Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

środa, 16 marca 2016

Zimowy dzień przedwiośnia


130316
Nim otworzyłem swoje dopiski z zamiarem pisania o niedzielnym wyjeździe w góry, zadzwoniłem do kolegi; przez trzy kwadranse rozmowy tematy zmieniły się nam parę razy, a było też o komponowaniu muzyki i o pisaniu. Ściślej: o trudności stworzenia czegoś nowego (kolega jest muzykiem), skoro tyle zostało skomponowane i napisane. Twardo obstawałem przy twierdzeniu, iż mimo tylu przepastnych bibliotek, nadal można napisać coś oryginalnego. Gdy po rozmowie otworzyłem edytor tekstu i zawiesiłem palce nad klawiaturą, powiedziałem sobie:

-Skoro tak się wymądrzałeś, to pewnie wiesz, co masz teraz napisać o ostatnim wyjeździe, żeby tekst nie był tylko opisem trasy..

Nie wiem. Rzadko kiedy wiem, co napiszę, a za to często mam wątpliwości, czy w ogóle napisać potrafię. Gdy coś mi zaświta w łepetynie, gdy już zacznę pisać, na ogół myśli i słowa pojawiają się, chociaż rzadko kiedy te słowa potrafią w pełni wyrazić jakąś część moich wrażeń. Już dawno zauważyłem, że z przełożeniem wrażeń i wielu myśli na słowa jest tak, jak z przetłumaczeniem wiersza na inny język: zadanie niemal niewykonalne. Ale próby ponawiam. Tyle zrobić mogę.



Miało pokropić w południe, a później zaświecić słońce. Po raz kolejny okazało się, że z równą skutecznością prognozować pogodę można przy użyciu komputerów, jak i fusów: z  niewielkimi przerwami kropiło cały dzień, a ranne mgły zostały do zmierzchu. Jeśli nawet cofnęły się, to niewiele, czając się kilometr od nas, a nierzadko podchodziły na sto metrów. Za to zmierzch był pogodny, a jadąc z powrotem, widziałem księżyc na bezchmurnym niebie. Tak więc właściwie synoptycy nie pomylili się w swoich prognozach, a jedynie czas zmiany pogody przesunął się im o pół doby.

Janka zabrałem po piątej i na miejscu bylibyśmy już o szóstej, gdyby nie mgła. Pojawiła się gdzieś za Jaworem, od razu gęsta i lepiąca się do samochodu tak szczelnie, że trudno było zobaczyć szosę. Jechaliśmy boczną drogą przez Lipę, a że droga ta składa się głównie ze zwężeń jezdni i z zakrętów, jechałem na drugim biegu z szybkością osiąganą przez żółwia zmęczonego życiem, jednak przed siódmą byliśmy na szlaku. Chcąc chodzić w okolicy Osełki i Żeleźniaka, zwykle zostawiam samochód w Mysłowie, ale tym razem skręciłem w dziurawą szutrówkę pnącą się ku dziwnej wiosce ulokowanej wysoko na zboczu Żeleźniaka, do Radzimowic. Kilka zamieszkałych domków, kilka pustych, czekających na nowych właścicieli, mały ryneczek, dziurawa droga wiodąca do Wojcieszowa i widoki. Ze zbocza góry, zaraz za ostatnim domem, jest widok na południe, w stronę Gór Ołowianych, a od strony Wojcieszowa, sto metrów od zabudowań wioski, jest szczyt sporego wzgórza (mapa nie podaje jego nazwy, kiedyś zapytam się o nią mieszkańców wioski), z którego roztacza się rozległy widok na trzy czwarte widnokręgu. Wiele głównych szczytów kaczawskich mieści się w nim, jeszcze więcej drobnych górek przycupniętych u stóp tych dużych, a blisko stoi swojska, ładna i lubiana Osełka, góra, która spodobała mi się od pierwszej chwili zobaczenia jej parę lat temu. Odwiedzałem ją kilka już razy i dla jej urody odwiedzać będę, jednak dzisiaj odłożyłem wizytę u niej na później; licząc na późniejsze podniesienie się mgły, poszliśmy na zalesione zbocza Żeleźniaka.

Przejścia na północne zbocze przez las zapomnianymi przez ludzi duktami pamiętałem dobrze (kiedyś cały dzień włóczyłem się drogami tej góry): dróżka trawersuje tam stromy stok, a ten opada w dolinę ponad sto metrów; gdyby nie mgła, na wprost zobaczyliśmy okazałego Marcińca.

Śnieg: im wyżej byliśmy, tym więcej było śniegu pod nogami i na świerkowych gałęziach. Na szczycie góry sięgał do kostek, w zaspach wyżej; był mokry, idealny na lepienie bałwana, ale topić się nie miał zamiaru. Na niektórych dróżkach leśnych zostawialiśmy pierwsze ludzkie ślady.



