Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

środa, 29 czerwca 2016

O letnich dniach


Leszno, początek czerwcowego dnia.
Czasami ranek jest inny: bardziej słoneczny, bardziej rześki, rozpromieniony, świetlisty, taki… uśmiechnięty i pogodnie nastrajający. Gdy wychodzę z kampingu i rozglądam się, czuję radość i optymizm, a więc stany, które odczuwać powinienem zaczynając każdy dzień swojego życia. Nigdy nie doszedłem źródła tej odmienności, nie wiem, czy tkwi w subtelnych zmianach aury, czy może początek dnia jest taki sam jak tyleż innych, a zmiana jest we mnie. Nie wiem. Dość, że w taki właśnie czerwcowy ranek szedłem ulicą i z radością, z przyjemnością, rozglądałem się wokół: lipy zaczynały kwitnąć, nagiąłem gałązkę i wtuliłem nos w ich kwiaty, pachniały cudnie; żywopłot był kolorowym kwitnieniem nieznanych mi roślinek, na poboczu drogi widziałem maki i pierwsze w tym roku kwiaty cykorii podróżnik – jedne z moich ulubionych kwiatów z przydroży. Wszystko wydawało się… nie: wszystko było ładniejsze, ciekawsze, wyrazistsze, ale i cenniejsze, w szczególny sposób ważniejsze dla mnie. Piękno tego ranka czyniło na mnie wrażenie także z powodu mojej pracy, bardzo mało dającej mi możliwości spaceru ulicą, albo aleją parkową, w letni ranek (dzisiaj idąc ulicą też byłem w pracy: miałem kupić w pobliskim sklepie elektrycznym potrzebne mi części). Na ogół te ograniczenie zaliczam do kosztów pracy, ale czasami konstatuję, iż dzięki nim chociaż czasami udaje mi się spojrzeć na wiosenny lub letni świat tak, jakbym widział go po raz pierwszy. Myślę tutaj o przyzwyczajeniu, które bardzo szybko i bardzo podstępnie odbiera nam barwy widzenia i przeżywania. Zobaczyć świat oczyma dziecka zachłystującego się jego urodą! Rozemocjonowane dziecko z radosnym krzykiem obwieszcza rodzicom i światu, że widziało rogi ślimaka, a rodzice uśmiechając się pobłażliwie, mówią: wszak to tylko dziecko, więc dziecinne są jego radości. Nieprawda. Dziecko przeżywa świat tak intensywnie, jak my, dorośli, rzadko kiedy potrafimy; to, co u nich jest normą, u nas staje się rzadkim wyjątkiem. Straciliśmy spontaniczność i próbujemy wspomóc się intelektem, rozumową potrzebą, która tutaj jest protezą.
Dlatego coraz częściej zazdroszczę dzieciom ich świeżości przeżywania; zazdroszczę im tego raju dla mnie już utraconego – poza bardzo nielicznymi chwilami, które ledwie uchylają bramy Edenu.

Konin, w kilka dni później.
Chodziłem po dużej łące nazywanej tutaj błoniami, oglądając kępy rozchodnika, niepozornej roślinki zwracającej na siebie uwagę subtelną przemianą kolorów. Bylina ta przywołuje wspomnienie lata czternastego roku, lata spędzonego wśród sosen w Niechorzu, gdzie rosły duże jej kępy; pojawia się też obraz ławki stojącej na końcu bocznej uliczki miasteczka pod kasztanowcem i chwil tam spędzonych z córką.
Powój, zwykły polny powój, roślinka znana mi od zawsze i tak długo zadziwiająca mnie skromnym wdziękiem swoich kwiatów, subtelnością linii rozchylającego się kielicha, elegancją symetrii zmian kolorów na jego dnie, swoją jednodniową efemerycznością. Znalazłem chaber podziwiany także z powodu przestrzennej budowy kwiatów, przywołującej najlepsze wzorce wyrafinowanych technicznie, ale i finezyjnych budowli człowieka. Po raz drugi widziana w tym roku cykoria odnawia mój zeszłoroczny podziw dla jej urody, kontrastu między subtelnością kwiatów, a topornością łodyg. 






