Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

wtorek, 14 czerwca 2016

Błękitna kropka


070616

Był czas, gdy niemal każde miasto greckie było metropolią dla kilku, a nawet kilkudziesięciu kolonii – miast utworzonych gdzieś daleko przez ludzi, dla których nie było miejsca w ich ojczyźnie, lub których niespokojny duch gnał na koniec świata. Skutkiem było rozprzestrzenienie się kultury greckiej po cały obszarze Morza Śródziemnego, cywilizacja rejonów pustych lub zacofanych, ale też ogólny wzrost zamożności ludzi, poprawa warunków ich życia. Oczywiście nie zawsze, różnie z tym bywało, wojny i niepowodzenia też były, ale ogólny trend był właśnie taki. Później, już w erze nowożytnej, kolonizacja powtórzyła się, chociaż właśnie wtedy słowo to nabrało obecnego, niezbyt dobrze kojarzącego się, znaczenia, którego nie miało w starożytności.

Czy historia może się powtórzyć w innym, dosłownie pozaziemskim, wymiarze?

Myślę, że taki czas przyjdzie. Te moje spodziewanie (i nadzieja) nabrały wyrazistszych barw po przeczytaniu książki Carla Sagana „Błękitna kropka”. Wcześniej eksplorację kosmosu miałem za naturalny skutek rozwoju technicznego, ale osadnictwo pozaziemskie pojawiało się w moich myślach jako coś niewyraźnego, dopiero Sagan, otwierając perspektywy i wskazując aspekty, nad którymi nie myślałem do tej pory, oczarował mnie swoją wizją kolonizacji.

Możliwości techniczne już w zasadzie mamy, chodzi o pieniądze. Koszt wyprawy na Marsa szacuje się na 100 do 500 miliardów dolarów. Kwota trudna do wyobrażenia, spróbuję więc przedstawić ją obrazowo. Wszyscy pracujący Polacy musieliby przez około 17 lat oddawać 100 zł z każdej pensji, żeby nazbierać 100 mld dolarów. W biednych krajach koszt dziennego wyżywienia człowieka wynosi parę dolarów, można więc za te pieniądze wykarmić miliony ludzi przez całe ich życie. Przy obecnych cenach kruszców, te miliardy są górą złota ważącą od 2500 do 12500 ton!

Odezwał się we mnie technik i on policzył wielkość tej góry. To właściwie byłby malutki wzgórek. Sto miliardów dolarów w złocie to sześcian o boku mierzącym pięć metrów, a 500 mld dałoby sześcian o boku długości niecałych dziewięciu metrów.

Po co ten tak bardzo drogi exodus, skoro przy mądrej gospodarce Ziemia wyżywi i zapewni godziwe życie dużo większej ilości ludzi, niż żyje obecnie? Tak, zapewne tak, jednak ilość ludzi nie może rosnąć w nieskończoność. Poza tym piszę tutaj o bardzo odległej przyszłości, o milionach lat, w czasie których wiele może się zdarzyć. Sagan podał dwa argumenty, które przekonały mnie do potrzeby kolonizacji. Pierwszy, to katastrofa kosmiczna, uderzenie w Ziemię meteoru tak dużego, że, w rezultacie następstw, zmiany klimatu okazałyby się zabójcze dla ludzi – jak kiedyś dla dinozaurów. Drugim argumentem jest kres życia naszej gwiazdy. Fizycy na tyle dobrze poznali cykle życiowe gwiazd, że wiedzą dość dokładnie, co czeka Słońce: za parę miliardów lat spuchnie stając się czerwonym olbrzymem, który pochłonie wewnętrzne planety, a z Ziemi uczyni suchy, wypalony skwarek. Życie ludzi poza Ziemią jest gwarancją przetrwania naszego gatunku, o ile oczywiście przetrwamy (czytaj: nie zniszczymy się sami) do czasu osiedlania się poza naszą planetą.

Biedny kraj nie wyśle statku na Marsa, kilka bogatych może. Bogacenie się kraju jest złożonym procesem, w którym biorą udział wszyscy pracujący, bo wszyscy oni płacą podatki i swoją pracą przyczyniają się do wzrostu zamożności. Mając na względzie loty w kosmos, inaczej można spojrzeć na poczynania milionerów i drobnych dorobkiewiczów, inaczej na zakupy kolejnych karuzel przez mojego pryncypała: oni wszyscy mają swój udział we wzroście zamożności, a tym samym w tworzeniu możliwości brania udziału w kosmicznych misjach. Przyczyniają się do zrobienia pierwszych kroków. Będzie ich zapewne wiele, trzeba będzie wydać nie jedną górę pieniędzy, ale cały ich łańcuch, by w końcu ludzie zaczęli osiedlać się poza Ziemią. Najpierw nieliczni, na bliższych planetach i księżycach, ale z czasem coraz liczniej zaczniemy opuszczać Ziemie i osiedlać się coraz dalej i dalej. Co później? Ziemia skansenem? Planetarnym muzeum? A może centrum nauki, siedzibą uczelni znanych w promieniu wielu lat świetlnych?

Jak wielu wierzących pragnie chociaż raz w życiu być w Rzymie lub w Mekce, tak może w przyszłości może ludzie będą marzyć o zobaczeniu na własne oczy Ziemi i jej cudów, a lot ku niej i zwiedzanie będą przygodą ich życia. A może w końcu przyjdzie czas, gdy naszą kolebkę będzie się wspominać jak krainę na pół baśniową, może będą krążyć o niej mity, w które wierzyć będą tylko dzieci żyjący pod innymi niebami, odległymi o lata świetlne. Może kiedyś ludzie, przemienieni odmiennymi warunkami życia, zapomną o niej? Kto wie? Jednak ci nasi odlegli potomkowie będą żyć, gdy Ziemi już nie będzie.

Myśl ta napawa mnie optymizmem, także pociesza, chociaż właściwie nie wiem dlaczego, bo przecież dotyczy przyszłości tak odległej, że wyobrażenie sobie tej studni czasu przed nami jest trudniejsze, niż wyobrażenie tamtej góry pieniędzy. Jeśli życie i rozwój cywilizacji (w ujęciu Sagana warunek konieczny do przeżycia ludzi w kosmicznej skali czasu) potraktować jako ciąg kolejnych kroków, można siebie i mnie współczesnych, ludzi żyjących tu i teraz, także nasz czas i nasze osiągnięcia, zobaczyć jako jedno z ogniw – równie niezbędnych dla zachowania ciągłości łańcucha przemian ciągnącego się ku najdalszej przyszłości, jak wszystkie następne. Może tutaj właśnie tkwi źródło optymizmu i pocieszenia?


