Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ptaki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ptaki. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 maja 2026

Suwalszczyzna, część II

 

280426 do 040526

Krajobrazy Suwalszczyzny zauroczyły mnie. Pagóry są w wielu krainach Polski, ale tamte inne. Pierwszego dnia, widząc wzgórza, pomyślałem, że wyglądają tak, jakby wielka ciężarówka wysypała swój ładunek w jednym miejscu. Strome zbocza, czasami tak bardzo, że trudno wspiąć się na nie, a nawet iść trawersem, regularny kształt zbliżony do stożka, tyle że szczyt jest nieco złagodzony zębem czasu. Owszem, są i pasma wzgórz, ale gęsto są podzielone głębokimi żlebami, w rezultacie marsz nimi to ustawiczne schodzenie albo odwrotnie, podchodzenia na kolejne zbocze. Te cechy są oczywiście rezultatami działania lodowców; wystarczyło, że szerokie czoło lodowca zatrzymało się i topiąc się, zostawiało wszelki materiał zgromadzony w lodzie, a jeśli w którymś miejscu woda roztopowa znalazła dogodne miejsce wypływu, utworzyła w tym miejscu głębokie jary wypłukując piaski i gliny. Działo się to niedawno, ledwie około 12 tysięcy lat temu, co w skali geologicznej jest chwilą, że różnorakie procesy niwelujące stromizny i wszelkie nierówności powierzchni nie zdołały ich złagodzić. Po górnych partiach zboczy chodziłem wbrew zakazom, bo przechodząc przez ogrodzenia z drutu pod prądem albo z drutu kolczastego. Nie powinienem, ale skruchy nie czuję i jeśli wrócę tam, to nadal tak będę chodził. Po prostu wyżej, tam, gdzie nie ma dróg, jest ładniej. Dowodem są te zdjęcia.


 Tam, gdzie jest równiej, są pola, a na zboczach pagórów wypasane jest bydło. Wiele z tych łąk, może większość, jest niedostępna dla maszyn koszących trawy i zbierających siano, ponieważ za duże są nachylenia stoków i za dużo kamieni, a ściślej: zaokrąglonych głazów. Są pochodzenia lodowcowego, a ich obtoczony kształt (stąd otoczaki) wynika z gładzącego toczenia przez transportujący je spływający lodowiec. Jest ich mnóstwo. Zebrane z pól leżą kupami na miedzach i pod drzewami, siedzą na pół zagłębione w ziemi na łąkach, a te mniejsze, wielkości pięści, po prostu zalegają na polach, czasami bardzo licznie. Podobnie jest w Sudetach: tam na polach bliżej szczytów wzgórz więcej bywa kamieni niż ziemi, jednak najczęściej są to skalne okruchy, natomiast na suwalskich polach leżą otoczaki.


 Widziałem też skrajnie odmienne łąki: idealnie równe, jakby przed zasianiem trawy specjalnie wyrównane, bez dołów i wystających głazów. Łąki kuszące do spacerów.

Zapewne ze względu na ukształtowanie ziem Suwalszczyzny, ale i chyba z powodu wyraźnie krótszego okresu wegetacji roślin, pół jest tam znacznie mniej niż bardziej na południe, ale te, które widziałem, są spore, nawet kilkunastohektarowe; często też są ogrodzone. Wiele gospodarstw zajmuje się hodowlą bydła wypasanego na łąkach. Przechodząc obok takich gospodarstw, widziałem sterty białych bali kiszonki i długie ich kopce przykrywane specjalną powłoką; widziałem sielskie obrazki stad pasących się na zielonych stokach. Widziałem też sterty gnoju i czułem okropny smród – druga strona hodowli, niewidoczna na sklepowych półkach wypełnionych produktami z mięsa i mleka w kolorowych opakowaniach.



Mało jest tam polnych dróg, a część z tych nielicznych jest prywatna, o czym głoszą tabliczki zakazujące przejścia. Tych tablic jest niewiele mniej niż głazów na miedzach.


 W rezultacie iść można praktycznie tylko szutrowymi drogami, których jest wyjątkowo dużo, ale z reguły biegną dolinami, terenami bardziej płaskimi, a więc mniej urozmaiconymi. Idąc nimi wzgórza widzi się, ale mniej lub bardziej oddalone. Pójście na nie wymaga przejścia przez wszędobylskie ogrodzenia. 

Podobnie jest z dostępem do brzegów jezior: tam, gdzie jest wygodny, gdzie nie ma szuwarów, widuje się tablice zakazujące wejścia na teren prywatny, nawet jeśli nie ma tam żadnych domów. Cóż, można się irytować, ale przecież właściciel ma takie prawo. Może miał złe doświadczenia?


Te opakowania po piciu i jedzeniu, najwyraźniej dzisiaj wyrzucone przez turystów, widziałem na parkingu przy najbardziej znanej górze Suwalszczyzny.

