Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

poniedziałek, 29 września 2025

Pierwsza jesienna

 250925

Nieoczekiwany, mimo niesionych walorów estetycznych, przyszedł jednak czas zaczynania wędrówki oglądaniem wschodu słońca, a jej kończenia po zachodzie. Chwila minie, a dzień zaczynać się będzie tak późno, kończyć tak wcześnie, że niewiele czasu zostanie na włóczęgę.

 

Dzień był słoneczny, ale ranek bardzo zimny. Chłód tak kąsało moje dłonie, że przez pierwszą godzinę trzymałem je w kieszeni a kije pod pachą. Nie pomyślałem o rękawicach, ale dwa swetry założyłem; w południe zdjąłem tylko jeden.

 Wyszedłem poza domy wioski i idąc wprost na wschodzące słońce, usłyszałem tętent zbliżających się koni, dźwięk niesamowity, mający zdolność do przenoszenia w czasie. Koni nie widziałem oślepiony jaskrawym słońcem. Dopiero gdy minęły mnie, zobaczyłem i mogłem sfotografować. Odczułem lekki zawód: spodziewałem się, że podbiegną do mnie, ale nie były mną zainteresowane.

Planowałem pójść dalej, poza poznaną kilka dni temu okolicę, ale zacząłem od poszukiwania ładnego zakątka widzianego wtedy. Nie pamiętałem dokładnie gdzie jest, a na dodatek nie chcąc iść po starych śladach, wybrałem marsz na przełaj. W rezultacie takich wyborów trafiłem na mokradła.

 

Były zimne, ciemne, ociekające rosą i topniejącym szronem, bez śladu słońca tak już jasnego na otwartej przestrzeni pól. Co robić? Zawracać? Przez zakrzaczony las, brzegiem błot, wyprowadziła mnie przypadkowo znaleziona ścieżka wydeptana przez zwierzęta, a one potrafią wyszukiwać dogodne przejścia. Kwadrans później odnalazłem szukane miejsce.







 Na niewielkim obszarze liczącym może kilometr spędziłem kilka godzin, czego ślady widać na zdjęciu z wytyczoną trasą. Jest tam kilka ładnych dróżek, szczególnie jedna z nich zauroczyła mnie. Przeszedłem ją kilkakrotnie; starym zwyczajem odchodziłem i wracałem. Urody miejsca zapamiętanego na poprzedniej wędrówce nie udało mi się uchwycić obiektywem; kontrasty odległości i oświetlenia były zbyt trudnym wyzwaniem dla elektronicznego móżdżku aparatu, a może dla moich umiejętności. Została pamięć i chęć następnych powrotów. Zostały też zdjęcia kilku ładnych dróżek.

 Wspomnienie sprzed lat zatrzymało nad tymi niechcianymi orzechami laskowymi. Nikt ich nie zbiera, leżą wzgardzone w pyle drogi. Parę godzin później okazało się jednak, że są ludzie, którzy je zbierają. Szedłem polną drogą obok starej, zarośniętej plantacji tych orzechów, i tam właśnie zobaczyłem dwoje ludzi w pozycji na czworaka. Pozdrowiłem ich, wyszli do mnie na drogę i, jak zwykle bywa z mieszkańcami Roztocza, zaczęliśmy dłuższą rozmowę. Byli w moim wieku i dlatego – wspólnie doszliśmy do tego wniosku – zbierali orzechy. Młodym się nie chce, wolą kupić w sklepie, najlepiej już wyłuskane.

 

Kiedy przeszedłem w poprzek dolinę z Bystrzycą płynącą jej dnem, wyszedłem na rozległe płaskie pola. Za mną, ponad drzewami, wznosiło się pasmo łagodnych ale jednak wyraźnie zarysowanych wzgórz; może faktycznie Roztocze kończy się na tej dolinie, jak mówił mi mój rozmówca, zbieracz orzechów? Mając jeszcze trzy godziny do zachodu poszedłem dalej polną drogę przez otwartą przestrzeń pól pod niebem błękitnym. Wszedłem w mijany grąd, okazał się być ładny, kolorowy, i obdarował mnie dwoma prawdziwkami, na pewno w nagrodę za dostrzeżenie jego urody. Niewiele dalej zobaczyłem kilka zagajników porastających pagórki – a jednak! Znalazłem drugie piękne miejsce dzisiejszej włóczęgi. 

