Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

piątek, 3 czerwca 2016

Majowe chwile


280516

Plecak wziąłem chyba z przyzwyczajenia; dopiero później znalazłem sobie wytłumaczenie: wszak mam w nim cały zestaw pierwszej pomocy, także porządną pelerynę, a pogoda jest burzowa. Na pewno z rozpędu wrzuciłem do niego sweter – odruch zimowego wędrowcy - ale pod wieczór przydał się.

Było upalne popołudnie, do zachodu słońca brakowało ponad dwie godziny, gdy ubrany wyjątkowo jak na moje przyzwyczajenia, bo w lekkie spodnie i T-shirt, ruszyłem w górę po zboczu Dudziarza, vis a vis Różanki, góry, którą po raz pierwszy zobaczyłem w zimie. Wtedy śniegi na niej skrzyły się złoto i diamentowo, a w cieniu miały delikatnie zaznaczoną błękitną barwę – teraz górę widziałem zupełnie inną: ciepłą, uśmiechniętą i zieloną. W ciągu paru godzin tego popołudnia często pojawiały się we mnie zimowe obrazy znanych mi miejsc: nakładały się na widziane krajobrazy, zaskakując swoją odmiennością. Dość wysoko, już pod lasami Dudziarza, jest lubiany przeze mnie zakątek: gęstwina głogów i róż otacza starą, wykręconą reumatyzmem czereśnię. 


Byłem tam dzisiaj i patrząc na nią, widziałem ją w trzech odsłonach: nagą, czarną, zimową; w bieli swoich kwiatów, w słodkim ich zapachu, w buczeniu owadów widzianą na początku maja; a dzisiaj zieloną, uspokojoną, zajętą swoimi zawiązanymi już owocami.

Z odrobiną niepokoju, ale i z zaciekawieniem, słuchałem się siebie, jednak z satysfakcją zauważyłem, że nie postrzegam widoków zimowych jako gorszych, mniej wartościowych, a po prostu jako inne. Przy czym ta inność nie jest cechą obcości, a jedynie stwierdzeniem faktu dużych różnic; nawet wprost odwrotnie: przecież tamte zimowe góry są prawdziwie moje, natomiast w tych dzisiejszych, kwitnących i zielonych, jestem tylko chwilowym gościem.

Miało być o różach, a ja „filozuję”, jak mówi pewien mój znajomy, myląc filozofowanie z laniem wody. Więc róże jeszcze nie kwitną. Nawet pąków nie widziałem, ale widziałem kwitnące głogi, a jest ich tam bardzo dużo. W pierwszej chwili, stojąc przy różanym krzewie, poczułem zawód, ale była to tylko jedyna chwila, po niej przyszła inna, odmieniona: kwitnienie róż nadal jest przede mną.

Szedłem rozglądając się po świecie niemal mi nieznanym. Przede wszystkim radykalnie zmieniła się kolorystyka: wszechobecna zieleń zastąpiła zimową przewagę bieli, czerni i szarości nad niewielkimi śladami innych kolorów. 






Wyrośnięte trawy sięgały wyżej kolan; mokre po deszczu, zmoczyłyby mnie, gdybym nie wziął – też odruchowo – ochraniaczy. Spod nóg podnosiły się chmary owadów ważkopodobnych, próbowałem przyjrzeć się im, ale one nie chciały być oglądane. Widoczność zmniejszyła się, mimo poprawy przejrzystości powietrza. Ze zdziwieniem spostrzegłem tę różnicę stojąc na zboczu Dudziarza i patrząc na wschód, w stronę Gaika: zielone drzewa i krzewy zasłaniały widoczność. Nie narzekałem na tę ich cechę :-)

