Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

czwartek, 2 marca 2017

Prawda i piękno


020317
Na pulpicie komputera mam plik „Kupić”, a w nim spis książek. Gdy przeczytam w książce cenionego autora pochwałę innej książki, albo niechby tylko ciekawy, intrygujący lub ładny cytat, dopisuję ją do mojej listy. Nie pamiętam, kto polecił mi w ten sposób Prawdę i piękno, dość, że któregoś dnia, po odłożeniu jakiejś powtórki, zajrzałem do „Kupić” i po przeczytaniu mojej notki, iż w książce mowa o związkach nauki z pięknem, otworzyłem allegro i kupiłem, mimo bardzo wysokiej ceny. Autor, S. Chandrasekhar, był Hindusem, astrofizykiem pracującym w USA, noblistą. Jako astrofizyk, czyli fizyk badający gwiazdy, określił między innymi warunki wybuchu super nowej; jeden z tych warunków, dotyczący masy, nazwany został od jego nazwiska.

Wyobrażam sobie, że część gości odwiedzających ten blog, zwłaszcza przypadkowych, po przeczytaniu tych paru zdań kliknie na krzyżyk w prawym górnym rogu. Ich wybór. Warto jednak wysilić się, ponieważ piękno tkwi także w zrozumieniu, w tej uroczej chwili wewnętrznego rozjaśnienia, a bywa nawet, chociaż już rzadko, że w błysku.
Dla mnie niemała wartość tego rodzaju lektur jest także w oddaleniu ich tematyki od prozaiczności dnia powszedniego spędzonego w pracy.
Książkę wypełnia kilka okolicznościowych wykładów. Owszem, wysiłek jest potrzebny przy czytaniu, ale tylko tam, gdzie autor jakby się zagalopował odbiegając od tematu w matematyczne wzory. Inaczej mówiąc, (w moim odbiorze) treść książki niezupełnie jest zgodna z tytułem, ponieważ większą jej część wypełniają wspomnienia znanych naukowców i prezentacja ich dokonań. Poza kilkoma fragmentami książki, o pięknie tylko się wspomina, więcej o prawdzie i o dążeniu do niej. Poniżej zamieszczam wybór cytatów ograniczonych do dwóch tematów i uzupełnionych moimi komentarzami, czy raczej luźnymi uwagami a propos. W jednym z wykładów sporo jest o Newtonie, Beethovenie i Szekspirze, ale te strony należy przeczytać całe, trudno ciąć je cytatami.
Dla porządku, w zgodzie z prawem, podam, iż jeśli autor cytuje nie swoje słowa, pod tekstem podaję nazwisko ich autora; jeśli nie podaję, to znaczy, że napisał je autor książki. Wszystkie słowa poza znakami „” i >< są moje.

O autorze książki, z przedmowy pióra Stanisława Mrówczyńskiego:

„Wierzył, że poszukiwanie piękna jest czynnikiem sprawczym badań naukowych. Był rzecznikiem antycznej formuły jedności piękna i prawdy. Chociaż nie uroda, lecz zgodność z faktami doświadczalnymi jest ostatecznym kryterium poprawności fizycznej teorii, tak się jednak dzieje, że teorie, które urzekają prostotą i przejrzystością, zwycięsko wychodzą z konfrontacji z eksperymentem. Wskazuje to na głęboką, choć nieraz trudno uchwytną, harmonię fizycznego świata, która nauka winna odkrywać.”

Cytaty z książki:

„Miecz Marsa nie tknie ani pożar nie osmali
Słów, w których żyjesz, w których żyć będziesz już zawsze.”
Szekspir, słowa z sonetu 55.

Piękne słowa, ale prawdziwe tylko dla wybranych, dla Szekspirów słów. Jednak prawda tych słów jest też inna, bezosobowa. Mieści się w ich zadziwiającej trwałości: słowa żyją, gdy rozsypały się kamienie, na których kiedyś były wyryte, a o ludziach, którzy wypowiedzieli je po raz pierwszy, nie została nawet pamięć. Na każdym kroku, codziennie, mamy do czynienia z takimi niematerialnymi skamielinami, tylko nie zwracamy na nie uwagi. Owa trwałość obywająca się bez materialnego nośnika budzi we mnie pozytywne odczucia, chociaż miałbym kłopot chcąc je nazwać.

„(…) Zarówno w sztuce, jak i w nauce celem jest ta sama trudno uchwytna cecha: piękno.”

