręciłem w las, a poszedłem wprost na jasność i wzgórze. Początkowo nie wiedziałem, czy jest tym moim, czy innym, jeszcze niewidzianym, ale będąc bliżej i widząc szczegóły, rozpoznałem: przede mnę wznosiło się to wzgórze, które od pierwszej chwili zobaczenia go z odległości kilku kilometrów tak bardzo mi się spodobało.

Z bliska nic nie straciło na urodzie.


Brzozę widzianą wtedy z odległości kilku kilometrów, teraz dotykałem opierając dłoń o jej pień. Na szczycie jest też betonowy słupek, więc zapewne to wzgórze ma swoją nazwę. Widoków nie miałem, ale one są tam, panoramiczne, dalekie, i czekają na mnie. Wrócę, poznam je i posiedzę pod brzozą.

Szedłem rozległą łąką, po prawej las majaczył ledwie widoczną ciemną nierówną linią, z lewej wzrok tonął we mgle, a pod nogami szeleściły zbrązowiałe badyle niekoszonej łąki. Sprawdziłem mapę: mam iść prosto, las po prawej zniknie. Starałem się, ale jak to robić, skoro mgła ukrywa wszystko wokół? W płytkiej niecce zobaczyłem drzewo – jedno jedyne na tym całym opustoszałym horyzoncie. Oglądałem się za nim póki nie zniknęło. Później przydrożna brzoza wyłoniła się zza grzbietu. Stałem i patrzyłem. Tak pięknie, tak cicho, a tam zniszczenia i śmierć...

 



Świat we mgle zamiera. Można zatrzymać się i słuchać, ale usłyszy się tylko ciszę.

 Obrazki ze szlaku.

 

Kolejny przykład manii pisania wielką literą. Ta moda rozprzestrzenia się szybciej, niż omikron. Na You tube większość tytułów filmów ma błędy tego rodzaju. Pod jednym z nich zamieściłem komentarz, w którym napisałem o zniechęcaniu błędami do oglądania filmu. Ktoś odpisał mi tak: „to nie oglądaj”. Wielu ludzi ma w nosie błędy. One ich nie interesują.

Przechodziłem obok działki pszczelarza śmieciarza, a wydawałoby się, że takie zestawienie jest niemożliwe.
Na widok starych, chylących się ogrodzeń pól lub łąk gdzieś na odludziu, często zatrzymuję się i patrzę. Bywają dla mnie zobrazowaniem chwilowości naszej ziemskiej drogi i iluzoryczności pewności posiadania.


Mgła, zmierzch i polna droga – połączenie wyjątkowo nostalgiczne.


Wzdłuż jeden z wioskowych uliczek Witkowa rosną duże, stare olsze. Zaczął się już zmierzch, gdy szedłem pod nimi, a szarzejące światło wzmagało swoisty urok tej alei. Nie pamiętam, bym wcześniej widział przydrożny szpaler tak dużych drzew tego gatunku.

Trasa:

Z Witkowa wokół masywu kilku gór, z których największą jest Trójgarb. Na niebieskiej linii trasy w pobliżu wsi Jabłów jest zaznaczona pętelka – tam właśnie jest wzgórze, którego nie znalazłem dwa tygodnie temu.

Mapa jest w zmienionej skali: zwykle znacznik w prawym dolnym rogu wyznacza dystans 500 metrów, na tej mapie jest to jeden kilometr, a to z powodu rozpiętości pętli trasy. W czasie blisko jedenastu godzin przeszedłem 26 kilometrów. Krzemowe liczydełko poinformowało mnie o 80 minutach łącznego czasu przerw w wędrówce, oraz o różnicach wysokości wynoszących 1350 metrów, ale wielkość tę mam za przesadzoną. Myślę, że podejść miałem łącznie około kilometra.

Najważniejszy dla mnie był stan nóg na drugi dzień rano, ponieważ wtedy właśnie najsilniej odczuwam przeforsowanie. Okazało się jednak, że nie czułem nic, jakbym dzień przesiedział w fotelu, a to znaczy, że doszedłem do siebie po covid.














wtorek, 1 marca 2022

Parę myśli o skutkach wojny

 

280222

W niedzielę byłem na sudeckiej łazędze, ale myśl, zamiast zająć się krajobrazem, jakże często krążyła wokół wojny na Ukrainie.

Doszedłem do czterech powodów uzasadniających twierdzenie o przegranej Huna z Kremla.

Pierwszy:

Ten szaleniec twierdził, że Ukraińcy nie są odrębnym narodem, a Rosjanami, i wysyłając do nich młode wojsko poborowe, spodziewał się zapewne swobodnego rajdu przez cały kraj. Pomylił się w oczywisty sposób, co źle świadczy o nim i jego doradcach. Mało tego! Swoim działaniem każdego dnia przyczynia się do wzmocnienia tożsamości narodowej Ukraińców. On nie wie, że nic tak nie tworzy i cementuje poczucia przynależności do narodu, jak krew rozlewana przez zewnętrznego agresora. Cywile zbroją się do walki, a wojsko ma więcej chętnych, niż możliwości ich uzbrojenia i przeszkolenia. O tamtych trzynastu z wyspy, o tym chłopaku, który wysadził się razem z mostem, dzieci ukraińskie będą się uczyły w szkole. Na naszych oczach tworzą się narodowe legendy o wielkiej sile oddziaływania. Śmierć każdego żołnierza i cywila ukraińskiego wzmaga w żyjących poczucie bycia Ukraińcem, zaciekłość tego narodu i pragnienie odwetu.

