Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

wtorek, 14 czerwca 2016

Błękitna kropka


070616
Był czas, gdy niemal każde miasto greckie było metropolią dla kilku, a nawet kilkudziesięciu kolonii – miast utworzonych gdzieś daleko przez ludzi, dla których nie było miejsca w ich ojczyźnie, lub których niespokojny duch gnał na koniec świata. Skutkiem było rozprzestrzenienie się kultury greckiej po cały obszarze Morza Śródziemnego, cywilizacja rejonów pustych lub zacofanych, ale też ogólny wzrost zamożności ludzi, poprawa warunków ich życia. Oczywiście nie zawsze, różnie z tym bywało, wojny i niepowodzenia też były, ale ogólny trend był właśnie taki. Później, już w erze nowożytnej, kolonizacja powtórzyła się, chociaż właśnie wtedy słowo to nabrało obecnego, niezbyt dobrze kojarzącego się, znaczenia, którego nie miało w starożytności.
Czy historia może się powtórzyć w innym, dosłownie pozaziemskim, wymiarze?
Myślę, że taki czas przyjdzie. Te moje spodziewanie (i nadzieja) nabrały wyrazistszych barw po przeczytaniu książki Carla Sagana „Błękitna kropka”. Wcześniej eksplorację kosmosu miałem za naturalny skutek rozwoju technicznego, ale osadnictwo pozaziemskie pojawiało się w moich myślach jako coś niewyraźnego, dopiero Sagan, otwierając perspektywy i wskazując aspekty, nad którymi nie myślałem do tej pory, oczarował mnie swoją wizją kolonizacji.
Możliwości techniczne już w zasadzie mamy, chodzi o pieniądze. Koszt wyprawy na Marsa szacuje się na 100 do 500 miliardów dolarów. Kwota trudna do wyobrażenia, spróbuję więc przedstawić ją obrazowo. Wszyscy pracujący Polacy musieliby przez około 17 lat oddawać 100 zł z każdej pensji, żeby nazbierać 100 mld dolarów. W biednych krajach koszt dziennego wyżywienia człowieka wynosi parę dolarów, można więc za te pieniądze wykarmić miliony ludzi przez całe ich życie. Przy obecnych cenach kruszców, te miliardy są górą złota ważącą od 2500 do 12500 ton!
Odezwał się we mnie technik i on policzył wielkość tej góry. To właściwie byłby malutki wzgórek. Sto miliardów dolarów w złocie to sześcian o boku mierzącym pięć metrów, a 500 mld dałoby sześcian o boku długości niecałych dziewięciu metrów.
Po co ten tak bardzo drogi exodus, skoro przy mądrej gospodarce Ziemia wyżywi i zapewni godziwe życie dużo większej ilości ludzi, niż żyje obecnie? Tak, zapewne tak, jednak ilość ludzi nie może rosnąć w nieskończoność. Poza tym piszę tutaj o bardzo odległej przyszłości, o milionach lat, w czasie których wiele może się zdarzyć. Sagan podał dwa argumenty, które przekonały mnie do potrzeby kolonizacji. Pierwszy, to katastrofa kosmiczna, uderzenie w Ziemię meteoru tak dużego, że, w rezultacie następstw, zmiany klimatu okazałyby się zabójcze dla ludzi – jak kiedyś dla dinozaurów. Drugim argumentem jest kres życia naszej gwiazdy. Fizycy na tyle dobrze poznali cykle życiowe gwiazd, że wiedzą dość dokładnie, co czeka Słońce: za parę miliardów lat spuchnie stając się czerwonym olbrzymem, który pochłonie wewnętrzne planety, a z Ziemi uczyni suchy, wypalony skwarek. Życie ludzi poza Ziemią jest gwarancją przetrwania naszego gatunku, o ile oczywiście przetrwamy (czytaj: nie zniszczymy się sami) do czasu osiedlania się poza naszą planetą.
Biedny kraj nie wyśle statku na Marsa, kilka bogatych może. Bogacenie się kraju jest złożonym procesem, w którym biorą udział wszyscy pracujący, bo wszyscy oni płacą podatki i swoją pracą przyczyniają się do wzrostu zamożności. Mając na względzie loty w kosmos, inaczej można spojrzeć na poczynania milionerów i drobnych dorobkiewiczów, inaczej na zakupy kolejnych karuzel przez mojego pryncypała: oni wszyscy mają swój udział we wzroście zamożności, a tym samym w tworzeniu możliwości brania udziału w kosmicznych misjach. Przyczyniają się do zrobienia pierwszych kroków. Będzie ich zapewne wiele, trzeba będzie wydać nie jedną górę pieniędzy, ale cały ich łańcuch, by w końcu ludzie zaczęli osiedlać się poza Ziemią. Najpierw nieliczni, na bliższych planetach i księżycach, ale z czasem coraz liczniej zaczniemy opuszczać Ziemie i osiedlać się coraz dalej i dalej. Co później? Ziemia skansenem? Planetarnym muzeum? A może centrum nauki, siedzibą uczelni znanych w promieniu wielu lat świetlnych?
Jak wielu wierzących pragnie chociaż raz w życiu być w Rzymie lub w Mekce, tak może w przyszłości może ludzie będą marzyć o zobaczeniu na własne oczy Ziemi i jej cudów, a lot ku niej i zwiedzanie będą przygodą ich życia. A może w końcu przyjdzie czas, gdy naszą kolebkę będzie się wspominać jak krainę na pół baśniową, może będą krążyć o niej mity, w które wierzyć będą tylko dzieci żyjący pod innymi niebami, odległymi o lata świetlne. Może kiedyś ludzie, przemienieni odmiennymi warunkami życia, zapomną o niej? Kto wie? Jednak ci nasi odlegli potomkowie będą żyć, gdy Ziemi już nie będzie.
Myśl ta napawa mnie optymizmem, także pociesza, chociaż właściwie nie wiem dlaczego, bo przecież dotyczy przyszłości tak odległej, że wyobrażenie sobie tej studni czasu przed nami jest trudniejsze, niż wyobrażenie tamtej góry pieniędzy. Jeśli życie i rozwój cywilizacji (w ujęciu Sagana warunek konieczny do przeżycia ludzi w kosmicznej skali czasu) potraktować jako ciąg kolejnych kroków, można siebie i mnie współczesnych, ludzi żyjących tu i teraz, także nasz czas i nasze osiągnięcia, zobaczyć jako jedno z ogniw – równie niezbędnych dla zachowania ciągłości łańcucha przemian ciągnącego się ku najdalszej przyszłości, jak wszystkie następne. Może tutaj właśnie tkwi źródło optymizmu i pocieszenia?

