Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

wtorek, 1 grudnia 2015

Samochodowa filozofia


301115

Nowy samochód rozpieszcza mnie swoją wygodą, przestronnością, cichością, miękkością. Bardzo elastyczny silnik ledwie mruczy, fotel wygodny, biegi włączają się lekko, nic nie jazgocze ani nie skrzypi. 
Są rzeczy i ceny, do których trudno mi się w pełni przyzwyczaić. Na przykład noszony w kieszeni telefon, z którego mogę zadzwonić niezależnie od miejsca przebywania, albo dobry samochód kupowany za miesięczny dochód. Ciągle pamiętam jazdę po obcym mieście w poszukiwaniu sprawnego automatu telefonicznego, albo nocne jazdy pociągiem z ciężkimi bagażami, gdy rano wychodzi się zmęczony, z piaskiem w oczach, na zimny i nieprzytulny peron i wlecze ciężary do autobusu. Dożyłem czasów, w których za kilka tysięcy mogę kupić luksusowy samochód. To nie pomyłka, ani przejęzyczenie: dla mnie ten mój opel vectra jest pojazdem luksusowym, i to nie dlatego, że nie znam samochodów dziesięć czy dwadzieścia razy droższych od niego, bo znam, także zza ich kierownicy. Jednak ten zaspokaja w pełni moje oczekiwania, nie jest więc kompromisem między nimi a możliwością ich zaspokojenia. Na szczęście rzadko, może nawet bardzo rzadko, miewam kompromisy tego rodzaju, z czego jestem po prostu dumny.

Trwa moja przygoda z pokładową gałkologią. Któregoś razu chciałem obejrzeć mapę w samochodzie, ale nie znalazłem włącznika światła w kabinie, mimo iż obmacałem sufit i obejrzałem deskę rozdzielczą, a nawet pomachałem ręką przed kloszem lampki. Poradziłem sobie otwierając drzwi, a w pracy kolega, właściciel opla, powiedział mi, że należy wyciągnąć obrotowy przełącznik świateł drogowych. Hmm, może takie ukrycie tej funkcji ma być intuicyjnie odnajdywane.

O radiu nie powiem nic dobrego, bo jest ono totalną porażką. Jakoś go włączę, ale dlaczego czasami samo przestaje grać – nie wiem. Dlaczego po włączeniu nie chce grać na stacji wcześniej ustawionej, tylko trzeba przełączać na inną – bozia jedna wie. Co oznaczają przyciski PSO, HYT, POK i dziesięć innych tak samo dziko nazwanych, nie wiem i nawet nie chcę wiedzieć. Coś tu jest nie tak z ergonomią, z sensem, z logiką, także z potrzebami. Na Boga, to tylko radio! Siła głosu, strojenie, może jeszcze śledzenie wybranej stacji i cóż więcej? Czasami myślę, że może ze mną coś jest nie tak. To całkiem możliwe, jeśli weźmie się pod uwagę mnogość moich kłopotów tam, gdzie wielu innych ludzi nie ma żadnych. Więc to możliwe, ale broniąc się (co przecież zrozumiałe) powiem, że potrafię ze zrozumieniem przeczytać traktat Arystotelesa, że niewiele wysiłku kosztowało mnie zrozumienie teorii fenotypu rozszerzonego Dawkinsa, że wystarczy mi chwilę popatrzeć na stalową konstrukcję – dla odmiany przykład techniczny - by wiedzieć, jak ona dźwiga swój ciężar. Jednak gdy mam do czynienia z przyciskami, jestem bezradny. Na rozpoznanie czekają dźwignie regulacyjne fotela. Jedną z nich nawet ruszyłem, coś mi się zmieniło pod plecami, więc szybciutko, żeby niczego nie zepsuć, zostawiłem dźwignię, ale kiedyś zawezmę się i rozgryzę ich funkcje. Dlaczego tak? Powodów kilka:

-fotel jest wygodny, zmian ustawienia nie potrzebuje,

-samochód ma oszczędzać mój czas, a nie zajmować go; interesuję się nim wtedy, gdy mam jechać,

-nie bawię się ani samochodem, ani w samochodzie, ja go używam do jeżdżenia. Oczywiście takie jego widzenie nie wyklucza pewnego rodzaju związku emocjonalnego z samochodem długo używanym – jak miałem z fordem – ani dbałości o jego sprawność techniczną. Tyle że u mnie ta dbałość dotyczy tylko funkcji najważniejszych. W fordzie nie naprawiałem zamka drzwi, bo dało się je otwierać i zamykać od środka.

