Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

wtorek, 16 grudnia 2014

Grudniowa łazęga


Przełęcz pod Świerkami, zbocza Okola i Pańskiej Wysoczki, Głęboka Dolina, Gackowa, Księża Góra, wieś Lubiechowa, przełęcz pod Świerkami.



Oglądając mapę, wspomniałem pewne skały ukryte w lesie na zboczu Pańskiej Wysoczki i nagle zapragnąłem zobaczyć je ponownie. Poddałem się tej zachciance układając plan całodziennego włóczenia się po masywie Okola, skoro pogoda nie zachęcała do wędrówek otwartymi przestrzeniami. Zapowiadano całkowite zachmurzenie i niewielkie opady, ale nie mgłę. Mgła przyplątała się sama, nieoczekiwana i niechciana, zmuszając mnie do modyfikacji planu. Samochód zostawiłem na przełęczy miedzy Okolem a Świerkami, szosą lubiechowską zszedłem niżej, w stronę Rozdroża, i wszedłem w leśny dukt, a niewiele dalej skręciłem w ścieżkę wiodącą pod górę. Jeśli dobrze idę, skały powinienem zobaczyć po lewej, przytulone do zbocza Wysoczki – myślałem odczuwając ciekawość, czyli poza chęcią zobaczenia tych skał, chodziło mi o sprawdzenie swojej pamięci. Po kilku minutach potwierdziła to satysfakcja, z jaką zobaczyłem ciemny, ledwie majaczący między czarnymi świerkami, kontur skał.







Tym razem nie ograniczyłem się do przejścia obok nich, ale poszedłem ku nim stromym zboczem, doświadczając przydatności twardych podeszew butów, co w tych górach zdarza się rzadko. Tak, w kwestii budowy butów w góry mam zdanie odmienne od ogólnie przyjętego: otóż uważam, że buty robione są ze zbyt sztywną podpodeszwą. Niezrozumiałe jest też dla mnie immanentne łączenie sztywności butów z grubością skóry i odpornością na przemakanie. Po prostu buty niższe, klasy B, idealne na polskie góry, robione są na ogół ze zbyt cienkiej, zbyt delikatnej skóry, szybciej przemakającej w błocie czy w mokrych trawach. Natomiast buty z odporniejszej, grubszej skóry, robione są z bardzo sztywną podpodeszwą, zbyt sztywną nie tylko na Góry Kaczawskie, ale na większość polskich szlaków. W rezultacie trudno o buty idealne. Znalazłem pewną włoską firmę robiącą buty klasy B z grubego juchtu, ale przed zakupem nie ma możliwości ich obejrzenia, zakup byłby w ciemno, a buty do tanich nie należą.

Zaraz, przecież miałem pisać o mojej wędrówce, a nie o butach.

Wdrapałem się na strome zbocze i pod przewieszoną skalną ścianą zarządziłem przerwę dla wypicia herbaty, popatrzenia wokół i posłuchania siebie.

Skały nie są zaznaczone na mapie – kolejna jej dziwna cecha, skoro zaznaczone są skały dużo mniejsze i mniej widowiskowe. Te skały – jak i sąsiednie, tym razem zaznaczone na mapie skały stojące na drugim zboczu Wysoczki, czynią duże wrażenie, zwłaszcza gdy ogląda się je w głębokim półmroku zachmurzonego i mglistego początku grudniowego dnia. Ich dzikość i tak silnie odczuwana przy nich własna samotność; poczucie wieczności trwania tych skał i znikomość długości ludzkiego życia; ich obojętna na wszystko nieruchomość i cykliczność przemian lasu wokół. Dwa oblicza natury: chaotyczne i niepokojące, surowe i zimne, kształty martwych skał, a wokół nich i na nich życie - odmienne od naszego i przez to trudno zrozumiałe, częstokroć delikatne i krótkotrwałe, ale jednocześnie życie trwalsze od tych kamieni, które w pierwszym wrażeniu wydają się być wieczne. W pionowej, popękanej skale wznoszącej się przede mną, dostrzegam okruch ledwie trzymający się macierzystego masywu; wiedziony nagłym impulsem odrywam go, trzymam chwilę w ręku i rzucam w dół zbocza. Do głowy przychodzi mi myśl o przyczynieniu się do zniknięcia tych skał w odległej przyszłości, ale też pojawia się nadzieja, właściwie pewność, dalszego trwania lasu wokół.

Wyżej, pod samym szczytem Pańskiej Wysoczki, są niewielkie, ale malownicze skałki, z których roztacza się ładny widok na dolinę i góry po drugiej stronie – Łysą i Chrośnickie Kopy. Wiedziałem, że nie zobaczę ich dzisiaj, ale poszedłem tam chcąc odwiedzić miejsce i przypomnieć sobie okoliczne ścieżki. Na jednej z nich, zarośniętej trawą metrowej wysokości, zmoczyłem ochraniacze i spodnie powyżej kolan, ale buty okazały się być dzielne, nie przepuściły wody. Szedłem. Sto metrów przede mną znikały we mgle ścieżki i drogi, las wokół stał przygaszony, niemal pozbawiony kolorów, tylko tu i tam małe buki trzymały swoje ładnie zbrązowiałe liście, a modrzewie resztki rudych igieł. Gdy zatrzymywałem się, słyszałem delikatny szelest spadających kropel wiszących na gałęziach drzew.




Wzdłuż masywu, nisko, jego podnóżem, biegnie gruntowa droga. Idąc nią na zachód, po prawej stronie parokrotnie minie się skały prześwitujące między drzewami lasu wznoszącego się po zboczach, a po lewej pas smutnego lasu. Zastanawiałem się nad przymiotnikiem najlepiej oddającym jego charakter, właśnie „smutny” uznałem za najbardziej trafny. Pełno w nim powyginanych konarów, przewróconych, omszałych pni z których wyrastają gęste pędy rwące się do słońca, gąszcz splątanych gałęzi, nierzadko zwisających do ziemi, której nie widać spod rozległych kałuż lub zwalisk uschniętych gałęzi, a wszystko to pod burym niebem, w szarówce mglistego dnia grudniowego. Mówi się o starych wiązach jako o drzewach mogących wystraszyć swoim wyglądem; widziałem takie w UK, w jakimś wiekowym parku, faktycznie wrażenie czyniły duże, ale nie były tak smutne, jak te powyginane i porośnięte mchami pnie wierzb iwa. 







 Taki ze mnie znawca drzew? Takim chciałbym być. Nie będąc pewny gatunku tych drzew, poprosiłem o pomoc autora strony mojedrzewa.pl. To dzięki uprzejmości pana Piotra wiem, że w tamtym lesie rosną te dziwne wierzby tak mało podobne do naszego wyobrażenia wierzb.
Szedłem brzegiem tego lasu, wchodziłem między jego drzewa, zatrzymywałem się i patrzyłem na ten nieprzytulny gąszcz wokół, oczyma wyobraźni widząc wędrowca, który gdzieś tutaj usiadł na zwalonym pniu i zebrawszy kupkę suchszego chrustu rozpalił ogień by ogrzać się w swojej długiej wędrówce. Wsłuchiwałem się w siebie podejmując kolejną próbę poznania przyczyn mojego łażenia w tak brzydką pogodę po takich pustkowiach.