wtorek, 7 czerwca 2016

Karuzela przeprowadzek i wierzby płaczące


310516

Kręcę się w kołowrocie zwariowanych przeprowadzek, regularnie przekraczając osiemdziesiąt godzin pracy tygodniowo. Kampingiem ze swoim mieszkaniem (jeśli tak można nazwać klitkę wielkości paru metrów), co parę dni zmieniam miejsca kursując między przemieszczającym się co tydzień lunaparkiem a bazą. Po przyjeździe parkuję, rozciągam przewód podłączając prąd, odpinam lodówkę od ściany, pobieżnie wycieram w niej wodę, upycham po kątach (właściwie wszystkie są już zapchane) walające się rzeczy, czasami dziwne, nie wiadomo skąd przywleczone – doprowadzam do jako takiego stanu wnętrze, i, jeśli akurat jestem w bazie, jadę swoim oplem po zakupy, wszak kuchni tam nie ma. Jem coś na chybcika, wyjmuję z szafki czajnik i pojemniki, zaparzam kawę (jeśli pamiętałem o przyniesieniu wody) i siadam. W bazie mam ciszę, w lunaparku przez cienkie ściany kampingu słyszę głośne rozmowy kolegów (co trzecie, czasami co drugie, słowo jest wiadomego rodzaju) i skrzekliwie brzmiący hip hop lub disco polo. Próbuję nie słyszeć tego hałasu. Mam za sobą naście godzin pracy, przed sobą wolne dwie – trzy godziny. W czasie tych chwil wyrywanych karuzelowemu molochowi próbuję coś napisać, przeczytać czy posłuchać; zadzwonić do żony i dzieci, normalnie żyć. Nie bardzo mi się udaje. Zapomniałem o Dniu Matki, a o Dniu Dziecka pamiętałem, ale akurat tego dnia pracę skończyłem o godzinie 22.30, więc do dzieci dzwoniłem na drugi dzień. Zauważyłem, że nie wyciągam z szafy mojej ulubionej statuetki, milutkiej ozdoby stolika – nie tyle z powodu nie pamiętania, co z odruchowego uznania, iż nie warto, skoro za dwa dni czeka mnie następny wyjazd, a tym samym kolejne szykowanie wnętrza wozu do jazdy.

Budzik dzwoni raz i drugi, wstaję nieprzytomny, nalewam wody do szklanki i w progu kampingu, lejąc wodę na twarz, zaczynam dzień. Stawiam rozdzielnie, ciągnę cholernie ciężkie przewody, podłączam je, a pod nogami rośnie plątanina czarnych węży; wiele razy dziwiłem się, jakim cudem rozpoznaję się w tym bałaganie. Po paru dniach cały ten majdan pakuję na ciężarówkę, jem kolację, zapalam swoją scanię i podłączam do niej ciągnioną przyczepę. Gdy ostatni zestaw pojazdów wyjeżdża, oglądam opustoszały plac, wsiadam do kabiny i włączam bieg. Stary, zmęczony życiem silnik odzywa się chrapliwie, gdy samochód, ciężko kołysząc się na nierównościach, powoli toczy się w stronę jezdni. Kiedyś w takich chwilach miewałem myśli pt. „Kolejne miejsce za mną”, teraz już nie. Teraz liczę drogę i czas jazdy, próbując przewidzieć, ile będę mieć czasu na sen.

Dzisiaj rozmawiałem z Heleną, prosiła mnie o wytłumaczenie jej, jak długo jeszcze do wakacji. Miną trzy niedzielę i będą - powiedziałem wnuczce. A, to teraz wiem! Będę liczyła. – odpowiedziała. Oboje liczymy niedziele do wakacji, do tego cudownego okresu bez przeprowadzek, bez nocnych jazd i awarii po drodze, z ledwie siedemdziesięciogodzinnym tygodniem pracy.



W Szamotułach byłem nadspodziewanie wcześnie, już o godzinie 23, i to mimo tradycyjnych awarii po drodze. Mój kamping zawieruszył się gdzieś, a że nie miałem ochoty kłaść się spać w kabinie swojej ciężarówki, czekałem spacerując po parku. Noc była ciepła, pachnąca zieloną wilgocią, pogodna. W świetle parkowych lamp drzewa wyglądały inaczej niż w słońcu, ciekawiej. Drżące na delikatnym powiewie światło ukryte wśród gałęzi brzozy płaczącej przydawało tajemniczości długim gałązkom drzewa, których początki ukryte były gdzieś wysoko, w ciemnościach. Kolory liści zmieniały się: od jasnej, prześwietlonej bliskim światłem, bo ciemną zieleń, niemal czerń gałęzi widzianych na tle nocnego nieba, a te wydawały się dłuższe niż zwykle, bardziej wiotkie i ładniejsze. Lubię dotykać wiszące gałązki brzóz, lubię czuć ich łaskotanie między palcami i we wnętrzu dłoni. Lubię brzozy płaczące. Parę dni temu rozmawiałem z córką, mówiłem jej o potocznej nazwie ozdobnej odmiany kaliny koralowej, Gosia wspomniała nazwę betula pendula jako wyjątkową i pamiętaną. Ta łacińska nazwa brzozy płaczącej jest naszym hasłem przywołującym dalekie wspomnienie z dzieciństwa córki; słyszę wtedy jej śmiech - rozbawienie uczoną nazwą tego pięknego drzewa. Śmiech najpiękniejszej dziewczyny z nazwy najpiękniejszego drzewa.

Nieco dalej, przy tej samej alejce, zobaczyłem coś, co zdumiało mnie wspaniałym wyglądem, niemal majestatem: grupę bardzo wysokich wierzb płaczących. Trudno mi nazwać wierzby pięknymi drzewami, jednak ten konkretny gatunek ma kilka cech podobających się, jak na przykład ciemnożółty kolor gałązek, po którym w zimie poznaję je z daleka. Podoba mi się ich nienasycenie słońcem, pragnienie wykorzystania światła od pierwszych dni wiosny do ostatnich dni jesieni. Wszak to drzewo jako jedne z pierwszych rozwija liście, i jako ostatnie, bo nierzadko dopiero po pierwszych śniegach, zrzuca je.

Światło lampy dobywało z mroku piętrowo ułożone, coraz wyższe girlandy długich gałęzi. Gdy z zadartą głową stałem blisko drzew, wydawało się, że z niewidocznych pni tryskają w górę, zakręcają i łukami spływają na mnie kaskady zielono upierzonych ramion. Niektóre sięgały ziemi, inne zamierały wyżej w swoim locie w dół i tylko chwilami lekki wiatr, poruszając nimi, zaprzeczał mojemu wrażeniu patrzenia na fantazyjne stalaktyty.



Pod wieczór, po pracy, wziąłem aparat i poszedłem zrobić zdjęcia wierzbom. W świetle dnia wyglądały inaczej, chyba mniej tajemniczo, ale za to pokazały mi swoją zieloną świątynię Flory: otóż do tych drzew można wejść tak, jak wchodzi się do ogrodowej altany, jak wchodziłem kiedyś w altany płaczących buków w Żaganiu. Wiele gałęzi tych wierzb sięga ziemi tworząc zieloną ścianę wokół pnia, tylko tu i ówdzie zostawiając wąskie wejścia. Wewnątrz panuje półmrok, listki wydają się być ozdobami ścian; za grubym, spękanym i pochyłym pniem, woda stawu odbijała nikłe światło końca chmurnego dnia.

Cisza. Cisza i zieleń.



