Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

czwartek, 4 lipca 2024

Lato w Sudetach, dzień drugi

 230624

Niemal cała dzisiejsza trasa wokół Gostkowa na Pogórzu Wałbrzyskim była mi znana, byłem więc w odwiedzinach u znajomych. Dzień okazał się jednak wyjątkowy, i to pod paroma względami. Na szlak wyszedłem przed szóstą, do samochodu wróciłem o 20.30, w drodze byłem więc 14,5 godziny ustanawiając rekord. Był wyjątkowy także z powodu ilości odkrytych ładnych miejsc. Wędrujący bez konkretnego celu wiedzą, że opuszczenie ustalonego szlaku i skręcenie w mijaną drogę może zakończyć się zawróceniem, ale równie dobrze westchnieniem zachwytu. Tych drugich chwil i odkryć miałem kilka. 

 

Obok tego malowniczego wzgórka przechodziłem przynajmniej trzy razy, ale dopiero dzisiaj skręciłem ku niemu. Zwykle szedłem tamtą drogą, dzisiaj poszedłem dalej i wyżej znalazłem drogę nie tylko ładniejszą, ale i z rozleglejszymi widokami. Taki scenariusz powtarzał się dzisiaj kilkakrotnie. 

 


Proszę przyjrzeć się temu zdjęciu: widać na nim bardzo charakterystyczne dla tamtej okolicy liczne, chociaż niewielkie, wzgórki na pofalowanych, rozległych zboczach większej góry. Byłem tam kiedyś, ale dzisiaj dowiedziałem się, że ominąłem najładniejsze wzgórze. Malowniczy, rozrosły dąb dający cień– idealne miejsce na przerwę, w pobliżu samotna brzózka, jest rozległy widok i spora różnica wysokości – po prostu piękne miejsce! Wszedłem między drzewa na szczycie jednego z licznych tam wzgórz i znalazłem mnóstwo poziomek. Iść dalej czy rzucić plecak, zbierać i jeść te aromatyczne drobiny lata?



 
Przy okazji wytłumaczę się z nierównej jakości zdjęć: było słonecznie, ale nie zawsze, a przejrzystość powietrza nie była z tych najlepszych; swoje dokładają też braki w moich umiejętnościach.





 Łąki w pobliżu Jaczkowa znałem i ceniłem za malowniczość, ale dopiero dzisiaj trafiłem na zieloną, mało używaną drogę otaczającą rozległe trawy od góry. Dobrze mi się szło łąkami pachnącymi sianem, a nieco dalej zielona droga poprowadziła mnie kwietnymi łąkami. Patrząc teraz na zdjęcia, myślę, że zbyt szybko poszedłem dalej, przecież mogłem zostać wśród tych kwiatów i zapachów lata, bo nieprędko będę tam ponownie.

Niewiele, ale jednak byłem na budowie drogi S3. Jezdnie są gotowe, trwa montaż sygnalizacji i tablic informacyjnych. Droga ma być otwarta w tym miesiącu. Zwracałem uwagę na stan prac wykończeniowych, na porządek wokół budowy, a wrażenia mam mieszane. Są miejsca dopieszczone, zrobione porządnie, ale w wielu innych prace jakby nie były dokończone. Na przykład część rowów odwadniających nie jest utwardzona, a inne są zasypane. Będę tam jesienią, przejadę się po tej monstrualnie drogiej esce (jakieś 100 milionów za kilometr) i sprawdzę stan prac końcowych. Na trzech ostatnich zdjęciach widać niedokończone lub zaniedbane prace.




 


