Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

środa, 2 marca 2016

Poganiany głodem drogi


280216

Przez miesiąc nie byłem w moich górach, a do końca sezonu zostało tylko cztery niedziele. Cztery dni. Czas mnie goni, muszę się śpieszyć.

Parę lat temu, gdy schodziłem z Wilkonia w dolinę, doznałem zauroczenia widokiem wzgórz przede mną i nitkami dróżek spływającymi do wioski. Niedaleko od tamtego miejsca, także we wschodniej części Gór Kaczawskich, przypadkowo znalazłem źródło bezimiennego strumyka: wśród pól, spod krzewu różanego, wypływa czysta stróżka wody i otulając się trawami płynie w stronę Bolkowa; kilometr od źródła biegnie dróżka po wzgórzach; gdy mija stary kamieniołom, zatrzymuje się na chwilę, a ja razem z nią, podziwiając widoki zaliczane przeze mnie do najładniejszych w tych górach. Gdzieś na zboczu wzgórza Lisianki zawróciłem z drogi przestraszony stojącym na niej bydlęciem; pewnie była to krowa, nie byk, ale okazało się, że na torreadora stanowczo się nie nadaję. Wspomnienie tamtych miejsc i chwil pomogło mi zakreślić ambitną pętlę dzisiejszej trasy, takiej na cały dzień, od świtu do zmierzchu, na jedenaście godzin lutowego dnia. Wiele już razy wracałem na drewnianych nogach chcąc nasycić się drogą na zapas i chociaż nigdy nie udało mi się, próby powtarzam. Dzisiaj także: przeszedłem bez mała 30 km i pokonałem kilkusetmetrową różnicę poziomów, jednak na drugi dzień nie odczuwałem żadnych oznak zmęczenia nóg, co odnotowuję z satysfakcją - w końcu kopa (lat) już za mną.

Wstałem o trzeciej, żeby jeszcze przed początkiem dnia być na parkingu pod wzgórzem Wrzosowiska  za Bolkowem. Z moimi wyjazdami nierzadko tak bywa, że na miejscu jestem jeszcze w nocy i siedzę w samochodzie czekając na rozwidnienie się, a w końcu, poganiany niecierpliwością (chciwością też), wychodzę w szarość przedświtu. Tak było i dzisiaj – w drogę ruszyłem o godzinie 6.20.

Strumyk i jego źródło znaleźć było łatwo, nawet udało mi się zrobić jedno zdjęcie poprawnej jakości. 


Trudno mi robić zdjęcia źródłom. Może powód tkwi w sporej, na ogół, różnicy oświetlenia kadru, a może w czarującym obrazie tkwiącym we mnie, obrazie źródełka będącego magicznym miejscem. Oczywiście ta magia tkwi także w obrazie źródła tryskającego spod kamieni, wśród zielonych traw i kwitnących kwiatów, oglądanego w ciepły dzień lata, gdy słucha się chłodnego szmeru wody i dźwięcznego śpiewu skowronka, ale przywoływanie takich letnich obrazów nie jest mi potrzebne dla poczucia magii; najwyraźniej tkwi ona swoimi korzeniami głębiej w moim jestestwie  i nie jest prostym przypomnieniem uroków lata. Grecy stawiali kapliczki dla uczczenia najad, boginek żyjących w wodzie strumyka, w istocie czcząc urocze i życiodajne w ich suchym kraju miejsce. Może ja, Hyperborejczyk, przejąwszy od nich właściwie wszystko co duchowe, przejąłem także stosunek do źródeł i strumieni.