Patrzę na nie wspominając moje próby sprzed roku omijania ich ciężarówką. Mnie się udało, ale przed wyjazdem zobaczyłem je rozjechane. W tym roku sytuacja powtórzyła się: pakowaliśmy sprzęt i wyjeżdżaliśmy w deszczu, ciężarówkami żłobiąc w rozmiękłej murawie czarne koleiny – cmentarzysko kwiatów. Widząc te okropnie wyglądające szramy na zielonej płaszczyźnie łąki, pamięć podsunęła mi wspomnienie chwili sprzed wielu lat, gdy w parku nie pamiętanego już miasta widziałem zrobione ciężarówkami, wyglądające jak droga do bram Pandemonium, czarne pasy w morzu kwitnących mleczy.
Tak to pamięć splata chwile bieżące z przeszłością, tworząc obrazy wyjątkowe, mnie tylko właściwe.
Wieczorem.
Mimo końca dnia, upał we wnętrzu kampingu był nie do wytrzymania, siedziałem więc na stopniu wejściowym i szmatką zwilżoną terpentyną czyściłem skórę trzech par moich butów górskich. Nie musiałem robić tego teraz, ale była to czynność „zamiast”; nie mogłem pojechać na łazęgę, a zajmując się butami, wdychając zapachy terpentyny i skóry, zapachy jednoznacznie kojarzące mi się z górami i jesienno-zimowymi wędrówkami, gasiłem tęsknotę. Teraz, pisząc te słowa i czując w powietrzu wyczuwalny jeszcze zapach rozpuszczalnika, pomyślałem, że chyba zgasić mi się nie udało, a nawet wprost przeciwnie, ale to dobrze, ponieważ tęsknotę mam za uczucie bardzo ludzkie; ono mnie dowartościowuje.
Po raz pierwszy do paru miesięcy słucham koncertu skrzypcowego Beethovena. W tej muzyce słychać geniusz twórcy uchylający okno do jego muzycznego świata, jakże odmiennego od świata zwykłych ludzi. Jest czar unoszący gdzieś, gdzie piękno przeżywa się głębiej i intensywniej, niż tutaj.

280616
Moją starą, przeciążoną scanią z kiepskimi hamulcami szybko jechać nie można, więc za sukces uznałem przejechanie blisko czterystu kilometrów w osiem godzin, tym bardziej, że zatrzymały mnie po drodze dwie awarie. Po przyjeździe założyłem sweter i bluzę (doświadczenie nauczyło mnie zabierania do kabiny ciepłego ubrania nawet w najcieplejsze dni) i poszedłem na plażę. Mimo iż nie było jeszcze drugiej, na północnym wschodzie niebo nabierało barw jutrzenki; morze było spokojne: gładka tafla wody jedynie przy plaży załamywała się niewielkimi falami chlapiącymi o brzeg. Silne zmęczenie, dudnienie dyskoteki i ordynarne wrzaski grupki młodych mężczyzn, przeszkadzały mi w spokojnym powitaniu morza. Zniechęcony, szybko wróciłem do kampingu, położyłem się i w mgnieniu oka wpadłem w sen jak w czarną dziurę.
Na plażę wróciłem wieczorem, po pracy. Mimo iż minęła godzina 20.30, słońce świeciło mocno, a zajść miało dopiero za godzinę. Każdego roku, od tylu już lat, przeżywam to samo zdumienie długością letnich dni. Wszak za pół roku o tej porze dnia będzie pełnia nocy od kilku już godzin! Niech będą błogosławione długie dni letnie i noce z Eos budzącą się tuż po ustąpieniu łuny zachodu.
Siedziałem na złomie granitu, wśród licznych plażowiczów; dyskoteka już hałasowała, ale tym razem mniej mi przeszkadzała. Ponad dźwięki ludzi chwilami przebijał się długi krzyk mew. W śpiewie tych ptaków jest podobieństwo do fal: kołysanie się dźwięku i jego nie nużąca powtarzalność, jest też nutka tęsknoty. Patrząc na wodę i niebo, na ich powolne zmiany kolorów,
udało mi się to, czego nie potrafiłem w nocy: przywitać morze. Gdy słońce schowało się za niewielką, postrzępioną chmurę stojącą nisko nad horyzontem, uświadomiłem sobie, patrząc na ładną grę świateł, że nie pomyślałem o wzięciu aparatu. Trudno, zdjęcia robiłem swoim własnym aparatem.
Nazajutrz, czyli dzisiaj.
Pamiętałem o zabraniu aparatu. Jak niemal każdego wieczoru w Ustroniu chciałbym posiedzieć przy książce i komputerze, ale też i chciałbym wyjść na spacer; jeśli tylko świeci słońce, wychodzę.
Wszedłem na szczyt wejścia na plażę i spojrzawszy na morze uświadomiłem sobie, że nie zauważyłem, patrząc na przekwitający krzew różany, tej wyjątkowej chwili odsłonięcia się dalekiego horyzontu. Zawróciłem, zszedłem niżej alejką prowadzącą w poprzek wydmy i odwróciłem się. Płytki wąwóz przejścia wypełniali ludzie, nie widziałem ani morza, a ani nieba. Za dużo tutaj ludzi, za dużo. Gdybym miał przyjechać na urlop nad morze, to na pewno nie do tak tłocznej miejscowości. Nieco dalej mam swoje miejsce wyjątkowo silnego kontrastu dalekiego i bliskiego horyzontu: parę metrów od ogrodzenia alejki wiodącej wzdłuż wydmy jest niewielka wyrwa, przez którą widać, okolony bliskimi trawami, styk wody i powietrza, morza i nieba. Miejsce i widok były, czekały na mnie, bo chyba tylko ja przystaję w tamtym miejscu. Nieco dalej rośnie lasek bukowy, jest niewielki powierzchnią, ale wielki rosłością drzew. Ich gładkie pnie stały w potokach światła jeszcze jasnego, mocnego, ale już barwionego zachodem. Wydawało się, że wszystkie one, a już najbardziej największy buk, staruszek czyniący wrażenie rozmiarami i wystającymi korzeniami, pławią się w rozkosznej kąpieli. Pojawiła się we mnie myśl o skomplikowanych procesach zachodzących w liściach dzięki słońcu i przez jedną chwilę bliżej byłem zrozumienia tego tajemnego misterium nazywanego życiem drzew.