 >Ten „wstrząs na widok piękna”, niewiarygodny fakt, że odkrycie, do którego doprowadziło dążenie do piękna w matematyce, znalazło ścisły odpowiednik w Naturze, przekonuje mnie, iż umysł ludzki reaguje najmocniej i najgłębiej właśnie na piękno. W istocie, wszystko, co tu usiłowałem powiedzieć, można zwięźle wyrazić w dwóch łacińskich aforyzmach:
Simplex sigillum veri – Prostota to znak prawdy.
Pulchritudo splendor veritatis – Piękno splendorem prawdy.<

O przeciwstawianiu nauki i sztuki:

„Była na niebie tęcza niepojęta;
Czym jest, już wiemy: została wciągnięta
W nudny katalog rzeczy znanych świetnie.
Filozof skrzydła anioła obetnie (…)”
Keats

Bodajże te właśnie słowa tak poruszyły Richarda Dawkinsa, biologa z Oksfordu i znanego popularyzatora teorii ewolucji, że postanowił dać poecie odpowiedź. Napisał Rozplatanie tęczy, książkę, w której pokazuje urok poznanego i urok nauki; udowadnia w niej coś, co właściwie nie powinno wymagać udowadniania: znajomość tajników świata nie zmniejsza, a zwiększa jego urodę i nasz zachwyt nim. Dodam jeszcze, że słowa „filozof” Keats użył w antycznym rozumieniu: jako tego, który miłuje mądrość; tutaj raczej wiedzę, ale to rozróżnienie jest już dużo młodsze od antyku.
Niejako dla równowagi inne słowa Keatsa:

„Piękno jest prawdą, prawda – pięknem: oto wszystko,
Co wiesz, co ci potrzeba wiedzieć na tej Ziemi.”

A tutaj jeszcze raz o Keatsie, a dalej o zadziwiających myślach łączących Platona z Keplerem oraz naszego ducha z pięknem.

>Dysponujemy zatem dowodami, że teoria stworzona przez uczonego o wyjątkowo rozwiniętej wrażliwości estetycznej może okazać się prawdziwa, nawet jeśli początkowo na to się nie zapowiada. Jak dawno temu napisał Keats: „to, co wyobraźnia chwyta jako piękno, musi być prawdą – niezależnie, czy istniało przedtem, czy też nie”.
Choć to niewiarygodne, nie ulega wątpliwości, że to, co głęboki umysł postrzega jako piękno, znajduje realizację w zewnętrznej naturze.
To, co zrozumiałe, jest również piękne.
Możemy teraz spytać: jak to się dzieje, że piękno w naukach ścisłych staje się rozpoznawalne, nim jeszcze dokładnie je rozumiemy i nim można je racjonalnie wykazać? Na czym polega ta iluminacja?
Nad tym pytaniem głowiło się wielu myślicieli od czasów antycznych. Heisenberg zwrócił uwagę, właśnie w tym kontekście, na pogląd wyrażony przez Platona w Fajdrosie:

Widok piękna wstrząsa i zadziwia duszę, ponieważ czuje ona, że coś się w niej budzi, coś, co nie dotarło do niej z zewnątrz poprzez zmysły, lecz zawsze istniało ukryte głęboko w nieświadomości.
 To samo stanowisko wyraził David Hume w aforyzmie: „Piękno rzeczy istnieje w umyśle, który je kontempluje”.
Kepler był pod takim wrażeniem harmonii natury, którą dostrzegł po odkryciu swoich praw ruchu planet, że w swej Harmonii świata  stwierdził:

Rozważmy teraz pytanie, jak to możliwe, że dusza – która nie angażuje się wcześniej w myślenie pojęciowe, a zatem nie posiada uprzedniej znajomości harmonijnych związków – jest zdolna do ich rozpoznania w zewnętrznym świecie (…).  Odpowiem na to, że wszystkie czyste idee, lub archetypiczne wzory harmonii, o jakich tu mówimy, z natury istnieją w tych, którzy są zdolni je uchwycić. Nie pojawiają się po raz pierwszy w umyśle wskutek procesu pojęciowego, lecz są raczej wytworem intuicji i mają charakter wrodzony.

W bliższych nam czasach Pauli, rozwijając koncepcję Keplera, tak napisał:

Most, wiodący od początkowo nieuporządkowanych danych doświadczalnych do idei, składa się z pierwotnych obrazów, preegzystujących w duszy – to archetypy Keplera. Tych pierwotnych obrazów nie należy kojarzyć ze świadomością, nie są on też związane z konkretnymi ideami, nadającymi się do racjonalnego sformułowania. Chodzi raczej o formy istniejące w nieświadomej części ludzkiej duszy, obrazy o ogromnym ładunku emocjonalnym, których nie myślimy, lecz które jakby podziwiamy. Zachwyt, jaki czujemy w momencie uświadomienia sobie nowego elementu wiedzy, bierze się ze zgodności preegzystujących obrazów z zachowaniem rzeczy zewnętrznych.<
 * * *
Przypominam sobie bardzo ciekawe badania nad moralnością, które dowiodły, iż jej zasady mamy wrodzone. Podstawowych zasad moralności nie uczymy się ani nie czytamy o nich w księgach, my się z nimi rodzimy. Właśnie dlatego nierzadko trudno nam racjonalnie uzasadnić nasze moralne wybory: bardziej je czujemy, niż rozumiemy. Wspominam o tym tutaj, ponieważ dostrzegam cień podobieństwa między naszą moralnością, a odczuwaniem piękna. Ono także jakby tkwiło w nas. Nie jednostkowe, konkretne piękno – to nie byłoby możliwe wobec ogromu oblicz tego zjawiska – a ogólnie piękno, scalone w nas do jednego pierwiastka, jądra czy istoty. Do keplerowskiego archetypu.
W jednej chwili blisko jestem zrozumienia istoty owych obrazów-archetypów, w drugiej oddalam się, bezradny, nic nie rozumiejąc, ale nawet najdalej będąc, czerpię ożywczy powiew z atmosfery tych rozmyślań.

6 komentarzy:

  1. Do odczuwania piękna używam li tylko zmysłów, które pozwalają zobaczyć, dotknąć, posmakować, powąchać, posłuchać, a już filozoficzne rozprawki na ten temat są mi zupełnie obce, bo nawet śmiem wątpić, czy taki filozof widzi piękno tego świata, czy tylko stara się ubrać w mądre wyrażenia, wzory coś, co jest indywidualne dla każdego człowieka; eh! pewnie taka rola filozofów:-) mam tylko kłopoty z opisaniem, nazwaniem swoich odczuć, bo czasami są wzniosłe , przyprawiają o gęsia skórkę, dreszcz na plecach albo tkliwość w sercu; czy odczuwania piękna można się nauczyć? wiele zasad i cech wynosimy z naszych domów, różnych domów, a wrażliwość ... rodzimy się z nią, czy może z czasem wykształca się w nas ... o matko kochana, ależ się zapędziłam, a chciałam tylko powiedzieć, że
    rozczulają mnie mizerne wiosenne kwiatki, kiczowaty zachód słońca czy ptasi koncert o poranku:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Mario, za ten ciekawy komentarz.
      Filozofii raczej nie lubię, mając tę dziedzinę wiedzy za sztukę dzielenia włosa na cztery, ale jednak jest we mnie coś, co w odbiorze innych ludzi łączy mnie ściśle z filozofią, skoro wiele osób nazywa mnie filozofem. U niektórych pobrzmiewa pejoratywny ton, który nie tyle z sobą łączę, co z potocznym widzeniem filozofii.
      Jednak nie przekreślam tej dziedziny wiedzy, a nawet mam blade o niej pojęcie. Na pierwszym poziomie, tym z elementarza, jest ciekawa. Porządkuje i pogłębia widzenie świata, pozwala więcej zrozumieć, uczy kultury myślenia, umożliwia oderwanie się od prozaiczności. W tej książce nie ma filozofii rozumianej potocznie, a jedynie charakterystyczne dla niej pogłębione widzenie paru aspektów naszego życia.
      Czy typowy, akademicki, filozof widzi piękno świata? Nie wiem, ale tutaj skłonny jestem stanąć przy Tobie, jednak z jego postrzeganiem piękna może być tak, jak z autorem książki. Otóż w jednym z wykładów podał wzór matematyczny, ale taki, z którego my, zwykli ludzie, nic nie rozumiemy. Jakieś całki i różniczki rozciągnięte na dwa wersety. Podał ten wzór jako przykład piękna. Rozumiesz, do czego zmierzam, Mario? Podobnie może być z filozofem: może on przeżywa dojście do jakieś scalającej reguły, do szerokich wniosków, wznioślej i głębiej, niż my przeżywamy najcudniejszy wschód słońca czy ulubiony koncert. Wiem, że tak miał Sokrates, jeśli wierzyć tekstom Platona.
      Oczywiście, że samo przeżycie jest ważniejsze i wartościowsze od możliwości jego nazwania czy analizowania. Pierwsze jest źródłem, drugie niekoniecznym dodatkiem, jednak niektórych ludzi po prostu pociągają tego typu rozważania, a ja nie jestem odległy od nich, o ile trzymają się tego pierwszego, ciekawego, poziomu filozofowania.
      Dlaczego kiczowaty zachód, Mario? Ja myślę, że kiczowaty może być jego opis, albo obraz, sam zachód nie jest taki, będąc naturalnym.
      Dla mnie zachód jest nostalgicznym obrazem upływu czasu.