Letnie obrazy oczywiście tkwią we mnie, ale nie narzucają się, nie każą porównywać siebie do zimowych widoków, są dyskretnie schowane. Czasami jednak widzę je: na obraz zszarzałych zimowych wzgórz, zbrązowiałych resztek letniego kwitnienia, czarnych i nagich drzew, błotnistych dróg polnych, nakłada się tamten, urzekający słońcem, kolorami i ciepłem. Raczej nie zdarza mi się porównywać ze sobą tych dwóch tak odmiennych obrazów gór i wyżej oceniać tamten letni, chociaż czasami czuję coś podobnego do żalu o niemożność smakowania jego urody; natomiast coraz częściej zdarza mi się odczuwać jakby rozczulenie, gdy widzę góry w tak ubogiej szacie, rozczulenie tego samego rodzaju, jakie odczuwałem na widok pierwszych zmarszczek na twarzy żony. Natomiast jeśli już pojawi się we mnie pragnienie oglądania tych gór wystrojonych urodą wiosny lub lata, zdarza mi się traktować je jak zdradę tych zimowych, więc moich; wtedy zapewniam góry (jakby były osobą) o podobaniu się, a tamte kolorowe obrazy upycham w zakamarkach pamięci, co kolejnym jest przykładem mojej odruchowej personifikacji natury.

Tak to nie tylko wiedza wpływa na postrzeganie świata, ale i nasze tęsknoty.

Więc jedno zdjęcie źródła mam jako takiej jakości, chociaż to, co na nim widać, nijak się ma do tego, co tam widziałem. Kiedyś obiecałem sobie nazwać to źródełko, ale nie miałem pomysłu na nazwę; dzisiaj zauważyłem, że myślę o nim jak o polnym źródle. Niech więc tak zostanie: Polne Źródełko.

Ledwie kilometr dalej wypiętrzają się niewielkie wzgórza, z których widoki są po prostu kaczawskie, czyli piękne. 




Dzisiaj pomyszkowałem po zarośniętym szczycie najwyższego z tych wzgórz; jest na nim słupek pomiarowy, więc może i nazwę swoją ma, ale nie znam jej, na mapie nie jest podana. Lasu tam nie ma… nie, jest: lasek różano-głogowy. Gdybym miał podać jedną, tylko jedną cechę wyróżniającą te góry, powiedziałbym o takich właśnie laskach. Nie wiem, czy gdzieś w Polsce są inne miejsca, gdzie tak licznie rosną dzikie róże i głogi. Na skraju lasku znalazłem drzewo, przy którym spędziłem przynajmniej kwadrans. Na pierwszy rzut oka głóg, ale takiej wielkości? Drzewo ma pień o średnicy około 40 cm, chociaż pojedynczy jest tylko blisko ziemi, wyżej rozgałęziając się. Czy głóg może być tak duży? Obejrzałem dokładnie pąki - maleńkie, czerwonobrązowe kuleczki, obejrzałem kolce, jakimi stają się końce gałązek, także niesamowite, bo wielokrotne i bardzo gęste, splątanie konarów – niewątpliwie głóg. Wyjątkowy głóg.

Pierwszy lasek głogowy widziałem w Trzmielowej Dolinie, do dzisiaj pozostaje największym; sporą połać zbocza Dudziarza porastają dzikie róże i głogi, podobnie na Wysoczce i w tyluż innych miejscach, natomiast nie pamiętam, żebym widział różany lasek na Różance.

Z tego bezimiennego głogowego wzgórza (a może taką nadać mu nazwę: Głogowe Wzgórze?) widać Lisianki, sporą górkę porosłą lasami, ale z mapy wynika, że nieco niżej szczytu można ją obejść wokół łąkami wrzynającymi się w lasy. Od góry dzieliła mnie dość głęboka dolina i las, ale tym razem mapa podawała na tyle dokładne informacje (albo ja tym razem szedłem tak, jak mapa pokazywała), że szybko i bez przedzierania się przez zarośla wyszedłem na zbocze Lisianki; gorzej poszło ze zdobywaniem wysokości. Właściwie dlaczego lżej się schodzi niż podchodzi w górę? Obszedłem górę tak jak chciałem, poznałem też drogę, z której zawróciłem parę lat temu; pomyszkowałem trochę tu i tam, bo ładne dróżki kusiły mnie swoją urodą, a później wybrałem tę, która obiecywała zaprowadzić mnie w stronę górnej części wioski Stare Rochowice. Stamtąd chciałem przejść lasami do osady Słowików i dalej, via Witomin (lub Bytom, bo te dwie nazwy są podawane), przejść na zbocza Wilkonia – tam, gdzie parę lat temu z drogi schodzącej do wsi widziałem tak piękne widoki. Mapa i tym razem okazała się być dokładna, dlatego odszczekuję wcześniejszy swój sąd o jej aktualizacji w roku dobijania się Chrobrego do bram Kijowa. Może robiły ją służby kartograficzne wojsk Napoleona przy okazji przebijania drogi przez masyw Gór Ołowianych?



