Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 stycznia 2026

Estetyka starożytna

 

W wietrznych falach twych wiotkich szat słyszę muzykę
Lotu, którego żadne nie prześcigną ptaki,
Czarująca bogini triumfu, o, Nike,
Co od wieków zdyszana lecisz z Samotraki!
Pośpiech potężnych skrzydeł twych powietrze chłoszcze,
Niosąc zwycięstwo, sław liście laurowe.
Nie pragnę ich. I temu jedynie zazdroszczę,
Dla którego w porywie swym straciłaś głowę.

Leopold Staff

 Nike z Samotraki. Zdjęcie skopiowałem z tej strony

Przeczytałem pierwszy tom „Historii estetyki” Władysława Tatarkiewicza. Właściwie nie powinienem pisać o przeczytaniu, ponieważ to dzieło towarzyszy mi od lat i nadal ten opasły tom będzie leżał w zasięgu ręki – podobnie jak wiele innych książek do których wracam.

Pisałem już na blogu o Historii estetyki, ale czuję potrzebę powrotu, a temat daleki jest od wyczerpania.

Władysław Tatarkiewicz był starożytnikiem, filozofem, etykiem, historykiem sztuki, prawnikiem, poliglotą. Zebrał wszystkie możliwe tytuły naukowe, wykładał na wielu uniwersytetach. Był wybitnym znawcą tak wielu dziedzin nauki, że tylko tytan pracy i intelektu mógł posiąść taki ogrom wiedzy. Profesor był tytanem.

Jego książka daje wyobrażenie o drogach słów i pojęć, o rodzeniu się i dojrzewaniu idei i definicji, o tworzeniu nowych dziedzin nauk humanistycznych, o zmianach w pojmowaniu sztuki, o jej roli w życiu człowieka i społeczeństw. Definicje, normy, oceny, podziały, które dla nas wydają się być naturalnymi, łatwymi do pojęcia, niemal odruchowymi, okazują się być skutkami wieków rozmyślań, dyskusji i przemian. Właśnie możliwość poznawania tych metamorfoz jest dla mnie wielką zaletą tego dzieła, obok, oczywiście, perełek myśli i wypowiedzi starożytnych mistrzów.

Zapraszam do lektury wybranych (spośród bardzo licznych jakże wartościowych) cytatów z dzieła Profesora.

Dla porządku zaznaczę, że pominąłem numerację stron oraz starogrecką pisownię wyrazów. Cytaty ujęte są w znaki >> <<. Wszystkie słowa poza tymi znakami są moje. Aby nie rozpisywać się zbytnio, dodałem linki do stron opisujących wymienianych ludzi lub tłumaczących znaczenie słów. Znakami (…) zaznaczyłem miejsca skrótów poczynionych przeze mnie. Pogrubienia liter są moje.

* * * *

Podążanie za znaczeniem słów

>>POJĘCIE PIĘKNA. Przede wszystkim wyraz „kalon”, którym posługiwali się Grecy i który tłumaczymy jako „piękno”, miał sens odmienny od tego, w jakim zwykło dziś się ten wyraz rozumieć. Oznaczał bowiem wszystko to, co się podoba, pociąga, budzi uznanie. Zakres jego był więc szerszy. Oznaczał wprawdzie i to, co się podoba oczom i uszom, co się podoba ze względu na swój kształt czy budowę, ale oznaczał także wiele innych rzeczy, które podobają się na inny sposób i dla innych względów, obejmował widoki i dźwięki, ale także cechy charakteru, w których dzisiejszy człowiek widzi wartości innego rodzaju i jeśli je nazywa „pięknymi”, to z świadomością, że wyrazu używa przenośnie. Świadectwem, jak Grecy pojmowali piękno, jest znane orzeczenie wyroczni delfickiej, że „najpiękniejsze jest to, co najsprawiedliwsze”. Z tego szerokiego i ogólnikowego pojęcia piękna, jakiego potocznie używali Grecy, wytworzyło się, ale dopiero z czasem, powoli i z trudem, węższe, bardziej określone pojęcie piękna estetycznego.<<