Deszcz: był drobny, zimny, zamarzający na gałązkach brzóz. Drzewa najbardziej wystawione na północny wiatr stały pochylone ciężarem lodu, na ich zwieszonych gałęziach zdarzało się widzieć nie tylko zamarznięte krople, ale i sople; lodowe szkliwo widywaliśmy też na gałęziach całych drzew. Na innych marznący deszcz i mgła wespół z wiatrem utkali grzebienie szadzi; nie tej puchowej, białej i leciutkiej, a ciężkiej, szklistej, na pół zlodowaciałej. 




Mgła. Bliskie pnie świerków były ciemnoszare, wyraziste, nieruchome; dalsze nabierały szarości tracąc wyrazistość, a stojące za nimi były już tylko domysłem, majaczeniem, snem, w końcu nicością stopioną z mgłą. Tak, wiem, drzewa są nieruchome, ale świerkowy las, zwłaszcza wieczorem lub we mgle, inaczej jest nieruchomy, jakby zamarły, albo jakby drzewa eksponowały swoją nieruchomość, podkreślały ją. Jeszcze inaczej, nie wiem jak. Może w ich nieruchomości skupia się bezruch całego lasu: ptaki ucichły, gałęzie znieruchomiały, zwierzyna odpoczywa, bezpieczna, nie widać dali przyciągającej wzrok, widziany świat jest bezruchem, a widzi się tylko pnie świerków niknących we mgle i nic więcej.


Zima. Miał być przedwiosenny dzień (wszak tydzień temu widzieliśmy i słyszeliśmy skowronka!), była zima. Właściwie Zima. W ostatnie jej dni, gdy zbiera siły i raz jeszcze pokazuje swoje oblicze, myślę o niej jak o złośnicy w przełomowym dla kobiety wieku, i zwykle szkoda mi jej i biorę ją w obronę: tak, ona bywa złośliwa, ponieważ nie jest kochana ani podziwiana. Gdyby usłyszała tyle słów pochwały swojej urody, ile słyszy Wiosna, uśmiechnęłaby się tracąc swoją złośliwość. Kochane kobiety nie stają się złośliwe.

Zeszliśmy na dno doliny z postanowieniem pójścia do Czarciego Zagajnika. Według różnych źródeł tak nazywa się las przy skrzyżowaniu leśnych dróg, albo samo skrzyżowanie, a uznawane jest za jedno z najbardziej odludnych miejsc w tych górach. Chyba zgodzę się, ponieważ do najbliższych ludzkich sadyb jest godzina marszu, co w gęsto zamieszkałych Górach Kaczawskich daje sporą odległość. Najprościej dojść tam wygodną szutrową drogą, ale ja chciałem przejść mało używanym duktem biegnącym szczytem zbocza jaru wypłukanego przez strumień Olszanka. Ten jeden raz dzisiaj nie pamiętałem, w którą leśną dróżkę skręcić; pamiętając miejsce wylotu duktu, postanowiłem przejść go wracając. Przeszliśmy i teraz mam nadzieję nie zapomnieć obu końców duktu. Jar miejscami jest stromy i głęboki, ciemny, dziki, odludny, jak cała ta okolica. Podoba mi się. Dzisiaj znalazłem jeszcze jeden dukt, równie mało używany jak ten nasz: skosem po zboczu schodził na dno, przekraczał strumień i niknął między drzewami po drugiej stronie jaru. Kto i gdzie nim jeździł? Gdzie prowadził? – pomyślałem stojąc u brodu. Kiedyś pójdę tą dróżką, zobaczę gdzie prowadziła ludzi.

Słowo o mapie: na mapie przebieg naszych dróg podawany jest bardzo niedokładnie, trudno kierować się jej informacjami także dlatego, że główna droga, szeroka i równa, niemal szosa, na mapie zaznaczona jest tak samo, jak tamten zarastający dukt nad Olszanką.

W pobliżu drogi, w miejscu zaśmieconym i błotnistym, widzieliśmy kępy śnieżyc wiosennych. Ich piękne pochylone główki ozdobione kropelkami wody wyglądały tam, wśród badyli, na skraju rozlewiska, w sąsiedztwie ludzkich brudów, szczególnie bezbronnie i ujmująco.



Od strony lasu wzgórze Owczarek jest tak małe, że będąc tam pierwszy raz nie zauważyłem go, dopiero po dokładnym poznaniu okolicy przyszło mi uznać, iż ta kupka ziemi jest wzgórzem mającym własną nazwę. Kilometr od Owczarka, tuż przy wiosce Radzimowice, wznosi się wzgórze wyraźnie wyższe, okazalsze, a mapa nie podaje jego nazwy; nie znajduję jej także w encyklopedii tych gór. Wypada mi jednak zaznaczyć, że z drugiej strony wzgórze Owczarek jest sporo wyższe i zapewnia naprawdę ładne widoki na Osełkę i całą okolicę. 