Nieco dalej na ławce siedziała grupa wyrostków; nikt nie patrzył na jaskółcze wirowanie na niebie, nikt nie patrzył na drzewa. Przechodząc, słyszałem głośne rozmowy i ordynarne przekleństwa dziewczyny; zobaczyłem, jak chłopak rzucił puszkę pod nogi i kopnął ją w trawę. Spojrzawszy na ich dziwaczne fryzury i stroje, na ich arogancję i pewność siebie wyrażaną ruchami i tonacją głosów, poczułem przeraźliwą obcość. Wróciłem do kampingu, jego ściany i ekran laptoka odgrodziły mnie od świata tamtych ludzi.


piątek, 3 czerwca 2016

Majowe chwile


280516

Plecak wziąłem chyba z przyzwyczajenia; dopiero później znalazłem sobie wytłumaczenie: wszak mam w nim cały zestaw pierwszej pomocy, także porządną pelerynę, a pogoda jest burzowa. Na pewno z rozpędu wrzuciłem do niego sweter – odruch zimowego wędrowcy - ale pod wieczór przydał się.

Było upalne popołudnie, do zachodu słońca brakowało ponad dwie godziny, gdy ubrany wyjątkowo jak na moje przyzwyczajenia, bo w lekkie spodnie i T-shirt, ruszyłem w górę po zboczu Dudziarza, vis a vis Różanki, góry, którą po raz pierwszy zobaczyłem w zimie. Wtedy śniegi na niej skrzyły się złoto i diamentowo, a w cieniu miały delikatnie zaznaczoną błękitną barwę – teraz górę widziałem zupełnie inną: ciepłą, uśmiechniętą i zieloną. W ciągu paru godzin tego popołudnia często pojawiały się we mnie zimowe obrazy znanych mi miejsc: nakładały się na widziane krajobrazy, zaskakując swoją odmiennością. Dość wysoko, już pod lasami Dudziarza, jest lubiany przeze mnie zakątek: gęstwina głogów i róż otacza starą, wykręconą reumatyzmem czereśnię. 


Byłem tam dzisiaj i patrząc na nią, widziałem ją w trzech odsłonach: nagą, czarną, zimową; w bieli swoich kwiatów, w słodkim ich zapachu, w buczeniu owadów widzianą na początku maja; a dzisiaj zieloną, uspokojoną, zajętą swoimi zawiązanymi już owocami.

Z odrobiną niepokoju, ale i z zaciekawieniem, słuchałem się siebie, jednak z satysfakcją zauważyłem, że nie postrzegam widoków zimowych jako gorszych, mniej wartościowych, a po prostu jako inne. Przy czym ta inność nie jest cechą obcości, a jedynie stwierdzeniem faktu dużych różnic; nawet wprost odwrotnie: przecież tamte zimowe góry są prawdziwie moje, natomiast w tych dzisiejszych, kwitnących i zielonych, jestem tylko chwilowym gościem.

Miało być o różach, a ja „filozuję”, jak mówi pewien mój znajomy, myląc filozofowanie z laniem wody. Więc róże jeszcze nie kwitną. Nawet pąków nie widziałem, ale widziałem kwitnące głogi, a jest ich tam bardzo dużo. W pierwszej chwili, stojąc przy różanym krzewie, poczułem zawód, ale była to tylko jedyna chwila, po niej przyszła inna, odmieniona: kwitnienie róż nadal jest przede mną.

Szedłem rozglądając się po świecie niemal mi nieznanym. Przede wszystkim radykalnie zmieniła się kolorystyka: wszechobecna zieleń zastąpiła zimową przewagę bieli, czerni i szarości nad niewielkimi śladami innych kolorów. 






Wyrośnięte trawy sięgały wyżej kolan; mokre po deszczu, zmoczyłyby mnie, gdybym nie wziął – też odruchowo – ochraniaczy. Spod nóg podnosiły się chmary owadów ważkopodobnych, próbowałem przyjrzeć się im, ale one nie chciały być oglądane. Widoczność zmniejszyła się, mimo poprawy przejrzystości powietrza. Ze zdziwieniem spostrzegłem tę różnicę stojąc na zboczu Dudziarza i patrząc na wschód, w stronę Gaika: zielone drzewa i krzewy zasłaniały widoczność. Nie narzekałem na tę ich cechę :-)

Oczywiście oglądałem głogi i róże: pierwsze z oznakami przekwitania, drugie dopiero szykujące się do przybrania godowych strojów. Jak tyle już razy, i dzisiaj przekonałem się o konieczności nachylenia się nad oglądanym dla pełniejszego, bardziej szczegółowego, lepszego widzenia; czasami po prostu dla zobaczenia czegoś, co wcześniej było niewidoczne, mimo że tyle razy widziane. Przy czym pisząc o nachyleniu się, mam na myśli po prostu zwrócenie bacznej uwagi, okazanie zainteresowania, a chyba nade wszystko potrzebę zobaczenia. Dzisiaj jakbym po raz pierwszy w życiu zobaczył kwitnienie czarnego bzu. Doskonałość symetrii kwiatów, ich maleńkie rozmiary, niepoliczona ilość, zapach i to wyjątkowe poczucie świeżości, dostrzeżenia po raz pierwszy. Czarująca chwila zdumienia urodą kwitnienia.




Zaskakiwała mnie ilość rosnących głogów i róż; poza dużymi, widzianymi z daleka krzewami, wśród wysokich traw znajdowałem mnóstwo maleństw obu gatunków. Spory obszar rozległego zbocza góry porośnięty jest krzewami, ale nierzadko dopiero stojąc przy którymś rozpoznawałem przenikające się gałązki i liście obu roślin. Pomyślałem, że lubią się, że pasuje im życie we wspólnym splątaniu – lub obejmowaniu się - gałęzi i korzeni. Czasami do tej pary dołączali dalsi kuzyni: klon, czereśnia lub jawor, ale odniosłem wrażenie, iż są oni tylko tolerowani. 




Z zachodniej części zbocza zobaczyłem Stromca, górę odległą o ponad 10 kilometrów, a za nią coraz dalsze i dalsze wzgórza, już Izerskie. Podnosząca się mgła przedwieczorna otulała podnóża bliższych gór, dalsze czyniąc mało widocznym zarysem; najdalsze –  na horyzoncie – były już tylko domysłem, ale przecież one były tam naprawdę.



Widok ten, tak ładny, był jak nasze pragnienia, albo możliwości: na tych niespełnionych, albo niewykorzystanych, nasz świat się nie kończy, mimo iż czasami wydawać by się mogło, że nic już, tylko szara codzienność, bo oto na horyzoncie pojawiają się inne i otwierają sobą nowe dla nas i piękniejsze światy.

Wracałem jak zwykle nocą, jednak gdy w połowie dwuipółgodzinnej jazdy zatrzymałem się i wysiadłem dla rozprostowania nóg, poczułem różnicę: intensywny zapach traw i ziół nagrzanych słońcem, zapach nocy majowej.


czwartek, 26 maja 2016

Czas i pragnienia


240516

Dzisiaj, w środku cudnej nocy majowej, przywitałem Krotoszyn. Po upalnym dniu noc była ciepła, księżycowa; jechałem mając na sobie tylko T-shirt i krótkie spodenki, okno było uchylone, a wspomnienie tamtej upiornej nocy sprzed miesiąca wydawało się nieprawdziwe, wzięte z sennego koszmaru.