Poszedłem nieznaną mi drogą od Chrośnickiego Rozdroża w stronę Głębokiej Doliny i Gackowej; droga warta przejścia nią po raz drugi – przy dobrej widoczności. 



W lesie dnem jaru płynie strumyk, a dukt przekracza go wysokim mostkiem. Stałem tam chwilę patrząc na strumień i słuchając go; z mapy dowiedziałem się, że gdzieś tutaj jest miejsce zwane „Za mostem” – z tej, czy z tamtej strony strumienia? Nie wiedziałem, ale miejsce i nazwa podobały mi się. Nieco dalej droga przekracza strumień murowanym, nowym brodem – rzadkość warta zobaczenia, bo dająca wyobrażenie o dawnym wędrowaniu gruntowymi drogami. Stałem na środku płytkiego nurtu płynącego płaskim dnem wyłożonym kamieniami i patrzyłem na wodę omywającą moje buty.

Zaczęła padać mżawka, rozejrzałem się i na miejsce chwili przerwy wybrałem dąb pomnikowych rozmiarów. W ranach po uschniętych konarach wypróchniały duże dziuple, pozostałe konary były sękate, powykrzywiane, ale prosty pień był zdrowy. Patrząc na niego wspomniałem scenę ze „Starej baśni” Kraszewskiego i ponownie, jak tyle już razy, zdziwiłem się działaniem ludzkiej pamięci.

Po wyjściu z Głębokiej Doliny, droga wypadała mi otwartą przestrzenią w okolicy Księżej Góry. Odnalazłem to wzgórze, niewielkie, obłe wybrzuszenie pola, ale trzeba mi będzie wrócić tam dla zobaczenia widoków.

Szedłem polnymi drogami głównie na wyczucie, trochę też według mapy, bo mgła nie pozwalała kierować się linią lasów, a chciałem ominąć drogę najprostszą i najpewniejszą, ale jednocześnie nudną – asfaltową szosę biegnącą przez Lubiechowę. Zmierzchało się. Szedłem smakując nostalgię końca późnojesiennego dnia i drogi wśród pól.


czwartek, 4 grudnia 2014

W wietrzny i zimny dzień


Wieś Stara Kraśnica, Kraśnickie Wzgórze, Mochowskie Wzgórze, wieś Rzeszówek, Dworska Góra, Pasternik, lasami pod wieś Jurczyce, szosą do Starej Kraśnicy.


Ciężko mi się szło asfaltem w sztywnych butach górskich, które tak pasują do szosy, jak i do tańca. Wyżej, już na stoku wzgórza, mroźny wiatr przewiewał czapkę i kominiarkę póki nie zapiąłem pod szyją uparty zatrzask spinający kaptur. Zmarzły mi dłonie, później dłuższą chwilę boleśnie czułem mróz pod paznokciami. Wiedziałem jednak, że marsz rozgrzeje mnie i dobrze będzie mi się szło.

Chodziłem w różnych warunkach, zdarzało się, że w mróz kilkunastostopniowy, i nigdy nie zmarzłem, chociaż zawsze na początku mroźnego dnia marzną mi stopy. Przy bardzo niskich temperaturach najłatwiej wyziębić palce rąk. Kanapki jadam wtedy w rękawicach, ale do zrobienia zdjęć muszę je zdejmować; mróz tylko czeka na takie chwile. Dzisiaj nie było dużego mrozu, to wiatr czynił go tak dokuczliwie odczuwalnym.

Z szosy biegnącej zboczem Kraśnickiego Wzgórza, tuż przy wjeździe do kopalni piasku, widok warty jest dłuższej chwili zatrzymania się, a z tego miejsca blisko już na odkryty szczyt wzgórza.

Czekała tam na mnie samotna brzoza, czekałby rozległy widok, gdyby nie mgła ograniczająca widoczność do kilometra.

Polami poszedłem do nieodległego Mochowskiego Wzgórza. Nazwę bierze od sąsiedniej wioski Mochów, więc wzgórze i las są Mochowskie, a Muchowskie, jak podają autorzy mojej mapy i nie tylko oni.

Pola i szosa podchodzą pod szczyt broniony wokół gęstwiną krzewów i młodych drzew, ale przejście znaleźć można; wewnątrz ich okręgu gęstwiny już nie ma, jest cisza i las, a na samym szczycie są okazałe skały wysokości jakieś 10 metrów, od strony szosy niemal pionowe. Czarno-zielono-sine i poszarpane są te skały, od góry porośnięte czapami traw, tu i ówdzie omszałe, obsypane opadłymi liśćmi. Na skalnej półce rośnie parę dębów, a w szczelinach leżą ich żołędzie. 



W zacisznym miejscu, osłonięty skałami, urządziłem przerwę śniadaniową; dobrze mi się tam siedziało, wśród kamieni i drzew, które co prawda zasłaniają widoki, ale jest tam tak ładnie, że na pewno wrócę na to wzgórze.

Tuż przy nim powinna zaczynać się – czytałem mapę - polna droga do Rzeszówka. Była, poprowadziła mnie łagodnymi wzgórzami do wioski, a i widoków nie poskąpiła, zwłaszcza bliżej zabudowań. 



Szedłem, a droga szła przede mną. Tafle lodu pokrywały kałuże; czasami specjalnie stawałem na nie żeby posłuchać ostrych, suchych i chrzęszczących odgłosów ich łamania się.

W pewnym miejscu dróżka przecina wąski pas drzew i zarośli; na ogół jest to rozpoznawalna już z daleka oznaka strumienia. Spotykam kilka takich miejsc każdego dnia swoich wędrówek, ale to miejsce zaskoczyło mnie i oczarowało nagłą odmiennością widoków. Wokół lekko pofałdowane wzgórza, trawy, dalekie widoki, łagodność i brak niespodzianek, a między drzewami, ledwie o krok o tamtych stoków, głęboki i kręty jar, gąszcz roślin, zwaliska kamieni i martwego drewna.

Przeszedłem wioską do drogi prowadzącej na Dworską Górę; jej początek jest oznaczony stosowną tablicą, a droga będąc wygodną, do ładnych nie należy – wyłożona jest betonowymi płytami. Ze szczytu wzgórza widok byłby panoramiczny i ładny, byłby gdyby nie mgła. Widziałem mało wyraźne szczyty na granicy widoczności, ale kiedyś wrócę tam. 



Dzisiaj wróciłem do wioski i przeszedłem na jej drugą stronę, w okolice Pasternika. Stałem na szczycie tego wzgórza i długo patrzyłem na rozległą przestrzeń wokół. Łagodne stoki wzgórz, odległe ściany lasów, stare trawy, a wszystko przymglone, w tonacji czarno-szaro-brązowej, nostalgiczne i… ładne. Tu i tam grupki drzew albo ich nitki osłaniające strumienie, samotne drzewa. Zwłaszcza jedno, wyjątkowo duże, przyciągało mój wzrok. Nagle zapragnąłem dowiedzieć się jakie to drzewo, stanąć pod nim, spojrzeć na to miejsce, na którym stałem teraz, okręcić się wokół siebie i pójść jeszcze dalej. Poszedłem. Dąb powinien mieć status pomnika przyrody; stanąłem pod nim i spojrzałem na szczyt odległego o kilometr Pasternika. 