Wracałem idąc długim grzbietem wzgórza póki prowadziła mnie droga. Kiedy znikła wśród traw, a przed sobą widziałem ścianę zarośli, otworzyłem mapę ze zdjęciami satelitarnymi chcąc zobaczyć, którędy najłatwiej będzie przejść; wtedy na ekranie pojawiła się informacja o pasiece w pobliżu. Rozejrzałem się i widząc dom, ruszyłem w dół. Poznałem właściciela Pasieki Miody z Natury, pana Sebastiana Bryka. Dłuższą chwilę rozmawialiśmy; właściciel pokazał mi maszyny do wirowania, opowiedział o sprzedaży swoich produktów sklepom ze zdrową żywnością, o historii firmy i o sposobach rozpoznawania podrabianych miodów. Widziałem baterie słoików przygotowywanych do wysyłki, ekspozycję oferowanych produktów, stos ramek do uli (nie pamiętam, jak się fachowo nazywają), czytałem etykiety ze szczegółowymi opisami rodzajów miodów, zwróciłem też uwagę na porządek w pomieszczeniach. To wszystko zrobiło na mnie duże wrażenie. Miód wąchałem, tak najłatwiej sprawdzić mi jego jakość, w rezultacie pożegnałem gospodarza dźwigając trzy słoiki. Po powrocie do hotelu miód spróbowałem i… kilka dni później, będąc w pobliżu, dokupiłem jeszcze trzy słoiki, a w nich rzadko spotykany miód ze spadzi iglastej. Wszystkie po 40 zł za litr, czyli za 1,2 kg, więc istotnie taniej niż w sklepach. Ponieważ dostałem od pszczelarza półlitrowy słoik miodu gratis, a od kolegi duży słoik jako prezent, do domu zawiozłem blisko 8 litrów miodu! Mniejszy słoik, ten gratisowy, otworzył syn; miód tak mu posmakował, że teraz, po paru dniach od powrotu do domu, połowy już nie ma. Myślę jednak, że do jesieni miodów nam wystarczy.

Tutaj poznacie pasiekę i jej ofertę.

PS

Nie pomyślałem by zapytać pszczelarza o sposób korzystania z nabieraka do miodu.

Uważam ten przyrząd za najmniej nadający się do nabierania miodu z wszystkich możliwych do zrobienia i wyobrażenia; jest dokładnym zaprzeczeniem funkcji, do której został (jakoby) zaprojektowany. Chętnie poznałbym argumenty zwolenników używania tego dziwadła. Dodam jeszcze, że u pana Sebastiana dostałem drewniany płaski patyczek abym mógł nabrać miód do posmakowania.



Obrazki ze szlaku



Widziałem wiele polnych kwiatów jednoznacznie kojarzonych z Roztoczem, a okazało się, że rosną i tutaj :-) Na zdjęciach przytulia pospolita i gwiazdnica trawiasta. Dziurawca widziałem wszędzie. Pospolita roślina, to prawda, ale jej intensywnie żółte kwiaty będę wspominał zimą, wędrując smutnymi płowymi łąkami.

 Kazali postawić znak, to postawili. W rezultacie stoją dwa, a co! 

 Czy tej brzózce nie pomyliły się pory roku?

 Kamieniste pole. Niełatwa jest tam uprawa, w wielu miejscach pod szczytami pagórów, gdzie ziemi najmniej i jest najuboższa, widziałem rachityczne źdźbła zbóż, ale rolnicy rekompensują plony wielkością upraw. Pola wielkości 20 czy 30 hektarów są tam normą, a największe z widzianych mają, jak szacuję, do stu hektarów powierzchni, czyli kilometr na kilometr.

Na tych zdjęciach (drugie jest sprzed roku) widać jedno z takich wielkich pól wielkości kilku dziesiątków hektarów. Mierzy tyle, ile kilka gospodarek na Roztoczu z mnóstwem poletek rozrzuconych po całej okolicy. Pamięć podsuwa obraz wcześniejszy: z widocznego po prawej lasu wchodził na pole malowniczy, długi pas brzeziny. Rok temu, w czasie gwałtownych wichur, bardzo wiele drzew zostało połamanych. Tam, gdzie rosły brzozy, widziałem sterty drewna przygotowanego do wywiezienia. Dzisiaj na polu nie ma nawet śladu brzóz, ale zostały w pamięci.

Pierwsze zdjęcie zrobiłem rok temu.



Na szczycie wzgórza rosły dwie brzozy, tworząc z trzecią, rosnącą nieco dalej, Brzozową Drogę. Nie ma ich, straciły życie w czasie tamtej wichury, została tylko ta jedna.

Zakręcone gałęzie.


