Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wrażenia i chwile. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wrażenia i chwile. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 lutego 2026

Trzy chwile

 140126

Wspomnienie

Czytałem książkę siedząc przy biurku, a w tle Vivaldi cicho grał swoje koncerty. Piękne dźwięki ostatniej części koncertu „La notte” kazały mi odłożyć książkę i tylko słuchać. Długo stan skupienia nie trwał, bo zaraz pojawił się w pamięci obraz kasztanowców i zielonych śmietników stojących pod nimi. Dziwne. Czy ten obraz wyciągnięty z zakamarków mojej pamięci ma związek z muzyką, a jeśli tak, to jaki? Po chwili puknąłem się w czoło.

Jakieś 20 lat temu jeździłem po Wałbrzychu szukając miejsc pasujących do pisanej wtedy książki. Znalazłem odpowiedni dom, uliczkę, zaułek z drzewami, i uczyniłem je scenerią końcowych stron powieści „Dwa światy”.

Nadal mam ją w komputerze, a teraz znalazłem parę cytatów związanych z muzyką Antonio Vivaldiego. Oto one:

„Nagranie skończyło się, dziewczyna odwróciła się do komputera.

Masz tutaj La Notte Vivaldiego?.. O, jest! To taki zwykły koncert, ale mam do niego dziwny sentyment. Czasami wydaje mi się, jakbym znała go zawsze i zawsze znać będę. Że rozpoznam go nawet po stu latach. Nie wiem, skąd ta dziwaczna pewność.”

Uśmiecha się do mnie, a ja słyszę radosne allegro z La Notte Vivaldiego i nie wiem, czy ja dla niej, czy ona dla mnie, czy może my dla nas wspominamy miłe chwile z włoskim mistrzem.”

Odjechałem kawałek, na sąsiednią ulicę, i zatrzymałem się. Siedziałem, bez jednej myśli gapiąc się na pustą, jakby wymarłą ulicę, na domki pod czerwonymi dachami, kasztanowce, na zielony pojemnik na śmieci. Wtedy cisza dzwoniąca mi w uszach rozbrzmiała muzyką koncertu "La Notte" Vivaldiego - naszego znaku rozpoznawczego.”

Te słowa przywołały wspomnienia tamtego jesiennego dnia z początku tego wieku, wypełnione szwendaniem się po obcym mieście w poszukiwaniu miraży i pamięć miesięcy wypełnionych gorączką pisania.

Tak oto jedna chwila pozwoliła odtworzyć w pamięci dwudziestoletni krąg upleciony ze wspomnień, pasji, muzyki, moich włóczęg i tęsknot.

A co z powieścią? Nic. Nie mam ochoty na przygotowanie jej i próby wydania, ponieważ… hmm, te niewielkie pieniądze jakimi dysponuję wolę wydać na wędrówki niż na wydanie kolejnej książki. Tak po prostu.

Zainteresowani mogą tutaj przeczytać jej fragmenty; mogą też wysłuchać La Notte Vivaldiego.

* * *

O zwykłej chwili

Będąc u córki w domu zobaczyłem wśród książek kryminał Joe Alexa „Cichym ścigałem po lotem”. Tak naprawdę autorem jest Maciej Słomczyński, który wszystkie swoje powieści detektywistyczne zaczynał pasującym do treści cytatem wybranym z wielkich światowych dzieł literackich. Miałem w swoim życiu okres czytania jego kryminałów, a jeden z nich odcisnął niecodzienne piętno na mnie; jego dalekie echo usłyszałem przy regale z książkami u córki. Otóż Słomczyński napisał także „Piekło jest we mnie”, książkę wydaną w 1975 roku. Jej akcja toczy się na pokładzie lecącego samolotu i dotyczy popełnionego tam morderstwa. Kryminał uznałem za dobry, chociaż nie wiem, jak oceniłbym dzisiaj, ale największe wrażenie wywarł na mnie zwyczajowy cytat, tym razem z wielkiego i pięknego dzieła Raj utracony, siedemnastowiecznego poety angielskiego Johna Miltona. Cytowany fragment zawiera słowa Szatana zrozpaczonego i świadomego swojego upadku, ale jednocześnie żadnego zemsty na Bogu. W tym celu leci na nowo stworzoną Ziemię:

O, ja nieszczęśliwy! Bowiem gdziekolwiek zwrócę lot, tam wszędzie gniew nieskończony, nieskończona rozpacz. Gdziekolwiek zwrócę lot, tam wszędzie piekło. Piekło jest we mnie, a na dnie otchłani głębsza, ziejąca czeluść się otwiera, przy której piekło, gdzie cierpię, jest Niebem.