Pod nogami, wśród żółknących traw, kwiaty – w ostatni dzień listopada! Stokrotki były tak świeże i tak ładne, jakby maj wrócił, a one rano zakwitły, ale licznie spotykane kwiaty rumianku zmęczone były długim oczekiwaniem i zimnem.


Rośliny stroją się kwiatami dla owadów, nie dla nas, co prawdą jest oczywistą. Owszem, ale zadziwia mnie zbieżność gustów naszych, ludzkich, i owadzich. Jakże często to, co przyciąga nasz wzrok, przyciąga i owady. Co prawda one nie oceniają kwiatów w kategoriach estetycznych, jednak trzeba przyznać, że kwiaty kuszą je swoim wyglądem – więc właściwie jest z nimi tak, jak z nami, bo przecież nachylamy się ku nim przyciągani ich wyglądem. Ta wspólnota reakcji ludzi i owadów jest dla mnie fascynująca podwójnie, bo nie tylko na poziomie estetyki, ale i ewolucji, będąc jednym z tysięcznych dowodów na przynależność ludzi i owadów do tego samego świata ziemskich istot żywych.

Dla kogo więc te późnojesienne kwiaty, skoro nie ma już owadów? Czy roślinom przestawiły się ich zegary? Może dla nas? Romantyk, który jest we mnie, łatwo w to uwierzy, ewolucjonista, którym także jestem, silnie powątpiewa. A może te późnojesienne kwiaty czekają na swojego oblubieńca tak, jak czeka starzejąca się panna, przed lustrem starannie dbająca o niknące resztki swojej urody?



Miejsca dopisałem do swojej coraz dłuższej listy miejsc wartych powtórnego odwiedzenia przy ładniejszej pogodzie.

Wróciłem do wioski i kręciłem się po niej szukając początku Czarciej Drogi, którą umyśliłem sobie wrócić do szosy 365 i dalej – do Starej Kraśnicy i samochodu. Tam, gdzie pokazywała mapa, jest tylko droga na podwórze gospodarstwa; spotkana na szosie mieszkanka powiedziała, że pierwszy raz słyszy o takiej drodze. Poszedłem pod górę rozglądając się za drogą, jakąkolwiek drogą. Znalazłem równoległą do poszukiwanej, drogę biegnącą północnym stokiem Dworskiej. 


Zgodnie z mapą powinna ona skręcić w lewo po minięciu tego wzgórza i po paruset metrach połączyć się z Czarcią. Skręciła, już się ucieszyłem, że znajdę poszukiwaną drogę, ale po przejściu tych paru setek metrów skrzyżowania nie było. Przeszedłem jeszcze kawałek, wyszedłem na polanę i tam zobaczyłem, że droga jeszcze raz skręca w lewo, więc w stronę wioski. Zawróciłem, postanawiając znaleźć przedłużenie betonowej drogi, w lesie łączącej się z inną drogą, a ta z kolei... Droga zgubiła mi się na podmokłych łąkach. Kluczyłem, kręciłem się, bezskutecznie, w końcu, poganiany bliskim już końcem dnia, wszedłem w las pierwszym duktem prowadzącym w dobrą stronę. Po kilkuset metrach dukt tak po prostu skończył się pod świerkiem, co nie jest czymś wyjątkowym ani w lasach, ani na otwartych przestrzeniach łąk i pól. Co robić? Wracać, czy iść dalej? Owszem, mogłem zawrócić i dojść do samochodu szosami, okrężną drogą, ale gdybym przeszedł niewiele ponad kilometr lasu przede mną, miałbym znaczne bliżej. Tak, przejście jest łatwe pod warunkiem utrzymania kierunku, a między drzewami zmierzch zacznie się za kwadrans, może za pół godziny, słońca nie widać, kompasu nie mam.

Poszedłem przed siebie starając się sumować swoje skręty w lewo i w prawo. Było dobrze, kierunek wypadał w dół zbocza; było gorzej, gdy zszedłem na dno, bo teren zrobił się podmokły i gęsto zarośnięty chaszczami, a z sumowaniem kierunków było coraz trudniej. Doszedłem do sporego strumienia; podobał mi się, stałem chwilę na brzegu patrząc na niego, nim pomyślałem, że taki spory strumień powinien być oznaczony na mapie. Był, doszedłem do Kamiennika. Z mapy wynikało, że powinienem przeciąć go pod kątem prostym. Było tam spore zbocze porosłe świerkami i gęstym młodniakiem, na szczęście sięgającym ledwie kolan. Szedłem ładnym lasem, między grubymi i bardzo grubymi świerkami, wypatrując prześwitu między drzewami. Jaśniejsze miejsce przywitałem w ulgą, a gdy wyszedłem z lasu, od razu rozpoznałem miejsce: byłem w Jurczycach, tam, gdzie chciałem dojść. Na brzegu szosy usiadłem na pniaku, piłem resztkę herbaty i, pewny bezpiecznego powrotu w ciemnościach, patrzyłem na koniec dnia. Najpierw zmierzch zasłonił dalsze szczyty, później niezauważalnie, jakby podstępnie, skrywał coraz bliższe, w końcu, gdy szedłem szosą do Kraśnicy, zostawił widoczne tylko najbliższe drzewa i kawałek szosy przede mną.






środa, 3 grudnia 2014

Późnolistopadowe Góry Kaczawskie


Wieś Dobków, Piaseczna, Popielnik, podnóżem masywu Marcińca i Rogacza do Wojcieszowa, Zadora, Lipna, Dobków.
 
Mój zwyczaj stałego noszenia w plecaku kominiarki i drugiej pary rękawic, także przezorne, a nawet wbrew spodziewaniu, wzięcie dwóch bluz polarowych, okazały się dzisiaj zbawienne, szczególnie dla moich uszu i palców. Było tylko parę stopni mrozu, ale wiatr był dość silny, wychładzał, przewiewał przez czapkę i kominiarkę, kąsając głowę. Po zdjęciu rękawic dla wypicia herbaty czy zjedzenia kanapki, palce rąk długo dochodziły do normalnego stanu, a kucnięcie za potrzebą było ekstremalnym przeżyciem. W nagrodę wyborny smak gorącej herbaty z sokiem malinowym, herbaty z termosu właśnie dla tej chwili dźwiganego cały dzień.

Pierwszy zimowy weekend na szlaku. Bez dalekich widoków, bo mgła przygoniła horyzont na kilometr ode mnie, ale za to z silnie odczuwaną listopadową nostalgią.
 Dobrym sposobem znalezienia we wsi początku wybranej drogi, jest internet i zasoby google. Wybierając trasę wędrówki ze startem w Dobkowie, zauważyłem na mapie drogę wybiegającą spomiędzy domów wsi i prowadzącą przez łąki pod wzgórze Piaseczna. Zdjęcia satelitarne i te robione z samochodu, pozwoliły mi precyzyjnie określić jej początek, a nawet znaleźć miejsce na samochód. Szaro było, gdy wszedłem na dróżkę i jeszcze w trzy kwadranse później, na Piasecznej, mój aparat stwierdził, że jest za ciemno do robienia zdjęć. Faktycznie, ranek był prawdziwie listopadowy: nie tylko zimny, chmurny i ciemny, ale i z lekka zamglony. Droga podchodziła pod szczyt wzniesienia, przy małej grupce drzew zataczała zgrabny łuk i biegła w stronę lasu; podobało mi się to miejsce, pomyślałem, że w słoneczny i zielony dzień musi być tutaj naprawdę ładnie. Samo wzgórze jest częściowo rozkopane żwirownią, natomiast widoków z niego tylko domyślałem się.