Ponieważ jutro mam wyjechać na parę dni do bazy, układam plan zobaczenia kwitnących dzikich róż: w sobotę, kończąc pracę godzinę wcześniej, mógłbym około 16.30 wyjechać i w wybranym miejscu moich gór być około osiemnastej. Miałbym dwie i pół godziny czasu do zachodu słońca, ponad trzy do zmierzchu, zdążyłbym obejrzeć róże w ich godowej szacie. Postaram się pojechać, skoro na cały dzień wolny liczyć nie mogę. Czy jednak warto jechać ponad 300 kilometrów dla tych paru godzin? Nie zastanawiałem się – ani teraz, ani nigdy - nad opłacalnością, mam to w nosie, wyjazd jest mi potrzebny. Tyleż razy oglądałem krzewy róż w zimie, gdy jedyną ich ozdobą są czerwone owoce, a nigdy w porze kwitnienia. Któregoś dnia w czasie mojej pracy w UK miałem okazję jechać pod Dover, na te wyjątkowe klify wapienne; nie pojechałem chcąc nadrobić zaległości w korespondencji. Okazja już się nie powtórzyła i zapewne nie powtórzy. Gdy w zimie szykuję się do niedzielnego wyjazdu w góry i wiem, że pogoda nie będzie ładna, bywa, że pojawia się myśl o rezygnacji, o niedzieli z książką i laptokiem na podołku. Ale wtedy przypomina mi się tamta moja decyzja i jadę bez względu na pogodę. Czasami przypominają mi się słowa słyszane kiedyś, przed wiekami.:

-Dlaczego się oglądasz?

-Bo może widzę cię po raz ostatni.

Łzy stają mi w oczach, bo ja jak ta baba mam je w ciągłym pogotowiu, i mówię sobie: któryś wyjazd będzie tym ostatnim, nie mogę go przegapić.

Odczuwam coraz większą wagę czasu i większe nienasycenie przeżywaniem – dowolnym, różnym, byle pozytywnym. Te moje nieliczne wolne godziny pędzą jak zwariowane, więc biegnę i ja chcąc je dogonić; w rezultacie żyję w stanie permanentnego niewyspania. Gdy w czasie przerwy w pracy usiądę z kubkiem kawy w ręku i po paru minutach usypiam, obiecuję sobie położyć się wcześniej spać, ale na ogół na obietnicy kończy się, ponieważ wieczorem przeważa żal kończącego się dnia.



Woda zmyła zmęczenie całodniową pracą, stoję w słońcu patrząc na grupę wysokich topoli i swój wydłużający się cień. Czasami odwracam się ku słońcu, widzę krzywy, spękany, na pół uschnięty pień wierzby z zielonymi pędami: drzewo zasłania słońce rozjaśniające aureolę wokół pnia, w świetlistym powietrzu tańczy rój pijanych owadów i statecznie krążą strzępy topolowej waty, słońce prześwietla liście barwiąc bursztynem ich modą zieleń. Gdy poruszam głową, słońce zapala się i gaśnie zasłaniane liśćmi, a drugie, odbite w wodzie, drży migotliwie. Myśli uspokoiły się, umysł nastawił się na kontemplację, moje ciało poddaje się pieszczocie orzeźwiającego powiewu znad wody. Dobrze mi się stoi w słońcu i patrzy na drzewa; nie odczuwam zmęczenia ani jakiegokolwiek pragnienia, po prostu stoję i patrzę.

W tej ostatniej godzinie dnia słońce jeszcze jest mocne, ale już nasycone wieczornymi kolorami. Barwi nimi drzewa, trawy, staw i ludzi; kształty i kolory czyni wyraźnymi i intensywnymi, ładniejszymi i powabniejszymi.



Poganiamy czas mówiąc „aby do wiosny, aby do soboty, żeby ten czas szybciej minął!”. Sam nierzadko tak mówię, zwłaszcza w oczekiwaniu na zakończenie dnia pracy, doznając zadziwienia dwoistością upływu czasu – tego, o którym mówi się, że upływa równomiernie. Czasami wątpię w tą jego cechę, skoro w pracy patrząc na zegarek myślę „dopiero?”, a po pracy „już?!”. Więc też poganiam czas, ale ostatnio coraz częściej myślę, że w tym moim zawiedzionym „dopiero?” jest moja przegrana; jest sprzeniewierzenie się słowom umierającej Diany, która w ostatnich swoich dniach nakazywała mi cieszyć się każdym dniem i każdą godziną.



W sobotę pojadę spełnić swoje marzenie oglądania kwitnących krzewów dzikich róż, a teraz wyjdę na spotkanie innego piękna: kanonu D-dur Pachelbela granego na harfie i gitarze.




piątek, 20 maja 2016

O pustce w głowie


260416

Otworzyłem swoje dopiski, napisałem datę i zatrzymałem się, słuchając siebie. Migają mi obrazy z ostatnich dni przemieszane z ulotnymi, głęboko tkwiącymi we mnie, trudnymi do uchwycenia nawet myślą, wrażeniami budzonymi słuchanym koncertem La Notte Vivaldiego i pragnieniem pisania. Mieszają się moje własne przeżycia z fantazjami i z życiem stworzonych kiedyś postaci, chwile niedawne z chwilami sprzed wielu lat, myśli moje i nie wiem czyje, jakby obce, nieznane. Jest we mnie przekonanie – w podobnych sytuacjach odczuwane już wielokrotnie - o stworzeniu dobrego testu odkrywającego jakąś cząstkę prawdy o ludzkim życiu wewnętrznym, gdyby udało mi się scalić te wszystkie myśli i wrażenia, ułożyć je w jakiś sensowny ciąg i wyrazić słowami.

Trzymam palce nad klawiaturą, czuję pragnienie dotykania klawiszy, ale nie daję sobie tego cudownego podrażnienia palców odczuwanego po parogodzinnym pisaniu. Wstaję i wychodzę na dwór. Zimna noc kwietniowa bez zapachów nie pomaga mi, wracam i gapiąc się w ekran, próbuję dociec istoty swoich odczuć. Przebić mur niemożności i wychodząc na drugą stronę, w inny świat, odkryć w nim cząstki prawd o sobie i swoim życiu. Tak, tylko jak to zrobić? Siedzę i gapiąc się w ekran słucham La Notte Vivaldiego…

Wiele lat temu siedziałem w samochodzie zaparkowanym w zatoczce cichej uliczki gdzieś na krańcu Polski i patrząc na kasztany leżące pod gubiącym je drzewem, słuchałem tego właśnie utworu i myślałem o swoim pisaniu. To wtedy ten koncert stał się dla mnie wyjątkowy, z czasem związany ze mną dziesiątkami nitek. O jednej z nich napiszę.

Było to we Wrocławiu, w Auli Leopoldina. Dyrygował rozluźniony, opowiadający dowcipy, jak zwykle rozczochrany, Jerzy Maksymiuk. Nim podniósł pałeczkę, opowiadał o przeglądaniu nut jednego z koncertów wiolonczelowych Vivaldiego.

-Takie zwykłe plum plum, jakby Vivaldi jedną ręką pisał, a drugą trzymał na kolanie zakonnicy, ale później dostrzegłem tam… piękno. – jakoś tak podobnie mówił.

Od tamtych chwil minęło już ponad 10 lat, ale koncert pamiętam, wiolonczelistkę też, i chociaż wtedy słuchałem innego koncertu włoskiego księdza, teraz, po latach, tamte chwile znalazły sobie miejsce w mojej pamięci tuż przy La Notte, może właśnie z powodu wspólnego im piękna.

La Notte to wrześniowy ciepły wieczór i spadające kasztany, ale też tęsknoty, pragnienia i fascynacje. To lepszy świat i radość pisania.