 









 
Niewielki obszar kilku pól i miedz ocienionych drzewami zawierał w sobie wszystko, co podoba mi się na Roztoczu: przenikanie się linii wąskich pól biegnących po zboczach, wysokie miedze, małe kępy drzew, pojedyncze brzozy zasiane przez Naturę dla odpoczynku w ich cieniu, obok brzezina i niewielkie doły ocienione grabami i bukami. Nie szedłem już dalej, zostałem tam do zachodu słońca, poznając ukryte zakamarki albo po prostu siedząc pod brzozą. Jednak rzeka nie jest granicą – pomyślałem.

Mam dwa nowe moje miejsca na Roztoczu.

Obrazki ze szlaku

 Dwie drogi. Którą wybrać? 

 Słońce na liściach, widok zawsze oglądany z estetyczną przyjemnością.

 Kto wyjadł ziarna z tej kolby?

 Grab z naroślą. Dość często widywany przejaw choroby drzew. Tutaj jest artykuł o raku toczącym drzewa. Z tego opisu, jak właściwie z każdego tekstu czy filmu o przyrodzie, wyłania się szokujący obraz świata, w którym wszyscy wszystkich chcą zjeść albo przynajmniej wykorzystać. Nie z powodu morderczych instynktów, a po prostu by żyć.

Wielka brzoza, jedna z największych jakie widziałem. Kij położyłem dla pokazania skali, ma długość 115 cm.


 Jestem na wyżynie, ponad dwieście metrów nad poziomem morza, którego brzeg jest odległy o kilkaset kilometrów. Odkąd sięga ludzka pamięć, były tutaj te pagórki porośnięte lasami liściastymi, podzielone polami uprawianymi przez Słowian, ale jeśli usuniemy cienką warstwę życiodajnej gleby, zobaczymy opokę – ślad morza i czasu liczonego w milionach lat. Czyż nie jest zadziwiający fakt patrzenia na skały utworzone ze skorup zwierząt żyjących wtedy w morzu?

Przydrożny krzyż pod klonem.

 Czas sumaków. Dwa tygodnie ich urody i mojej przyjemności patrzenia.


 Czy to jest włośnica? Strona, z której korzystam, nie jest zdecydowana.

 Spóźniłem się na kaniobranie. Znajdowałem głównie sterczące nogi grzybów, bez kapeluszy, ale kilka niedawno wyrosłych przywiozłem do domu po wielogodzinnym uważnym ich niesieniu w torbie. Nie wiem, czy jeszcze uda mi się znaleźć kanie, ale chociaż ten raz smakowaliśmy je w domu.


 Wschód słońca.




 Wczesny ranek na szlaku.



 Zachód.

Trasa: pola po obu stronach Bystrzycy, między Zakrzówkiem Wsią a Sulowem, 10 km na wschód od Kraśnika. Parkowanie przy szkole w Sulowie.

Statystyka: niemal 20 km w 12 godzin i kwadrans.












środa, 24 września 2025

Pożegnanie lata

 210925

Przedostatni dzień lata, ale też ostatni cały dzień lata, jako że jesień zacznie się jutro, 22 września, o godzinie 20.19, dzieląc w ten sposób jedną dobę między dwoma porami roku.

O tej godzinie Ziemia będzie tak ustawiona względem Słońca, że dzień na obu półkulach, północnej i południowej, będzie trwał tyle samo, pół doby. Słońce wzejdzie dokładnie na wschodzie i zajdzie na zachodzie. Na równiku osiągnie zenit i w tym samym czasie dotknie linii horyzontu na obu biegunach, na północnym kończąc półroczny dzień, na południowym zaczynając. 

Więc ostatni dzień lata… Jest taka sławna kiedyś zagadka, której rozwiązanie zapoczątkowało tragiczny bieg zdarzeń w życiu Edypa:

"Co to za zwierzę, które rano chodzi na czterech nogach, w południe na dwóch, a wieczorem na trzech, a im więcej używa nóg, tym jest słabsze."

To człowiek: w dzieciństwie raczkuje, na starość podpiera się laską. Przyszła mi do głowy pewna odmiana tej zagadki: co to za zwierzę, któremu czas rano biegnie wolno, wieczorem bardzo szybko?

Wszak dzień dla dziecka jest jak bezbrzeżny ocean wrażeń, a mnie się wydaje, że rok jest zdecydowanie krótszy niż był kiedyś, że czerwiec z każdym kolejnym rokiem bliżej jest września, skracając lato do paru chwil. Jeżdżę na swoje łazęgi chcąc uchwycić czas, ale im bardziej gonię za nim, tym szybciej mi umyka. Kiedyś tak nie było...