Ten weekend, dwa dni łażenia po kaczawskich wzgórzach, zapamiętam także z powodu polnych dróg.

Szukałem je, znajdowałem i gubiłem; znajdowałem niezaznaczone na mapie albo daremnie szukałem tych zaznaczonych; były kapryśne albo i zwodnicze, bo po prostu kończące się gdzieś na łące lub przy świerku w lesie. Cóż, dla ich urody wybaczam wady.





Wiele kilometrów szedłem na przełaj, łąkami albo nieużytkami, kierunek wybierając według zarysów ścian lasów, albo po prostu na wyczucie. Dochodziłem tam, gdzie chciałem, chociaż na ogół z mniejszym lub większym odchyleniem. Szedłem. Palce stóp nareszcie rozgrzały mi się, buty miałem wygodne, nigdzie nie marzłem, szedłem.

W te dni stwierdziłem, że marsz po zaoranym (tylko zaoranym, bez wyrównania skib) i zamarzniętym polu jest równie uciążliwy, jak marsz kosodrzewiną. Gdy chłostany wiatrem przebrnąłem przez wielką połać takiego pola, z ulgą siadłem na pniaku między pierwszymi drzewami lasu, osłonięty od wiatru. Dopiero po dłuższej chwili uświadomiłem sobie, że siedziałem nie wyciągając termosu, zasłuchany w odgłosy wiatru i zapatrzony w ten szaro-brązowy, smutny las. Taki był, jak większość lasów widzianych w ten weekend, ale w tamtej chwili jakbym coś w nim zobaczył – trudny w spostrzeżeniu i w akceptacji jego urok.

Jedną przerwę miałem w wielce nietypowych warunkach, bo… na kanapie w campingu. Nie wiem kto i po co postawił camping na pustkowiu, chyba myśliwi, a że nie był zamknięty, uznałem, że mogę w nim usiąść dla wypicia herbaty.

Szedłem w stronę Popielnika; gdy dotarłem do szosy łączącej Dobków z Lipą, wzgórze rozpoznałem bez pudła. Najdalszej dali  nie było mi dane widzieć, ale to, co zobaczyłem, podobało mi się; wrócę na to wzgórze na pewno. Z powodu mgły zrezygnowałem z wędrówki na inne okoliczne wzgórza, a wybrałem leśną drogę szczytami długiego masywu – od Marcińca do Trzcińca. Z Popielnika poszedłem na wschód, chcąc dojść do drogi prowadzącej na Marcińca. Dobrze, ale która to droga? No i jak do niej dojść, skoro ta biegnąca w pobliżu wzgórza skończyła się niewiele dalej? Szedłem na przełaj szerokim duktem wyrąbanym w lesie pod linią energetyczną, rozgarniając oszronione wiechcie traw. Tyle razy widziałem te trawy, tak ładne i  charakterystyczne, a nie wiem, jak się one nazywają. 


Dlaczego nie wiem?

Więc dobrze! Klikałem, oglądałem, porównywałem i wyszło mi, że tamte trawy, tak ładnie wyglądające z białosrebrzystymi wiechciami, to wiechlina, chyba zwyczajna, ale za to głowy nie dam. Dzisiaj patrzyłem na wiechcie wiechliny ładnie oszronionej, ale te trawy potrafią też zatrzymywać mrowie miniaturowych kropelek wody. Czasami wystarczy nawet słaby i chwilowy blask słońca, by te drobiny zalśniły połyskiem diamentów.

Wracam na szlak. Doszedłem do poprzecznie biegnącej szutrówki; miejsce skrzyżowania z grubsza odpowiadało usytuowaniu drogi na Marciniec, więc skręciłem w nią. Gdy później droga za bardzo – według mojej oceny - skręcała w prawo, uznałem, że na minionym wcześniej rozwidleniu powinienem wejść w lewą odnogę. Nic to, pomyślałem, tej drogi też nie znam, a że prowadzi w stronę Wojcieszowa, pójdę nią dalej. O kierunku wnioskowałem po jej biegu i nachyleniu stoków, bo słońcem nie mogłem się kierować, a kompasu nie mam. Prowadziła podnóżem masywu, a skończyła się w miasteczku, na ulicy Nadrzecznej, vis a vis wzgórza Młynica.

Przeszedłem kawałek ulicami i wszedłem na znaną mi drogę prowadzącą na Zadorę i dalej – na Lipnę. 



Mając rezerwę czasu, postanowiłem raz jeszcze spróbować znaleźć Kazalnicę, skałę zaznaczoną tam na mojej mapie. Myszkowałem po lasach ze dwie godziny, skały nie znalazłem, może jedynie szczyt pewnego wzgórza, stromy z jednej strony, mógłby uchodzić za kazalnicę, ale skały wychodnej tam nie ma. Ponieważ moja encyklopedia, dokładniejsza od mapy, nie informuje o tej skale, wydaje się, że jest ona kolejnym wymysłem autorów mapy. Znalazłem natomiast nietypową lipę: dwanaście (pilnie policzyłem) pni wyrasta z jednego przyziemia! Po drodze, oglądając drzewa, nauczyłem się, jak mniemam, rozpoznawać młode, o gładkiej jeszcze korze, jawory bez liści. Jestem z siebie dumny, bo niewiedza jest męcząca, czasami niepokojąca.

Pokręciłem się jeszcze po łąkach wokół Lipnej, wszedłem na szczyt jakiegoś jej bezimiennego sąsiada, pogapiłem się na oszronione zagajniki (tylko tam, w okolicy szczytu, drzewa były całe białe) i wszedłem na czarny szlak prowadzący do Dobkowa. 


Przy ścieżce tego szlaku, blisko brzegu lasu, miałem miłą chwilę zapatrzenia: rośnie tam grupa dużych, nawet bardzo dużych, buków. Wszystkie wielkie drzewa tworzą wokół siebie pociągającą aurę, ale buki chyba szczególnie, zwłaszcza gdy ogląda się je nagie, mocarne rozmiarami i pazurami korzeni, czarne i nieruchome, w półmroku jesiennego dnia w lesie.

Gdy wyszedłem z lasu i otworzył się przede mną znany już, ale nadal urzekający widok na wzgórze ze starym kamieniołomem i dalej, na szerokie pola schodzące do wioski. Próbowałem robić zdjęcia, ale aparat stwierdził, że już zbyt ciemno i że dość mu robienia zdjęć na dzisiaj.



Gdy dwa dni wcześniej szukałem noclegu, z powodu wysokiej dla mnie ceny zrezygnowałem z ofert w Dobkowie i zadzwoniłem do znanego mi już gospodarstwa w Proboszczowie, do „Zaczarowanego Ogrodu”. W trakcie rozmowy właścicielka zapytała.:

-A czy pan już nie nocował u nas? Głos wydaje mi się znajomy.

-Nocowałem parę razy.

-To pan jest tym, który chodzi po tych górach?

-Ja.

-To dla pana obniżę cenę.

-Dzięki serdeczne.

