220126
Chciałem spędzić na polach Roztocza ostatni dzień tygodnia słonecznej pogody, a nie przy biurku. Potrzebowałem też ruchu; dłuższe siedzenie działa destrukcyjnie na moją zdolność chodzenia. Pojechałem i już przed siódmą wyruszyłem na szlak.
Od rana do godziny 14 miało być bezchmurnie, ale synoptykom coś się pomyliło, bo słońce widziałem tylko chwilami i przez chmury. Owszem, widywałem błękit nieba, ale akurat nie tam, gdzie było słońce. Szedłem odśnieżonymi drogami prowadzącymi na pola i szosami; pierwsze były ciche, spokojne, bardziej swojskie i malownicze, ale bywały śliskie, drugie suche, wygodne, ale z hałasującymi samochodami mijającymi mnie o metr. Rano i pod wieczór miałem szkołę przetrwania z powodu silnego mrozu. Wracając szosą w taką właśnie właśnie porę, usłyszałem zatrzymujący się przy mnie samochód.
– Podwieźć pana? – kobieta za kierownicą uchyliła szybę.
– Nie, ale dziękuję.
– Podwiozę, twarz ma pan czerwoną.
– Specjalnie tu przyjechałem żeby pochodzić.
– Naprawdę!??
Podwójny zestaw ubrań dobrze pełnił swoją rolę, ale ostry wiatr kąsał twarz, a dłonie niemal cały dzień miałem zmarznięte. Nic to. Była droga, był daleki horyzont. Zebrałem garść ładnych obrazów, kilka wspomnień, dzień minął jak zwykle szybko, do samochodu wróciłem gdy było szaro.
Proszę obejrzeć te dwa zdjęcia. Widać na nich nie tylko typowy dla Roztocza pas drzew porastających doły, widać też ślad dawnego głodu ziemi. Na początku wąwozu, tam, gdzie nachylenie zboczy pozwalało na przejście konie ciągnącego pług, drzewa zostały wycięte, i kiedyś zarośnięta krzakami łąka została zamieniona w pole. Widać, jak jego prawy brzeg wciska się w wąwóz, a wyżej omija zakolem zbyt strome zbocze. Akurat to pole jest użytkowane, wiele innych, kiedyś wydartych na siłę lasom, zarasta ponownie. Wraz z głodem skończył się też głód ziemi. Tej, która rodzi i żywi. Zwracam uwagę na takie miejsca, ponieważ czuję związek emocjonalny z moimi przodkami pracującymi na roli. Także z tymi rolnikami, którzy teraz bronią się przed decyzjami skutkującymi zatratą naszych narodowych tożsamości w imię obcych i nam szkodliwych interesów.
Obrazki ze szlaku
Tak dzisiaj zaczynał się dzień.
Długi uskok, a na dole rzeczka i domy wioski.
Drzewa na miedzy. W ciepły dzień skręciłbym tam. Lubię takie zakątki; może posiedziałbym pod drzewami?
Tutaj starałem się uchwycić lśnienie lodowej skorupy na śniegu.
Miejsce martyrologii. To tam, przy samotnym, teraz uschniętym drzewie, stała stodoła, w której Niemcy spalili żywcem kobietę z jej wnuczętami za próbę uratowania żydowskiego niemowlęcia. Oto miejsce konfliktu dwóch skrajnych postaw moralnych człowieka: miłosierdzia i zezwierzęcenia. Nic więcej nie napiszę bo się jeszcze okaże, że sieję nienawiść. Nie napiszę, ale pamiętam, bo tylko w ten sposób mogę złożyć hołd tej kobiecie.
Dzisiejsze drogi.
Pierwsza trasa: wokół Aleksandrówki. Druga: z Błażka przez Pasiekę, Wierzchowiska Drugie, Majdan Obleszcze do Błażka.
Statystyka: w drodze byłem 9 godzin, przeszedłem 22,5 km.
PS
Szkoda mi zostawić te zdjęcia w zakamarkach pamięci laptopa. Myślę, że powinny być tutaj.
Zrobiłem je w jeden z tych szarych dni, gdy kolorowa jesień jest już wspomnieniem, a zima jeszcze nie przyszła. Pojechałem pod Lublin przyjrzeć się jednej z dwóch znanych mi wyjątkowo dużych i starych alei lipowych. Drzew liczących sobie 150 i więcej lat jest tam ponad setka. Wszystkie są malownicze, z charakterystycznymi dla gatunku licznymi odrostami, wiele ma dziuple. Do największej może wejść, jak oszacowałem, troje dorosłych ludzi. To drzewo jest tam monstrualne, tak bardzo naznaczone wiekiem, zniekształcone naroślami, że budzi ambiwalentne odczucia przyciągania i odpychania, podziwu i obawy.
Pojechałem tam, aby popatrzeć na stare drzewa, tak po prostu, ale i dla odczucia tej wyjątkowej aury roztaczanej przez lipy. Tej bezpośrednio odczuwanej aury uśpione drzewa nie emanowały, ale bywały chwile, gdy wystarczyło mi zobaczyć na gałęziach brązowe lotki z kulkami nasion, by chociaż wspomnieniem wrócić pod kwitnące stare lipy, poczuć zapach kwiatów i usłyszeć buczenie pszczół…
Lipowa aleja.
Lipa z oknami.
Dziuple.
Nowe życie na starym.











































Krzysztofie, o jakiej nienawiści myślisz? Chyba o tej którą mieli sprawcy tego bestialskiego mordu a nie my którzy powinniśmy pamiętać o takich wydarzeniach i przypominać aby więcej nie narodziło się takich ideologii. Historia lubi się powtarzać, ludziom zacierają się w pamięci dawne krzywdy, czasami dawne ofiary lub ich potomkowie przeobrażają się w katów co możemy naocznie doświadczać.
OdpowiedzUsuńMyślę o tej „nienawiści”, o której teraz często się słyszy w mediach. Myślę o ludziach, dla których niezgoda na ich działania i poglądy uznawana jest za „mowę nienawiści”. Myślę o zmianach w społeczeństwach Zachodu, o kierunku, w jakim zmierzają, a których się boję, bo są niebezpieczne i destrukcyjne. Myślę o wieloletnim staraniu Niemców w oczyszczeniu się z winy. Te działania są skuteczne. Teraz mówi się, że nie oni, a naziści czynili te okropności, obozy były polskie, a oni, oczyszczeni, nadal mogą prawić moralne kazania nam i Europie.
UsuńObecną przemianę z narodu ofiar na katów i ja dostrzegam, ale i oboje wiemy, co spotka osobę mówiącą o tym publicznie. To dobry przykład obecnych wynaturzeń, kompletnego przewartościowania pojęć i ocen, przykład świata, w którym prawda zwana jest nienawiścią.
Elu, ten świat jest mi coraz bardziej obcy. Czasami odczuwam ulgę na myśl o swoich latach, ponieważ niewiele już mi zaszkodzą ci, co tak często mówią o mowie nienawiści. Może nie dokończą przemiany świata na swoją modłę za mojego życia, ale mam wnuczęta. O nie się martwię.