6 komentarzy:

  1. Cykoria zaskakuje mnie za każdym razem tym swoim kontrastem i jeszcze zimową kapustą. co zaś tyczy się tłumów, to zgadzam się z Tobą całkowicie. Co ciekawe, są nad Bałtykiem miejsca odludne nawet w lecie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Więc cykorię widzimy tak samo:)
      Właśnie w takie odludne miejsce pojechałbym. Pamiętam nasze, moje i żony, pierwsze urlopy spędzane nad jeziorem, nad którym nic nie było, pustka zupełna. Do najbliższej wioski i sklepu szło się leśną, później polną, drogą parę kilometrów. Cisza, woda, drzewa, słońce i ona :-)
      Obserwując ludzi, nierzadko doznaję zdumienia. Niektórzy moi koledzy z pracy w czasie posiłku włączają „muzykę” z telefonu – jakby mało im było hałasu z głośników dudniących całymi dniami w lunaparku. A zwyczaj włączania basów w samochodzie, a te dyskoteki, bary i stragany wciskające się w każdy wolny kąt! Bywa, że nawet na plaży stawiane są namioty z piwem, no i oczywiście z ryczącymi głośnikami. Okropne. Ale najwyraźniej tego ludzie potrzebują. Może boją się ciszy? Bycia sam na sam z przyrodą i z własnymi myślami?

      Usuń
    2. Tak, boją się ciszy i własnych myśli. Kiedyś koleżanka powiedziała mi, że podziwia moja umiejętność bycia tylko z sobą i własnymi myślami. Ona po 12 godzinach zwariowałaby. A przecież nie ma nic piękniejszego od ciszy... http://youtu.be/hMTAqGPIYWI

      Usuń
    3. Ojej, Grechuta! Jako smarkaty chłopak często słyszałem go w radiu, albo na prywatkach. Nota bene: czy ktoś z młodego pokolenia wie, jakie były prywatki? Słyszałem też Niemena i czasami wracam do niego. Oni obaj potrafili łączyć dobrą muzykę rozrywkową z poezją, nie tracąc nic z nastrojów właściwych dla obu sztuk.
      Aniu, czasami myślę, że dla ludzi ogłuszających się hałasem cisza brzmi inaczej, niż dla tych, którym dobrze sam na sam z nią. Może jest tak, że ci drudzy słyszą wtedy swoje myśli, a pierwsi nic nie słyszą i właśnie tego rodzaju cisza tak im dokucza?
      Siedzę w kampingu ustawionym na zapleczu lunaparku i przez cienkie ścianki słyszę kakofonię dźwięków: na każdej karuzeli osobno puszczane bum-bum uzupełniane wyciem silników, a w tle słychać głośniki z pobliskiej dyskoteki. Ludzie odpoczywają…
      Jest pochmurno, pół dnia padał deszcz, ale pójdę na spacer, zobaczę, jak dzisiaj wygląda morze.

      Usuń
  2. Poeta Robert Browning zapewniał:
    "Człowiek powinien sięgać wyżej niż zasięg jego rąk, bo inaczej po cóż byłoby niebo?"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ładnie wyrażona myśl o wzniesieniu się ponad codzienność, mimo swojego antropocentryzmu.
      Cóż, można by powiedzieć, odczytując słowa dosłownie, że sięgnęliśmy nieba, a nawet przekroczyliśmy go, ale czy to nas zmieniło?
      A w przenośni? Jedni starają się, niektórym nawet się udaje, przynajmniej od czasu do czasu, a drudzy... nie są zainteresowani tematem.

      Usuń