W Witominie, małej wiosce wśród lasów i wzgórz, dopadły mnie psy. Niegroźne, ale wielce hałaśliwe kundelki; biegły za mną i jazgotały aż do pierwszych drzew lasu; wspomniałem opowiadanie kolegi z pracy o psie sąsiada ujadającym (pies ujada, nie sąsiad, chociaż w tym przypadku rozróżnienie nie jest kategoryczne) codziennie do północy i o bezsilności kolegi. Działka budowlana powinna być kilkuhektarowa, albo prawo zmienione, albo strzelba w domu – pomyślałem. Czy jestem wrogiem psów? Ależ nie! Śmierć naszego psa tak mocno poruszyła mną i żoną, że postanowiliśmy, iż ten będzie ostatnim; zwolennikiem jestem ciszy i cichych psów, o czym za chwilę.

Za wioską droga przez las jest króciutka, a za nim rozciągają się rozległe łąki. Droga biegnie nimi lekko, tanecznymi zakolami, ocieniając się szpalerem drzew i krzewów; tam właśnie znalazłem pierwszą dzisiaj aleję czereśniową; dla ścisłości: piszę tutaj o wiśni ptasiej zwanej trześnią. Jedne są wiekowe, nadłamane latami i wiatrami, inne młode, prężne, połyskujące ciemnowiśniowym kolorem gładkich kor, a wszystkie razem budzące we mnie wyobrażenie tego miejsca w porze kwitnienia i później, w porze spełniania wiosennych obietnic. Usiadłem na zwalonym drzewie i myszkując wzrokiem po czereśniach, szukałem dogodnych miejsc do drapania się po pniach na czereśniową ucztę. 

Rozległa płaszczyzna łąk pod niewysoką kulminacją Wilkonia nagle jakby zawisa w powietrzu, nieruchomieje na krawędzi załamania płaszczyzny; stojąc na tej granicy, widok ma się rozległy, urozmaicony i po prostu ładny: w dole, wzdłuż doliny, domki wioski z górującą wieżą kościoła, po drugiej stronie doliny liczne wzgórza, wśród nich te moje, na których byłem parę godzin temu, a po prawej, u wylotu doliny, na brzegu Bolkowa zaznaczonego ruinami zamku, wznosi się Chmieliniec, następny cel mojej wędrówki. 



Stojąc tam i rozglądając się w ciszy i samotności, jako że spotkanie człowieka na kaczawskich bezdrożach (właściwie i drogach też) jest rzadkością, nagle usłyszałem tuż za sobą oddech. Był głośny, szybki i sapiący. Obejrzałem się i zobaczyłem psa. Z wyglądu przypominał owczarka, z wielkości cielę. Nie przestraszyłem się, było w tym psie coś, co budziło zaufanie. Odezwałem się do niego, a on spojrzał na mnie, obwąchał moje dłonie i odszedł. Podobał mi się ten pies – w przeciwieństwie do tamtych jazgoczących kundelków.

Korzystając z okazji powiem, że w czasie moich wędrówek parę razy miałem chwile, gdy inaczej chwytałem kij i myśląc o jego stalowym grocie mówiłem sobie: żeby tylko trafić w oko lub w pysk. Na szczęście nigdy nie musiałem sprawdzać swojej celności.