Na łagodnie fałdowanym podnóżu Osełki rozciągają się łąki z brzozowymi zagajniczkami, biegną dróżki, płynie strumień; pod szczytem rośnie zgrabny, samotny i wysoki świerk (swoją urodą bardzo kusił Janka), a wszędzie rosną kształtne, chociaż niskie, luźno rozrzucone drzewka głogów; w innym miejscu kilka ciasno rosnących świerków obejmuje schowaną wśród nich brzozę. Oczywiście są różane krzewy na miedzach, a nad strumieniem olsze i głogi. Pobliski masyw Miłka, a widać dobrze całą jego sylwetkę, imponuje stromizną swoich zboczy; lasy tego masywu były dzisiaj oszronione, widok takich lasów na zboczach góry zawsze dodaje jej metrów i uroku.

Oczywiście brzozy. Zauważyłem, że także Jankowi podobają się, a nie jedyne to nasze podobieństwo w widzeniu natury. Mam te drzewa nie tylko za najpiękniejsze ze wszystkich rosnących u nas, ale także za drzewa mające najwięcej kobiecych cech: brzoza jest wiotka i delikatna, nad spodziewanie wytrzymała, a piękną jest o każdej porze roku. Gdy wiosną pokrywa się zieloną mgiełką maleńkich listeczków (tylko ona to potrafi, żadne inne drzewo, nawet modrzew, tak ładny z pędzelkami swoich młodych igiełek, urodą jej ustępuje). Latem, w porze pełnego rozkwitu jej urody, gdy stoję pod zwieszającymi się nade mną długimi gałęziami i patrzę na drżącą na wietrze zieleń drobnych liści, mam wrażenie jej sięgania ku mnie swoimi ramionami w jakże kobiecym geście. Już w sierpniu zaczyna tracić liście, ale nawet w grudniu potrafi paroma ostatnimi listkami wystroić się tak, że przyciąga wzrok. Wtedy kojarzy mi się z kochaną kobietą, które wstaje rozczochrana i zaspana, ale przecież nadal (a nawet dlatego) podoba się. To drzewo, podobnie jak kobieta, roztacza wokół siebie tajemną aurę, w zasięgu której odpoczywa się. Brzozie brakuje chyba tylko kobiecej zmysłowości.



Odkrytymi, więc widokowymi, stokami obeszliśmy Osełkę, a taka możliwość nie jedyną jest jej zaletą. Przywitaliśmy się ze strumykami i z kępami brzóz, obejrzeliśmy ładne lub oryginalne drzewa (dwóch czy trzech nie potrafiłem rozpoznać), czyli po prostu szwendaliśmy się po okolicy, a wędrówkę zakończyliśmy na wzgórzu przy wiosce. Na maszcie smętnie wisiała zmrożona flaga, Połomu nie było widać zza mgły, ale stoki Osełki tak. Zjedliśmy kolację, wypiliśmy resztki herbaty i wróciliśmy na ryneczek wioski. Dziesięć godzin minęło szybko, jak zwykle. Zabrakło słońca i dali, ale widzieliśmy ostatnie chwile prawdziwej zimy i prawdziwie kaczawskie krajobrazy.

Cieszę się z pokazania Jankowi uroku moich gór. Rozstałem się z nim do jesieni, ale ponieważ wiem, że kaczawskiego bakcyla połknął, jeszcze nie jedną drogę poznamy wspólnie. 
To zdjęcie zrobił mi Janek na szczycie Żeleźniaka. Wiele już razy zastanawiałem się, widząc swoje zdjęcie, co też ja noszę w plecaku tak dużym...


















14 komentarzy:

  1. Gdzieś wyczytałem, że zima jest macochą, a z macochami różnie bywa. Są łagodne i bardziej srogie.

    Zauważyłeś, Krzysztof, że trudno usłyszeć szum brzóz?

    OdpowiedzUsuń
  2. A w plecaku masz zwoje kaczawskich dróg.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie, trudno usłyszeć szum brzóz. Hmm, myślę, że z powodu ich wiotkości. One tak się poddają wiatrom, że mały stawiając opór, mało okazji tworzą do szumu.
      Zima macochą? Mnie ona kojarzy się z kobietą w średnim wieku, z zawziętością, czy złością wypisaną na twarzy. Czasami ta zawziętość zmienia się w rozpacz, wtedy szkoda mi jej.
      Zwoje dróg… Fajne. Od lat noszę w nim między innymi zapasowe skarpetki. Raz jeden przez te lata miałem potrzebę ich założenia. Padał wtedy tak duży deszcz, że buty mi przemokły, chciałem założyć suche skarpetki, no i okazało się, że te w plecaku… zamokły. Od tamtej pory wszystkie zapasowe części ubioru noszę zawinięte w osobne woreczki.

