Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

sobota, 7 lutego 2026

Srogi miesiąc

 010226

 Pojechałem na Roztocze dla dalekich zimowych widoków, nieba pogodnego, skrzącego się czystego śniegu i szadzi, pojechałem zobaczyć piękny zimowy dzień. Wczesnym rankiem było -18 stopni, a synoptycy prognozowali odczuwalną na poziomie -30. Mogły tyle być, jeśli miałbym oceniać po pieczeniu twarzy kiedy szedłem pod wiatr. Każdemu kroku towarzyszył ostry chrzęst śniegu pod stopami, dźwięk jednoznacznie kojarzący się z mroźnymi zimami, dzieciństwem na wsi, z ciepłem domu po powrocie. Palce cały czas trzymałem skulone w nie do końca włożonych rękawicach. Po zrobieniu zdjęć czułem nie tyle zimno na dłoniach, co parzenie, a przecież przez mniej niż minutę miałem gołą rękę. Zgodnie ze spodziewaniem woda i kanapki w plecaku były po południu zamarznięte. Po powrocie do samochodu położyłem je przy kratkach nawiewowych, a po rozmrożeniu zjadłem w drodze powrotnej.

Cóż, wszak dzisiaj zaczął się luty, srogi miesiąc. Nawiązuję do niemal zapomnianego już znaczenia tego słowa w dawnej polszczyźnie: luty, czyli srogi, bezlitosny, okrutny, niebezpieczny. Mówiono, że wyjście do lasu jest niebezpieczne z powodu lutego zwierza. Dzisiaj nie ma już w lasach lutego zwierza, a i miesiąc luty rzadko jest srogi.


 Różnymi szedłem drogami: brzegiem asfaltowej szosy, po betonowych płytach, drogą na dnie zasypanego wąwozu albo koleiną zawianą sypkim śniegiem. Szedłem też ścieżkami i na przełaj, po zaspach, a wtedy bywało różnie: czasami zeskorupiały wierzchem śnieg utrzymywał mój ciężar, czasami zapadałem się z chrzęstem łamanego lodu.










 Drzewa, a szczególnie uschnięte badyle przy drogach, pokrywała szadź. Pierwsze najładniej wyglądały z większej odległości, drugie pokazywały całe swoje kunsztowne piękno z bliska. Bywało, że skręcałem na pole zapadając się w głębokim śniegu aby obejrzeć owe cuda tworzone przez Naturę.

 


Parokrotnie dane mi było podziwiać drżące na wietrze lodowe kryształki opadającej szadzi. Zwykle widać je jako drobny, zmrożony śnieg niesiony wiatrem, ale widziane pod słońce, i – co ważne – na tle śniegu w cieniu, zmieniają się w cudne diamentowe iskierki, nagle pojawiające się znikąd i w moment później niknące. Miałem wrażenie patrzenie na samo niematerialne światło, na ideę diamentowego lśnienia, jakby owe drobiny tajemnym sposobem pojawiały się w moim świecie i równie tajemniczo znikały z niego. Oczywiście na zdjęciu nie widać
tego drżącego pojawiania się i znikania, a jedynie garść drobinek zatrzymanych w swoim sekundowym istnieniu.



 Zachód słońca, najpierw żółknący, później czerwieniejący, na koniec gasnący i granatowiejący, oglądałem stojąc przy wyjątkowo dużej gruszy przydrożnej. Cały dzień nie odczuwałem zimna, będąc odpowiednio ubrany, dopiero w czasie kwadransa tam spędzonego poczułem przeraźliwe zimno przedzierające się przez wszystkie warstwy ubrań.

 Na wprost zachodu, po przeciwnej stronie nieba, pojawił się księżyc w pełni. To ostatnie zdjęcie dzisiaj zrobione. W chwilę później wyszedłem na wioskową ulicę i skręciłem w stronę parkingu przy kościele. Szybki marsz rozgrzał mnie, ale przy samochodzie miałem trudności z włożeniem kluczyka do zamka drzwi, bo oczywiście bateryjka w pilocie zamarzła. Ruszyłem dopiero po dwudziestu minutach, gdy minęła sztywność zmarzniętych rąk.

Obrazki ze szlaku


 Przydrożna kapliczka. Jedna z wielu, owszem, ale tę wyróżnia inskrypcja ciekawa językowo i ujmująca wiarą:

Pszepuść Panie. Pszepuść ludowi Twemu i nie bądź na nas zagniewany na wieki”

Oczywiście zachowałem oryginalną pisownię.

 Koniec wygodnej drogi.



 Drzewa w wąwozie.

 Na to drzewo zwróciłem uwagę z powodu wyglądu: na pierwszy rzut oka przypomina dużą leszczynę, a jest wielopienną lipą. Pni ma tak dużo, że trudno je policzyć.





 A tutaj jedna lipa, ale jaka! Szedłem ku niej patrząc i robiąc zdjęcia. Jakże pięknie się wystroiła świecącymi w słońcu lotkami!

 Osiwiała od mrozu sosenka.

 Brzezina i ścieżka wydeptana przez zwierzęta.

 Ślady kuligu? Chyba tak, bo jakiż pojazd mógł zostawić tak wyrównane wgłębienie między koleinami?







Moje drogi.

 




Na godzinę przed zachodem.

Trasa: okolice wsi Gilów na zachodnim Roztoczu.

Statystyka: przeszedłem 16 km, w drodze byłem nieco ponad 8 godzin.



„… jak widzisz, poranek

Wstaje nie dbając o zmartwienia nasze,

I rozpoczyna drogę uśmiechniętą.”