Pokój dostałem ten, co zwykle. Dłuższą chwilę rozmawiałem z panią Danutą, a gdy wyszła, zobaczyłem na stoliku lampkę nalewki własnej roboty. Ilekroć nocuję tam, jestem tak ugaszczany. Wiem, że wszyscy goście mają możliwość degustacji, ale przecież tak miło jest myśleć, że tylko ja, tylko dla mnie:)

Do Zaczarowanego Ogrodu przyjechałem o godzinie 17; umyłem termos, wziąłem prysznic, posiedziałem chwilę nad mapą i… co robić, skoro nie wziąłem nic do czytania? Chciałbym poznać ogród, bo tyle go widuję, co mogę zobaczyć jadąc, w świetle reflektorów, ale o tej godzinie nie obejrzę go i dzisiaj.

Położyłem się. Spałem jak aniołek przez 11 godzin.

środa, 26 listopada 2014

Drogi Gór Ołowianych


Świerkowy i Księży Dół.


Od Bolkowa jechałem bocznymi drogami nie tylko dla skrótu, ale i dla satysfakcji poznawania bezimiennych szos ledwie zaznaczonych na mapach: przez Stare Rochowice, a z Płoniny skrótem wprost do Świdnika. Celem dzisiejszej wędrówki były Góry Ołowiane, a wejść na nie chciałem od wschodu, gdzie zaczyna się Droga Wojenna, główny trakt całego masywu tych gór. Samochód zostawiłem na kościelnym parkingu i ledwie rozwidniło się, gdy poszedłem szukać początku drogi. Dzień już taki krótki, trzeba więc wykorzystać go od pierwszych do ostatnich chwil – uzasadniałem sam przed sobą swoje zbyt wczesne wyjście. Eos chyba innego była zdania, bo ledwie uniosła się z pościeli i pokazała maleńki rąbek swojej różowej piżamki, ponownie położyła się spać, w nosie mając swoje ranne obowiązki przygotowania nieboskłonu dla Heliosa. No i w rezultacie ani jutrzenki nie widziałem, ani słońca.

Na wschodnich zboczach gór jest miejsce, gdzie łąki wchodzą długim jęzorem w zalesiony masyw; według mapy Droga Wojenna prowadzi wzdłuż południowej krawędzi lasów. Biegnie tam szutrowa droga, następczyni tej, którą wykonano w czasie wojen napoleońskich. Widoki z tej drogi są ładne – idąc, oglądałem się na ostatnie wzgórza wschodniego pasma. Widziałem na nich moje ślady, ale nie było ich tam zbyt dużo, trzeba mi więc wybrać się tam ponownie.

Wszedłem w gęsty, ciemny las świerkowy, prawdziwy bór. Uspokoiło się, tylko w górze wiał wiatr tarmoszący czupryny drzew. Na pierwszym rozdrożu usiadłem żeby posmakować herbatę i chwilę. Nieoczekiwanie przyniosła mi poczucie samotności w tym lesie tracącym kolory, jesiennym, smutnym, niespokojnym, daleko od ludzi, ale spodobało mi się to wrażenie; byłem tam, gdzie być chciałem, sam na sam z przyrodą i z górami.


Pierwszy mój cel, Księży Dół, znalazłem nadspodziewanie szybko. Jest to, podobnie jak sąsiedni Świerkowy Dół, głęboki jar z zalesionymi zboczami i strumieniem płynącym dnem. Zaczyna się blisko szczytu Turzca i schodzi aż do wioski Miedzianka, około 300 metrów niżej. Zgodnie z zamierzeniem zszedłem dnem aż do granicy lasu, a że drogi nie ma tam żadnej, szedłem korytem strumienia. Marsz łatwy nie był, droga wymagała uważnego stawiania stóp na chwiejących się kamieniach lub próchniejących resztkach drzew i omijania głębszej wody lub rozmiękłej ziemi, ale szło się bez męczącego przedzierania się przez zarośla,. Stoki są wysokie, równe, całe pokryte brązowymi liśćmi rosnącego tam dorodnego lasu bukowego. Za towarzyszy miałem silne poczucie prawdziwie traperskiej wędrówki bezludnymi i dzikimi górami, cichy i przyjemny szmer strumienia, górą natomiast – efektowny kontrast – odgłosy niespokojnego wiatru targającego drzewami. Drugi jar, Świerkowy Dół, jest blisko od tamtego i też jest łatwy do znalezienia. Większy, głębszy od Księżego, chociaż łatwo nim iść, ponieważ wzdłuż strumienia biegnie dukt. 



Wygoda marszu pozwalała częściej gapić się w górę, na stoki, a nie pod nogi. Świerki są, owszem, ale tylko w górnej części jaru, niżej królują buki – nagie, szarostalowe pnie na tle brązowych, stromych stoków, tu i ówdzie najeżonych czarnymi skałami, stoków niemal majestatycznych.

Czasami, patrząc na góry, mam silną świadomość ich niemal wiecznego trwania. Trwania niezupełnie martwego, bo mającego pewien niewielki, ale odczuwalny wtedy pierwiastek życia. Czuję, jakbym patrząc na nie, podpatrywał je w ich tajemnym, niepojętym dla mnie, życiu. Wydaje mi się wtedy, że one nie są zwykłymi tworami przyrody po prostu stojącymi w swoich miejscach od milionów lat, nie są ani dla zwierząt, ani dla moich wrażeń, nie: one są same dla siebie – jakby było w nich coś żywego; coś, co je upodmiotawia i co emanuje na mnie wyjątkowym spokojem wynoszącym mnie ponad małe kłopoty dnia codziennego.

Czuję się wtedy mały i mało ważny ze swoimi ludzkimi bolączkami, jakże często niewartymi zmartwień, czuję się drobinką żyjącą tutaj tylko chwilkę. Uświadamiam sobie szczególnie wyraźnie oczywistą prawdę: wszelki ślad po mnie zaginie, a te góry dalej będą stały tutaj tak, jak stoją teraz.

To wszystko, cały ten strumień myśli obywających się bez słów, przechodzi przeze mnie zostawiając po sobie jakże pożądane ślady: spokój, pogodę i większe docenianie radości zwykłego dnia. Jestem chwilą, ale z możliwością przeżywania.



Uff, znowu wpadłem w proustowsko-filozoficzne tony, wracam więc na szlak.

Gdy w górnej części jaru dukt opuszcza strumień, poszedłem jego brzegiem w górę chcąc zobaczyć źródło. Gdyby oczyścić je z zalegających liści i omszałych gałęzi, byłoby ono klasyczne: woda wycieka spod kamieni, czysta i dźwięczna od pierwszych swoich chwil.

W planie miałem, oprócz poznania obu jarów, przejście całej Drogi Wojennej. W części zachodniej jej przebieg nie jest pewny, z tego powodu, także z braku czasu, nie przeszukałem tego fragmentu gór, ale sporą część całej drogi poznałem. Rowerzystom, ale i pieszym miłośnikom lasów i spokojnej ciszy, drogę tę polecam. Gdy byłem już blisko Różanki, zszedłem północnym zboczem aż do szosy chcąc zobaczyć na stoku zwanym Czerniak początek drogi ładnej widokami, a później powtórzyłem zejście, także dla widoków, czarnym szlakiem. Na mojej mapie postawiono tam znak ładnych widoków – i bardzo słusznie.





