Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

czwartek, 3 grudnia 2015

Deszcz, jawory i ciemny las, czyli kolejny dzień w Górach Kaczawskich


291115
Deszcz. Deszcz i zimny wiatr, zwłaszcza rano. Wiatr przewiewający mi głowę tak, jakbym czapki nie miał. Na pewno mam ją? Pomacałem się po głowie, była. Założyłem kominiarkę, a na otwartych przestrzeniach jeszcze naciągałem na głowę kaptur. W ciągu tylu zimowych dni spędzonych w Sudetach nie marzłem nigdy, z wyjątkiem palców rąk i nóg marznących w największe mrozy, jednak dzisiejszy wiatr był wyjątkowo przenikliwy, zimny i wilgotny.
Całą sobotę niebo było bezchmurne, gwiazdy widziałem dzisiaj nad ranem, jadąc na łazęgę. Zdążyłem jeszcze zobaczyć budzenie się Eos, ale wschodu słońca już nie. Dzień był chmurny, ale za to wieczorem, w czasie powrotu, zobaczyłem… gwiazdy. Ktoś najwyraźniej żarty sobie robi ze mnie… W ciągu dnia deszcz mnie moczył, ale wiatr suszył, więc nie przemokłem.
Pojechałem w Chełmy, mało znany mi i rozległy obszar pogórza, w większości zalesiony. Zaparkowałem we wsi Sichów, kilometr od pierwszego celu, wzniesienia Krzyżowa Góra, skuszony znakiem miejsca widokowego i informacją o bazaltowych słupach. Wspomniałem takie słupy widziane na zboczu Mszany, też w Chełmach, ich widok czynił wrażenie, postanowiłem więc od tego miejsca zacząć włóczęgę. Oto zdjęcie bazaltowych słupów na Mszanie:


Eos dopiero przecierała oczy, gdy wszedłem na szczyt. Ładna, intensywnie kolorowa, zorza świeciła nisko, za czarnymi drzewami. 


Kręciłem się po wzgórzu spoglądając na obiecujący spektakl początku dnia, ale nim wzeszło słońca, wszystko zasłoniły bure chmury i zostały nade mną do zmierzchu. Słupy bazaltowe okazały się być mizerne, ale za to widok faktycznie warty był zobaczenia: rozległy na pół widnokręgu, z horyzontem zataczającym krąg aż gdzieś pod Polkowicami i za… to Ostrzyca? Ależ nie, ta jest przecież na wschodzie, patrzę na Grodziec. Wzdłuż linii lasu biegły zielone, pofałdowane pola, piętrzyły się przy sąsiednim wzgórzu, a za nim znikały dotykając nieba – początek mojej dzisiejszej drogi bez drogi. 


Na mapie wypatrzyłem przejścia polnymi drogami aż pod wieś Leszczyna, a ten mój szlak zaczynał się właśnie tędy, polem wzdłuż lasu. Poszedłem. Już po kilkudziesięciu krokach buty zrobiły się ciężkie od przylepionej do nich rozmiękłej ziemi, ale kilometr dalej znalazłem szukaną drogę, kijami zgarnąłem błoto z butów, nogi dostały skrzydeł, wiatr wiał z boku, szło mi się dobrze. Zgodnie ze zwyczajem poznałem wylot drogi we wsi i zawróciłem, chcąc odszukać wśród pól inną drogę; mapa obiecała mi, iż wyjdę nią sporo na północ od wioski, a po drodze trafię na miejsce widokowe. Z doświadczenia wiem, że miejsca zaznaczone na mapie jako szczególnie widokowe niekoniecznie są nimi, ale na ogół odszukuję je wiedziony ciekawością i nadzieją. Chciałem też raz jeszcze przejść tamte rozległe pola śródleśne dla ich typowo kaczawskiej urody. Było tam po prostu ładnie. 



