Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

niedziela, 7 grudnia 2025

Sudety jesienią, wspomnienie

 011225

Kilkanaście lat temu szukałem informacji o butach w góry, a spotkałem w internecie pierwszego mieszkańca Sudetów. Dość szybko przenieśliśmy znajomość do świata realnego jeżdżąc w góry, później spotykając się u niego w domu. Okazało się, że wiele nas dzieli, jednak bardziej łączy wspólne umiłowanie górskich wędrówek, więc mimo częstych dyskusji graniczących z kłótniami, znajomość trwa do dzisiaj. W późniejszych latach zawarłem jeszcze kilka znajomości w podobny sposób, chociaż trzeba mi przyznać, że częściej są ślepymi uliczkami, na których nie potrafimy się rozpoznać albo po jakimś czasie zapominamy o sobie. Bywa też inaczej: jedna drobna decyzja, na przykład wybór akurat tego hotelu, tej agroturystyki, czy pójście tego dnia na tę górę, uruchamia rozciągnięty na lata ciąg zdarzeń. Nie są z gatunku tych, które odmieniają życie, wielkich przyjaźni nie zawarłem, ale jednak te znajomości, które przetrwały próbę czasu, niosą niemały ładunek emocjonalny wzbogacający mnie i moje związki z Sudetami.

W rezultacie przez połowę z dwunastu dni jesiennych wędrówek sudeckich towarzyszyli mi znajomi mieszkańcy tych gór. Z wyborem tras bywało różnie: jedni chcieli mi pokazać miejsca przez nich cenione i lubiane, inni korzystali z mojej znajomości sudeckich szlaków. Od razu powiem, że na przewodnika się nie nadaję; co prawda znam sporo nieoznakowanych szlaków, wiele widoków i uroczych zakątków, jednak niemal nic nie wiem miejscowościach i klasycznych atrakcjach turystycznych.

Dwa dni spędziłem ze znajomymi w Kotlinie Jeleniogórskiej. Moi przewodnicy pokazali mi górę Drewniak pod Michałowicami, pałace w Łomnicy, Wojanowie i Karpnikach, a w Bukowcu oprócz pałacu wielki park z przepięknymi dębami i lipami pomnikowych rozmiarów. Widok wyremontowanych pałaców cieszy mnie, naprawdę szczerze cieszy, ale wracać chciałbym do takich miejsc, jak lasy porastające góry w Kotlinie czy dęby w parku bukowskim. Zadbany i służący ludziom pałac cieszy mnie jako obywatela tego kraju, a ładne lasy i wielkie drzewa jako obywatela Ziemi i miłośnika natury. Zapraszam na fotograficzną relację uzupełnioną garścią moich uwag i opisu wrażeń.



Michałowice, wioska wciśnięta między wzgórza Kotliny Jeleniogórskiej, rolniczą bynajmniej nie jest. Ponieważ nie poświęcam zbyt dużo uwagi miejscowościom, opisałbym ją tak: kręte wąskie uliczki i wiele ciekawych architektonicznie i ładnych domów; miejscowość zamożnych mieszkańców i turystów. Od zachodu, czyli od strony pobliskiej Szklarskiej Poręby, wznosi się Drewniak.  

Owszem, jest jedną z setek górek Kotliny, ale jego lasy kryją geologiczną gratkę: wyjątkowo ładnie wykształcone kociołki wietrzeniowe, nieco dalej pyszne widoki na Karkonosze ze szczytów ścian starego kamieniołomu, w wielu miejscach skałki a wszędzie piękne lasy z dużą ilością buków. Jeśli inne górki Kotliny są chociaż tylko w części tak ładne jak Drewniak, powinienem następne lata wędrówek poświęcić ich poznawaniu.











Napis na ławce stojącej przy Kociołkach: „Usiądź i wsłuchaj się w ciszę”.

Bardzo mądra rada, a owa bezczynność jest nam potrzebna bardziej niż przypuszczamy, zwłaszcza ostatnio, ale dla zdecydowanej większości ludzi zbyt trudna. Sam się łapię na odruchu wyciągania telefonu wtedy, gdy powinienem tylko być i słuchać ciszy, a skoro mnie się to zdarza, to co mówić o ludziach młodych, urodzonych z telefonem w ręku?




