Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

środa, 23 marca 2016

Pożegnanie wędrówek


210316
 Może uda mi się wyjechać w góry w kwietniu lub w maju, ale są to plany pisane patykiem na wodzie. Na dzisiejszy, ostatni pewny, wyjazd tego sezonu wybrałem długą trasę w kształcie pętli. Nie chciałem kręcić się po dróżkach jednej okolicy, jak często mam w zwyczaju, chciałem iść i iść. Zmęczyć się, dojść do samochodu na obolałych nogach i paść w fotel; chciałem czuć zmęczenie nóg jeszcze na drugi dzień, a wszystko to w nieustannie odradzającej się nadziei na nasycenie się wędrówką na zapas. Nie udało mi się zrealizować żadnego punktu mojego planu, ale dzień ten mam za jeden z bardziej udanych moich dni kaczawskich. Z wielkiej pętli wyszła mała pętelka już na początku dnia, gdy zostawiwszy opla przy ostatnich domach Komarna, zanurzyłem się w lasy masywu Maślaka. Lasy te są mi niemal nieznane, a chciałem przeciąć je i wyjść na drugą stronę góry, przy widzianych kiedyś Białych Skałach i przy Jaskini Walońskiej. W linii prostej jest to odległość półtora kilometra, ale lasem rosnącym na zboczu jednej z najwyższych gór kaczawskich, więc przejście tego dystansu na przełaj, między drzewami, nie byłoby ani łatwe, ani rozsądne. Jak jest z mapą, wiadomo: drogi niewidoczne z satelity są kreślone bardzo niedokładnie i latami niepoprawiane, a tam, gdzie na mapie spotyka się trzy dróżki, w lesie jest ich siedem – co faktem jest dzisiaj poznanym. Masyw przeszedłem, nie zabłądziłem, ale do celu doszedłem tak okrężną drogą, tak wiele razy zmieniając dukty, że nie miałem szans na jej zapamiętanie. Wtedy obudziła się moja duma kaczawskiego wędrowca.: Jakże to? Mam pójść dalej nie poznawszy tego przejścia? Zacząłem poszukiwania z drugiej strony, czyli od Białych Skał. Po czterech godzinach wędrówek lasami góry poznałem dwie drogi i ich połączenia, ale poznanie pozostałych przejść, w tym najkrótszego wiodącego w poprzek, odłożyłem na inny dzień, nie chcąc całego dnia spędzić bez dalekich widoków.

Z rana padał drobny, suchy śnieg, chwilami obfity, a gdy później zobaczyłem dal w jakiejś przerwie między drzewami, dobra widoczność, mimo całkowicie zachmurzonego nieba, wygoniła mnie na otwarte przestrzenie; zszedłem więc do wioski Podgórki. Gdyby ktoś chciał zrobić niewielką pętlę, taką na kilka godzin spokojnej wędrówki, polecam obejście tej wioski. Trasa będzie wiodła otwartymi zboczami sporych gór otaczających Podgórki ze wszystkich stron, a widoki będą po prostu piękne. Raz jeden przeszedłem tę trasę, dzisiaj tylko jej połowę, ale wrócę tam na pewno. Ze stoku Maślaka widać dobrze Gackową, górę po drugiej stronie doliny. Na początku moich wędrówek przeszedłem jej lasy od północy, zaciekawiony kuszącą nazwą miejsca: Głęboka Dolina. Głęboka? To pójdę tam! Uzbroiłem się w najcięższe moje buciory (wszak wybierałem się w głęboką dolinę) i poszedłem. Ta dolina nie jest głęboka nawet jak na kaczawskie standardy, raczej jest dziką i błotnistą. Z drugiej strony góry łąki podchodzą niemal pod szczyt, nie raz obiecywałem sobie wejść tam, ale jakoś nie było okazji. Gdy dzisiaj zobaczyłem te stoki, uświadomiłem sobie, że skoro tę górę widać z bardzo wielu miejsc Gór Kaczawskich, to znaczy, że z jej szczytu zobaczę bardzo wiele; po raz drugi zostawiłem na boku swoje plany dojścia pod Chrośnicę i poszedłem prosto na Gackową. Już z daleka, z szosy biegnącej podnóżem, zobaczyłem samotne drzewo rosnące na stoku i kilka kształtnych świerków – widok tak ładny, że zapragnąłem dowiedzieć się, jakie to drzewo, ale że najpiękniejsze dróżki biegną granicami lasów i pól lub łąk, zatoczyłem koło, widząc pod lasem nitkę drogi pnącej się po zboczu.