Może w nagrodę za nieznalezienie jaskiń na Połomie, dzisiaj znalazłem ruiny dawnego schroniska na zboczu Różanki; jeśli już zauważyło się je, wydają się być łatwe do odnalezienia – ciekawe, czy tak samo jest z jaskiniami.

Rozejrzałem się wokół: nic, żadnego innego śladu poza paroma cegłami wystającymi z ziemi i omszałymi kawałkami betonu, ślady, które nieodległy czas zetrze zupełnie. Oczywiście została sama dróżka, która wtedy na pewno często była używana, ale takie gruntowe drogi bywają trwalsze od ludzkich budowli. Nic więcej, a przecież tutaj mieszkali ludzie. W pokoju patrzącym swoim oknem na to zbocze kłócili się lub kochali, snuli marzenia… Teraz ledwie cegła została z tamtego życia.

Gdy zaczął kropić zapowiadany deszcz, wyciągnąłem ostatni swój nabytek, rękawice mające być nieprzemakalne, a za niewielki grosz kupione z demobilu. Założyłem je, ale po kwadransie zdjąłem, bo deszcz tylko pokropił i było mi w nich zbyt ciepło. Muszą zaczekać na swoją chwilę.

Wracając, postanowiłem wpaść na Turzca, no bo przecież taki nieodległy, a i drogę z tej strony poznałbym. Poszedłem. Z dwóch dróg zaznaczonych na mapie znalazłem jedną, ale za to naprawdę ładną ścieżynkę. Turzca zobaczyłem, a nawet zajrzałem na chwilkę do Jarzębinek, tak po prostu, dla ich zobaczenia, i na dobre zarządziłem odwrót. Zmierzchało się, gdy wyszedłem z lasu, ciemno było, gdy doszedłem do samochodu.





wtorek, 25 listopada 2014

Połom – kamieniołomy i jaskinie

W słoneczne dni wybieram wędrówki otwartymi przestrzeniami, a że na dzisiaj zapowiadano pełne zachmurzenie, pojechałem na Połom z zamiarem zobaczenia jego kamieniołomów i jaskiń. Pierwsze zamierzenie zrealizowałem, drugie nie, ale nic to: jaskinie czekają na mnie.

Pierwszym znalezionym i poznanym kamieniołomem była nieczynna już kopalnia Silesia. To wąwóz długości paruset metrów wykuty w górze, miejsce dzikie, surowe, zwłaszcza pod chmurnym niebem, w ponury dzień listopadowy. Czułem się tak, jakbym trafił w Góry Skaliste; nigdy tam nie byłem, ale tak je sobie wyobrażam: skały, nic, tylko niemal pionowe ściany skalne, tutaj wysokości do 50 metrów. 





Na jednej ze ścian zobaczyłem czarną dziurę – jaskinię, jak mniemałem. Czy to była zaznaczona na mapie Jaskinia Silesia? Chyba tak. Później okazało się, że była pierwszą i ostatnią znalezioną. Mogłem tylko patrzeć na nią, bo wejście było jakieś 10, może 15 metrów od podnóża ściany, dla mnie nie do wejścia bez liny.

Na płaskim dnie tego sztucznego wąwozu leżały duże złomy skalne – zostawione przez ludzi, a może odpadłe od ściany. Duże były gdy stałem przy nich, chociaż w tej wielkiej wyrwie kopalni były drobinami piasku, ale jedna taka drobina położona na ciężarówkę, ugięłaby jej opony swoim ciężarem. Kiedyś, będąc w starym kamieniołomie koło Lubiechowej, pomyślałem, że lata ludzkiej pracy wyszarpały ledwie kawałeczek niewielkiej góry; myśl ta wróciła do mnie teraz: góra, nawet niewielka, jest tak ogromnym tworem natury, że przy niej wysiłki ludzi są niczym dziecięce próby zebrania piasku plaży w jednym miejscu. Myśl ta jeszcze dzisiaj wróciła do mnie, ale w postaci zmienionej aż do odwrotności - w kopalni na zboczu Połomu, gdzie wywieziono już sporą część niemałej góry.

Poszedłem dalej na poszukiwanie jaskiń. Jedna z nich, Śmiertelna, na mojej mapie zaznaczona jest dokładnie na drodze, ale przecież na drodze jest droga, nie jaskinia, więc po upewnieniu się, czy jestem na właściwym odcinku drogi, kręciłem się po poboczach, myszkowałem po krzakach – bezskutecznie.

Gdzieś przy jednym z głównych duktów leśnych zobaczyłem tabliczkę z napisem „jaskinia 0,7” i strzałką w bok. Nie wiedziałem, czy zero siedem to jakiś numer, czy odległość, na mojej mapie nie ma znaku jaskini we wskazanym miejscu, ale oczywiście poszedłem. Nie znalazłem, mimo wdrapania się po chybotliwych kamieniach na skalny szczyt wzgórza stojącego w tamtym rejonie.

Czy ja jestem aż takim gapą? – pomyślałem. Chyba tak… Ale – dla obrony wspominam zdarzenie sprzed dwóch laty – gdy w Podgórkach wypytywałem o drogę do Jaskini Walońskiej, powiedziano mi, że i tak jej nie znajdę, a znalazłem, i to szybko; co prawda pierwsze, co zauważyłem, to czerwona tabliczka informacyjna stojąca przy niewidocznym ze ścieżki wejściu…

Łażąc tu i tam po wertepach, po zarastających starych kamieniołomach – a w paru byłem – pomyślałem, że może przechodziłem o parę kroków od jaskini, ale nie widziałem wejścia zasłoniętego gęstym świerkiem, krzakami czy skalnym występem. Te nieczynne kamieniołomy mogą się podobać swoją dzikością, niespodziewanym i szybko zmieniającym się ukształtowaniem terenu, skalnymi ścianami i ślepymi zaułkami. Wejście w nie to niemal wyprawa w nieznane. Oczywiście myszkowanie po nich wymaga rozwagi, ale nie będę się tutaj rozpisywać o tym aspekcie wędrówek, ponieważ dotyczy on każdego wyjścia w góry, bo te są właśnie dla ludzi rozważnych.

Jedna z szutrowych dróg kopalni ma charakterystyczny zakręt, blisko powinna być jaskinia Nad Potokiem – obejrzałem mapę i poszedłem na poszukiwanie. Pewnie gdzieś tam jest, ale akurat nie tam, gdzie byłem….

Pójdę dalej, może znajdę chociaż jedną – pomyślałem, ale raczej z niewiarą.

Na południowym zboczu jest odsłonięty stok z drogą biegnącą od wsi; moja mapa informuje o jaskiniach znajdujących się w bezpośrednim sąsiedztwie tej drogi, na brzegu lasu. Drogę znalazłem, mapa okazała się być dokładna, a nawet zszedłem nią do wsi żeby zobaczyć gdzie się zaczyna; warto było dla samych widoków z tej drogi, kiedyś pójdę tam jeszcze. 