Opel usypia mnie szybciej niż ford, bo po prostu jest zbyt wygodny, zbyt cichy; radio przydałoby mi się do odpędzania Morfeusza, na którego w łóżku czasami czekam długo, a gdy siedzę za kierownicą, przyłazi do mnie nieproszony. Skoro to radio buntuje się, może włożę je pod koło i wypróbuję odporność na zgniatanie? Jeśli nie zda testu, kupię najtańsze z możliwych, takie, które ma nie więcej niż kilka przycisków.

Dzisiaj, siedząc pod drzwiami laboratorium i czekając na wyniki, przejrzałem leżące tam dwa czasopisma motoryzacyjne. Redakcja opisuje w nich samochody na ogół drogie, absurdalnie drogie. Mało, że opisuje, oni się nimi zachwycają, ale jednocześnie i wybrzydzają: w tym mały jest schowek w desce, tamten rozpędza się do setki aż w siedem sekund, podczas gdy konkurent robi to o pół sekundy szybciej. Czytałem i myślałem: po co to? Czym tu się zachłystywać? Tego rodzaju gazety mają wielkie nakłady, a to znaczy, że miliony ludzi kupuje je i ogląda te kolorowe (a coraz brzydsze i droższe) maszyny i… co? Marzy o nich? Wzdycha: ech, mieć taką brykę!? Pewnie tak.

Jeszcze jestem w stanie zrozumieć kogoś, kto zarabia górę pieniędzy i może kupić ot, tak, od ręki – jak ja swojego opla - samochód za sto, trzysta czy pięćset tysięcy, kupić, żeby… właśnie, chyba żeby pochwalić się, ale nie potrafię zrozumieć tych tysięcy ludzi, którzy oszczędzają żeby kupić taki samochód, albo kupują na raty obniżając materialny standard swojego życia na kilka lat. To absurd nie tylko ekonomiczny, ale i życiowy. Rozumuję tak: większość z nas pracuje li tylko dla pieniędzy, ponieważ szczęśliwców, którzy lubią pracę, rozwijają się w niej duchowo, spełniają w jakikolwiek sposób, takich ludzi jest garstka. Cała reszta idzie do pracy, bo musi zarabiać. Praca jest koniecznością ograbiającą nas z czasu. Niewiele będzie przesady w twierdzeniu, iż w pewnej mierze (różnej u różnych ludzi, ale na ogół sporej) praca zabiera nam niemałą część naszego życia. No i teraz widać absurdalność: jest nią zamiana owoców tej pracy na rzecz wcale nie niezbędną do dobrego życia, służącą li tylko przemieszczaniu się.

Dorabiam filozofię do swojej niezamożności? Nie z kilku powodów, tutaj podam ten, który szybciej trafi – tak mniemam - wątpiącym do przekonania: bez dużego wysiłku finansowego mógłbym kupić samochód kilka razy droższy, tylko po co? Na to pytanie nie znajduję odpowiedzi i właśnie z tego jestem dumny.


6 komentarzy:

  1. Prawda? To takie dziwne, że można nie chcieć MIEĆ więcej. Gdy mówię, że nie potrzebuję więcej pieniędzy, gdy pytam po co?, ludzie patrzą na mnie dziwnie. Jasne, lubię żyć wygodnie, mieć odrobinę luksusu, ale własnie- odrobinę. Nie potrzebuję więcej niż mam! (P.S.- nie korzystam z radia w aucie, ale to chyba dlatego, że zazwyczaj gadam z towarzyszem podróży).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj, Aniu. Dziękuję za obecność.
      Tak, ludzie dziwnie patrzą. Ogół nie wierzy, nieliczni uważają takie stanowisko, jak moje i Twoje, za wynik braku pieniędzy, za rezygnację pod ekonomicznym przymusem, a więc w istocie za pocieszanie się wobec braku możliwości zakupu i posiadania. Bardzo rzadko spotykam osoby, które wypracowały w sobie nasze stanowisko, naszą filozofię. Bo przecież nie ma tutaj rezygnacji, poczucia zmuszania się do taniego zakupu, albo rezygnacji z niego, przegrania, niedosytu, ani nic innego równie pejoratywnego. Jest świadomy, w pełni akceptowany, wybór, jest określony sposób wartościowania tego, co ważne, i tego, co mało lub nie ważne. Idę dalej twierdząc, iż takie podejście czyni człowieka wolnym – w przeciwieństwie do tych, którzy muszą mieć, żeby poczuć się dobrze, dowartościować się, pokazać innym.
      Anno, podejrzewam, że gdybyś siedziała obok mnie w samochodzie, radio byłoby wyłączone :-)