Oczywiście oglądałem głogi i róże: pierwsze z oznakami przekwitania, drugie dopiero szykujące się do przybrania godowych strojów. Jak tyle już razy, i dzisiaj przekonałem się o konieczności nachylenia się nad oglądanym dla pełniejszego, bardziej szczegółowego, lepszego widzenia; czasami po prostu dla zobaczenia czegoś, co wcześniej było niewidoczne, mimo że tyle razy widziane. Przy czym pisząc o nachyleniu się, mam na myśli po prostu zwrócenie bacznej uwagi, okazanie zainteresowania, a chyba nade wszystko potrzebę zobaczenia. Dzisiaj jakbym po raz pierwszy w życiu zobaczył kwitnienie czarnego bzu. Doskonałość symetrii kwiatów, ich maleńkie rozmiary, niepoliczona ilość, zapach i to wyjątkowe poczucie świeżości, dostrzeżenia po raz pierwszy. Czarująca chwila zdumienia urodą kwitnienia.




Zaskakiwała mnie ilość rosnących głogów i róż; poza dużymi, widzianymi z daleka krzewami, wśród wysokich traw znajdowałem mnóstwo maleństw obu gatunków. Spory obszar rozległego zbocza góry porośnięty jest krzewami, ale nierzadko dopiero stojąc przy którymś rozpoznawałem przenikające się gałązki i liście obu roślin. Pomyślałem, że lubią się, że pasuje im życie we wspólnym splątaniu – lub obejmowaniu się - gałęzi i korzeni. Czasami do tej pary dołączali dalsi kuzyni: klon, czereśnia lub jawor, ale odniosłem wrażenie, iż są oni tylko tolerowani. 




Z zachodniej części zbocza zobaczyłem Stromca, górę odległą o ponad 10 kilometrów, a za nią coraz dalsze i dalsze wzgórza, już Izerskie. Podnosząca się mgła przedwieczorna otulała podnóża bliższych gór, dalsze czyniąc mało widocznym zarysem; najdalsze –  na horyzoncie – były już tylko domysłem, ale przecież one były tam naprawdę.



Widok ten, tak ładny, był jak nasze pragnienia, albo możliwości: na tych niespełnionych, albo niewykorzystanych, nasz świat się nie kończy, mimo iż czasami wydawać by się mogło, że nic już, tylko szara codzienność, bo oto na horyzoncie pojawiają się inne i otwierają sobą nowe dla nas i piękniejsze światy.

Wracałem jak zwykle nocą, jednak gdy w połowie dwuipółgodzinnej jazdy zatrzymałem się i wysiadłem dla rozprostowania nóg, poczułem różnicę: intensywny zapach traw i ziół nagrzanych słońcem, zapach nocy majowej.


20 komentarzy:

  1. Witaj, Krzysztof.
    Na nizinach głogi już przekwitły, a w górach wszystko dzieje się ok dwóch tygodni później. Do Twojego opisu dodam tylko śpiew ptaków

    https://www.youtube.com/watch?v=YmDNhi07_Ho

    Zwróć uwagę na śpiące niemowlę (od 2.03 do 2.12 min)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, Janku, za kolejny dobry adres. Lubię Andre Rieu. Powiem jak kobieta: nie dość, że świetnym jest muzykiem, to jeszcze ma uroczy uśmiech i w ogóle bardzo przystojnym jest mężczyzną.
      Utworu nie znałem, a szkoda, bo jest piękny – melodyczny i nastrojowy.
      A dziecko? Dobrze, że spało i nie chciało ssać :-) Mówi się, że muzyka klasyczna wywiera dobry wpływ na dzieci. Zresztą, nie tylko.
      Właśnie, w swoich opisach zaniedbuję odgłosy, także zapachy. Wczoraj widziałem na ulicy krzew dzikiej róży, niektóre kwiaty już przekwitały, chociaż i dużo było pąków. Myślałem, żeby wyskoczyć dzisiaj w góry, skoro znowu jestem w bazie, w Lesznie, ale nie mogłem urwać się z pracy. Postaram się pojechać za tydzień.
      Janku, przepraszam za nieodzywanie się. Mam szaleństwo w pracy, o czym i tutaj napiszę parę słów.