Gdy podszedłem do drzewa i rozpoznałem gatunek, spontanicznie wyszeptałem słowa znane nam wszystkim: … na niej z rzadka ciche grusze siedzą… Podniosłem z ziemi czarny i pomarszczony owoc, przez moment wydawał mi się zielonożółtym, jak te oglądane we wrześniu. 


Grusza na miedzy... Nie wiem dlaczego poczułem łzy w oczach i pieczenie w gardle – jakbym miał płakać. Rozejrzałem się wokół, widok był wspaniały. Chodzę po tych górach dużo, ale tam jeszcze nie byłem, tego widoku nie widziałem, a wart jest częstego oglądania. Tyle moich gór wokół i moich śladów, tyle mojego czasu, wrażeń i chwil tak cennych! Chyba dopiero tam w pełni uświadomiłem sobie, iż ta dzisiejsza wędrówka jest pożegnaniem gór na całe półrocze. 





-Pójdę na Ogiera do tamtych brzóz, pożegnam je! – to postanowienie pojawiło się samo, zupełnie samo, a ja poddałem się mu. Pójdę tam.

Wszedłem wyżej, pod lasem usiadłem na zwalonym pniu i siedziałem długo jak na czas moich zimowych wędrówek, chyba kwadrans. Skoro mam iść na Ogiera, pójdę tamtędy – patrzyłem na widoczne stąd lasy z miejscem zwanym „Za Mostem” - później przetnę rozdroże, łąkami dojdę do przełęczy Widok, a dalej już prosto – szczytami wzgórz pod Ogiera. Na jego południowym stoku, opadającym w Trzmielową Dolinę, rośnie kilka brzóz i dwa różane krzewy – miejsce samo w sobie jest urokliwe, a widoki stamtąd są piękne. Parę już razy siedziałem pod tamtymi brzozami patrząc na otwierającą się przede mną dolinę tak ładną, tak mi bliską. Parę też razy żegnałem się z tymi drzewami na przedwiośniu i obiecywałem odwiedzić je jesienią.

Schodziłem drugim zboczem, właściwie tylko zacząłem zejście, a zatrzymał mnie widok buka, wyjątkowo dużego i bardzo rozłożystego. Gdy oglądałem go ze wszystkich stron, zobaczyłem bliski szczyt góry: na łagodnej obłości postawił ktoś ostry, spiczasty stożek skalny wysokości dziesięciu metrów – jakże mi ominąć go? 



Z jednej strony ściana jest pionowa, ale drugą dało się wejść bezpiecznie. Skały poszarpane, oscypkowe (kruszejące tak, jak ten tradycyjny cukierek, oscypka), tutaj w ładnych kolorach. Na wierzchołku skaliska rośnie pokręcona sosna, rzadki widok w tych górach. Las wokół też nieczęsto spotykanego jest składu, bo bukowo-dębowo-sosnowy.

Dlaczego tak długo omijałem tak ładną górę?

Na łące przy Chrośnickim Rozdrożu stoi szałas; siedząc na jego progu jadłem obiad. Na bliskiej szosie zatrzymały się dwa samochody, inne zwalniały, ich kierowcy patrzyli na mnie. Czy oni nie widzieli nigdy wędrowca jedzącego kanapki? Odchodząc pomyślałem, że od dzisiaj ilekroć zobaczę ten szałas, wspominać będę moje dzisiejsze siedzenie tutaj i jedzony posiłek – kolejny mój ślad w tych górach.