Nie schodziłem do wioski, parokilometrową odległość do wzgórza przeszedłem polami, miedzami lub brzegami strumyków. Późną jesienią i zimą na ogół ciężko idzie się polami, bo albo najeżone są zamarzniętymi grudami ziemi niczym kolczatka rozciągnięta na szosie (bywa, że ta kolczatka zamaskowana jest śniegiem), albo są grząskimi rozlewiskami, albo, jak dzisiaj, wody mają akurat tyle, żeby z ziemi uczynić lepiące się do butów ciasto, od którego buty ważą po parę kilogramów już po kilkunastu krokach. Uciążliwość drogi okraszoną miałem na pół dziecinnym luksusem nieprzejmowania się przemoknięciem butów czy wybrudzeniem spodni.

Chmieliniec jest ładnym wzgórzem, wrócę na nie dla lepszego poznania, dzisiaj tylko przeszedłem dróżką biegnącą połową wysokości zbocza. Są z niej rozległe widoki, przy niej jest szpaler dzikich czereśni, a i sama droga jest z tych, do których wraca się. Ach, zapomniałbym! W pobliżu wzgórza rośnie samotny kasztanowiec; jest duży i rozłożysty, ma fantazyjnie wykręcone gałęzie i nabrzmiałe, lepiące się pąki. Szykuje się do wiosny, staruszek.





U stóp wzgórza, po drugiej stronie sporego potoku, stoją pierwsze domy Bolkowa, za nimi biegnie szosa, a za nią dalsze wzgórza mojego szlaku. Mostu nie widziałem, a rzeczka miał parę metrów szerokości i głębokość pod kolana, co sprawdziłem kijem idąc brzegiem i szukając płycizny lub kamieni. Rośnie tam niewielki las łęgowy z przewagą wierzb. Takie laski spotykam często nad strumieniami, w podmokłych miejscach, a czynią na mnie wrażenie swoim dojmującym smutkiem: są szaro-czarne, jakby martwe, połamane, spróchniałe, omszałe, splątane, z kikutami brunatnych badyli sterczących nad oczkami czarnej wody – słowem: dzikość i smutek, ale też przedziwna i przewrotna uroda. Chciałbym kiedyś przeżyć zimowy zmierzch w odludnym lesie łęgowym. Więc szedłem, ale nie widząc dogodnego przejścia, zacząłem zastanawiać się, czy mogę pozwolić sobie na chwilowe wejście w głęboką wodę. Same buty są wodoszczelne do głębokości około 10 cm, ale dzięki opinającym je ochraniaczom sięgającym kolan… Przejdę, zapewniłem siebie, ale w wodę nie wszedłem. Niewiele dalej przeszedłem suchą stopą, po kamieniach leżących na dnie.

Na północ od Bolkowa są rozległe pola na łagodnych wzgórzach poprzetykanych niewielkimi lasami. Idąc polem z zasianym rzepakiem minąłem las, szczyt wzgórza, zszedłem do płytkiej doliny, a za nią na następne wzniesienie – a końca pola nie było. Ma setki, jeśli nie tysiące, hektarów. Szedłem w stronę wioski Gorzanowice, żeby odwiedzić ładne wzgórze za wioską. Z drogi wybiegającej spomiędzy domów wioski jest widok, który parę lat temu bardzo mi się podobał, dzisiaj chciałem przypomnieć go sobie, a z Młynicznej uczynić punkt zwrotny mojej dzisiejszej trasy. Widok typowy dla kaczawskiego pogórza: fałdy zielonych pól na zboczach łagodnych wzgórz, przykryty lasem szczyt Młynicznej, śródpolna kępa dzikich róż i głogów, coraz cieńsza nitka drogi zaczynająca się u moich stóp, a niknąca w oddali, za wzniesieniem, gdzie ciemniała linia lasu. Znalazłem to wszystko, tylko lasek różano-głogowy jest mniejszy: spora część drzew i krzewów leży wyrwana z korzeniami. Nie wiem komu przeszkadza ta kępa zieleni rosnąca na stromym uskoku pola.