 W pobliżu Kociołków jest reklamowany t
aras Złoty Widok. Widoki owszem, ładne, chociaż nieco dalej są przynajmniej równie ładne (szczerze mówiąc są ładniejsze), natomiast sam taras jest szkaradną konstrukcją z cynkowanej stali i zardzewiałej blachy. Jej surowa techniczna forma rażącą kontrastuje z otoczeniem, z różnorodnością form i kształtów skał i drzew. Wygląda tak, jakby przeniesiono tutaj fabryczną rampę do załadunku ciężarówek. Nie pojmuję, jak można było tak nonsensownie zmarnować publiczne pieniądze i jeszcze chwalić się tą szkaradą.  
Wystarczy spojrzeć na zdjęcie uroczą dróżką wśród skał i buków, i porównać do czegoś takiego. Czy ja jestem już tak stary, że nie potrafię zaakceptować (tak zwanych) nowoczesnych form i trendów, czy może ludzie zatracają poczucie estetyki w pogoni za… za czym? Oryginalnością? Nie wiem.

* * * * * 



 
W Sobieszowie wrażenie większe niż sam pałac zrobiły na mnie zabudowania gospodarcze, czyli dawne magazyny, stodoły i wozownie, na co mój cicerone zareagował zdumieniem. Jego zdumienie rozumiem, ale nie wiem, dlaczego akurat te budynki zwróciły moją uwagę. Powinienem zaznaczyć, że nie znam się na stylach architektonicznych, więc może brak wiedzy nie pozwala mi dostrzec urody pałacu, w którym widzę jedynie ładniejszą i bogatszą kamienicę, a tamte przemawiają przede wszystkim starannością wykonania, dbałością o estetykę budynków stricte gospodarczych (kto teraz tak dba o estetykę stodoły?), także wielkością. Cały kompleks jest starannie odnowiony, z widocznym nieliczeniem się z kosztami, co sugeruje wydawanie publicznych lub unijnych pieniędzy. Użytkowany jest przez Karkonoski Park Narodowy.

Byłbym zapomniał! Przed pałacem spotkałem innych znajomych mieszkańców Sudetów; parę dni później poszliśmy na wspólną wędrówkę kaczawskimi ścieżkami.

* * * * * 



 
W parku łomnickiego pałacu są tablice ostrzegające przed spadającymi gałęziami – ot, takie znamię czasu. No bo przecież nie wszyscy wiedzą, że gałązka może spaść na głowę, a wtedy taki człowiek przeżyje wielką traumę, którą wyleczyć może tylko duże odszkodowanie. Przesadzam? Tylko trochę.

Na szczęście oprócz tych śmiesznych (a może żałosnych?) tabliczek są tam wspaniałe lipy i dęby, malowniczy staw i dróżki zasypane żołędziami. 

 A propos: na takich żołędziach można się poślizgnąć i w rezultacie potłuc tylną część ciała, może więc postawić stosowne tabliczki w liczbie… mnogiej?

Dane nam było widzieć ten przypałacowy park w słońcu, wystrojony pysznymi barwami jesieni.

* * * * * 

Bukowiec 

















 
Do parku w Bukowcu na pewno wrócę aby kontemplować urodę licznie tam rosnących wielkich dębów. Każde duże drzewo jest w moich oczach ładne i warte ochrony, a dęby szczególnie. Nie bez powodu mówi się o nich jako o królewskich drzewach. Dęby to siła, stabilność, pewność, boskość, długowieczność. Nie trzeba wyszukiwać informacji o symbolice tych drzew w naszej, i nie tylko naszej kulturze; wystarczy w ciszy, w skupieniu, przyjrzeć się jednemu z tych okazów pamiętających naszych króli i uświadomić sobie, że patrzymy na żywy organizm, dla którego czas biegnie inaczej niż dla takich jętek jednodniówek jak my.