>>Wdzięk nazywa się po grecku charis, i tym samym imieniem Charyt Grecy nazywali Gracje. Czar i wdzięk: było to pojęcie ważne dla historii estetyki; z wszystkich używanych podówczas były może najbliższe temu, co dziś nazywa się pięknem.<<

>>Słownictwo greckie może wprowadzić w błąd, gdyż były w użyciu te same co dziś terminy, takie jak poezja, muzyka, architektura. Miały wszakże dla Greków inne znaczenie niż to, jakie uzyskały po wiekach. „Poiesis” – robić, oznaczała pierwotnie wszelką produkcję, a „poietes” – wszelkiego wytwórcę, a nie tylko twórcę wierszy; zwężenie znaczenia przyszło później. „Musike”, (czyli – dop. KG) pochodząca od muz, oznaczała wszelką czynność, której muzy patronują, nie tylko sztukę dźwięków; „musikos” nazywano każdego wykształconego człowieka. „Architekton” był naczelnym kierownikiem produkcji; „architektonike” oznaczała ogólnie „naczelną sztukę”. Dopiero z czasem terminy te – oznaczające „produkcję”, „wykształcenie”, „naczelną sztukę” – uległy zwężeniu i zaczęły oznaczać poezję, muzykę, architekturę.<<

* * * *

Estetyka Arystotelesa

>>Jego definicja piękna znajduje się w Retoryce. Tę dość zawiłą definicję można w uproszczonej formie przedstawić tak: Pięknem jest to, co samo przez się jest cenne, a zarazem dla nas przyjemne. Określił więc piękno dwiema właściwościami. Po pierwsze, jako to, co jest cenione samo przez się, a zatem nie dla pożytku, jaki daje; co wartość ma w sobie, a nie w skutkach. Po wtóre zaś, jako to, co zarazem dostarcza przyjemności, a zatem nie tylko posiada wartość, ale tą wartością przemawia do nas, ciesz nas, budzi radość czy podziw. (…) Myśl Arystotelesa można także przedstawić tak: każde piękno jest dobrem, ale nie każde dobro jest pięknem; każde piękno jest przyjemnością, ale nie każda przyjemność jest pięknem, pięknem jest tylko to, co jest zarazem dobrem i przyjemnością. Nic dziwnego, że miał je za rzecz cenną. Piękno łączy się z przyjemnością. Natomiast różni się od pożytku, bo wartość piękna tkwi w nim samym, a wartość pożytku w skutkach.<<

>>To, co Arystoteles mówił o pięknie, dotyczyło przeważnie – rzecz naturalna u Greka – piękna szeroko pojmowanego, nie tyko estetycznego. Dla piękna swoiście estetycznego nie miał oddzielnego terminu.<<

>>Ale biograf greckich filozofów, Laertios Diogenes, zanotował takie jego powiedzenie: Jedynie ślepy może pytać, dlaczego staramy się obcować z tym, co piękne. Sens tego powiedzenia nie może być wątpliwy: skoro w pojęciu piękna leży, że jest dobrem i sprawia przyjemność, to jest naturalne, iż jest cenione, tłumaczyć tego nie trzeba.<<

>>Kontemplacja jest też, jak się zdaje, jedyną rzeczą, którą się miłuje dla niej samej; bo nic innego nie rodzi się z niej prócz samej kontemplacji, z czynności zaś praktycznych usiłujemy w mniejszym lub większym stopniu wysnuć jeszcze jakąś korzyść poza samą odnośną czynnością.<<

>>Podobizny rzeczy oglądamy z przyjemnością, dlatego że jednocześnie widzimy sztukę, która je stworzyła, np. sztukę malarską lub rzeźbiarską, ale czyż z większą przyjemnością nie będziemy oglądać samych rzeczy naturalnych, w których możemy dostrzec przyczyny?… We wszystkich tworach natury tkwi coś cudownego.<<

>>Jestem tego zdania, że muzykę należy uprawiać nie dla jednego, a dla wielu pożytecznych celów, bo dla i wykształcenia, i dla duchowego oczyszczenia… po trzecie zaś i dla wypełnienia czasu dopoczynku, dla odprężenia i wytchnienia po pracy<<