Takie otoczaki widziałem na Kokoszu, pokaźnej górce wznoszącej się w pobliżu Gostkowa. Nic ciekawego? Nieprawda. Kiedyś takie otoczaki moja mała córka uwielbiała wrzucać do morza, a niedawno widziałem film z Frankiem, jej synem, robiącym to samo i z taką samą radością. Inaczej zobaczymy takie zwykłe otoczaki pod szczytem góry jeśli przypomnimy sobie, jakie procesy je uformowały: otóż tak zaokrąglane są odłamki skał w morzu lub rzece. Oto skala metamorfoz Ziemi!



 Dzisiejsze zdjęcia:


Którejś jesiennej wędrówki stałem pod brzozami patrząc na zachód słońca. Powolne gaśnięcie światła, feeria intensywnych barw, nostalgiczny nastrój końca słonecznego dnia jesieni, zostały w pamięci. Dzisiaj przechodziłem w pobliżu. Nie podszedłem do samych brzóz nie chcąc deptać zboża, a w nagrodę nieco wyżej znalazłem uroczą i widokową dróżkę. Na zdjęciach nowa dla mnie droga i odwiedzane brzozy –  jesienią i dzisiaj.

Trasa na Pogórzu Wałbrzyskim: z Gostkowa na zbocza Borowca. Przejście kilometra wzdłuż budowy S3, następnie dojście pod Jaczków. Powrót do Gostkowa drogami w pobliżu Pasternika. Wejście na Przełęcz Pojednanie, powrót drogą pod Kokoszem. Poznanie okolicznych wzgórz, zakup miodu w Gostkowie.

Statystyka: na szlaku byłem 14,5 godziny, a przeszedłem 25 km.
































wtorek, 2 lipca 2024

Lato w Sudetach, dzień pierwszy

 210624

Czerwiec jest wyjątkowym miesiącem nie tylko z powodu pełni kwitnienia na łąkach i nie tylko z powodu najdłuższych dni roku. Jego wyjątkowość tkwi także w aurze i kalendarzu. Prawdziwie letni to już czas, ale upływ tych dni nie narusza zasobów lata, skoro formalnie zaczyna się dopiero po dwudziestym. Mijają letnie dni, a lato jeszcze się nie zaczęło! – tak postrzegam czerwcowe dni. Na przełomie czerwca i lipca zmienia się moje odczuwanie: już nie mogę ukryć przed sobą ubywania lata, ale wtedy z lubością liczę, jak wiele jeszcze słonecznych dni przede mną.

Na pierwszą wędrówkę tegorocznego sudeckiego urlopu wybrałem rozległe pola i liczne wzgórki między Nowymi a Starymi Rochowicami w Górach Kaczawskich. Oczywiście byłem tam, i to nie raz, ale od dawna moje wyjazdy w te góry są przede wszystkim powrotami. Zwykle jednak przypominam sobie zapomniane zakątki a i nierzadko poznaję nowe. Tak też było i dzisiaj. Szedłem znaną mi drogą, ale dla odmiany skręciłem w jedną z takich, które zwykle wiodą na najbliższe pole i na nim się kończą; poszedłem dowiedzieć się, co zobaczę za garbem. Droga pnąca się po zboczu doprowadziła mnie na brzeg jasnego lasu. Dęby wychylały długie konary ku słońcu, pod nimi pachniała niezachwaszczona łąka z licznymi kwiatami. Już tyle wystarczy, by miejsce uznać za ładne, a tam jest jeszcze rozległy widok: bliskie wzgórki kaczawskie, nieco dalsze wałbrzyskie, a na tle nieba zarysy Ślęży i Gór Sowich. Sprawdzałem na mapie, widziałem te góry z odległości 45-50 km. Do dzisiaj nieznane miejsce, a zdawałoby się, że dobrze znam okoliczne dróżki.


 Dwie wioski, między którymi się kręciłem, są parę kilometrów od Bolkowa, mojej bazy wypadowej. W pobliżu tego starego piastowskiego miasteczka poprowadzono nową trasę dla pieszych turystów i nazwaną ją „Szlak Wapienników”. Jej bieg wyznaczył ktoś, kto dobrze zna okolicę, ponieważ prowadzi do miejsc, które i ja uznałem (w czasie poprzednich wędrówek) za ładne. Kilka z nich odwiedziłem:



Zbójecki Kamień – niewielka grupa starych skał ukryta w lasku. Szlak biegnie opodal, drogowskazu nie ma, więc łatwo miejsce ominąć. Patrząc na skały można odnieść wrażenie coraz mocniejszego ich przyciskania do ziemi przez rośliny.