Zmiłuj się wreszcie! Czyż nie ma już miejsca dla mej pokuty i dla wybaczenia? Nie ma, zostało jedynie poddanie (a wzgarda nawet słyszeć o tym wzbrania!) i lęk przed hańbą, która mnie okryje wśród duchów w dole…”

W powieści wykryty przez Alexa morderca otwiera drzwi samolotu i wyskakuje, nie chcąc być okryty hańbą na dole.

Chciałem kupić Raj utracony, ale były lata osiemdziesiąte, biedne lata, z pustymi półkami sklepowymi; książki nie było w księgarniach, ale wiedziałem, że niedawno była u nas wydana. Dlatego dałem ogłoszenie w gazetach, wtedy spełniających także rolę współczesnych cyfrowych platform handlowych. Napisała do mnie kobieta z miasta oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów, kupiła specjalnie dla mnie widząc moje ogłoszenie. Pojechałem, książkę odebrałem, pieniędzy kobieta nie chciała ode mnie, decyzję tłumacząc dostrzeżonym podobieństwem duchowym. Książkę mam do dzisiaj. Od czterdziestu lat mi towarzyszy, zabierana, obok kilku innych książek równie dla mnie cennych, kiedy na dłużej wyjeżdżam z domu. Obwoluta już dawno uległa Chronosowi, płócienna okładka wyblakła, szwy puszczają, na pożółkłych stronach są moje podkreślenia – ślady lektur, zadumy i podziwu.

W jednej chwili przyleciały do mnie wspomnienia, cała moja wieloletnia przygoda z Rajem, zainicjowana przeczytaniem kryminału. Sięgnąłem po tomik.

Wszyscy prócz Boga tak niewiele wiedzą

O tym, jak cenić dobro, które mają

Lecz rzecz najlepszą obracają w drwinę

Lub używają w celu najmarniejszym.”

Hmm, czyżby o naszym stuleciu pisał poeta?...

Słowa Ewy do Adama:

Z tobą rozmawiając

O czasie całym zapominam, także

O porach wszystkich i tych pór przemianach.”

Adam do Ewy:

Więc nie trać serca i rozchmurz wejrzenie,

Zwykle radosne bardziej i spokojne

Niźli poranek wstający z uśmiechem.”


Według Miltona Adam nie był oszukany przez Ewę. Powiedziała mu, co zrobiła na skutek niecnych podszeptów Szatana, a on świadomie zdecydował się zjeść jabłko by dzielić z nią los. Później jeden z aniołów mu to wypominał, mówiąc, że Ewę miał kochać, a nie słuchać się jej we wszystkim, ale coś się tu niebiańskiej istocie pomyliło. Wszak Adam zjadł jabłko właśnie z miłości do Ewy.

„… Stracić cię to stracić siebie.” – na tych słowach kończą się rozpaczliwe myśli Adama na wieść o czynie Ewy.

* * *

Muzyka i literatura

Zawiły ciąg skojarzeń wzbudzonych pewnymi słowami przeczytanymi w liście do mnie, doprowadził mnie do jednej z najlepszych powieści jakie ostatnio czytałem, mianowicie Dżentelmena w Moskwie autorstwa Amora Towlesa. Sięgnąłem po nią z zamiarem przekartkowania, a w rezultacie przeczytałem niemal całą. Jest tam przecudnej urody wątek miłości ojcowskiej, ale tutaj chciałem nawiązać, cytując fragment powieści, do równie cudnego utworu Chopina.

„Poznałby je, gdyby wpadł na nie na ulice we Florencji w szczycie sezonu. Słowem: poznałby wszędzie.

To był Chopin.

Nokturn Es-dur opus dziewiąte, numer dwa.

(…)

Prawie każdy, kto uczy się gry na fortepianie w ostatnim stuleciu, ćwiczy ten krótki utwór Chopina, ale dla większości uczniów to akt recytacji. Tylko jeden na tysiąc – albo nawet na sto tysięcy – potrafi tchnąć w tę muzykę życie, tak jak ty to zrobiłaś.”

To słowa tytułowego dżentelmena i jednocześnie arystokraty do swojej przybranej córki, pianistki.