* * * * * 

Kowary




 
Spacerując po Kowarach w pewnej chwili wyszliśmy zza rogu i wtedy niespodziewane zobaczyłem na wprost majestatyczną Śnieżkę. Wydawała mi się tak bliska, że wystarczyłaby godzinka by wejść na szczyt.

* * * * * 

 Karpniki. 







* * * * * * 

Wojanów.



 





 * * * * * * 

 Zagórze Śląskie 

 Janek zaproponował wyjazd do Zagórza Śląskiego, turystycznej wioski leżącej nad Bystrzycą, rzeką oddzielającą Góry Wałbrzyskie od Sowich. Oczywiście się zgodziłem chcąc odmiany, oderwania od znanych ścieżek i poznania nowych.

 
 
Zobaczyłem wiele ośrodków wypoczynkowych i lokali nastawionych na turystów, piękne jezioro utworzone przez spiętrzenie wody tamą, poznałem górę Choina i jej piękne lasy, zwiedziliśmy zamek Grodno stojący na jej zboczu. Tę część Sudetów dopisuję do swojej listy celów przyszłych wyjazdów, zwłaszcza, że po obejrzeniu mapy wiem, iż kuszących miejsc i szlaków jest tam naprawdę wiele.

 Fortiter et fideliter”, czyli odważnie i wiernie – napis nad bramą zamku Grodno. Stare, masywne mury tej budowli obronnej zrobiły na mnie wrażenie, a już zwłaszcza konstrukcja wieży, na którą oczywiście wszedłem kręcąc się po ciasnych i bardzo stromych schodach.  
Zamek jest częściowo odbudowany i za opłatą udostępniony turystom. Z jednego czy dwóch skrzydeł zostały tylko fragmenty zewnętrznych murów. Widziałem niewielką (na szczęście) wystawę średniowiecznych narzędzi tortur i loch, w którym głodem uśmiercano ludzi.  
Opisy praktyk przy użyciu tych narzędzi są wstrząsającymi dowodami na niewyczerpaną pomysłowość ludzi w zamęczeniu bliźnich, oczywiście dla ich dobra, skoro służyły nakłonieniu torturowanego do wyrzeczenia się diabła albo innej odmiany chrześcijaństwa. Zostawiam temat, bo ciśnienie mi rośnie na myśl o bezmiarze zbrodni popełnionych (i popełnianych) w imię Boga.




 
Widok z wieży jest piękny, rozległy, w pełni panoramiczny, natomiast z punktu widokowego poniżej zamku jest ograniczony drzewami, ale za to jakie fantazyjne sosenki tam rosną! Ścieżka wiedzie bajecznie kolorowym o tej porze roku lasem dębowym. 




 Oczywiście nie ominęliśmy zapory na Bystrzycy. Budowle tego rodzaju, a jest ich trochę w Sudetach, czynią na mnie, techniku mającym pojęcie o konstrukcjach, wielkie wrażenie. Zwłaszcza jeśli uwzględni się skalę trudności budowy przy użyciu techniki sprzed stu lat. Nawet sprzed 110 – przed chwilą sprawdziłem, kiedy była budowana. Z przykrością stwierdzam, że (chyba) wszystkie znane mi zapory sudeckie, tak bardzo potrzebne dla bezpieczeństwa mieszkańców, były budowane przez poprzednich gospodarzach tych ziem, w czasach nieporównywalnie biedniejszych niż obecne.

 



Szlak na górze Choina.





Zamek Grodno.

Wnętrza zamku Grodno.

Ruiny zamku Grodno.

Różności dostrzeżone na szlakach

 Wrzosówka pod Jagniątkowem może chwalić się swoją klasyczną urodą sudeckiego strumienia górskiego.

 Zaskakujące sąsiedztwo: dom w Jagniątkowie przytulony do skalnej ściany.

 Skała przykryta zieloną kołderką. 

 Tulipanowiec przy pałacu w Karpnikach.


 Park w Wojanowie, cudny jesienny ranek.

 Jutrzenka na bezchmurnym niebie, koniec mroźnej nocy.