Okrążałem dolinę z wioską rozciągniętą na jej dnie, a góry nad wioską powoli przesuwały się, rozdzielając się lub nachodząc na siebie, okręcały się zmieniając swoje oblicza, pokazywały ukryte wcześniej zbocza, a w miarę tracenia lub zyskiwania wysokości przeze mnie, one też zmieniały swoją wysokość, rosnąc lub malejąc, czasami znacznie -  aż do granicy ich rozpoznania.







W pobliżu przełęczy Widok jest stary, głęboki kamieniołom: ukryta wśród drzew dziura w ziemi z pionowymi ścianami wykutymi ludzkimi rękoma. Kiedyś widziałem tam jaskinię, taką malutką, na przykład dla lisa, i zwierzęce ślady przy niej; wspomniawszy, skręciłem tam chcąc zobaczyć, czy szczelina w skale nadal jest zamieszkała. Jest. Na śniegu zobaczyłem ścieżkę wydeptaną przez… nie wiem przez kogo, nie umiem czytać tropów. Widok ten ucieszył mnie.

Już parę lat temu porzuciłem drogi i szlaki idąc tam, gdzie się mi podoba, gdzie poniosą oczy zaciekawione lub uwiedzione widokami. Teraz też nie zważając na drogi szedłem szczytami wzgórz, albo schodziłem nieco niżej omijając lasy, a że po przecięciu szosy do wioski były to północne stoki, często szedłem po śniegu. Z wierzchu był stwardniały, stary, ale nie wytrzymywał mojego ciężaru, niemal przy każdym kroku buty wpadały mi w śnieg po kostki. Sporo kalorii spala się idąc po takim śniegu, ale to dobrze, bo w ciągu zimy przybyło mnie dwa kilogramy; może dlatego śnieg nie mógł mnie utrzymać?..

Szedłem myśląc coraz częściej o żegnaniu się z górami do jesieni. Mijałem dziwny zagajnik, bo brzozowo-wierzbowo iwowy (czy ja dobrze to napisałem?), patrzyłem na pień świerka roztrzaskany upadkiem na skały i na sterczący z ziemi kikut najeżony kolcami urwanych włókien drewna. Słuchałem chrzęszczącego odgłosu kijów wbijanych w zeskorupiały śnieg albo szelestu trawy rozgarnianej butami. Idąc gryzłem chleb nadziany ziarnami słonecznika, czułem pod zębami ich sprężystą twardość, a czasami nic nie mogłem ugryźć zaklejony ciągnącą się krówką. Wchodziłem na przełęcz wpatrzony przed siebie, na styk dalekiego nieba i bliskiej ziemi, wiedząc, iż za chwilę, za parę kroków, tam właśnie wynurzy się cienka zrazu, ale szybko rosnąca niebieska linia dalekich Karkonoszy. Stałem przy lipie, jednej z tych moich lip, trzymając dłoń na jej pniu i czując jej ciepło; nieco niżej i kilometr dalej widziałem na stoku drugą moją lipę; wiedziałem, że i z nią się przywitam. Klęczałem nad przebiśniegami, a widząc ich delikatność, nie mogłem nadziwić się odporności tych roślin na trudy tak wczesnego kwitnienia.

W postrzeganiu świata i swoich przeżyć czasami udaje się wyjść poza przyzwyczajenie i codzienność, widzieć ostrzej, głębiej, intensywniej. Bywa, że zobaczy się coś, czego wcześniej nie widziało się, mimo oglądania tego wiele razy. Codzienne wrażenia i widoki stają się świeższe, intensywniejsze, odciskające w nas ślad, zauważalne. Patrzę, widzę i zapamiętuję. Jestem tutaj i teraz, odbieram świat i przeżywam go w sobie. Mam przeczucie ważności tej chwili i pamiętania o niej.

Drugą moją dłuższą przerwę zrobiłem pod tamtą kępą brzóz na stoku Ogiera. 