Może jednak zejdę niżej, na roztoczańskie pola. Zwykle mijam Zakrzówek, sporą wieś pod Kraśnikiem, jadąc dalej w głąb Roztocza, a dzisiaj zaparkowałem pod kościołem wioski i w rezultacie cały, calutki dzień szedłem nieznanymi drogami. Nie poznałem wszystkich, więc plan na następny wyjazd już mam. Aura dopisała mi wyjątkowo, było ciepło i słonecznie.

W lewej górnej części mapy z wyznaczoną moją trasą widać ślady niezdecydowania, jakbym nie wiedział gdzie mam iść, ale po prostu kręciłem się po ładnej okolicy. Natomiast w prawej, czyli wschodniej, części szlaku widać długie zakola, właściwie zawracania, a to z powodu… kukurydzy. Ab ovo, jak mawiali Rzymianie.

W pobliżu są dwa wzgórza, Kopiec i Zarębowa Góra.  

 


Nazwa jest mocno przesadzona, to bardzo łagodne i rozległe wzgórza, których szczyty trudno wskazać, skoro równie dobrze mo być tutaj, jak i 200 metrów dalej. Chciałem wejść na wzgórza – wiadomo, że miejsca mające swoją nazwę kuszą – ale dróg tam nie ma. Póki mogłem szedłem w poprzek pól, w ten sposób przekroczyłem dwie czy trzy plantacje kukurydzy, a jest ich tam wiele. Niektóre zaskakująco rozległe jak na krainę małych poletek, a większość ciągnie się setkami metrów; najdłuższe z widzianych pól ma kilometr. 

 

Z jakiejś wyższej miedzy zobaczyłem szerokość pola przede mną tak znaczną, że zrezygnowałem z przejścia, decydując się zejść niżej i obejść pola brzegiem dołów, ale i to okazało się trudne. W rezultacie zszedłem na dno dołów i tamtędy przeszedłem część drogi, a w drugim miejscu musiałem się poddać schodząc aż do szosy.

Szczególnie zależało mi na wejściu na Zarębową Górę, a to z powodu samotnego drzewa widzianego rano z przeciwnej strony rozległej doliny. Takie drzewa, maleńkie kropki widziane na tle nieba z odległości kilku kilometrów, zawsze mnie pociągały. Chciałem je zobaczyć z bliska. Jak często bywa w takich poszukiwaniach, trudno o pewność znalezienia, ponieważ okolica widziana z odmiennej perspektywy, z bliska, wydaje się inna. To drzewo, czereśnię rosnącą pod rozległym szczytem wzgórza, zidentyfikowałem na podstawie wyglądu brzegu sąsiedniego lasu. Na zdjęciach poniżej widać dość charakterystyczną linię koron drzew lasu w pobliżu drzewa potwierdzające jego rozpoznanie.

Niżej to samo zdjęcie, ale powiększone, a kolejne zrobiłem już na "górze".


 
Widok z Zarębowej Góry.

 Obrazki ze szlaku

 


Przejście przez plantację.
 



 
Barwy grabowego
lasku porastającego jasne, ładne doły. Trudno o dobre zdjęcia dołów w słoneczny dzień, kontrasty są zbyt duże


 Takiej wierzby chyba jeszcze nie widziałem. Pokrzywiona, połamana, przygięta do ziemi, parchata i kostropata, ale żyje.

 Znalazłem cztery kanie i nie mogąc się powstrzymać, zebrałem je, ale niestety, nie przetrwały kilku godzin w torbie.


 Dwie odmiennie wyglądające drogi.
Łączy ich jedno podobieństwo: obie zbiegają z pól w cienistą głębię dołów.

 

Te trzy czereśnie rosną na polu, nie na między. Są omijane, przeszkadzają w uprawie, ale są. Właściciel nie zdecydował się na ich wycięcie.

 Niebo i pole.

 Bystrzyca, największa rzeka Lublina, znana mi dobrze w dawnych lat, gdy chłopcem będąc kąpałem się w jej wodach. Dzisiaj zaskoczyła mnie swoją wielkością, czy raczej małością, a nie powinna, ponieważ wiedziałem, że jej źródło jest raptem parę kilometrów dalej.


 K
apliczka przy wiekowej lipie.. Czy to jest figurka Nepomucena? Proszę o informację.

 



Złota godzina i zachód słońca.

Trasa: parkowanie przy kościele w Zakrzówku. Pętla wokół Zakrzówka Wsi.

Statystyka: przeszedłem 20 kilometrów, zabrakło kwadransa do bycia na polach dwanaście godzin.