Oto  ten utwór w mistrzowskim wykonaniu Artura Rubinsteina. 

Tylko geniusz taki jak Chopin potrafi stworzyć piękno tak łatwo trafiające do słuchacza w tak krótkim utworze.


czwartek, 18 września 2025

Mgła i słońce

 120925

Stało się coś niewiarygodnego – aura była dzisiaj dokładnie taka, jaką wczoraj prognozowali synoptycy! Jedno z dwojga: albo fusy dobrze się im rozlały, albo, co mniej prawdopodobne, w końcu odpalili swoje komputery.

Kiedy ruszyłem w drogę, wzrok grzęznął w szarej i zimnej mgle już po stu metrach, a na źdźbłach traw, na liściach drzew, wisiały ciężkie krople. Na jednolicie burej opończy nieba nie widziałem nawet śladu słońca. Jednak z każdym kwadransem mgła rzedła a niebo jaśniało. Dwie godziny później zobaczyłem pierwsze skrawki błękitu, a po kwadransie zaświeciło słońce. Lekka mgła jeszcze była widoczna w oddali, tam, gdzie niebo schyla się do pól, ale w południe i te jej ostatnie ślady zniknęły. Był ciepły i słoneczny dzień ostatniego tygodnia lata.






Moją córkę zaskoczył pytaniem jej syn, Franek: skąd się bierze mgła? Korzystając z okazji napiszę o punkcie rosy. Otóż jest to temperatura, przy której wilgoć zawarta w powietrzu zmienia się, na skutek ochłodzenia, w maleńkie kropelki wody. Nie opadają unosząc się w powietrzu z powodu swoich mikroskopijnych rozmiarów (albo osiadają na źdźbłach traw jako… rosa), ale że jest mnóstwo, ograniczają widoczność. Aby mgła powstała, muszą być spełnione pewne warunki: spora wilgotność powietrza i odpowiednie różnice temperatur, a tak nierzadko jest jesienią.

Skoro już się nawymądrzałem, wrócę na roztoczańskie pola i drogi.

Byłem na zachodnim krańcu krainy, i chociaż zaparkowałem w znanej wiosce, więcej niż połowa trasy była mi nieznana – do dzisiaj. Jak zwykle bywa na takich trasach, poznałem urokliwe miejsca do których będę wracał.



 Idąc polną drogą, zobaczyłem opodal, na zboczu obniżenia, mały zagajnik i krótką miedzę z paroma brzozami. Krótka miedza? Już wyjaśniam. Na polach biegnących falami po stromych zboczach, różnice poziomów w pewnych miejscach są na tyle duże, że konieczne staje się rozdzielenie pola miedzą na jego szerokości. Kształt takiej miedzy przypomina okna zwane wolimi w dachach domów: pojawiają się nagle, niziutkie, rozdzielając jednolitą płaszczyznę pola, rosną, czasami do pokaźnych rozmiarów i po osiągnięciu szczytu maleją aż do zaniku, ponownie jednocząc pole. 

 Są miejsca, szczegóły krajobrazu, formy i kształty, szczególnie mi się podobające. Zawierają coś, co można nazwać moim własnym wzorcem piękna. Jaki on jest, ten wzorzec? Zastanawiając się nad wyrażeniem go słowami, napotykam dziwną trudność: im dokładniej chcę go opisać, tym trudniej mi to zrobić. Opis rozmywa się w coraz bardziej prozaicznych szczegółach, w których gubi mi się głębia przeżywania. Mogę pisać o samotnych drzewach, szczególnie brzozach, o niewielkich wzgórzach zdobionych zagajnikami, polnych dróg niknących za zakrętem lub wbiegających na szczyty i dotykających nieba, ale już te przykłady wydają się takie… tuzinkowe. A widziana w słoneczny dzień miedza z niską trawą i leżącymi na niej żółtymi liśćmi brzozy lub pobocze drogi z lotkami lipowych nasion? Co w nich tak ładnego, że ich obraz pojawia się w pamięci na myśl o lecie i wędrówkach? Jest tutaj wyraźny rozdźwięk, czasami nawet przepaść, między duchowym przeżyciem a jego materialną przyczyną. Znajduję tylko jedno wytłumaczenie: gdzieś głęboko w mojej pamięci zagrzebane są wspomnienia pięknych chwil, a owe tak zwykłe obrazy są jakby zapalnikami budzącymi uśpione przeżycia; łącząc je z chwilą obecną wzmacniają przeżywanie.