Wśród tych pól, na wysokiej miedzy, właściwie na uskoku gruntu, pod starą czereśnią, urządziłem przerwę śniadaniową. Lubię takie odosobnione zakątki pod drzewami, na otwartych przestrzeniach, przy polnej drodze rzadko widującej człowieka. W takich miejscach mam wrażenie długiego, wielodniowego wędrowania, z celem za górami i rzekami; wrażenie zdania tylko na siebie na dzikim pustkowiu – namiastka prawdziwego wędrowania.
Droga wiodła skrajem lasu, pod wychylonymi ku polom i słońcu konarom drzew, ładna droga, moja droga, której jeśli nawet mam dość, to na dzień czy dwa, tylko dla odpoczynku nóg. Nierzadko już we wtorek, najpóźniej w czwartek, znowu słyszę jej wołanie i chciałbym rzucić wszystko i jechać do niej, iść nią i patrzeć na nią, cieszyć się nią i iść, iść – za zakręt, za garb ziemi, za horyzont.
Pole wrzynało się klinem w lasy, a na samym jego ostrzu miało być miejsce widokowe. Czy na pewno? – powątpiewałem widząc opadanie terenu. Nie uwierzyłbym w stanie we właściwym miejscu, gdyby nie tablica informująca wielkimi literami o widoku. Tekst opiewał jego rozległość sięgającą Karkonoszy i Niziny Śląskiej. Gdzie one? Pół kilometra przede mną stała ściana lasu, Nizina jest za nią, zasłonięta; na prawo horyzont zasłaniała najwyższa w okolicy góra, Rosocha; może przy dobrej widoczności zza jej stoku wystaje rąbek Gór Kaczawskich czy Karkonoszy, może. Ale za to w pobliżu znalazłem stary kamieniołom noszący ciekawą i tęskną nazwę: Ciche Szczęście. 


W stromej ścianie wyrobiska znalazłem wylot chodnika starej kopalni, ale tak niski, że musiałbym czołgać się; uznałem, że aż tak bardzo nie chcę poznać jego przebiegu. W pobliżu przypadkiem znalazłem oznaczenie szlaku, sprawdziłem na mapie, pasował mi, więc poszedłem nim w dół, ku szosie i wiosce. Gdy między drzewami zobaczyłem nitkę szosy, a za nią spore wzgórze zielone oziminą, wyciągnąłem mapę chcąc dowiedzieć się jego nazwy. Na wprost mnie powinien być las, nie pola. Zaintrygowany, postanowiłem nie iść do wioski, a dowiedzieć się dokładnie co widzę, ale drogę ku szosie zagradzał dwumetrowy strumień. Nierzadko przechodzę kaczawskie strumienie, na ogół wystarczy dłuższy krok żeby znaleźć się na drugim jego brzegu, czasami skok, ale bywa też, że idę wzdłuż brzegu szukając brodu lub kamieni tak ułożonych, żeby można było przejść po nich. Tutaj znalazłem je szybko, ale po drugiej stronie był urwisty brzeg sięgający mi głowy. Podpierając się kijami przeszedłem po oślizłych kamieniach, ale na drugim brzegu nie mogłem skręcić ani w lewo, ani w prawo, głęboka woda podmywała brzeg. Udało mi się wdrapać na urwisko chwytając się wystających z ziemi korzeni drzew, przekroczyłem szosę i skrajem lasu i pola z oziminą przysypaną żołędziami i liśćmi dębów, wszedłem na szczyt wzniesienia. Stamtąd zobaczyłem za płytkim siodłem drugi szczyt, wyższy, z kępą drzew na szczycie. Podchodząc pod górę doświadczyłem, jak tyle już razy, cudnego wrażenia otwierania się dalekiego horyzontu przede mną, jakby wynoszenia rozległej ziemi ku górze moim nabieraniem wysokości. Cała droga od szosy była ładna, warta trudu marszu pod górę, a gdy stanąłem na szczycie, westchnąłem oczarowany. Za mną i na boki kaczawskie pola, tutaj wyjątkowo ładne, przede mną rozległość Niziny Śląskiej. Miejsce dopisuję do swojej listy. 