 Lipa staruszka podtrzymywana specjalnym murem, rośnie na dziedzińcu zamku Grodno.



Kolory jesieni.


Na drugiej mapie zaznaczyłem (chyba) wszystkie miejsca odwiedzone w czasie urlopu. O części z nich jeszcze nie pisałem, ale zrobię to w tym miesiącu.

Może wypadałoby napisać parę słów podsumowania tych pałacowych peregrynacji?

Wcześniej nie widziałem tych pałaców bądź jedynie przechodziłem w ich pobliżu. Prowadzony za rękę, w miłym dla mnie towarzystwie sudeckich znajomych, zobaczyłem je z przyjemnością. Wyremontowane, dopieszczone, estetyczne, klasyczne w kształtach, cieszą oko. Jednak teraz, po upływie dwóch miesięcy, wspominam nie tyle pałacowe mury, co dęby w Bukowcu, skały i buki na Drewniaku, delikatną mgiełkę unoszącą się nad wodą rzeki w mroźny a słoneczny ranek. 

Wspominam przemianę szarobiałego szronu na trawach pałacowego parku w feerię diamentowych skier, gdy pierwsze promienie słońca zamieniły go w świecące kropelki rosy i swoje zaskoczenie, gdy nagle ukazała mi się Śnieżka obok dachów pobliskich domów.

Mam nadzieję na spotkanie się z moimi przewodnikami w czasie kolejnego wyjazdu w Sudety, planowanego na drugą połowę wiosny.

wtorek, 2 grudnia 2025

Pierwsza zimowa

 241125

 Eos ustępowała miejsca rydwanowi Heliosa, gdy mijałem linię zabudowy wioski idąc wprost na czarną ścianę lasu. Między drzewami jaśniała szybko wznosząca się kula naszej gwiazdy. Kiedy odwróciłem się, na białej płaszczyźnie pola zobaczyłem swój niewyraźny jeszcze, długi cień. Śnieg na każdej wystającej nierówności pola i na obrzeżach moich śladów odbijał światło słońca, a w zagłębieniach, w koleinach drogi, na dnie dołków wygniecionych moimi butami, jeszcze widoczne były niebieskoszare kolory świtu.

Mogłem pojechać na Roztocze dzień wcześniej, w niedzielę, ale wiedząc o zapowiadanych opadach przestraszyłem się jazdy bocznymi, zaśnieżonymi szosami. Pojechałem w poniedziałek licząc na przetarcie dróg, i bez niespodzianek przyjechałem do Cieślanek na zachodnim Roztoczu. Parę miesięcy temu poznałem właścicieli gospodarstwa i drogi widocznych na zdjęciu, mam zgodę na parkowanie u nich, ale widząc śnieg i kałuże pokryte cienkim lodem uznałem, że bezpieczniej będzie zostawić samochód w zatoczce przy wioskowej ulicy.

Kiedy ruszyłem w drogę, był pogodny ranek, parę stopni na minusie. Śniegu było jakieś 10 centymetrów, ale po zimnej nocy był sypki, a więc nie utrudniał marszu tak jak mokry i ciężki, chwytający się butów. Wiał przenikliwy zimny wiatr; tak kąsał moje uszy, że musiałem naciągnąć na głowę kaptur i zapiąć go szczelnie pod szyją. Robię tak tylko wtedy gdy muszę, bo pod kapturem czapka często mi się przesuwa i ustawicznie słyszę głośny szelest materiału. Na szczęście miałem na sobie pół szafy i masywniejsze buty mieszczące stopy w dwóch grubych skarpetach. Nie zmarzłem, nie przewróciłem się, poślizgów wiele nie było, a dużo słońca i prawdziwie zimowych widoków. Widziałem zimę, za którą tęsknię w szare, chmurne i zapłakane dni, zimę po prostu piękną.