Drugi:

Rozlatuje się mit o wielkiej sprawności i skuteczności armii rosyjskiej. Goliat walczy z Dawidem. Armia kraju biedniejszego i mniejszego zadaje agresorowi ciężkie straty. Słyszę o podstawowych błędach w kierowaniu wojskiem i jego zaopatrzeniu. Kolos okazuje się mieć gliniane nogi.

Nawet jeśli w końcu Rosjanie wygrają militarnie, to prawdopodobnie będzie to tylko zmiana sposobu walki Ukraińców. Nie da się zdusić wielomilionowego społeczeństwa mającego wolę walki, chyba że totalną okupacją.

Trzeci:

Kiedy powstała niezależna Ukraina, miała u siebie bomby atomowe ulokowane tam jeszcze przez armię radziecką. Rosja i kraje zachodnie zagwarantowały jej bezpieczeństwo w zamian za oddanie bomb. Teraz gwarant ich wolności i pokoju stał się agresorem.

Putin pokazał całemu światu, że za nic ma dane obietnice, że dla niego nic i nikt się nie liczy, byle tylko zbudował swoje imperium. O jego niebezpiecznym szaleństwie przekonują się kraje zachodnie. Słyszałem, że Szwecja i Finlandia zgłaszają chęć przestąpienia do NATO, a wcześniej mieli wątpliwości co do potrzeby takiego kroku. To jeszcze jeden skutek agresji rosyjskiej i przegrana Huna z Kremla. O pomocy militarnej wielu krajów europejskich wszyscy słyszymy. Rosja jest coraz gorzej postrzegana i coraz bardziej izolowana, a restrykcje narastają z dnia na dzień. Ich zasięg zadziwia.

Czwarty:

Właśnie tutaj zaczyna się czwarta klęska kremlowskiego Huna: chciał utrzymać Ukrainę w swojej sferze wpływów, czyli, mówiąc wprost, uczynić z niej państwo zależne. Oddalić kraj od Zachodu, uniemożliwić przystąpienie do UE i NATO. No i okazało się, że pchnął kraj w objęcia Zachodu, a ten jest mu tak przychylny, jak nigdy nie był. Czyli skutek działań Huna jest odwrotny do zamierzonego, co jest kolejnym powodem do powątpiewania z sprawność zawodową, a może i intelektualną, Huna i jego doradców.


W jakimś wywiadzie wysłuchanym na You tube, oficer naszego wojska mówił o niskim morale żołnierzy rosyjskich w związku z ich niechęcią do walki. Nie zgadzam się z takim twierdzeniem.

Zachodzi zmiana nie do pomyślenia jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Kiedyś armia była ślepym narzędziem; miała walczyć tam, gdzie była wysłana. Armia, to sprzęt, struktury organizacyjne i ludzie, a ci, jak się okazuje na naszych oczach, nie chcą walczyć, jeśli wojna jest w sposób oczywisty niesłuszna i niepotrzebna, jeśli są agresorami. Wierzę, że ci sami żołnierze, którzy teraz odmawiają walki albo jej unikają, walczyliby ofiarnie broniąc swojej ojczyzny, natomiast obcego i niezagrażającego im kraju zdobywać nie chcą.

Ta niechęć Rosjan do walki dobrze o nich świadczy.

Żołnierz nie chce już być ślepym narzędziem do wykonywania wszystkich rozkazów. Czasy Kiemliczów, którym było wszystko jedno, kogo mają prać, skończyły się. Skończyło się też skuteczne pranie mózgów przez oficerów politycznych, a przyczyn jest dwie: ludzie chcą po prostu normalnie żyć, a nie ginąć dla jakichś obcych im idei, a że mają nieograniczony dostęp o informacji, właściwie wszędzie i w każdych warunkach (byle mogli podładować bateryjki), trudno im kłamstwo podawać za prawdę.


Jest jeszcze pewien ważny aspekt obecnej sytuacji, a dla poprawności politycznej się o nim nie mówi.

Kilkanaście lat pracowałem z Ukraińcami; bywało tak, że w brygadzie tylko ja byłem Polakiem. Znam ich trochę i wiem, że pewna ich część, niewielka i raczej z zachodnich rejonów Ukrainy, czuje niechęć, a nawet nienawiść do Polaków. Spotkałem się z przejawami ich nacjonalizmu w pracy. Wiem też, że część Polaków patrzy na nich z góry, jako na naród mniej cywilizowany. Nie będę tych tematów rozwijał, może innym razem, teraz napiszę o swojej nadziei, niemal pewności, poprawy naszych wzajemnych ocen, a to dzięki naszej pomocy Ukraińcom – nie tylko rządowej, bo przecież pomagają i firmy oraz ludzie prywatnie, z odruchu serca. Życzyłbym sobie, by oba nasze narody zapomniały o przeszłości.

Mamy wspólnego wroga.

* * *

Wczoraj wróciłem z Sudetów późno, ale nie na tyle, żeby nie zajrzeć do internetu. Dowiedziałem się, że ukraińscy Cyganie ukradli Rosjanom czołg. Dawno tak mnie nie rozbawiła przeczytana wiadomość.

Równie zabawny filmik pokazał mi mój ukraiński kolega w pracy: zobaczyłem holowanie transportera opancerzonego przez mały cywilny traktorek. Ciekawe, co traktorzysta myśli z nim zrobić? Może sprzeda na złom?