Chciałem usiąść i zagapić się, pozwolić myślom wędrować gdzie chcą, oczom wybierać na co chcą patrzeć, ale nosiła mnie niecierpliwość… nie, to było raczej pragnienie zobaczenia wszystkiego i zewsząd. Kręciłem się więc wokół drzew, patrzyłem na uschnięte listeczki brzóz, liczyłem kolce na odrostach róż, zerwałem jeden owoc i zjadłem (stracił swój dobry smak). Stałem patrząc na Trzmielową Dolinę, odchodziłem parę kroków, wracałem i znowu patrzyłem, a w końcu ponownie z całą siłą uświadomiłem sobie fakt żegnania się z górami i witania karuzel z szaleństwem przeprowadzek, nocami spędzonymi w kabinie scanii i dni z pijanymi klientami.

Oczy zapiekły, obraz rozmazał się; zdjąłem okulary i rękawicą przetarłem twarz.

Zostało dwie godziny do zmierzchu, do samochodu miałem trzy kwadranse drogi, zszedłem więc w Dolinę, odwiedziłem moją prywatną Lipową Dolinkę, zajrzałem między drzewa (nie krzewy!) głogowego lasku, pozwoliłem oczom zaplątać się w splątanym labiryncie konarów głogów i poszedłem na Wysoczkę, wzgórze wznoszące się nad Doliną. Pamiętam i będę pamiętać swój taniec oczarowania sprzed paru laty na szczycie tej górki, gdy będąc tam po raz pierwszy, kręciłem się wokół nie wiedząc gdzie patrzeć, skoro panoramiczny widok z tego wzniesienia jest piękny w każdym kierunku. Cały ten niewielki obszar, ledwie parę kilometrów powierzchni, jest urokliwy; na jego poznawaniu spędziłem kilka dni – na pewno nie ostatnich.






Wracając, zauważyłem więcej niż w widziałem w poprzednim roku bel siana zostawionych przy miedzach i między drzewami zagajników. 



Wiele z nich gnije, a na dokładkę na łąkach widać porzucone butelki po napojach lub olejach – ślady pracy traktorzystów. Nie dość więc, że ci barbarzyńcy zaśmiecają miejsca tak ładne, to jeszcze biurokraci dysponujący finansami państwa bądź Unii, partolą swoją pracę, skoro wydawane przez nich przepisy pozwalają płacić rolnikom za te pozostawione siano zmieniające się na łąkach w gnój.

Wyjechałem trzy kwadranse przed zmrokiem, a że szkoda mi się zrobiło tych minut, postanowiłem wejść na stok Dudziarza. Zjechałem z szosy na łąkę u stóp góry, zakopałem samochód, huśtałem nim kwadrans nim udało mi wyjechać z błota, i szybko-szybko poszedłem w górę. W połowie stoku dotarło do mnie, że jest już za późno na podejście wyżej, do pierwszych drzew. Zatrzymałem się, odwróciłem i patrzyłem na znikające w ciemnościach góry i na paciorki świateł poruszających się szosą.

7 komentarzy:

  1. Witaj, Krzysztof.

    Prawdopodobnie Trzmielowa Dolina nosiła nazwę Trznadlowa Dolina. A trznadel to piękny ptaszek. Tylko ciii..., bo trzmiele mogą się obrazić.
    A tak z innej beczki - trzmiel ma bardzo małe skrzydła w stosunku do wielkości swego ciała i zgodnie z zasadami aerodynamiki nie powinien latać. Ale on o tym nie wie i dlatego lata.

    Pamiętasz, Krzysztof? Widzieliśmy krowy i młode byczki skubiące nędzną trawę. Ba, w pewnym miejscu smutne bydełko stało po kostki w błocie. Czy przy obecnych możliwościach transportowych musi dochodzić do takiego marnotrawstwa, a może ja jestem w błędzie?