      Usuń
  2. Umiłowanie mądrości nie jest przywarą, prawda?
    Do piękna i prawdy ja dodam jeszcze dobro, ale to nie jest mój wynalazek, a szkoda.

    Zachóda daje nam nadzieję na nowy, lepszy dzień.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jest przywarą, Janku, chociaż różne są znaczenia słowa mądrość. Raczej nie nazwiemy genialnego matematyka czy fizyka mądrym, ponieważ mamy na myśli mądrość potocznie nazywaną życiową. Tym mianem nazwałbym odpowiednie cechy osobowościowe, wiedzę ogólną, zwłaszcza o psychice człowieka, o jego zachowaniach, pewien dystans do siebie i życia, wewnętrzny spokój i pogodę. Teraz przyszło mi do głowy, iż grupę ludzi mądrych życiowo można by podzielić na dwa zasadnicze rodzaje: w jednej grupie zmieściłbym tych, którzy potrafią się w życiu urządzić, w drugiej ludzi, których główną cechą jest prawość i moralność. Taki był Sokrates, ale jednak jego trudno byłoby nazwać osobą mądrą życiowo w potocznym rozumieniu tego wyrażenia. Wszak ta jego prawość wespół z moralnością przyczyniły się do jego zguby, aczkolwiek za mędrca uchodził w swoich kręgach. Byłby więc ten bosy filozof reprezentantem grupy mądrych na sposób filozofów. W ich rozumieniu umiłowania mądrości nie ma nic złego, mimo tego włosa, który czasami dzielą na cztery, i cykuty, którą musiał wypić Sokrates.
      Któż nam zostaje z przywarą? Te cwaniaczki życiowe, których wielu ludzi określa mianem mądrych osób.
      Nasz wewnętrzny, odruchowy sprzeciw w uznaniu tych osób za mądre jest dowodem na łączenie przez ludzi mądrości z dobrem, a nawet więcej: na uznanie dobra jako immanentnej cechy mądrości. Cóż mi wyszło z tych filozoficznych (a jednak!) rozmyślań? Ano, wyszło, iż cwaniaczka nie można nazwać mądrym, ponieważ brakuje mu dobra, a wracając do Twoich słów wypada powiedzieć, że żaden rodzaj umiłowania mądrości nie jest przywarą.

      Usuń
    2. Jeżeli kogoś nazwiemy filozofem, to ogół będzie ten fakt odbierać negatywnie. A gdy na daną osobę powiemy że on umiłował mądrość, to pozostali będą na niego spoglądać z podziwem. I gdzie tu jest prawda?

      Usuń
    3. Janku, a kto z nas zna prawdziwego filozofa? Prawdziwego, to znaczy po odpowiednich studiach (niekoniecznie akademickich, mogą być własne) i stosującego w życiu zasady – takie, jakimi widzieli je Grecy – filozofii? Ja nie znam takiej osoby, nawet nie znam nikogo będącego tylko formalnie filozofem, to znaczy po studiach, z dyplomem, ale niekoniecznie z umiłowaniem mądrości. Tych ludzi jest bardzo mało. Ten i ów zna kogoś, kto liznął ciut filozofii, ale i ci nie są liczni. Myślę, Janku, że gdyby ludzie mieli styczność z filozofami, nie nadaliby tego negatywnego wydźwięku słowu „filozof”. Ten przymiotnik używany jest raczej w znaczeniu „oczytany cwaniak”. Albo tak, jak używa go mój szef: gdy brakuje mu rzeczowego argumentu, mówi „nie filozofuj”. Tak naprawdę w jego ustach (a nie jest wyjątkiem, zapewniam) słowo filozof znaczy „w dupie mam twoje argumenty”.
      Wspomniałem Sokratesa i uświadomiłem sobie, że i on miał wrogów, którzy widzieli w nim nie tylko dziwaka, ale i mądralę, takie głupio-mądrego. Tyle że tak widzieli go ludzie mało wykształceni, tacy, którzy po prostu nie potrafili zrozumieć, o co mu chodzi. Także ci, którym wytykał ich nieprawości i kulawą moralność.
      Mielibyśmy więc dwa powody tej negatywnej oceny: ludzie po prostu opierają się na swoich błędnych wyobrażeniach filozofów, ich samych nie znając, a powodem drugim jest niechęć związana z poczuciem obcości tych osób i ich niezrozumienia. Działa tutaj stara prawda: przy odpowiednio dużej różnicy w wykształceniu, w światopoglądzie, nie ma możliwości porozumienia.

      Usuń