John Milton, Raj utracony












niedziela, 1 lutego 2026

Mroźny dzień na Roztoczu

 220126

 Chciałem spędzić na polach Roztocza ostatni dzień tygodnia słonecznej pogody, a nie przy biurku. Potrzebowałem też ruchu; dłuższe siedzenie działa destrukcyjnie na moją zdolność chodzenia. Pojechałem i już przed siódmą wyruszyłem na szlak.



 Od rana do godziny 14 miało być bezchmurnie, ale synoptykom coś się pomyliło, bo słońce widziałem tylko chwilami i przez chmury. Owszem, widywałem błękit nieba, ale akurat nie tam, gdzie było słońce. Szedłem odśnieżonymi drogami prowadzącymi na pola i szosami; pierwsze były ciche, spokojne, bardziej swojskie i malownicze, ale bywały śliskie, drugie suche, wygodne, ale z hałasującymi samochodami mijającymi mnie o metr. Rano i pod wieczór miałem szkołę przetrwania z powodu silnego mrozu. Wracając szosą w taką właśnie właśnie porę, usłyszałem zatrzymujący się przy mnie samochód.

Podwieźć pana? – kobieta za kierownicą uchyliła szybę.

Nie, ale dziękuję.

Podwiozę, twarz ma pan czerwoną.

Specjalnie tu przyjechałem żeby pochodzić.

Naprawdę!??

Podwójny zestaw ubrań dobrze pełnił swoją rolę, ale ostry wiatr kąsał twarz, a dłonie niemal cały dzień miałem zmarznięte. Nic to. Była droga, był daleki horyzont. Zebrałem garść ładnych obrazów, kilka wspomnień, dzień minął jak zwykle szybko, do samochodu wróciłem gdy było szaro.


 Proszę obejrzeć te dwa zdjęcia. Widać na nich nie tylko typowy dla Roztocza pas drzew porastających doły, widać też ślad dawnego głodu ziemi. Na początku wąwozu, tam, gdzie nachylenie zboczy pozwalało na przejście konie ciągnącego pług, drzewa zostały wycięte, i kiedyś zarośnięta krzakami łąka została zamieniona w pole. Widać, jak jego prawy brzeg wciska się w wąwóz, a wyżej omija zakolem zbyt strome zbocze. Akurat to pole jest użytkowane, wiele innych, kiedyś wydartych na siłę lasom, zarasta ponownie. Wraz z głodem skończył się też głód ziemi. Tej, która rodzi i żywi. Zwracam uwagę na takie miejsca, ponieważ czuję związek emocjonalny z moimi przodkami pracującymi na roli. Także z tymi rolnikami, którzy teraz bronią się przed decyzjami skutkującymi zatratą naszych narodowych tożsamości w imię obcych i nam szkodliwych interesów.

Obrazki ze szlaku

 





Tak dzisiaj zaczynał się dzień.

 Długi uskok, a na dole rzeczka i domy wioski.

 Drzewa na miedzy. W ciepły dzień skręciłbym tam. Lubię takie zakątki; może posiedziałbym pod drzewami?


 Tutaj starałem się uchwycić lśnienie lodowej skorupy na śniegu.


 Miejsce martyrologii. To tam, przy samotnym, teraz uschniętym drzewie, stała stodoła, w której Niemcy spalili żywcem kobietę z jej wnuczętami za próbę uratowania żydowskiego niemowlęcia. Oto miejsce konfliktu dwóch skrajnych postaw moralnych człowieka: miłosierdzia i zezwierzęcenia. Nic więcej nie napiszę bo się jeszcze okaże, że sieję nienawiść. Nie napiszę, ale pamiętam, bo tylko w ten sposób mogę złożyć hołd tej kobiecie.




Dzisiejsze drogi.

Pierwsza trasa: wokół Aleksandrówki. Druga: z Błażka przez Pasiekę, Wierzchowiska Drugie, Majdan Obleszcze do Błażka.

Statystyka: w drodze byłem 9 godzin, przeszedłem 22,5 km.

 











 PS

Szkoda mi zostawić te zdjęcia w zakamarkach pamięci laptopa. Myślę, że powinny być tutaj.

Zrobiłem je w jeden z tych szarych dni, gdy kolorowa jesień jest już wspomnieniem, a zima jeszcze nie przyszła. Pojechałem pod Lublin przyjrzeć się jednej z dwóch znanych mi wyjątkowo dużych i starych alei lipowych. Drzew liczących sobie 150 i więcej lat jest tam ponad setka. Wszystkie są malownicze, z charakterystycznymi dla gatunku licznymi odrostami, wiele ma dziuple. Do największej może wejść, jak oszacowałem, troje dorosłych ludzi. To drzewo jest tam monstrualne, tak bardzo naznaczone wiekiem, zniekształcone naroślami, że budzi ambiwalentne odczucia przyciągania i odpychania, podziwu i obawy.

 


Pojechałem tam, aby popatrzeć na stare drzewa, tak po prostu, ale i dla odczucia tej wyjątkowej aury roztaczanej przez lipy. Tej bezpośrednio odczuwanej aury uśpione drzewa nie emanowały, ale bywały chwile, gdy wystarczyło mi zobaczyć na gałęziach brązowe lotki z kulkami nasion, by chociaż wspomnieniem wrócić pod kwitnące stare lipy, poczuć zapach kwiatów i usłyszeć buczenie pszczół…



 


Lipowa aleja.

 Lipa z oknami.



 Dziuple.


 Nowe życie na starym.