      Usuń
    2. Krzysztof, nie masz za co przepraszać.

      Ja obecnie mam kłopoty w pisaniu, ponieważ mój wnuk rozwalił mi mojego Windowsa i dlatego kompa muszę oddać do serwisu.
      Piszę: łączność, a wychodzi øácznoß©.

      A na pocieszenie dam Tobie i sobie jeszcze kilka harf

      https://www.youtube.com/watch?v=bIeP0iR1BGo

      Usuń
    3. Aha..., harfy to erotyka.

      https://www.youtube.com/watch?v=MEe6HgqF-A8#t=41.796521g


      Usuń
    4. Janku, teraz ja dla Ciebie:
      https://www.youtube.com/watch?v=UGftsRH7A2w
      Wielce oryginalne wykonanie kanonu Pachelbela. Mnie się podoba.
      Wiesz, przyszło mi do głowy w czasie słuchania tych dwóch dziewoj grających na polu, że może nasze rozmowy czyta Ania, zagląda na podane strony i kiwa głową: dwóm dziadkom zebrało się na rozmowę o erotyce -:)
      Wiesz, jakie bywają smarkule w jej wieku…

      Usuń
    5. Jaki dziadków?
      Koneserów.

      Usuń
    6. Janku, chciałem zwrócić Ci uwagę na cztery zdjęcia krajobrazowe. Na pierwszym widać część Różanki, na dalekim planie drugiego i trzeciego wschodnie Góry Kaczawskie. Jeśli te dwa zdjęcia, mając je w pełnej rozdzielczości, powiększyć, widać wieżę radaru na Porębie, okolice Popiela i te bezimienne wzgórza między Popielem a Sośniakiem – nasze zimowe miejsca, Janku.
      Co widać na czwartym zdjęciu, chyba nie muszę wyjaśniać:-)

      Usuń
    7. A takie kielichy?

      https://www.youtube.com/watch?v=XKRj-T4l-e8&list=RDXKRj-T4l-e8#t=4

      Usuń
    8. Pytasz o czwarte? To cycuszki Bardotki.

      Usuń
    9. Dziadku, nie podoba ci się taka skrzypaczka?

      https://www.youtube.com/watch?v=3rQOcQWfOOs

      Usuń
    10. Nie, Janku, nie podoba. Jest ordynarna, hałaśliwa, sztuczna. Stanowczo nie. Jej gry już nie słuchałem. Cała ta audycja, nie wiem, jak się nazywa, ale widziałem ją i w polskiej telewizorni, nie podoba mi się. Cała telewizornia nie podoba mi się.
      Natomiast toccata Bacha na tych glass harp, jak chyba mówią Anglicy na pocierane wilgotnymi palcami kieliszki, brzmi cudnie. Bardzo mi się podoba, chociaż może ciut przesłodzony jest dźwięk.
      Adres dodałem do zakładek. Obok widzę Ave Maria, Dla Elizy i inne utwory grane na kieliszkach… oj, przepraszam, na glass harp; wysłucham je na pewno.
      Miałem położyć się wcześniej, ech. Dobrej nocy, Janku.