5 komentarzy:

  1. Uwierz mi, Krzysztof. Do niemal identycznych wniosków doszedłem po przeczytaniu Błękitnej kropki. Pamiętasz, zapytałem Ciebie o pochodzenie człowieka? My, ludzie mieszkańcy ziemi pochodzimy od jakiegoś przodka i stanowimy jedną wielką rodzinę. Jeżeli przestaniemy wydawać pieniądze na zbrojenia, a przeznaczymy je na poznanie najbliższego otoczenia kosmosu, to wizja Carla Sagana może się spełnić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trudno się dziwić podobieństwu naszych wrażeń i myśli, skoro wizja jest tak atrakcyjna :-)
      Janku, wystarczy prosty rachunek, żeby uzmysłowić sobie pokrewieństwo wszystkich ludzi na Ziemi. Obecnie ogół naukowców zajmujących się pochodzeniem człowieka uznaje teorię afrykańskiego pochodzenia homo sapiens i opuszczenia naszej kolebki około 120 tysięcy lat temu dla zasiedlenia świata i wykształcenia się wszystkich ras ludzkich. Zdarzenie bardzo odległe, zdawałoby się, ale to raptem około 6 tysięcy ludzkich pokoleń. Mamy czworo dziadków, ośmioro pradziadków, szesnaścioro prapradziadków, itd. Przy trzydziestym pokoleniu ilość naszych przodków przekracza już miliard, czyli ilość ludzi wtedy żyjących na Ziemi. Błąd w wyliczeniach? Nie. Po prostu wielu naszych przodków było nimi kilkakrotnie: praprawnuk pewnego mężczyzny ożenił się z praprawnuczką jego córki z innej gałęzi rodu. Kilkanaście albo kilkadziesiąt pokoleń wstecz mieliśmy wspólnego przodka z dowolnie wybraną osobą w naszym rejonie Ziemi, a nawet od tak hermetycznego rodu jak cesarski z Japonii, dzielą nas setki, a co najwyżej pojedyncze tysiące pokoleń.
      Jesteśmy kuzynami. Wszyscy.
      Z tymi zbrojeniami oczywiście masz rację. Pentagon wydaje ponad miliard dolarów dziennie. Dziennie! Cały świat wydaje na wojsko zapewne kilka miliardów dolarów dzień w dzień. Za te pieniądze można by wysyłać kilka wielkich misji rocznie, za życia naszych dzieci zacząć osiedlanie się poza Ziemią. Tyle że nic takiego nie nastąpi i nie tylko z powodu niemożności powszechnego rozbrojenia się, ale i gospodarki. Otóż swoimi zamówieniami wojsko utrzymuje ogromny przemysł, i to nie tylko zbrojeniowy. Zamówienia wykonawców misji kosmicznej nie byłyby tak wszechstronne. Inaczej: przerzucenie takiej góry pieniędzy na projekty kosmiczne spowodowałoby, przy obecnej gospodarce, niezłą rewolucję.
      Wierzę, że kiedyś taka przebudowa gospodarki nastąpi.
      PS
      Dwie godziny temu ponownie zawitałem w bazie, w Lesznie. Mam chęć na sobotni wypad, ale nie wiem, czy będę mógł...

      Usuń
    2. Chłopak z wojska napisał do swej dziewczyny list. Może przyjadę w sobotę za dwa tygodnie, ale nie wiem, czy będę mógł. Otrzymał odpowiedź.
      Przyjeżdżaj, będziesz mógł.

      Usuń
    3. Będziesz mógł...

      ...pojechać w góry?

      Usuń