Mało wyraźne zjawy obrazów i niejasne odczucia nie chcą się połączyć, ani tym bardziej wyrazić słowami. Ech, nic dzisiaj nie napiszę, sięgnę więc po książkę, ale może jeszcze utrwalę tutaj chwile sprzed kilku dni – dla kontrastu.:



Po piętnastogodzinnej, nie tylko fizycznie ciężkiej pracy, wyruszyłem w drogę. Jechałem walcząc z obezwładniającą sennością: mówiłem głośno, dłonią strzelałem się po twarzy, ruszałem szczękami. Daremnie. Trzęsienie scanii zjeżdżającej z szosy budziło mnie, przestraszony szarpałem kierownicą, ale adrenaliny wystarczało mi na parę minut, nie dłużej; pragnienie snu ciała zmęczonego wielogodzinną pracą zwyciężało i znowu usypiałem na sekundy. Zatrzymawszy się za naszą ciężarówką stojącą na światłach awaryjnych, nie wysiadłem od razu, zbierałem siły na opuszczenie ciepłej kabiny, a gdy w końcu wyszedłem, zimno uderzyło we mnie taranem. Drżałem i kuliłem się, a po przeraźliwie pustej głowie kołatało mi się rozpaczliwe pytanie: co ja tutaj robię!??

Do celu dojechałem cudem, po niemal dwudziestu czterech godzinach pracy non stop. Był już dzień, trawy siwo oszronione, w kampingu zimniej niż w zamrażarce mojej lodówki. Założyłem na siebie podkoszulki i swetry, skarpety i kalesony, skuliłem się pod dwoma kołdrami i czekałem na ustanie drżenia ciała żeby usnąć. Budzik zadzwonił po niespełna czterech godzinach. Wstałem zanurzając się w lodowatym powietrzu, a musiałem, żeby zmontować instalację elektryczną przed przyjazdem pogotowia energetycznego.

Kiedyś w jakiejś rozmowie powiedziałem, zapytany, że pracuję w branży rozrywkowej.

-Śpiewa pan?! – usłyszałem zdumiony okrzyk.


czwartek, 12 maja 2016

Czereśniowy dzień


080516

O planowanym majowym wyjeździe do bazy wiedziałem już na przedwiośniu i już wtedy liczyłem na urwanie jednego dnia i wyjazd w góry, ale też wiedziałem, jak niepewne są tutaj plany wolnych dni. Jeszcze w przeddzień wyjazdu, od rana zajęty spawaniem jakiegoś połamanego żelastwa, nie wiedziałem jak będzie. Będąc wśród karuzel, a nie w zimowym pokoju, nie czułem tak charakterystycznej atmosfery przedwyjazdowej. Wyjazd nabrał realności dopiero popołudniu, gdy siedząc w nagrzanej kabinie swojego autokampingu, przebijałem się na południe zatłoczonymi ulicami Poznania. W bazie byłem pod wieczór; zakupy i wszystkie konieczne przygotowania starałem się zrobić jak najszybciej, chcąc położyć się spać przed godziną 21. Podekscytowany, położyłem się dopiero po 22, nastawiwszy budzik na godzinę drugą.

Chciałem zobaczyć wschód słońca.

Gdzie jechać? W Góry Kaczawskie, to wiadomo, ale gdzie? Jak tyle już razy, odpowiedź przyszła sama: okolice Trzmielowej Doliny. W drodze moja vectra, cicha, opanowana i posłuszna, rozpieszczała mnie; po ostatnich jazdach rozklekotanymi ciężarówkami, wydawało mi się, że jadąc nią, płynę po chmurach.

W górnym Komarno byłem tuż po piątej; wysiadłem i nim sięgnąłem po plecak, przez chwilę patrzyłem na południe: po drugiej stronie granatowej, uśpionej jeszcze Kotliny Jeleniogórskiej, nad ciemną ścianą Karkonoszy, zobaczyłem kolory świtu. Były jeszcze nieśmiałe, stonowane niebieskimi szarościami, ale przecież już ładne. 


Po szybkim marszu dotarłem o 5.30 na Ziemski Kopczyk, a tam opadający garb przełączki odsłonił mi wschodni horyzont; słońce nie czekało na mnie: świeciło dwa palce nad horyzontem, a niebo stało w płomieniach. Błękitne górą, niżej seledynowe, stopniowo nabierało żółtych barw, a te ustępowały miejsca pomarańczom; blisko horyzontu niebo było ciemnoróżowe, a wszystkie te kolory były intensywne, świecące i czyste. Niemal czarne góry i lasy poprószone były okruszynkami słońca.



Wokół mnie jasna, soczysta, skrząca się rosą, młoda zieleń łąk i drzew. Oddychałem rześkim, chłodnym powietrzem, słyszałem śpiew ptaków. Cud majowego ranka, tak bardzo upragnionego w czasie zimowych miesięcy, gdy ranki jakże często są li tylko przemianą czerni nocy w szarość świtu. Patrzyłem na góry wokół - moje przecież, tak dobrze znane – ale dzisiaj patrzyłem na nie tak, jakbym widział je po raz pierwszy. Zielonymi, wiosennymi, po niebem błękitnym, widziałem je po raz pierwszy. Doczekałem się tego dnia i jak tylko potrafiłem, wypełniłem go widokami i wrażeniami.

Poszedłem na południowe stoki Maślaka i do Trzmielowej Doliny, w moje ulubione miejsca, do których zawsze chętnie wracam. Nie miałem żadnego planu, żadnej trasy, miałem wielkie zamierzenie: nacieszyć się słońcem, zielenią i błękitem. W zimie rzadko robię przerwy, jeszcze rzadziej siadam, na ogół stojąc wypijam kubek herbaty i idę dalej z kanapką w ręku; dzisiaj, nieśpiesznie szwendając się tu  i tam, kilka razy siadałem na trawie i po prostu patrzyłem. Patrzyłem.

Kwitły czereśnie i tarnina. 



Krzewów tej śliwy nie ma dużo - z wyjątkiem dna Doliny, gdzie jest ich spory zagajnik i paroma innymi miejscami - ale za to dzikich czereśni, trześni, jak mówiono na wsi mojej babci, rośnie dużo i wszędzie: w lasach i na ich obrzeżach, w śródpolnych zagajnikach, albo samotnie, gdzieś na rozległym polu lub łące. Jak dużo, dopiero dzisiaj mogłem się przekonać, ponieważ w bieli swoich kwiatów widoczne były z daleka, wyróżniały się, przyciągały wzrok niczym panna młoda w swojej ślubnej sukni, niektóre zgrabne niczym baletnice, chociaż na ogół miotlaste.










Tak więc do zieleni i błękitu, kolorów tego dnia, dodać wypada biel kwiatów, a z odgłosów wiatr, stały towarzysz dzisiejszego dnia. Wiał równo, bez niepokojących porywów odczuwanych w kanionach miejskich ulic, był niedokuczliwym polnym wiatrem, mimo iż na przełęczach dmuchał mocno; gdy stałem pod czereśnią, sypał na mnie śnieżną kurzawą kwietnych płatków. Do tego obrazu dnia malowanego wiatrem dodaję falowanie traw i szum liści drzew  – odgłos nie słyszany zimą w takiej tonacji – oraz śpiew skowronków i niezrównany w swoim wdzięku lot jaskółek. Nisko, wśród traw, kładę podpis: żółte kropki kaczeńca i mniszka.