Już blisko pierwszych domów wioski mignęła mi wyróżniająca się w tym szarzejącym, prawdziwie już listopadowym krajobrazie, plama nasyconych, żółtych kolorów: malutki klon trzymał dla mnie wszystkie sześć swoich liści. Doceniając ten gest podszedłem do niego i zrobiłem mu kilka zdjęć. Wracam na szlak: więc byłem na drodze pod lasem, po lewej rośnie tam gęsty młodniak, a ponieważ nierzadko na mapach takie obszary są zaznaczane jako otwarte przestrzenie łąk, pomyślałem, że trzeba mi dojść przez młodniak do ściany starego lasu. Zobaczyłem ścieżkę, właściwie niewyraźną ścieżynkę – wydeptana przez grotołazów! – myśl radosna. Poszedłem nią, po chwili ścieżka zaczęła zupełnie bez powodu zmieniać kierunki, z jednej zrobiło się ich kilka, a na wolnym od drzewek skrawku młodniaka zobaczyłem charakterystyczne wygniecenia w trawie – miejsce nocowania dzików. Rozejrzałem się bezradnie, między drzewami bliskiego lasu majaczył zarys skał. Na pewno tam! Poszedłem uznając, że najpewniej wejście do jaskini będzie w skale, nie w ziemi, wśród traw. Skały faktycznie były, jaskini nie zauważyłem.

Poszedłem dalej rozglądając się, po chwili zobaczyłem czarną dziurę na stromym zboczu parędziesiąt metrów od drogi. Mam jaskinię! Z bliska zobaczyłem czarny, próchniejący pniak na brązowym od liści stoku…

Usiadłem na brzegu drogi, napełniłem kubek herbatą i pijąc, patrzyłem na buki rosnące obok; nie były już żółte, słonecznie świecące jak ledwie tydzień temu, liście miały matowe i brązowe. Nieprzyjemnie mżył drobny deszcz targany porywistym wiatrem. Listopad - westchnąłem. Dwie godziny do zmierzchu; ile mam drogi do przełęczy, a tym samym do samochodu? Godzinę, może trochę mniej, pójdę więc poszukać dojścia do czynnego kamieniołomu na zboczu Połomu, bo po głównej drodze jeżdżą ochroniarze, wejście jest zabronione – postanowiłem. Poszedłem i znalazłem – cóż, kamieniołom jest sporo większy od dziury w ziemi…

Jego widok zrobił na wielkie wrażenie; to już nie jest wyrwa w zboczu jak tyle innych kamieniołomów, nie jest to nawet wąwóz wykopany w masywie góry, jak stara Silesia, tam wyrąbano i wywieziono pół dużej góry! Z górnej krawędzi monstrualnej dziury w zboczu widziałem tarasy wykute w masywie i drogi dla ciężarówek, widziałem kolorowe wnętrzności Połomu, a drobny ruch oczu przenosił wzrok na pobliski Miłek i dalej, na liczne szczyty kaczawskie - do ostatnich gór wschodniego pasma i jeszcze dalej – po majaczące na horyzoncie niebieskie szczyty Gór Wałbrzyskich. Piękny widok także swoim kontrastem.




Zaczynał się zmierzch. Wracając, doszedłem do rozdroża: w którą stronę iść? Tę prawą drogę rozpoznałem, nie pasowała mi, a lewa? Lewej nie ma na mapie, ale wydaje się prowadzić w dobrą stronę, powinna wyprowadzić mnie gdzieś w okolice Skopca – zastanawiałem się stojąc na skrzyżowaniu. Poszedłem lewą, a gdy las skończył się, rozpoznałem stok: byłem na zboczu Ziemskiego Kopczyka, więc niezupełnie tam, gdzie się spodziewałem, ale odchylenie nie było duże. Ucieszyłem się nie tylko z powodu rozpoznania i znajomości dalszej drogi, ale i przyjścia tutaj, na Kopczyk – ładną i lubianą górę.

Szarość zmierzchu powoli zmieniała się w czerń nocy, gdy doszedłem do samochodu.

Bez chwili wahania wędrówkę dzisiejszą uznałem za udaną, chociaż w trakcie jej trwania dowiedziałem się, że kiepski ze mnie poszukiwacz jaskiń.


Oczywiście w Górach Kaczawskich. Listopad.


Dzień pięćdziesiąty pierwszy.
Wojcieszów, Zadora, Lipna, Garb, Kapela, wieś Dobków, Zadora, Wojcieszów.



Wejście na Zadorę rozpocząłem z głównej ulicy Wojcieszowa. Nie wiedząc którędy iść, wybrałem drogę wzdłuż cmentarza, bo ta była łatwa do odnalezienia; później okazała się niezbyt wygodną, ale takie moje wybory stają się tradycją, należy więc je pielęgnować. Gdy wstążka asfaltu skończyła się, przeciąłem pas lasu, wdrapałem się na strome z tej strony zbocze i byłem na szczycie.

Zadora. Podoba mi się to słowo, ma w sobie coś zadziornego, ostrego i… szlachetnego? Wiem, że tak nazywa się herb szlachecki, ale nie znam etymologii tego słowa; niejasno kojarzy mi się z ogniem.

Słońca nie było ani śladu, ciemne chmury nie zapowiadały ładnego dnia. Po trzech słonecznych dniach patrzyłem na chmury nie tyle z niechęcią, co z odrobiną zdumienia - nie ma słońca? Widok ze szczytu jest ładny: największe kaczawskie szczyty widać po drugiej stronie doliny wypełnionej domami miasteczka, a za nimi lub u ich stóp wiele drobiazgu kaczawskiego. 



Jak zwykle zabawiałem się identyfikacją gór i górek, gdy zobaczyłem mgłę szybko podnoszącą się ponad domy i przesuwającą się po zboczach wprost na mnie. Poczułem smutną bezradność. Chodziłem po szczycie, patrzyłem w przeciwną stronę, na Lipną, bo i tam widoki są ładne, a później z ulgą zobaczyłem, że mgła zatrzymała się, a nawet jakby cofała, zapewne przestraszona moją doń niechęcią.

Ze wzgórzem Lipna miałem kłopoty. Otóż z mapy (później dowiedziałem się, że i z mojej encyklopedii Sudetów) wynika, że to wzgórze jest niższe od Zadory, a ja wyraźnie widziałem, że jest sporo wyższe. Poza tym zbocza są tam tak urozmaicone, poprzerastane zagajnikami, nitkami drzew wzdłuż miedz czy uskoków, że trudno o dokładne rozeznanie - tym bardziej, że mapa pokazuje okolicę nieco inaczej. Dość, że dobrą godzinę łaziłem po zboczach i przymierzałem mapę do otoczenia. Podobnie było ze znalezieniem przejścia, niezalesionego pasa, którym można przejść w stronę Garbu. W czasie swoich wędrówek wiele razy mam wątpliwości, nie raz coś pomylę, ale dzisiaj szło mi jak po grudzie; na pewno z powodu braku słońca! – stwierdziłem w końcu.




Nie znalazłem skał Kazalnicy. Co prawda nie szukałem ich zbyt pilnie, a siedzą gdzieś między drzewami, ukryte przede mną; kiedyś pójdę tam i znajdę je.

Wątpliwości co do wzajemnej wysokości Zadory i Lipnej zostały, pozostałe udało mi się wyjaśnić, i ruszyłem dalej, ku Garbowi, a później zboczami wzniesień w stronę wzgórza Kapela.

Garb jest właściwie garbikiem mniejszym nawet od Owczarka pod Radzimowicami, który kiedyś zdziwił mnie swoją małą wysokością względną, a gdy skręciłem w stronę Kapeli, znowu naszły mnie wątpliwości co do nazw wzgórz; ech, nie był to mój dzień. Kupić GPS? Żeby mnie prowadzić jak niewidomego? A w życiu!