Szczerze mówiąc, nie mam takiej listy, więc może zacznę ją pisać? Ale czy muszę? Moja pamięć jest dziurawa jak kieszeń biedaka, ale te miejsca, które oczarowały mnie, pamięta. Każde jedne pamięta i pamięta też wrażenia tam doznane. Mało jest powodów, dla których warto pracować, a wśród tych nielicznych znajduję poznawanie piękna Ziemi, zajęcie (czy raczej pasja) wyjątkowe pod każdym względem, bo ono potrafi nawet we mnie, osobie z gruntu areligijnej, obudzić doznanie obcowania z sacrum. Miast prawić swoje (nierzadko) nudne lub głupie kazania, księża powinni zabierać wiernych w piękne miejsca Ziemi i pokazywać im je.
-Patrzcie, oto dzieło boże! Podziwiajcie je, bo w nim jest odbicie boskości, a jeśli nie widzicie tutaj piękna, to ślepi jesteście i nie warci zbawienia.
Hmm, może powinienem zostać księdzem? Co ja się tak czepiłem tych karuzel?
Dwie wioski przede mną i wzgórze po lewej pozwoliły mi dokładnie zlokalizować bezimienne wzgórze na którym stałem. Błąd jest na mapie, szlak w rzeczywistości przesunięty jest o około kilometr – na mapie to 2 centymetry, więc nie mało. Kolejny błąd mapy do długiej ich listy. Najdziwniejsza jest obojętność wydawcy, który nawet nie raczył odpisać na mój list.
Szlakiem rowerowym wiodącym polami doszedłem pod Rosochę, najwyższy szczyt w okolicy. Byłby ładny, gdyby nie śmieci wokół (szosa prowadzi na sam szczyt, więc często jest odwiedzany) i paskudne ruiny stacji radiowej; na pocieszenie zostały południowe stoki góry, ładne i z ładnymi widokami na najwyższe masywy kaczawskie i górujące nad nimi Karkonosze.
Była piętnasta, uznałem, że powinienem już wracać, bo do samochodu miałem 5 kilometrów, a za godzinę zacznie się zmierzch. Mogłem wracać szosą, nawet po ciemku i bez możliwości zgubienia drogi, mogłem niebieskim szlakiem przez las. Wolałem szlakiem, ale wtedy lepiej byłoby, gdyby noc nie zastała mnie w lesie, skoro oznaczenia kaczawskich szlaków są szczątkowe, a ja nie mam ani GPS, ani kompasu; dlaczego nie noszę kompasu? Zszedłem do wioski, a tam, na skrzyżowaniu, zobaczyłem ostatni znak niebieskiego szlaku. Początkowo trudno mi było zorientować się, gdzie która szosa prowadzi, jest ich więcej niż na mapie, w końcu poszedłem w wybranym kierunku, ale po paruset metrach zawróciłem nie znajdując znaków szlaku. Iść szosą? Poszedłem, ale, niezdecydowany, zawróciłem po kilku minutach; źle mi się szło szosą. Była godzina 15.30, kończył się dzień, spomiędzy drzew wyłaziła szarość. Zdecydowałem się iść na orientację: znalazłem w miarę szeroki dukt, ustawiłem się plecami do Rosochy i poszedłem. Żeby tylko droga nie skończyła się – taka myśl-prośba kołatała mi się po głowie. Początkowo wyraźna i zmierzająca dokładnie w pożądanym kierunku, później za bardzo skręciła ku północy i na dokładkę nikła, ledwie widoczna między drzewami. Gdy szedłem już nie tyle duktem, co równiejszym terenem między drzewami, doszedłem do szutrowej drogi, jednej z tych robionych przez leśników do wywozu drewna. Skręciłem w prawo, jeszcze pamiętałem właściwy kierunek. Szaro już było, widziałem