 Zaklęte Wyrobisko – jeden z bardzo licznych starych kamieniołomów ukrytych w lesie, a wiedzie do niego jedynie słabo widoczna ścieżka. Nie udało mi się zrobić zdjęcia dobrze oddającego obraz tej ciemnej dziury w ziemi, więc wierzcie mi na słowo: warto zobaczyć to miejsce, bo faktycznie wydaje się być zaklęte.



 



Józkowa Góra. Niewielkie wypiętrzenie na długich zboczach wzgórz. Kiedyś zarośnięte było głogami i różami, teraz wchodzi się ścieżką wysypaną drobnymi kamykami, a na szczycie znajduje platformę, stoły, ławy. Są też drewniane leżaki; widząc je, od razu pomyślałem o sierpniowym oglądaniu perseid. Ze szczytu ma się rozległy widok na kaczawskie pagóry, na ciemniejące w oddali liczne szczyty wałbrzyskie z wyraźnie widocznymi Trójgarbem i Chełmcem, na rozległy i odległy masyw Gór Sowich.

U podnóża tej górki rósł bardzo rozłożysty głóg, jeden z największych jakie widziałem; niewiele z niego zostawiono. Czy aby na pewno przeszkadzał?


 

Storczykowy Kamieniołom znam od lat, chociaż dopiero teraz poznałem jego nazwę. Kojarzy mi się przede wszystkim ze starym znajomym: ogromnym bukiem rosnącym przy wejściu do wyrobiska. Widzieliście aż tak duże i tak splątane korzenie? W takich miejscach, na odsłoniętych i nasłonecznionych skałach, lubią pojawiać się rzadkie gatunki zwierząt i roślin. Informuje o tym tablica.

 Może to jest lilia złotogłów? – roślina będąca obiektem westchnień miłośników flory. Trochę podobna.


Rochowicka Skała – grupa skalna podobna do Zbójeckiego Kamienia. Wrażenie też podobne: oto twarde, odporne i wieczne, zdawałoby się, skały powoli poddają się delikatnym i krótko żyjącym roślinom. Warto zwrócić uwagę na wielką uporczywość (może nawet pasowałoby użyć słowa determinacja) roślin w ciągle na nowo podejmowanych próbach życia w skrajnie trudnych warunkach, dosłownie na skałach. Hekatomba ich ofiar nie idzie na marne: próchno żywi następne pokolenia zasiedlające poszerzone szczeliny. Kiedyś te skały znikną przykryte roślinnością, zostanie po nich jedynie wzgórek, a z biegiem tysiącleci i on będzie malał aż nie zostanie nawet śladu po skałach gór nazywanych Kaczawskimi.

Schodząc do wioski obejrzałem się i wzrokiem ogarnąłem rozległą przestrzeń. Czy byłem na tamtym wzgórzu? Chyba nie... Dlaczego nie? Wrócić się? Może los będzie łaskawy i da mi wrócić jeszcze nie raz.

Obrazki ze szlaku

 Pierwsza odmienność: kamieniste polne drogi. Na Roztoczu jest ich niewiele, w zachodniej części jeszcze mniej, a jeśli są, to tylko z opoką, białym kamieniem tej krainy. Tutaj trudno znaleźć drogę bez kamieni.

 Ta pochylona czereśnia jakby czekała na mnie chcąc poczęstować swoimi owocami. Poczęstunek oczywiście przyjąłem.

 Na pewno czekała róża z ostatnimi kwiatami.

 Wiadukt kolejowy w Starych Rochowicach. Kiedyś przejeżdżały nim pociągi, teraz rośnie las.

Las nad wioskową ulicą.

 Ambona na drzewie. Nic ciekawego? Owszem, a nawet niezbyt ładnego, ale spotkałem tam kogoś... Zaczynając od początku: trzy lata temu, będąc tutaj w lecie, siedziałem na tej ambonie. Pod drzewo podszedł koziołek sarny, nie widział mnie, patrzyłem na niego z odległości paru metrów, a gdy w końcu zorientował się, że nie jest sam, pobiegł w szaleńczych skokach przez zboże. Podchodząc dzisiaj do ambony wspomniałem tamto spotkanie i w chwilę później... mignęły mi rożki koziołka uciekającego w panice. Czyżby tego samego?