Na stokach wzgórz schodzących od południa do Dobkowa byłem po raz pierwszy. Rozglądałem się po nieznanych mi zboczach i znowu przymierzałem mapę do okolicy chcąc dokładnie wiedzieć gdzie jestem i gdzie jest Kapela. Trafiłem na duże pole przeoranego, zarośniętego badylami, ugoru; szło się ciężko, ale szedłem przyciągany widokiem wzgórza przede mną. Było to jedno z tych setek bezimiennych wzgórz kaczawskich wyrastających wśród pól, łąk lub w lasach, wzgórz nieodwiedzanych i nieznanych, o których pamiętają tylko zwierzęta. To otoczone jest polem – wielką płaszczyzną wyrównaną chytrym pługiem podchodzącym pod szczyt broniony szpalerem krzaków i drzew. Jedno z lubianych przeze mnie miejsc: granica cywilizacji i dzikiej przyrody, koniec nienaturalnej, przemienionej przez człowieka przestrzeni, i początek naturalnego, niekontrolowanego życia. Z jednej strony zasiew, jedna roślina powtórzona krocie tysięcy razy, z drugiej rozmaitość, czasami oszałamiająca, stosunkowo nielicznych roślin; tam nudne uporządkowanie, tutaj żywiołowa chaotyczność. Gdy stoi się na granicy, jeden krok zmienia światy.

Szczyt upodobały sobie ptaki. Sądząc po odgłosach, musiało być ich tam mnóstwo, a kłóciły się o coś wielce ważnego, bo ich krzyki czyniły wrażenie. Miło mi było je słuchać. Później nie wiadomo po co wgramoliłem się na jakieś strome, lasem zarośnięte wzgórze (wiadomo: bo było i stało na wprost mnie); w drodze powrotnej trafiłem na długie ogrodzenie szkółki leśnej, przedzierałem się przez gęsty młodniak bukowy, a pędy malin łapały mnie za buty.

Doszedłem do strumyczka tak ładnego, tak czystego i dźwięcznego, z jasnym dnem pełnym wymytych kamyczków, że dłuższą chwilę stałem nad nim, patrząc i słuchając. W końcu przechodząc pomyślałem, że moja niechęć postawienia zabłoconego buta w jego nurcie jest nieco irracjonalna; może i taka była, ale podobała mi się.

Odetchnąłem na stoku małej górki, w dużej części zjedzonej przez nieczynny już kamieniołom. Niżej, między drzewami, w głębokiej wyrwie, widziałem ruiny wapiennika, który karmiono skałami tego wzgórza. Wokół otwarta przestrzeń, dalekie widoki i słońce. 



Słońce, które jednak zaświeciło i nic więcej się nie liczyło.

Myślę, że to dzięki słońcu skończyły się moje niepewności i łażenie gęstwinami, a zaczęła się przyjemna wędrówka. Z tego miejsca zobaczyłem następny swój cel – wzgórze Kapela. Robiło wrażenie stromością zbocza w porównaniu do łagodności wzgórz w tej okolicy. Poszedłem ku niemu na przełaj, przez pola, po tłustych, błyszczących pod słońce, skibach przewróconej ziemi; ładnie wyglądają, ale pierońsko ciężko idzie się po nich.


Listopadowe kwiaty! Wielka kępa niebieskich przetaczników, wiele nieznanych mi żółtych kwiatów, tu i ówdzie spóźnione chabry, sporo iglic, czasami stokrotki, a na stromym podejściu na Kapelę przysiągłbym, że widziałem kwitnącą poziomkę.

Gdy stanąłem u stóp wzgórza, poznałem powód stromości: strumień, mimo iż niewielki, ale z tych ładnych, czystych i jasnych, wyżłobił sobie koryto dużej głębokości; cóż, mówi się, że cicha woda brzegi rwie. Rwie, zwłaszcza, gdy ma na to naprawdę dużo czasu.






Na szczycie Kapeli (wzgórze tylko od strony strumienia jest wysokie i strome) stoi kapliczka, wotum dziękczynne ufundowane przez dawnego mieszkańca Dobkowa, a obok duży krzyż. Na kamiennej płycie wykute są słowa Jana Pawła II:

„Tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem Polska jest Polską, a Polak Polakiem.”

Poczułem smutek. Oto pozbawia się mnie, nie chrześcijanina, polskości.

Ciekawe, czy ktoś, kto kazał wykuć tutaj te słowa, zastanowił się nad ich wymową, nad ich bezmyślnością i głęboką niesprawiedliwością…

Obok wzgórza biegnie urocza droga polna. Według mapy nie prowadzi tam gdzie chciałem iść - w stronę Zadory i dalej do Wojcieszowa - ale jest tak ładna, że poszedłem nią w dół, do Dobkowa, żeby chociaż ten jej kawałek przejść. W wiosce znalazłem drogę obiecującą poprowadzić mnie w stronę Zadory, a oznaczona jest czarnym kolorem – lokalny to szlak, niezaznaczony na mapie. Poszedłem nią; obietnicę spełniła doprowadzając mnie w okolice Lipnej.


Droga ładna, widoki wokół też, ciepły i słoneczny dzień, więc gdzie się spieszyć? Usiadłem na pniaku wrośniętym w miedzę.

Miedze, miniaturowe ogrody natury: rozmaitość roślin, kolory kwiatów, wysokie, szumiące na wietrze trawy i zapachy. Tuż obok skiby czerwonawej ziemi, a daleko Ostrzyca, która znalazła sobie miejsce w obniżeniu między Skąpą a Sokołowską Górą.

Gdy wyszedłem z lasu, szlak kazał mi iść w lewo, więc zostawiłem go, spodziewając się na wprost Lipnej. Była niezupełnie na wprost, ale dzięki odchyleniu poznałem ładny stok niezauważony rano. 


Zadorę zobaczyłem z daleka i przywitałem jak starą znajomą. Poszukałem Ostrzycy -  zobaczyłem ją niewiele przesuniętą, nadal między szczytami Sokołowskich Wzgórz.

Niskie już słońce stało nad masywem Skopca, ale że miasteczko i samochód były blisko, uznałem, że mam jeszcze trochę czasu i poszedłem raz jeszcze na Lipną. Ładnie tam jest, na pewno wrócę na tamte stoki.

Zachód słońca w górach… Wiele razy próbowałem oddać słowami widoki i wrażenia, ale z mizernym raczej rezultatem. Opisanie tych wszystkich barw i ich przemian nie oddaje istoty, jest jak próba opisu mistrzowskiego obrazu lub utworu muzycznego, które, aby poznać, trzeba zobaczyć lub posłuchać. Dzisiaj przyszło mi do głowy, że ostatnie chwile słonecznego dnia wśród gór są jak sen. Czasami budzimy się pamiętając tylko ogólny zarys, kontur snu, jego mało istotne dzianie się bez szczegółów, a jeśli już, to nie tyle one są istotne, co ogólne wrażenie silnie nasycone naszym przeżywaniem. To dlatego czasami oddychamy z ulgą, gdy śniło się nam coś przykrego, albo odwrotnie: chcemy wrócić do snu jak do utraconej krainy baśni. Góry w tych chwilach są jak taki sen, są bardziej odczuwane i śnione niż oglądane.