 


 Częściej stałem niż szedłem patrząc na przemiany barw śniegu w pierwszą godzinę dnia. Wcale nie jest śnieżnobiały, nie. W cieniu widziałem go lekko niebieskiego z dodatkiem szarości, a tam, gdzie dotykało go niskie słońce, miał pomarańczowy odcień zmieniający się w miarę podnoszenia słońca poprzez intensywną żółć do ciepłej bieli. Brakuje mi umiejętności malarza potrafiącego nazwać te wszystkie odcienie barw, a zwłaszcza ich połączeniu z czystą, chłodną, krystaliczną jasnością świeżego śniegu.

Wrócę jeszcze do tematu poruszonego niedawno, mianowicie do roztoczańskich miedz. Wrócę, ponieważ właśnie kształt i duża ilość miedz wyróżniają Roztocze spośród innych wyżynnych krain Polski.

 Dwa boki tego niewielkiego pola na zboczu pagórka ograniczone są miedzą mogącą służyć jako przekrój wszystkich ich rodzajów. Zaczyna się od najzwyklejszej granicy pól, ale dalej zwiększa swoją wysokość, pojawiają się pojedyncze, charakterystycznie pochylone, drzewa, wyżej miedza poszerza się, pojawia się zwarta ściana tarniny, a nad nią wznosi się masywne, duże drzewo. Trzeci bok sąsiaduje z nieuprawianym polem zamieniającym się w lasek z gęstwiną najróżniejszych roślin zielnych, krzewów i drzew. Takie miejsca są schronieniami dla zwierząt. Często widuję niskie przejścia w tarninowych ścianach, a w najustronniejszych zakątkach ślady ich leżenia. Wyżej, w koronach krzewów, budują gniazda ptaki. Takie miejsca są bardzo potrzebne dla ekosystemu: tętnią różnorodnym życiem, chronią gleby, zatrzymują wody opadowe i… upiększają Roztocze.

Uwaga o języku. Coraz częściej słyszę słowo „ekosystem” w odniesieniu do systemu finansowego, komputerowego, każdego. Używane jest, jak mniemam, w znaczeniu wielkiego, rozbudowanego czy skomplikowanego systemu, co jest po prostu błędne i najzwyczajniej głupie. Jest wynikiem dewaluacji nadużywanego słowa „system”. No bo skoro szufelka z uchwytem do zmiotki nazywana jest systemem zamiatania, a puszka farby z pędzlem systemem malowania, to jak nazwać prawdziwy system, czyli złożony układ współpracujących elementów składowych? No i mamy nowe znaczenie „ekosystemu”. Tylko jak teraz będziemy nazywać system ekologiczny?

Obrazki ze szlaku

 Dzikie róże na wysokiej niesymetrycznej miedzy. Czerwień ich owoców na tle białych pól była pięknym akcentem kolorystycznym.

 Moje ślady na polu. W zagłębieniach, pod miedzami, śnieg sięgał ponad kostki.

 Śródpolny zagajnik. Takie miniaturowe lasy są twierdzami Natury, których nie sposób przecenić.

 Czereśniowa miedza. Czereśni rośnie tam kilkanaście, jedna przy drugiej. Mam nadzieję na zobaczenie tych drzew w czasie kwitnienia. Pamiętam, jak do nich trafić.

 

Wielopienna lipa. Moja znajoma od dnia, w którym specjalnie poszedłem do niej i liczyłem pnie, a ma ich kilkanaście.

 Brzezina. Podoba mi się wyraźny kontrast: cały obraz jest czarno-biały poza kilkoma żółtymi liśćmi brzozy. W takiej scenerii ich barwa wydaje się wyjątkowo ładna.

 Zwiewna, zgrabna i powabna znajoma.




 Zimowe krajobrazy.



 W odwiedzinach u znajomych.







 Słońce i śnieg.


 Pola pod śniegiem. Skiby przeoranej ziemi stały się malowniczymi muldami śnieżnymi. Białe, skrzące się płaszczyzny obsianych pól poznaczone są tropami zwierząt, głównie saren i ptaków, ale widziałem też trop łosia.

 


Cichy las zimowy.


 Chmurny przedwieczór.

Trasa: wokół wsi Cieślanki na zachodnim Roztoczu

Statystyka: udało mi się przejść 15,5 km w czasie ośmiu i pół godziny.