Wiele czasu zajmowało mi oglądanie drzew; ze zdumieniem, ale i z rozbawieniem, zauważyłem, że nierzadko rozpoznawałem gatunki po korze i gałęziach, nie po liściach – ot, znamię zimowego wędrowcy. Z satysfakcją odnotowywałem w pamięci potwierdzenia wcześniejszych obserwacji, gdy zauważone drobne, drugorzędne cechy identyfikacyjne, okazywały się być przydatne do rozpoznania gatunku drzewa. Jednak dopiero dzięki liściom rozpoznałem trzy duże wiązy szypułkowe rosnące w Trzmielowej Dolinie, a widziane wcześniej drzewo o cudnie splątanych pniach okazało się być jarząbem pospolitym. 


Oczywiście wiele razy stałem pod drzewami, zwłaszcza małymi, i nijak nie potrafiłem dopasować wyglądu do nazwy, ale mam nadzieję na ich rozpoznanie w przyszłości. Wszak jeszcze niedawno znałem ledwie kilka gatunków, a teraz bywa, rzadko co prawda, ale bywa, iż spojrzę na drzewo i nie analizując jego wyglądu, nie szperając w pamięci, po prostu wiem, jakiego jest gatunku. Czegoś podobnego doświadczam patrząc na moje góry: stojąc na nowym miejscu zdarza się, że przez chwilę patrzę bezradnie na szczyty przede mną nie mogąc świadomym wysiłkiem pamięci rozpoznać je, a po chwili nazwy same, najzupełniej same pojawiają się, porządkując góry wokół mnie i czyniąc je moimi.

Gdy otworzy się oczy na świat, ogarnia nas zdumienie dwojakiego rodzaju: rozmaitością gatunków fauny i flory, bogactwem kolorów i form krajobrazu, pięknem jednych i drugich, ale też odczuwamy zdumienie uświadamiając sobie swoją wcześniejszą ślepotę. Przychodzi chwila, w której zwracam uwagę na jakiś drobny fragment otaczającego mnie świata - jakbym dostrzegał go po raz pierwszy w życiu, mimo że na pewno widziałem nie raz. Patrzę wtedy i dziwię się: tyle lat przeżyłem, a nie widziałem? Nie przyjrzałem się? Nie doceniłem? Jak to możliwe? Owszem, widziałem, tylko jakoś inaczej, płytko, byle jak, bez nachylenia się, bez odbicia we mnie. W tym stanie nie ma jednak poczucia straty, a radość ze znalezienia, z odkrywania, radość poznawania. Smakowanie uroku nowego piękna. Jego przeżywanie.

Na zboczu Ogiera, w jednym z moich ulubionych miejsc, po raz pierwszy zobaczyłem w pełnej krasie, bo w bieli kwiatów, Czereśniowy Wzgórek, jak nazwałem niewielką kupkę kamieni na której rośnie grupa starych czereśni; stojąc wśród nich, słuchałem buczenia owadów, czułem ciepły, słodki zapach kwiatów, i patrzyłem na niebieskie szczyty odległych Karkonoszy. Tuż obok rośnie jeszcze jedna moja kępa brzóz, do której przytulił się różany krzew. Siedziałem tam oparty o biały pień, mając Trzmielową Dolinę u stóp i słońce na twarzy.





Zapragnąłem przejść na drugą stronę pasma gór, zejść w dolinę i dojść na Gackową, górę, na której po raz pierwszy byłem kilka tygodni temu. Czasu miałem dużo, planów żadnych, wstałem więc i poszedłem znanym sobie przesmykiem między ścianami lasów. Parę lat temu widziałem tam brzozy połamane lub przygięte do ziemi ciężarem lodowych sopli wiszących na gałązkach; wiał wtedy mroźny wiatr niosący zamarzające kropelki wody, a sople stukały o siebie wydając szklany dźwięk. Dzisiaj było tam zupełnie inaczej: drzewa rosły dalej nie pamiętając tamtej ciężkiej dla nich zimy, młoda zieleń zasłoniła kikuty konarów.

Zobaczywszy Krzyżową po drugiej stronie doliny, zapomniałem o wcześniejszym planie i poszedłem na tą ukrzyżowaną górę. Ładniejsza byłaby bez postawionego na szczycie kamiennego postumentu przypominającego bunkier. O wielkim krzyżu stojącym tam powiem tylko, że są właściwsze miejsca na stawianie religijnych symboli, niż szczyty ładnych gór. Widok z tej góry jest panoramiczny i urozmaicony, a stoki odkryte, więc dal towarzyszy wędrowcowi niemal cały czas.

Z jednej strony zobaczyłem w oddali (sprawdzałem na mapie: prawie 9 km) Wielisławkę i natychmiast poczułem pragnienie pójścia do niej; z drugiej strony zza grzbietu Łysej wychylał się jeden ze szczytów Kop – i też wołał mnie do siebie obiecując miły tete a tete. Z odrobiną żalu odmówiłem nie chcąc śpieszyć się, nakręcać kilometrów. Zakolem wróciwszy w Trzmielową Dolinę, odwiedziłem kilka ulubionych miejsc, zajrzałem w nieznane zakątki, wszedłem na ambonę, w końcu usiadłem na trawie, ale po chwili uznałem, że w tak ciepły dzień mogę się położyć. Leżałem z głową na plecaku patrząc na moją Dolinę i na niebo, aż w końcu… obudziło mnie chrapanie. Sprawdziłem czas, minęło 15, może 20 minut; poczułem ulgę, oznakę swojego nienasycenia, chęci wykorzystania całego dnia, bo przecież wiedziałem, że minie przynajmniej cztery miesiące nim wrócę tutaj.

Odwiedziłem grupę brzóz, które pewnego zimowego dnia niespodziewanie wyłoniły się z mgły czarując mnie swoim wyglądem; czarowały i dzisiaj.





 Byłem na leśnej dróżce wiodącej płytkim wąwozem, ponownie doświadczając zaskoczenia nagłą zmianą perspektywy, ucieczką horyzontu: idąc pod górę, widzi się tam bliski koniec drogi na tle nieba, a w chwilę później, po paru ledwie krokach, droga opada do stóp odsłaniając dal – niebieską ścianę Karkonoszy.

Do samochodu dotarłem po czternastu godzinach. Czułem w nogach ten czas. Na drogę powrotną miałem kupione jakieś chrupki (dla odpędzania snu), ale że ostatni kawałek zjadłem w połowie drogi, później rozpaczliwie walczyłem z sennością; do Leszna udało mi się dojechać po godzinie 22. Byłem zmęczony jak rzadko kiedy, aż miałem chęć zostawić mycie butów i siebie na jutrzejszy dzień. Na koniec dnia przyszła konstatacja: gdybym mógł jeździć w góry późną wiosną i latem, w czasie długich dni, ta moja chytrość słońca i drogi wykończyłaby mnie.