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, Janku! Ja też widziałem takie bele siana zjadane przez krowy hodowane w tych górach. Lepiej dla środowiska, a i pożyteczniej, byłoby właścicielowi tego niechcianego siana oddać je hodowcy, albo myśliwym, którzy w zimie wykładają siano w karmnikach; myślę, że oni zabraliby siano z łąki, gdyby było darmowe lub tanie. Nie wiem, dlaczego tak się nie robi, a chciałbym się dowiedzieć. Chciałbym poznać powody tego zaśmiecania Gór Kaczawskich.
      Pamiętam swoje zdziwienie, gdy pierwszy raz widziałem trzmiela: taka spasiona beczułka wisząca w powietrzu. Trznadla nie znam… tak szczerze powiedziawszy, wiem o ptakach zawstydzająco mało…

      Usuń
    2. Trznadel zamieszkuje pola i w miastach oraz parkach spotkać go nie można. Pamiętasz, Krzysztof? Chyba na poprzedniej wędrówce oglądaliśmy gniazdo ptasie osadzone nisko na krzewie głogu? To było prawdopodobnie gniazdo trznadla. Może kiedyś upoluję tego ptaszka.
      A teraz dla urozmaicenia, coś z innej beczki, czyli z ćwiczeń wymowy. Wiersz należy czytać na głos.

      W krzakach rzekł do trznadla trznadel:
      „Możesz mi pożyczyć szpadel?
      Muszę nim przetrzebić chaszcze,
      Bo w nich straszą straszne paszcze.”
      Odrzekł na to drugi trznadel:
      „Niepotrzebny, trznadlu, szpadel!
      Gdy wytrzeszczysz oczy w chaszczach,
      Z krzykiem pierzchnie każda paszcza!”

      Usuń
    3. O, kurcze! Bardzo trzeszczący i chrzęszczący ten wiersz :-)
      Janku, przypomniała mi się historyjka z mojej pracy w Anglii. Kolega nosił w kieszeni karteluszkę z trudnymi wyrazami (konstantynopolitaneczka, na przykład), a to dla „zastrzelenia” Anglików. Kiedyś stwierdziłem, że wcale nie trzeba było gotować takiej artylerii. Otóż Linda, moja kierowniczka, pokazała mi adres w Polsce i poprosiła o przeczytanie nazwy miasta, Warszawy. Wyraźnie wymówiłem to słowo, a ona otworzyła usta, wydała z siebie jeden dźwięk, zamknęła usta i westchnęła w swoim języku:
      -O, mój Boże.

      Gniazdo pamiętam. Wyraziłem wtedy swoje zdziwienie małą wysokością, a więc łatwym dostępem do niego, a Ty zwróciłeś jakże trafną uwagę na osłonę liści.
      Trznadla życzę Ci, Janku. Niech będzie najpiękniejszy i niech pozwoli sfotografować się ze wszystkich stron.

      Usuń
    4. A ja znam jeszcze dłuższy wyraz w języku polskim - Konstantynopolikiewiczówna, albo
      konstantynopolikowianeczka.

      Gniazdo w krzewie ulistnionym staje się niewidoczne dla jakiegokolwiek drapieżnika, a woń głogu maskuje zapach ptaków. Dodatkowo ptaszki znoszą do gniazda części różnych aromatycznych roślin: rumianku, lebiody czy męty. Plątanina gałązek oraz kolce sprawiają, że ptasia siedziba jest niedostępna dla napastnika.

      Usuń
    5. Och, miałem napisać:
      konstantynopolitańczykowianeczka oraz
      konstantynopolitańczykiewiczówna.
      I zamiast mięty napisałem męty - ach ten nasz język.

      Usuń
    6. Janku, chyba nie będę próbować wymówienia tych słów w obawie o całość mojego języka :-)
      Tak się zastanawiam… Konstantynopolitańczykiewiczówna byłaby córką ojca noszącego nazwisko Konstantynopolitańczyk. Tak, jak moja córka jest Gdulówną. Czy dobrze kombinuję?
      Janku, wiem, że ptaki mają dobry wzrok, i to nie tylko sokoły, ale nie wiedziałem nic o węchu. Z Twoich słów wynika, że i ten zmysł mają nieźle rozwinięty. Wiesz coś więcej o tym?

      Usuń