      Usuń
  2. Na Pomorzu róże już zakwitły, a przecież u nas też wszystko zakwita później. W pełnym rozkwicie są też dzikie bzy- cudne są te maleńkie kwiatuszki, prawda? Masz rację, że jeśli na coś czekamy, a to nie następuje, to nie należy się zniechęcać, czy odczuwać zawód, bo przecież nadal jest na co czekać. Czasem marzenie jest ważniejsze od spełnienia... Pamiętam swoje odczucia na latarni morskiej w Krynicy Morskiej. Dotarłyśmy do celu i zamiast dzikiej satysfakcji był... smutek, że to już koniec, że właśnie kończymy najważniejszą przygodę swojego życia... I chociaż potem były następne, równie ciekawe i ekscytujące, to ta pierwsza będzie zawsze najważniejszą.( ale w Krynicy czułyśmy właśnie smutek...)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właściwie to dziwne, ale przecież tak jest: potrafimy odczuwać smutek spełnienia, znany to fakt. Wiesz, mozolnie drapiesz się po zboczu, stajesz na szczycie – i nagle okazuje się, że zostaje tylko zejście.
      Aniu, chciałem pojechać w minionym tygodniu w góry, jako że znowu byłem w leszczyńskiej bazie firmy, 150 km od Gór Kaczawskich, ale miałem taki nawał pilnych prac, że przed godziną 17.30 trudno byłoby mi wyjechać, a to już za późno, skoro podróż zajmuje 2,5 godziny. Ponieważ tydzień temu nie zauważyłem pąków kwiatowych na krzewach róż, mam nadzieję na zobaczenie pełni kwitnienia w tym tygodniu – w połowie tygodnia zawitam w Lesznie, bliżej gór.
      Nie mogę uwierzyć w swoją ślepotę, Aniu. Tyleż razy patrzyłem na kwiaty dzikiego bzu, ale nigdy z tak bliska, żeby móc zobaczyć urok tych maleńkich kwiatuszków, dopiero tej wiosny. Tyle lat do nadrobienia!

      Usuń
    2. Ale pomysł, Krzysztofie, że mimo upływu tylu lat, ciągle robisz coś po raz pierwszy! To jest piękne, bo świadczy o bogactwie świata z jednej, a bogactwie pragnień i doznań z drugiej!

      Usuń
    3. Oczywiście, Aniu, że w tej cesze świata i oczywiście naszego ducha, jest piękno. Swoiste piękno czegoś nowego i niespodziewanego. Urok świeżości. Miło mi, że na ten fakt zwróciłaś uwagę.
      Dumny jestem z ocalenia w sobie – niejako na przekór otoczeniu, mojej pracy - jakiejś cząstki dawnej, chyba jeszcze dziecięcej, wrażliwości, ale też mam powody do zaniepokojenia, o czym piszę (między wierszami) w odpowiedzi dla Ciebie pod tekstem o wierzbach.

      Usuń
  3. Ja również doświadczam uczucia przyjemnego zadziwienia oglądając miejsca odmienione porą roku. To okazja by spojrzeć na nie z innej perspektywy, dostrzeżenia czegoś, co wcześniej umknęło uwadze, lub w ogóle nie istniało. Ot, choćby kwiaty róż.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie: nie istniało dla nas. W ten sposób otwierają się przed nami okna, przez które dane jest nam dostrzec nowe cechy świata.
      Ot, i tak to do swojego gapiostwa dodałem filozofię :-)
      Aniko, zastanawiałem się nad przyczyną swojej chęci (i potrzeby) zobaczenia róż, bo przecież widuję je, ostatnio parę dni temu oglądałem kwitnący krzew. Tyle że rośnie on w mieście, na brzegu parkingu przy sklepie, a ja chciałem zobaczyć tamte, które tyleż razy widziałem w zimie: róże rosnące na stokach gór, w ich naturalnym otoczeniu, w Górach Kaczawskich. Chciałem usiąść pod krzewem, posiedzieć i pogapić się. Pomyśleć. Posłuchać siebie.
      Dziękuję za obecność, Aniko.

      Usuń
    2. Uważaj z tym siedzeniem pod różą! Mnie zazwyczaj wtedy obłażą mrówki, o czym już tu wspominałam ;)

      Usuń
    3. Będę uważać, Aniu :-)
      Przed godziną przyjechałem do Leszna, zrobię co tylko będę mógł zrobić, żeby w sobotę urwać się dwie godziny z pracy i wyjechać w góry. Myśl o siedzeniu pod krzewami pojawiła się we mnie i na ostatnim wypadzie, ale na źdźbłach traw siedziały sobie miriady kropel deszczu. Ładne wyglądały, ale nie zachęcały do siedzenia.

      Usuń