Teraz uświadomiłem sobie, że przecież o takich chwilach – zespolenia minionych przeżyć z teraźniejszymi – pisał Proust. Powinienem wrócić do niego.

Opowiem jeszcze o przejściu polami. Staram się chodzić drogami, ponieważ tak jest wygodniej, a czasami taka jest konieczność, na przykład gdy zboża są duże albo gdy pola grząskie po deszczach. Bywa jednak, zwłaszcza po żniwach, że idę na przełaj. Dzisiaj moja droga skręciła nie tam, gdzie chciałem iść, a najbliższa pasująca kierunkiem była ponad kilometr dalej. Przeszedłem w poprzek dwa czy trzy zaorane pola, a przy ścianie niewielkiego lasu, gdy już miałem wejść między drzewami, znalazłem mało wyraźną drogę. 

 

Oczywiście poszedłem nią, ponieważ marsz lasem porastającym doły może okazać się bardzo uciążliwy. Po drugiej stronie lasu droga skończyła się na brzegu pola, więc znowu ruszyłem na przełaj. Szedłem w poprzek plantacji słoneczników, ich dotyk okazał się bardzo ostry, nieprzyjemny dla nagiej skóry ramion. Sprawdziłem kierunek na mapie, zniosło mnie, skręciłem korygując drogę, dalej wdrapałem się na miedzę, za nią inne pole, znowu miedza, zielona droga, urokliwa, ale wiodąca w inną stronę, w końcu niewielki las na przełaj, na szczęście jasny, wygodny, i nareszcie właściwa droga. Doszedłem!


 

Rozdroże nazwane przeze mnie „Dwa Krzyże, Dwa Drzewa”. Przechodziłem przez nie rankiem, drugi raz przed wieczorem, po zatoczeniu pętli, idąc z drugiej strony. Czarne symbole Męki Pańskiej widziałem w zimny odpychający ranek, a później
w ciepłych przyjaznych barwach złotej godziny przedwieczora.

Obrazki ze szlaku

 Ognik szkarłatny – dzisiaj po raz pierwszy widziałem (a na pewno po raz pierwszy zauważyłem) tę ładną roślinę.




 Droga z brzozami.

 Droga do nieba.


 Samotne drzewa.

 Ptaki. Nie wiem, jakiego gatunku, mam nadzieję, że nie zbierają się do odlotu. Wystarczy, że odleciały bociany i jaskółki.

 Kilometr szedłem szosą. Ładna okolica, wygodne do marszu pobocze, ale w rowie leżą opakowania wyrzucane przez kierowców; nie w jednym miejscu, a co krok. Dlatego nie lubię chodzić szosami.




 Bajecznie kolorowy, jasny, uśmiechnięty las grabowy. Obok biegnie lokalna szosa, jest miejsce na parkowanie samochodu. Może pojadę tam któregoś październikowego dnia popatrzeć na złotą polską jesień?


 Widząc w pobliżu grupę brzóz i wyjątkowo buraczkowe ściernisko po gryce, podszedłem bliżej. Patrzyłem na miedze, brzozy i słoneczne barwy lata – wszystko, co woła mnie na szlak.

 

Żółte listki brzozy w słońcu. Obok jest miedza, siedziałem na niej i jedząc kanapki patrzyłem na drżące lśnienie listków.



 Późne popołudnie. Niskie słońce, długie cienie i świat jakby bursztynem albo miodem lipowym zabarwiony.






 Z przyjemnością patrzyłem na wyjątkowo malowniczy zachód słońca. Ostatnie promyk naszej gwiazdy zgasł o godzinie 18.46. Trzy miesiące temu o tej godzinie słońce stało wysoko, ale za trzy miesiące będzie ciemno od kilku godzin.

Trasa: wokół wsi Majdan Grabina na zachodnim krańcu Roztocza.

Statystyka: włócząc się 11,5 godziny, przeszedłem 20,5 kilometra.

PS

Roztocze. Na czym polega fenomen tej krainy?”

Zaciekawiony tytułem, film obejrzałem. Autorzy pokazują Roztocze znane mi, ale tylko pro forma, ponieważ niezbyt ciekawią mnie muzea, budynki czy zatłoczone szlaki. Jednak wydaje mi się, że turystom bardziej się podoba ich Roztocze niż moje. Nie oceniam, a jedynie konstatuję.