Obrazki ze szlaku

 Zbieranie kamieni z pola. Pewien mój rozmówca, miejscowy rolnik, powiedział mi, że tę czynność trzeba często powtarzać, bo „kamienie wychodzą z ziemi” i że trudno jest znaleźć chętnych do tej pracy.

 Drzewo przewróciło się, ale kamień trzymał się korzeni jak ten rzep psiego ogona.

 Głaz z żółwiem leży na prywatnej posesji. Nie znam właściciela, ale chyba bym go polubił.



 Kapliczki. Inskrypcje najczęściej są prośbą o zdrowie mieszkańców wsi.

 Kamienne budowle. Kiedyś używano głazów jako materiału budowlanego, wszak były na miejscu w ilościach dosłownie nieograniczonych, ale tak było kiedyś. Nowe domy są tam budowane tak, jak w całej Polsce: z betonu, dmuchanego silikatu i styropianu.

 


Pomnikowe modrzewie. Na mapie zobaczyłem spore ich zgrupowanie w pobliżu mojej trasy, więc skręciłem w las chcąc je zobaczyć. Faktycznie, rośni ich tam wiele, są bardzo wysokie, ale obwodem pnia nie imponują. Ojej, gdzieś zawieruszyłem zdjęcia. W zamian wkleję zdjęcie wierzby, na której rośnie świerk. Tak! Na próchniejącym pniu starej wierzby znalazł dla siebie miejsce świerk. Tę drogę wśród starych wierzb będę pamiętał długo z powodu strachu. Wyszedłem zza zakrętu i wtedy zobaczyłem przed sobą, może 20 metrów dalej, stado krów, a wśród nich byka. Szedłem publiczną drogą! Nie sprawdzałem, czy ma jaja czy nie ma, zrobiłem zwrot i szybko czmychnąłem w las. Szkoda, że nie w głowie było mi mierzyć tempo mojego marszu pod górę...

 Widziałem dużo bocianów. Tak jak w wielu miejscach naszego kraju, i na Suwalszczyźnie montowane są na słupach energetycznych specjalne kosze ułatwiające tym ptakom budowę gniazd. Widziałem też słupy specjalnie stawiane na posesji lub zostawiane przy rozbiórce linii. Ich widok budzi moją sympatię do właścicieli. Te ptaki podlegają u nas nieformalnej, ale ściśle przestrzeganej ochronie, co z kolei budzi moją dumę. Bociany coraz bardziej ufają ludziom, są do naszej bliskości przyzwyczajone. Parę razy przechodziłem blisko (w odległości nawet 10 metrów) bocianów żerujących na łąkach, częściej zostawały niż odlatywały, tyle że obserwowały mnie.

 Brzozowa aleja. Trudno było mi odejść, więc pod jedną z tych brzóz zrobiłem przerwę.

Brzozy i słońce.
 
Jarzębiny i głazy. Te drzewa potrafią żyć tam, gdzie większość gatunków już sobie nie radzi.





 Pagóry Suwalszczyzny.



Głazy.
 







Na szlaku.

środa, 20 sierpnia 2025

Cztery dni na Roztoczu II

 

Barwa pełni lata.

Obrazki ze szlaku

Rośliny

 


Kwiaty późnego lata. Widać inwazję przymiotna białego i kanadyjskiego oraz nawłoci, czyli roślin obcych, przywleczonych do nas z Ameryki Północnej. Z rodzimych gatunków dużo widuję bylicy, czasami sięgającej sporo ponad głowę, krwawnika i trzcinnika. \

 




Nieuprawiane pola natychmiast przejmowane są przez te rośliny.


 Puchaty ostrożeń gotowy do wypuszczenia w świat tysięcy swoich nasion.

 Barszcz zwyczajny (prawdopodobnie).

 Jadłem owoce aronii, w ściślej wysysałem z nich sok. Dobrze gasi pragnienie. Szkoda mi tych dobrych, pożytecznych a niechcianych darów natury.

 Plantacja orzechów laskowych.

 Grab omalże zrośnięty z klonem. Jak im jest ze sobą?

 Czuprynki kukurydzy.

 Prawdopodobnie ostatni w tym roku kwiat dzikiej róży.

 Wiszące drzewo – kiedyś, gdy zobaczyłem je po raz pierwszy, tak o nim pomyślałem: widać koronę, pnia nie ma. Pojawia się, ukryty, dopiero gdy podejdzie się pod drzewo.

 Niezapominajki na ściernisku. Kwiatuszki jak łepek zapałki, ale jak to niezapominajki mają płatki błękitne jak niebo i żółte oczko.

 A tutaj na innym ściernisku kurzyślad i zawsze cieszący moje oczy łyszczec.

 


Trzcinnik, (trawa?) sięgająca głowy, często rosnąca na miedzach.


Ten spóźniony len dopiero kończy kwitnienie, a na innym polu leży już wyrwany z korzeniami i czeka na zbiór.

 Pięknie wyglądający słonecznik w świetle późnego popołudnia. Jego nazwa angielska bardziej mi się podoba: można ją tłumaczyć jako słoneczny kwiat.