      Usuń
  2. To dobrze, że nowy samochód spełnia Twoje oczekiwania. Co do przełączników i przycisków, ja również bywam bezradna - do czasu aż ich nie poznam. A lubię wiedzieć z czym mam do czynienia, jak to działa i po co? Może nadarzy Ci się okazja, by ktoś ze znajomych wyjaśnił Ci obsługę "pokładową", a zobaczysz, że Twoje poczucie komfortu, a może i związek emocjonalny z samochodem, wzrosną.
    Ja również kieruję się zasadą, by nie kupować rzeczy, moim zdaniem, zbyt drogich, niewartych swej ceny. Są jednak ludzie, którzy kochają mieć każdą nowość, lubią otaczać się luksusem (choć nie zawsze potrafią z niego skorzystać) - myślę, że to do nich najcelniej trafiają treści reklamowe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniko, dziękuję.
      Z trafnością reklam niewątpliwie masz rację; siebie mieszczę na przeciwnym biegunie. Niedawno kupowałem preparat z magnezem, zobaczyłem podane mi opakowanie i wtedy przypomniała mi się słuchana wiele razy w radiu, w czasie podróży, reklama tego preparatu. Poprosiłem o inny, nie reklamowany; dodam jeszcze, że nie był to odosobniony przypadek.
      Przyrost jakości jest niewspółmiernie mniejszy od przyrostu ceny, bo rzecz niewiele lepsza, bywa dwa razy droższa. Chociaż z drugiej strony, tych najtańszych też nie warto kupować. Opla kupiłem za 5 tysięcy (za usunięcie wszystkich usterek i wymianę tego, co należało wymienić, wydałem dodatkowo 4 tysiące), ale widziałem samochody i za 2 tysiące, tyle że ich jakość wiele pozostawiała do życzenia. Chciałem kupić pojazd mogący służyć mi kilka lat, a jednym w ważniejszych powodów takiego zamierzenia jest moje przyzwyczajanie się do rzeczy i niechęć ich wymiany. Pewnie ten opel będzie u mnie dopóki nie rozleci się.
      Gałkologii sporo już poznałem, ale… Godzinę temu wyjeżdżałem na miasto, a wracając, obiecałem sobie sprawdzić przeznaczenie tych dźwigni przy fotelu, o których pisałem. No i o obietnicy przypomniałem sobie w pokoju, a teraz już nie chce mi się iść na dwór i pociągać za dźwignie. Najlepiej działa tam klimatyzacja sterowana komputerem. Ma kilka przycisków, ale – wyobraź sobie, Aniko – że wystarczyło mi obejrzeć ikonki przy przyciskach, by wiedzieć co do czego służy! Jednak można zaprojektować urządzenie tak, że nawet ja je obsłużę.
      Jeśli już mowa o przyciskach i ich obsłudze: w popularnej w Polsce ciężarówce DAF jest 16 biegów do przodu, a zmienia się je typową dźwignią i dwoma przełącznikami zamontowanymi na główce dźwigni biegów. Ilekroć jadę dafem po dłuższej przerwie, muszę na nowo oswajać się z tą mnogością biegów i dźwigni…

      Usuń
    2. Zatem pismo obrazkowe nadal ma przyszłość :-)

      Usuń
    3. Dobrze wymyślone ikonki są wygodne i na pewno będą używane. A że pismo jest w zaniku, to przecież prawda powszechnie znana. Najbardziej znamiennym objawem tegoż jest popularność komputerów bez klawiatury, tabletów. Zawsze przy okazji rozmów czy myśli o tym, przypomina mi się kolega, który kiedyś radośnie obwieścił mi, że znalazł kombinację przycisków potrzebną do napisania litery ź. Dopiero po chwili zrozumiałem, dlaczego on jest tak z siebie dumny…
      Aniko, już wiem, do czego służą dźwignie przy fotelu! Natomiast do radia nie mam serca, zmienię je.

      Usuń