tylko bliskie drzewa i 30 metrów jaśniejszego pasa drogi przede mną. Las był niespokojny, pełen szmerów i trzasków, górą szumiał wiatr. Wydłużyłem krok, po kwadransie poczułem ostry protest ścięgien w pachwinach, a na dokładkę jakieś podejrzane odgłosy za mną. Obejrzałem się, nic nie zobaczyłem, po chwili znowu szelest i jakby ktoś chwycił z tyłu za plecak. Zatrzymałem się i nie odwracając się (co nie przyszło mi łatwo) zapytałem się siebie, czy noszę portki, czy nie. Noszę, więc mam iść spokojnie, nie tworzyć imaginacji. Poszedłem. Drogi widziałem tylko kilkanaście metrów przed sobą, ale biegła w dobrym kierunku, jednak niewiele dalej skręciła w prawo. Iść nią? Po prawej jest szosa odległa o co najwyżej kilometr, ale czy nie poplątały mi się kierunki? Poszedłem drogą i po chwili zobaczyłem czerwony błysk światła między drzewami nieco na lewo. Od razu domyśliłem się: wieże kopalni lub huty w Polkowicach, albo pewien wielki komin w Legnicy mijany w czasie jazdy w góry; tak czy inaczej mój kierunek. U wylotu zarastającej dróżki zobaczyłem nieco jaśniejszą przestrzeń, to na jej tle migało czerwone, dalekie światło. Pola! Porzuciłem szutrową drogę, chcąc jak najszybciej wyjść na otwartą przestrzeń. Wioska i samochód powinny być nieco na prawo od świateł – kalkulowałem - więc poszedłem w tamtym kierunku, ale widząc przed sobą majaczącą ścianę lasu, skręciłem wprost na światła. Przeszedłem strumień obrosły drzewami, za nimi wolna przestrzeń otworzyła się na pół widnokręgu, poniżej wysokich czerwonych świateł zobaczyłem światła domów odległych o dwa kilometry, ale co ważniejsze, na godzinie czternastej zobaczyłem zarys góry i jaśniejszą nitkę szosy u jej stóp; poznałem ją natychmiast: Krzyżowa Góra, na której byłem o świcie. Szedłem ku niej wielkim polem, starając się omijać błyszczące kałuże, czując ociężałość w nogach niosących kilogramy błota na butach. Szedłem zadowolony z siebie, bo odchylenie od dokładnego kierunku wynosiło ledwie paręset metrów. Kilometr dalej wszedłem między domy Sichowa, przy samochodzie byłem o godzinie 17.15.
W drodze byłem ponad 10 godzin, przeszedłem około 25 kilometrów, wróciłem wiedząc, iż tęsknota za drogą odezwie się dopiero za parę dni.
Na zakończenie parę zdjęć drzew. Wrażenie zrobił na mnie szpaler kasztanowców: dużych, czarnych, niesamowicie wyglądających w ten chmurny dzień. Miałem wrażenie, iż chcą mnie nastraszyć – jak te wiązy z ulicy Wiązów. Najwięcej widziałem jaworów, zrobiłem im dużo zdjęć, chcąc uchwycić zaczątki ich cech charakterystycznych. Widać je na tych dwóch rosnących na urwistym brzegu strumienia: zmarszczki – całkiem jak na skórze - w zagięciu pni i pierwsze wysepki pękania ich kory. Spodobały mi się dwa obejmujące się jawory: ten korzeń wygląda jak ramię, czy noga kochanki założona na oblubieńca. Na tych dwóch zdjęciach widać wyraźnie zmienność w wyglądzie jaworów: są podobnej wielkości, a jedne pozostały niemal całkowicie gładkie, podczas gdy drugie wykształciły swoją najbardziej charakterystyczną cechę – łuszczenie się kory.