Późniejszy dopisek: dzisiaj dowiedziałem się, że w ciągu najbliższych tygodni jeszcze parę razy będę przyjeżdżać do bazy, a wieść ta od razu zbudziła we mnie nadzieję na szybki powrót w moje góry. Wszak ciągle niespełnione jest moje marzenie zobaczenia kwitnienia dzikich róż.







poniedziałek, 2 maja 2016

Wokół moich lektur


140416

Z książki wypadła kartka, najwyraźniej używana przeze mnie jako zakładka przy pierwszym czytaniu, a na niej odręczne notatki o sedymentacji, abrazji, eworsji, etc. - ślady mojej dawnej lektury z okresu zainteresowań morfologią Ziemi. Kiedy to było? Myśl krąży bezradnie nad latami, w końcu dostrzega małego Bartka pomagającego przewracać mi kartki książki. Trzydzieści lat temu.

Arystoteles, „Zachęta do filozofowania”.

„W tymże badaniu przyrody zawiera się też jakaś nie dająca się zaspokoić, a wypływająca z poznania rzeczy rozkosz, wśród której jednej tylko możemy – po spełnieniu koniecznych powinności i wolni już od zajęć – wieść życie piękne i szlachetne.”

Cyceron, „O najwyższym dobru i złu”.

Nie czytałem Cycerona, te słowa zostały zamieszczone w dodatku do czytanej przeze mnie „Zachęty”, ale skoro w jednym tylko zdaniu autor zawarł tyle mądrości, niewątpliwie powinienem traktat przeczytać.

Czy Arystoteles zachęcił mnie? Nie. Jego argumenty zawierają aprioryczne założenia (oczywiście wypowiadam tutaj swoje zdanie, które nie musi być słuszne) i dlatego chybiają, chociaż powyżej tych założeń wydają się być logiczne. Owszem, cały tekst byłby zachętą, ale do filozofowania w starym, bardzo starym znaczeniu tego słowa. Oddam tutaj głos Kazimierzowi Leśniakowi, autorowi wstępu do mojego wydania „Zachęty”.:

>Przez długi czas termin „filozofia” ma znaczenie bardzo ogólne. Oznacza wszelką ciekawość, wszelką kulturę intelektualną, wszelki wysiłek umysłu dla wzbogacenia się nowymi treściami poznawczymi.<

Teraz ja.: Jednakże wcześnie zaczęło się filozofowanie w takim znaczeniu, w jakim nadal rozumiemy to słowo: jako dzielenie włosa na cztery; jako próby poznania i zrozumienia świata przy posługiwaniu li tylko umysłem, w fotelu, w czasie dyskusji; jako tworzenie rozległych systemów porządkujących świat. Systemów czasami dziwnych, a nawet dziwacznych – vide solipsyzm. Tekst Arystotelesa powinien nazywać się „Zachętą do bycia mądrym”, ponieważ filozofa nie można nazwać mędrcem tylko dlatego, że doskonale zna historię filozofii, ani nawet dlatego, że stworzył swój własny system filozoficzny. W swojej zachęcie autor myśli o byciu mędrcem w znaczeniu człowieka życiowo mądrego, zaznaczając jego umiejętność spokojnego i szczęśliwego życia bez niemożliwych do spełnienia namiętności, a jeszcze lepiej po prostu bez namiętności – a pisze raczej o typowym filozofie.

Na koniec o jeszcze jednym znaczeniu słów filozofia i filozof. Otóż w moim środowisku zawodowym nierzadko wystarczy wypowiedzieć myśl budując dłuższe zdanie lub używając trudniejszego wyrazu, by usłyszeć o filozofowaniu, nawet jeśli chodziło o przesoloną zupę w kuchni.



Garść cytatów z moich ostatnich lektur.

Zacznę od Aleksandra Krawczuka, naukowca i pisarza wyjątkowo wysoko cenionego przeze mnie, a tak mało znanego. Potrafi on tak pisać o czasach starożytnych, o ludziach i ich czynach, że ma się wrażenie czytania pasjonującej powieści, mimo iż nie ma w jego książkach fantazji, a jedynie fakty uzupełnione wnioskami lub uzasadnionymi przypuszczeniami. Starożytnik, pisarz i mędrzec w jednej osobie.

Niżej jego słowa z książki „Stąd do starożytności”. Słowa nieujęte w cudzysłowia są moje.



„Zgodnie ze słowami kapłanki Diotymy, która – jak każe nam wierzyć Uczta Platona – tak przedstawiała Sokratesowi drogę prawdziwej mądrości, wznoszącej się w górę jakby stopniami:

Od piękna jednego ciała do piękna ciał wszystkich, od pięknych ciał do pięknych czynów, od pięknych czynów do piękna nauki, od piękna nauki do piękna samego w sobie. I dopiero wtedy warto żyć człowiekowi, gdy patrzy wprost w piękno najwyższe – czyste i nieskazitelne, nie splamione niczym obcym. Czy sądzisz, że ktoś, komu dane byłoby je ujrzeć, mógłby jeszcze żyć marnie, bez celu, nie wiadomo po co?

Akt oglądu takiego piękna nosi w języku greckim miano theoria. I z kolei jest czymś bardzo pięknym, że obecnie właśnie tak nazywa się wszelkie próby naukowego wyjaśniania zjawisk otaczającego nas świata oraz naszego bytu, zarówno jednostkowego, jak i społecznego. W naszym bowiem kręgu kulturowym każda sprawa i wręcz każde słowo sprzęgają się w nierozerwalny łańcuch, którego ogniwa prowadzą jedno za drugim ku starożytności, ku Grecji.”



Seksualizm teraz i w starożytności.

„A jeśli chodzi o sprawy erotyki – bo wokół nich najwięcej nieporozumień – to wypada stwierdzić krótko, że były one ludziom starożytności, owym brzydkim, rozpustnym poganom, w gruncie rzeczy dość obojętne. I właśnie dlatego mówili o nich w swoich mitach z taką swobodą i tak beztrosko odtwarzali piękno ludzkiego ciała – bez listka figowego! Naturalia non sunt turpia – co naturalne, nie jest brzydkie. Seksualizm antyczny to strumyk toczący wody niezbyt głębokie, ale za to jasne i przejrzyste kapryśnym, miłym łożyskiem. Natomiast chrześcijaństwo cechuje się, jak też inne wielkie religie soteriologiczne – buddyzm, islam – wrogością wobec erotyki, a nawet wręcz antyerotyczną obsesją. Jej pochodną jest stosunek do kobiet, bardzo ambiwalentny. Jako rodzaj są one istotami, przed którymi należy mieć się na baczności, zło bowiem najczęściej poprzez nie działa, kusi, uwodzi. Natomiast mogą być i bywają otaczane czcią głęboką kobiety matki i dziewice, co zresztą ma swoje odpowiedniki, a raczej korzenie, w wielu kultach pradawnych.

Powracając jednak do obrazu, którym posłużyliśmy się poprzednio: chrześcijaństwo przegrodziło tamą ów bardzo niegroźny strumyk pogańskiej erotyki, czyniąc z niej jeden z podstawowych problemów moralności. Momentalnie powstało potężne rozlewisko, głębokie i groźne, ponure i mętne, a spiętrzone wody zaczęły szukać sobie przejść podziemnych. Zrodziły się z jednej strony wszelkiego rodzaju kompleksy, fobie, urazy, wręcz obłędne doszukiwanie się zła we wszystkim, co zaledwie ociera się o sprawy seksu, z drugiej strony prawdziwie faryzeuszowska satysfakcja moralna, że jednak jest się lepszym od tych brzydkich pogan. I nie ma się co łudzić, nigdy już nie powrócimy do stanu błogiej beztroski, bezgrzeszności świata antyku. Wszyscy bowiem, zarówno wierzący chrześcijanie, jak też osoby indyferentne, a nawet ideowi przeciwnicy religii noszą w sobie przekonanie, że sprawy to podejrzane, nieczyste, deprawujące.”