Usiadłem na kupie kamieni leżących pod samotną czereśnią rosnącą na zboczu Młynicznej. Wypiłem resztkę herbaty (była bez soku malinowego, bo zapomniałem go kupić, za co winię moją sklerozę), pogapiłem się na pola i sarny obserwujące mnie z odległości stu metrów. Chmurne popołudnie traciło resztki swoich kolorów, szarzało; kończył się dzień, wstałem więc, założyłem plecak i ruszyłem ku szosie.


5 komentarzy:

  1. Byłeś w górach na przedwiośniu, a teraz znów zima tam panuje! Niesamowite, że tyle śniegu napadało. Z fotografowaniem źródełek mam podobny problem- w naturze cudowne, migotliwe, czasem tajemnicze- na zdjęciach wychodzą prozaiczne i... płaskie . Pewnie to zasługa słabego sprzętu i tak jak piszesz- oświetlenia. A nazwy? Od razu przypomniała mi się scena z Ani z Zielonego Wzgórza, gdy moja ulubiona bohaterka nie mogła zrozumieć, jak urocze miejsca, które odkryła w czasie spaceru mogą się nazywać po prostu jezioro czyjeś tam. ( a przy okazji- spotkałam się z tłumaczeniem Ani z Zielonego Wzgórza tak nieudolnym, że z cudownego języka L.M. Montgomery i jej bogatych opisów nic nie zostało!)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie z tego powodu czasami chciałbym przeczytać cenione przeze mnie książki w ich oryginalnym języku. Wiemy jednak, że dobre tłumaczenie, to znaczy oddające jak najwierniej subtelności tekstu, jest po prostu bardzo trudne.
      Tak, w niedzielę pogoda była przedwiosenna i to z tych ładniejszych: do południa chmury były cienkie, chwilami nawet nieśmiało prześwitywało słońce, co widać na jednym czy dwóch zdjęciach; popołudnie nieco bardziej zachmurzone, ale nie padało, nie wiało i było dość ciepło. W porze obiadowej w plecaku niosłem swetry, a w kieszeni rękawice. Na wyższych stokach, zwłaszcza od północy, leżał śnieg, niżej nie było po nim nawet śladu.
      Natomiast od poniedziałku tutaj, w Lesznie, jest brzydko: padał śnieg, teraz topnieje, jest zimno i wilgotno. Nic to, minie, i przyjdzie ta słoneczna wiosna.
      Aniu, nie jest wykluczone, że już po uruchomieniu karuzel, w kwietniu, może i w maju, będę mógł urwać się w którąś niedzielę na wędrówkę. Cieszę się na myśl o takiej możliwości.
      Lunaparki otwieramy na święta, czyli już za niecałe cztery tygodnie.

      Usuń
    2. Mnie już też nosi. Chciałoby się na dłużej pojechać gdzieś....

      Usuń
  2. Nieutulony w piersi żal,
    bo za jedną siną dalą - druga dal.
    Nie spoczniemy, nim dojdziemy,
    nim zajdziemy w siódmy las,(...)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętam tamte piosenki. Te stare dobre piosenki z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Melodyjne, z ładnymi słowami, nastrojowe. A teraz? Ech. Nie, nie będę marudzić pamiętając o tym, że żadnemu pokoleniu nie podobają się piosenki ludzi dużo młodszych. Zapewne takie samo „ech” postawią dzieci teraz młodych ludzi i rozkochanych w ich muzyce.
      Tylko tego nastroju mi szkoda. Tej poetyckości.
      Z tytułu postu nie jestem zadowolony, Janku. Wkleiłem tekst i wtedy uświadomiłem sobie, że nie mam tytułu, wpisałem pierwsze słowa, jakie przyszły mi na myśl. Słowo „poganiany” ma zbyt negatywny wydźwięk. Podobnie i głód.
      Nie wiem, czy zmieniać, czy zostawić… Masz jakąś propozycję?

      Usuń