      Usuń
    2. Żeby tylko Ci się tylko nie poplątały te swoje skarpetek ze zwojami dróg... Choć skoro są w osobnych woreczkach...

      Latorosłka

      Usuń
    3. O, popatrzcie ją, jaka dowcipna!
      Dobrze, że wpadłaś tutaj, dobrze, że masz pogodny nastrój, Latorosłko.
      Mówi się, że ma się w nogach ileś godzin drogi; ja, po pomyleniu woreczków, mógłbym powiedzieć, że drogę mam na nogach.

      Usuń
  3. Na profilach znajomych obserwowałam, jak zima wróciła w góry. Trochę było mi żal, że mnie potraktowała po macoszemu i poskąpiła swoich uroków w czasie ferii. Oglądając Twoje zdjęcia, Krzysztofie, wydawało mi się, ze słyszę mgielną ciszę, tę taką specyficzną z stłumionymi dalekimi odgłosami, i pojedynczymi bliskimi dźwiękami spadających kropel, trzaskiem gałązek... Poczułam też zapach mokrego lasu. Ba... miałam wrażenie, że nawet odczuwam oblepiającą mnie wilgoć...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Aniu. Skoro takie odniosłaś wrażenie, to znaczy, że zdjęcia nie są zbyt kiepskie. Janek powiedział, że mój aparat dobre robi zdjęcia w zimowe słoneczne dni, w innych gubi się. Może więc ten aparat tak lubi słońce, jak jego właściciel?
      Uświadomiłaś mi, że nie słuchałem lasu we mgle. Może usłyszałbym coś?

      Usuń
    2. A ja słuchałem lasu we mgle...

      Usuń
  4. Tęskno mi już do wiosny, zieleni i ciepłych dni, ale... zima, którą sfotografowałeś jest piękna - zdjęcia 1, 3 i 4 są piękne. Kolejna wspaniała wyprawa!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Aniko. Twoja opinia o zdjęciach ma dla mnie znaczenie. Patrzyłem na chwalone zdjęcia, jednym z nich jest to z gałązkami oblepionymi zlodowaciałą szadzią. Mnie to zdjęcie wydawało się nieco za mało kontrastowe. Dodałem parę procent kontrastu używając programu GIMP; nie więcej, bo wtedy widać było nienaturalność. Aniko, którejś zimy widziałem na brzozach duże sople lodu, wyglądały jak te wiszące na żyrandolach. Gdy powiał wiatr, wydawały szklane odgłosy. Wiele drzew było wtedy przygiętych do ziemi, wiele złamanych. Od tamtego dnia wiem, dlaczego niektóre brzozy, zwłaszcza rosnące na przełęczach i północnych stokach, miewają połamane konary.

      Usuń
  5. Krzysiek, wpadłem z rewizytą. I wydawało mi się, ze słyszę miłosne wezwanie dzięcioła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Janku, pewna moja znajoma powiedziała, że za czasów jej młodości wagi robiono solidne, dobrze pokazujące ciężar, a teraz wszystkie są do kitu, bo pokazują za dużo.
      Czyż nie urocze stwierdzenie?
      Podobnie jest z zegarami. Przed półwieczem rok był rokiem – wielką połacią czasu, a teraz? Teraz jakby do miesiąca się skurczył, a co gorsza, kurczy się dalej.
      Popatrz: minęła już 13 miesięcy od tamtej naszej łazęgi!
      Kiedy??

      Usuń
    2. Ta twoja znajoma, która mówiła o wadze, zapomniała o lustrach. Za czasów mej młodości, fabryki potrafiły produkować naprawdę dobre lustra. Gdy się w nich przejrzałem, tp widziałem przystojnego i gładkolicego mężczyznę. A teraz? Naprawdę nie potrafią sporządzić porządnego lustra, gdy spojrzę w dzisiejsze lustro, to co widzę?

      Trzynaście miesięcy? Matko jedyna, kiedy one minęły?

      Usuń
    3. O, o! Masz rację, Janku, jeszcze lustra są pochrzanione tą nowoczesnością. Kiedyś mówiono, że to wszystko przez „te atomy”, a teraz wypada powiedzieć, że przez te chipy, które wkładają nawet do wag i czajników. Na pewno też do luster, więc i nie dziwota, że pokazują źle.
      Ech, na psy schodzi ten świat i już, tylko my się nie zmieniamy :-)

      Usuń