Kolczurka  klapkowana, kolejny gatunek przywleczony do nas, chociaż przyznać trzeba, że ładny.

Kolczurka i nawłoć, amerykańskie ziomki na polskiej ziemi.



 W odwiedzinach u znajomych brzóz.

 


A tutaj inna moja znajoma.

 Nawłoć i pszczoła. Jeden z ostatnich pożytków dla pszczół, więc pracują intensywnie. Lubię miód, jem go dużo, ale… szkoda mi pszczół. Wykorzystujemy je bardzo. Zresztą, nie tylko pszczoły. Można jednak bronić nas. Wszak dajemy im domy, czyli ule, dokarmiamy w czasie deszczowej i zimnej wiosny, podwozimy tam, gdzie mają pożytek. Tak jest, ale nie do końca przekonują mnie te argumenty.

 Czereśnia najdziwniejsza z widzianych. Zielone, proste drzewko wyrasta z pokręconego, leżącego konaru, który paroma włóknami trzyma się, mocno przełamany, starego pnia.


 Nie wiem, jaka to roślina; nie wie też strona, z której pomocy korzystam. Proszę o zidentyfikowanie. Jeśli miałbym strzelać, powiedziałbym, że to groch.

Różności

 


Z reguły trudno jest zejść na dno roztoczańskich dołów, brzegi najczęściej są urwiste i dodatkowo bronione zwartymi ścianami zarośli. Jeśli jeszcze są zasypane obciętymi gałęziami, a w ten sposób rolnicy pozbywają się gałęzi z podcinanych drzew rosnących na miedzach, zejście staje się praktycznie niemożliwe.

 Jabłka wyrzucone w kąt działki. Kiedyś zjadły je świnie, teraz ekologiczniej jest zmarnować owoce.

 Wieżę widokową stojącą w pobliżu Hoszni Ordynackiej rozebrano. Faktycznie, była w kiepskim stanie technicznym. Mam nadzieję na postawienie nowej, bo miejsce jest bardzo widokowe.

 Nowa betonowa droga dojazdowa na pola, a jeszcze rok temu była tam gruntowa. Dużo przybyło takich dróg w czasie ostatnich kilku lat. Nie są tak malownicze jak tradycyjne, ale bardzo ułatwiają dojazd na pola ciężkimi maszynami.

 Czereśnie leżące na drodze. Szkoda tych zmarnowanych owoców. Jadłem ich dużo, ale przecież nie mogłem zjeść wszystkich!

 

 
Czyje to mieszkanie? Czy nie lisa?

 

Pochyłe pole. Jak je uprawiać? Zwracam uwagę na brak ścierniska pod drzewami. Albo pole nie było tam obsiane, albo, co bardziej pewne, zostało zbuchtowane przez dziki szukające żołędzi.

 W tym miejscu widziałem metrowy pas niezebranego przez kombajn zboża. Kierujący nim człowiek skręcił ciężką przecież maszyną aby nie jechać zbyt blisko urwiska.


 W pewnym zakątku poszedłem drogą dalej niż doszedłem będąc tam wcześniej, i poznałem jej ładny dalszy bieg: jest zielona i równa, biegnie skrajem pól i lasu. Spacerowa, rekreacyjna dróżka.



 Wielkie pole, oczywiście jak na standardy roztoczańskie; oszacowałem jego wielkość na 6 ha. Pierwszy raz byłem tam chyba dwa lata temu, szedłem tą ładną drogą wiodącą u stóp wzgórza, na szczyt którego sięga pole, dzisiaj po raz drugi patrzyłem na nie z upodobaniem. Jest ładne swoim biegiem po zboczu, falistością łagodnych linii, zapewne też przestrzenią, rozmachem rzadko widywanym na Roztoczu.

 Chciałem zrobić zdjęcia jaskółkom latającym nad wodą, ale nie udało się; zdjęcie zostawiłem, bo mi się spodobało. Chociaż jeśli się dobrze przyjrzeć, widać dwie jaskółki w lewej części zdjęcia, na tle wody.

 

Parę godzin później obserwowałem jaskółki latające na kukurydzą, co mnie zdziwiło; dlaczego akurat tam? Ledwie kilka ostatnich udało mi złapać w kadrze, nim i one oddaliły się, chyba z mojego powodu.

 Sieć rowków na polu utworzona spływem wody deszczowej. Jak widać, woda porywa nie tylko glebę, ale i uprawiane rośliny.



 Kolory późnego popołudnia.


 Jakże już wczesny zachód słońca! Czy nie dałoby się zatrzymać skracania się dnia?Wyjechałem widząc przed sobą zachodzące słońce. Wykorzystałem cały dzień.

Trasy: zachodnie Roztocze, kilkanaście kilometrów na północy zachód od Szczebrzeszyna.

Statystyka czterech dni: na polach byłem 47 godzin, czyli prawie 12 godzin dziennie, a przeszedłem łącznie 77 km.