W innym miejscu Profesor tak opisuje pogląd Arystotelesa na muzykę, ale przecież i szerzej, na sztukę:

>>W przeciwieństwie do dawnych jednostronnych poglądów na muzykę, założeniem poglądu Arystotelesa było, iż ma ona więcej niż jeden cel: służy oczyszczaniu i leczeniu uczuć, doskonaleniu moralnemu, kształceniu umysłu, odpoczynkowi, potrzebom życiowym, zwykłej rozrywce i przyjemności, a wreszcie i nade wszystko – wczasom, a przez nie godnemu człowieka i uszczęśliwiającemu życiu.<<

Jak pisałem w poprzednim tekście, dla Greków owe wczasy znaczyły coś zupełnie innego niż dla nas.

U nich wyraz tłumaczony przez Profesora jako wczasy znaczył „rozrywkę w najszlachetniejszym słowa znaczeniu, łączącej przyjemność z pięknem moralnym, dającą szczęście”, a teraz nawet nie mamy słowa mającego podobne znaczenie.

Nie tylko tego; właśnie przyszło mi głowy drugie słowo stworzone przez Greków, które obecnie możemy jedynie opisem przetłumaczyć: kalokagatia – harmonijne połączenie estetyki, etyki i moralności, czyli piękna i dobra. Nie mamy, ponieważ teraz nikt nie łączy sztuki, przyjemności, piękna, moralności i szczęścia w jedną całość z dobrem.

Powtórzę tutaj raz jeszcze słowa Autora, ponieważ odnoszą się nie tylko do powyższego cytatu, ale i do naszych czasów, zwłaszcza ostatnich dziesięcioleci:

>>Ponieważ poprzestawali na małym, więc wielu było wśród nich ludzi wolnych od trosk materialnych, mogących – jeśli nie tworzyć sztukę, to cieszyć się nią.<<

* * * *

Posumowanie epoki helleńskiej czyli klasycznej, przed wielkimi przemianami związanymi z podbojami Aleksandra Wielkiego.

>>Archaiczna i klasyczna estetyka Greków była niepodobna do naszej, ale także do takiej, jakiej byśmy oczekiwali w zaraniu dziejów. Była pierwszą, przynajmniej w Europie, spisaną teorią sztuki, a nie była ani prosta ani taka, jaką późniejsi uważają za naturalną i pierwotną. Po pierwsze, zaledwie wspominała o pięknie. Gdy ówcześni Grecy mówili o nim, to prawie wyłącznie z sensie etycznym, nie estetycznym. Jest to tym szczególniejsze, że estetyka ta powstała w kraju i czasie, który tyle piękna stworzył. Wiązała sztukę z dobrem, prawdą i pożytkiem ściślej niż z pięknem. Pojęcia sztuk „pięknych” nie posiadała.<<

>>Po trzecie, klasyczna teoria sztuki nie łączyła jej z twórczością. Jest to tym szczególniejsze, że była teorią Greków, których zdolności twórcze były tak wielkie. Na czynnik twórczy w swej sztuce mało zwracali uwagi i mało go cenili. Pochodziło to stąd, że byli przekonani, że światem rządzą wieczyste prawa i że sztuka musi ich przestrzegać, nie zaś wymyślać prawa własne. Że jest ona odkrywaniem, a nie tworzeniem właściwych rzeczom form. Dlatego też nie cenili nowości w sztuce, choć tyle nowego do sztuki wnieśli. Sądzili, że to, co w niej i co w ogóle w życiu jest dobre i właściwe, to jest wieczne, jeśli więc sztuka stosuje formy nowe, odmienne, odrębne, to jest raczej sygnałem, że weszła na fałszywą drogę.<<

>>Dopiero wraz z przekształceniem się kultury helleńskiej z hellenistyczną przekonania klasycznej estetyki zaczęły ustępować miejsca nowym, zbliżać się do nowożytnych. Wtedy nastąpiło wysunięcie na pierwszy plan twórczości w sztuce i zrozumienie związku między sztuką a pięknem, a także wiele innych zmian: przesunięcie punktu ciężkości teorii sztuki z myśli na wyobraźnię, z wrażeń na idee, z reguł na zdolności osobiste artysty.<<

* * * *

O cechach sztuki hellenistycznej. Zamieszczam je dla pokazania zmian w postrzeganiu sztuki, estetyki, twórców, w stosunku do epoki klasycznej; jej znaczne podobieństwo, a często tożsamość, z naszymi obecnymi poglądami. Są to fragmenty rozdziału podsumowującego epokę hellenistyczną.