4 komentarze:

  1. W szarości zmierzchu świat staje się zupełnie inny, odrealniony, zmysły zawodzą, płatają figle... Zamiast krzewów ludzie, zamiast drzew... no lepiej nie wywoływać straszydeł... Dobrze, że trafiłeś we właściwe miejsce.
    I zgadzam się z Tobą, że większą świątynią jest przestrzeń niż budowla wzniesiona ludzkimi rękoma.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobry wieczór, Anno.
      Zawodzą nas zmysły, owszem, ale... Odkąd poznałem nieco (zaznaczając to ostatnie słowo) ludzką filogenezę, trochę inaczej widzę to zawodzenie. Nasz umysł tak po prostu jest skonstruowany, takie ma „oprogramowanie”, że tworzy wizje, że w szmerze liści dopatruje się odgłosów kroków, a w pniu drzewa widzianego w ciemnościach - sylwetki człowieka. To nie strachliwość, a nasza natura. Po prostu przez całą naszą historię lepiej było dla nas, żebyśmy dostrzegali w dziwnym kształcie człowieka, niż gdybyśmy w krytycznym momencie nie dostrzegli realnego zagrożenia. Ślady minionych czasów są w nas, chociaż teraz już nie zawsze pasują do naszego, ucywilizowanego, świata. Kiedyś zapytałem się kolegi – myśliwego, jakie zwierzę może zagrozić w lesie. Powiedział, że teraz w lesie to człowiek jest zagrożeniem dla wszystkich zwierząt (z wyjątkiem niedźwiedzi, które nie boją się ludzi) i one o tym wiedzą.
      Tak więc w moim odruchowym strachu, w słyszeniu „czegoś” za mną, odezwali się moi, nasi, przodkowie sprzed tysiącleci. Można by potraktować to zdarzenie jako dowód na prawdziwość twierdzenia, iż przeszłość nie umiera cała.
      Sacrum przyrody wyraźnie poczułem po raz pierwszy wiele lat temu, w Beskidach. Pamiętam, że stałem przed wielkim i stromym zboczem góry trochę oszołomiony tym, co czułem; a przecież jeszcze wcześniej też bywałem w górach. Później pomyślałem, że świątynie powinny być budowane (o ile w ogóle) w takich miejscach.
      Gdzieś tutaj, w przepastnych tekstach tego bloga, zapewne jest tekst o tamtych chwilach, ale nie wiem gdzie. Dużo się nazbierało tych tekstów…

      Usuń
  2. Tak, w lesie możemy bać się jedynie przedstawicieli swojego gatunku...
    Gdy napisałeś o beskidzkim sacrum, przypomniałam sobie film nakręcony przez mojego znajomego. Film o beskidzkich kamieniach- miejscach spotkań prześladowanych ewangelików. Najbardziej znany położony jest na stokach Równicy, w miejscu nizwykle urokliwym. Znalazłam link do tego filmu: http://youtu.be/gJFLIrKTS-c

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anno, dziękuję za ten link. Film obejrzałem. Narrator powiedział, że na skutek działania kontrreformacji, ewangelicy nie mogli wyznawać swojej wiary… Dla mnie, nie chrześcijanina, to coś zupełnie niepojętego i niezrozumiałego, bo wszak prześladowcy i prześladowani byli chrześcijanami; z pozycji osoby z zewnątrz, a taką ja zajmuję tutaj, różnice między obydwoma odłamami chrześcijaństwa są nieistotne i drugorzędne, czasami nawet trudne do uchwycenia. Smutne jest to, że stanowiły podstawę prześladowań. Takie miejsca – ukryte w górach miejsca zakazanych nabożeństw – są i w Górach Kaczawskich, niestety. Pozostały także ślady w nazwach, na przykład skalny występ „Kazalnica”; jego nazwa może mieć związek z religijną funkcją kiedyś pełnioną. Ech, człowiek bywa szalonym.
      A w czasie tamtej prawie nocnej drogi przez las trochę strachu miałem. :-)

      Usuń