Cudowna etymologia słowa cmentarz.:

>>Nie wywodzi się on, jak utrzymuje etymologia ludowa, a za nią nawet niektórzy poeci, od smętku. Nie chodzi więc o zniekształcenie pierwotnego i rzekomego „smętarza”, miejsca, gdzie się smucimy. Nie, rzecz przedstawia się zupełnie inaczej. Jest to wyraz obcy, a wzięty został z łaciny, w której brzmi „coemeterium”. Tym mianem określali rzymscy pisarze chrześcijańscy miejsca spoczynku swych zmarłych już od wieku II n.e. Ale i w łacinie nie jest on rodzimy, przejęty został bowiem z greki, mamy do czynienia z latynizacją greckiego wyrazu „kojmeterion”. A Grecy posługiwali się nim w życiu codziennym po prostu dla oznaczenia sypialni, czyli pokoju, w którym się śpi; po grecku bowiem „kojman” to spać. Natomiast pisarze chrześcijańscy chętnie podchwycili go i przejęli jako znakomite, obrazowe określenie miejsca, w którym ich bracia odpoczywają i śpiąc oczekują zmartwychwstania.<<



O mądrości.

>>(…) jakże nie wspomnieć o antycznych rozważaniach poświęconych temu tematowi? Spotykamy je w starożytnej literaturze często, niektóre mają formę osobnych rozpraw i esejów, np. Seneki De vita beata. Tutaj jednak przychodzi mi na myśl inne dziełko łacińskie pod tymże tytułem, dziełko autorstwa św. Augustyna. W szczególności zaś wspominam piękne słowa jednego z końcowych rozdziałów. Powiada się tam, że człowiek szczęśliwy to ten, który nie odczuwa niedostatku, a takim jest mędrzec. Mądrość bowiem jest równowagą duszy. Jeśli dusza zostanie nią obdarzona, ani nie przekroczy pewnych granic, ani też nie skurczy się w ciasnocie. A kiedy dusza przekracza granice? Wtedy, kiedy daje się pociągnąć urokom rozkoszy, ambicji, dumy – słowem takim namiętnościom i występkom, w których ludzie nie panujący nad sobą widzą istotę szczęścia. A co zacieśnia duszę, co ją krępuje? Lęk, smutek, niska chciwość i tym podobne nieszczęsne dolegliwości.<<

------------

„Większość ateistów przyjmuje, że jakkolwiek substancja świata ma charakter czysto fizyczny, to z niej właśnie wywodzi się umysł, piękno, emocje i wartości moralne – wszystko, co czyni życie ludzkie tak złożonym i bogatym.”

Julian Baggini, „Ateizm: bardzo krótkie wprowadzenie”.

-----------

>>Dlaczegóż żadna z wielkich religii, patrząc na naukę, nie doszła do wniosku: „Jest lepiej, niż moglibyśmy przypuszczać. Wszechświat okazał się znacznie większy, niż przewidywali nasi prorocy, wspanialszy, bardziej skomplikowany, bardziej elegancki. Zatem Bóg musi być wiele potężniejszy, niż nam się wydawało”. Zamiast tego wołają: „Nie, nie, nie! Nasz Bóg jest malutkim Bogiem i chcemy, by tak już na zawsze zostało”. Religia, stara lub nowa, doceniając wspaniałość Wszechświata ukazywaną przez współczesną naukę, potrafiłaby wzbudzić uczucia czci i wiary, których nie poruszają tradycyjne religie.<<

Carl Sagan, „Błękitna kropka”.

------------

>>Gdy funkcją użyteczności, czyli tym, co ma być maksymalizowane, jest przetrwanie DNA, nie ma miejsca na żadną receptę na szczęście. Dopóki DNA jest przekazywane kolejnym pokoleniom, nie ma znaczenia co lub kto może ucierpieć w trakcie tego procesu. Dla genów osy samotnej korzystne jest, by gąsienica, w której składa jaja, pozostawała żywa – jako magazyn świeżego mięsa dla pożerającej ją osiej larwy i nie ma tu znaczenia, kosztem jakich cierpień to się odbywa. Geny nie liczą się z cierpieniem, ponieważ nie liczą się z niczym.

Gdyby Natura wiedziała co to jest współczucie, wykazałaby chociaż minimum dobrej woli i zadbała o to, by nieszczęsna gąsienica została przynajmniej znieczulona, zanim będzie zjadana od środka. Natura nie jest jednak ani współczująca ani bezduszna. Nie znajduje upodobania w cierpieniu żywych stworzeń ani też się nim nie przejmuje. (…) Całkowita ilość cierpień będących co roku udziałem wszystkich żywych stworzeń przekracza wszelkie wyobrażenie. W ciągu minuty, jaką zajęło mi napisanie tego zdania, tysiące uciekało przed śmiertelnym niebezpieczeństwem, umierając ze strachu, tysiące było powoli drążonych od środka przez pasożyty, tysiące umierało w koszmarnych mękach z głodu, pragnienia i choroby. Tak musi być. Gdyby kiedykolwiek nadszedł czas powszechnej pomyślności i obfitości, automatycznie nastąpiłby wzrost populacji wszystkich stworzeń, co przywróciłoby naturalny stan zagrożenia głodem i śmiercią.

(…)

Gdyby świat był wyłącznie zbiorowiskiem elektronów i samolubnych genów, bezsensowne tragedie, takie jak rozbicie się autobusu z dziećmi, byłyby właśnie tym, czego należałoby się spodziewać, podobnie jak równie ślepych trafów szczęścia. Taki świat nie byłby sam z siebie ani dobry, ani zły. Nie ujawniałyby się żadne rządzące nim normy. We Wszechświecie rządzonym przez ślepe prawa fizyki i zasadę replikacji genetycznej niektórym ludziom przydarzają się nieszczęścia, inni cieszą się zdrowiem i przychylnością losu, i nie sposób dopatrzyć się w tym jakiejś przemyślanej intencji ani jakiejkolwiek sprawiedliwości. Świat, który obserwujemy, ma dokładnie takie właściwości, jakich należałoby oczekiwać, gdyby nie było żadnego planu, celu, dobra ani zła, tylko ślepa, bezwzględna obojętność.<<

Richard Dawkins, „Rzeka genów”.



Długo buntowałem się, nim zrozumiałem i przyjąłem twierdzenia angielskiego biologa zawarte w tych cytatach. Dopiero gdy dostatecznie poznałem mechanizmy ewolucji, przestałem wierzgać przeciw ościeniowi. Wiedza ta nie tylko daje mi intelektualną satysfakcję, ale i pomaga wartościować zdarzenia mojego życia i jego odmiany. Paradoksalne? Nie, jeśli weźmie się pod uwagę mój ateizm. Cóż więc zostaje, skoro nie mam oczekiwania i nadziei ludzi wierzących? Nade wszystko w moich rękach znajduję cały sens i wszystkie cele, mam więc dużo, może nawet więcej niż tamci.