 Na polnej drodze w pobliżu wioski zobaczyłem coś ciemnego i nienaturalnie prostego. Jak się okazało, były to dwie szyny kolejowe; dalszy ich ciąg ginął w zaroślach. Kiedyś poświęcono mnóstwo pracy na zbudowanie tej linii kolejowej, a teraz zarasta, niepotrzebna i zapomniana. Szkoda.


 Ruiny pałacu w Starych Rochowicach. Tak, tak, przecież wiem, co tu się działo w pierwszych powojennych latach, wiem o niechęci władz do śladów niemieckiej przeszłości, o biedzie ówczesnych lat, a teraz o ogromnych kosztach restauracji tych pałaców. Oprócz kosztów odbudowy, należy dodać koszta wykupu okolicznych posesji, ponieważ wiele z nich stoi tuż przy ścianach ruin, a co to za pałac bez parku, z czyimś domem pod oknami sali balowej?… Wiem także o tak dużej ich liczbie w Sudetach, że pomijając już kwestie finansowe, trudno wyobrazić sobie racjonalne ich wykorzystanie. Wiem, tylko szkoda mi tych budowli. Zadbane byłyby perełkami krajobrazu, architektury i historii, a zdecydowana większość już się nie nadaje do remontu. W czasie kilku najbliższych dni widziałem trzy pałace, tylko jeden jest w niezłym stanie technicznym, pozostałe są ruinami.



Jedno z moich znanych, pamiętanych i lubianych miejsc. Na zboczu wzgórza, przy polnej drodze, rośnie jasny i czysty zagajnik. Mijając jego ostatnie drzewa przeżywa się tam zawsze uroczy i zaskakujący efekt nagłego otwarcia dalekiego widoku. Efekt „łał!”. Drobnostka, nic nadzwyczajnego, powie ktoś, i będzie miał rację, ale takie „zwykłe” a przecież ładne miejsca budują nasz osobisty obraz okolicy i nasze wspomnienia.

 Prawie wyschnięte źródło Polnego Strumyka. Na dnie ledwie troszkę wody stoi, ale nie ma sił by popłynąć. Nie ma strumienia kiedyś tak uroczego. Nie ma, bądź są znacznie uboższe w wodę, wiele strumyków sudeckich.

 Na górze zima, na dole lato.


 Kwietna łąka. Nie wiem, po co skręciłem w tamtą drogę, chyba tylko dlatego, że była. Znalazłem przy niej nieużywaną łąkę pełną kwiatów. W internecie dowiedziałem się o celowym urządzaniu takich łąk przy domach, i akurat tej modzie się nie dziwię. W ciągu lat swoich wędrówek i po przejściu tysięcy kilometrów, zauważyłem, że takie łąki nieczęsto się widuje. Potrzebne jest duże nasłonecznienie, uboga sucha ziemia, no i oczywiście spokój.

Moje zdjęcia zubażają jej wygląd. Ilość i różnorodność kwiatów oszałamiała, a na widok motyli pomyślałem, że gdybym był tutaj z Jankiem, trudno byłoby go namówić do dalszej wędrówki. Oto kilka tylko roślin tam rosnących:

 Pozłotka kalifornijska – czy na pewno? A jeśli tak, to skąd się ona wzięła na tej zapomnianej łące sudeckiej?


 Ślazy. Piszę w liczbie mnogiej, bo nie jeden gatunek tam kwitnie.

 Facelia błękitna. Parę dni później widziałem duże pole z tą kwitnącą rośliną, a przy niej ule. Jest miododajna i bywa specjalnie siana przez pszczelarzy.

 Chaber driakiewnik.


Goździk, chyba brodaty.

Trasa: między Nowymi a Starymi Rochowicami w Górach Kaczawskich. Odwiedziłem Zbójecki Kamień, Rochowicką Skałę, Storczykowy Kamieniołom i Józkową Górę. Poznałem stary kamieniołom nazwany Zaklętym Wyrobiskiem.

Statystyka: przeszedłem 18 km, na szlaku będąc 12 godzin.