>>NOWY POGLĄD NA ARTYSTĘ

A. Istotą pracy artysty jest wyobraźnia. Dla malarza i rzeźbiarza nie jest mniej ważna niż dla poety. Filostrat pisał, że wyobraźnia jest mądrzejsza od naśladowania, bo przedstawia to, czego nie widziała, a naśladowanie wyłącznie widziane. Myśl maluje i rzeźbi lepiej od rzemieślniczego kunsztu. Pochwała wyobraźni nie była bynajmniej wezwaniem, aby sztuka odbiegała od prawdy; przeciwnie, wyobraźnia, swobodnie dobierając i zespalając motywy, tym skuteczniej może oddać prawdę. (…)

B. Istotna dla artysty jest myśl, wiedza, mądrość. Bo może i powinien przedstawiać nie tylko powierzchnię rzeczy, ale ich cechy najgłębsze. Dion pisał, że dobry rzeźbiarz w posągu bóstwa oddaje całą bóstwa energię i moc. A Filostrat – że Fidiasz, zanim wyrzeźbił Zeusa „wraz z niebem i gwiazdami”, musiał oddawać się kontemplacji świata, tyle w tym posągu jest zrozumienia dla natury świata; takie pojmowanie artysty zbliżało go do filozofa.

C. Istotna jest dla artysty idea. Tworzy on według idei, jaką ma w umyśle. „W formach i figurach jest cos doskonałego, a ideę tej doskonałości mamy w umyśle” – pisał Cyceron. Fidiasz (…) stworzył Zeusa nie wedle natury, lecz wedle idei, jaką miał w sobie. (…)

Termin i pierwotna koncepcja idei były platońskie, ale pisarze hellenistyczni zachowali tylko termin, a przekształcili koncepcję. Dla Platona idea była bytem istniejącym poza człowiekiem i światem, bytem wiecznym i niezmiennym, niedostępnym zmysłom, ale ujmowanym przez pojęcia. Dla Cycerona zaś (...) z transcendentalnej idei stała się wyobrażeniem w umyśle artysty. (…)

D. Jakkolwiek doniosła jest dla artysty znajomość reguł sztuki, to jednak reguły same nie wystarczą, potrzebne są mu ponadto osobiste zdolności. I to nieprzeciętne. Pojęcie, jakie hellenizm miał o wielkich artystach, zbliżało się już do tego, co czasy nowe nazwały – geniuszem. (…)

Ale nawet geniusz nie wystarczał hellenistycznym pisarzom do wytłumaczenia wielkiej sztuki: potrzebne artyście jest też natchnienie. Tworzy on w „entuzjazmie”, w stanie natchnienia. (…) Dale wielu z tych, co pisali teraz o sztuce, natchnienie nie było (jak kiedyś dla Demokryta) stanem przyrodzonym, lecz nadprzyrodzonym, wyrazem interwencji bogów. (…)

E. W rzeczach sztuki tylko artysta jest prawodawcą. W wielkich artystach, w szczególności w Fidiaszu, widziano nie tylko twórcę własnego dzieła, lecz także prawodawcę (legum lator), który wpływa na przyszłe dzieła i poglądy, na następne pokolenia. Bogów znamy w takiej postaci, jaką im nadali malarze i rzeźbiarze, powiada Cyceron.

NOWY POGLĄD NA DZIEŁO SZTUKI

A. W nowym rozumieniu dzieło sztuki było tworem duchowym, a nie czysto ręcznym. Wenus Knidyjska, jak pisał Lukian, była tylko kamieniem, zanim myśl artysty zrobiła z niego boginię. (…) Dlatego sztuka jest czymś więcej niż przyjemnością i ozdobą życia, bo dowodem ludzkiej godności, argumentum humanitaris. To jej, jak dowodził Dion, Grecy zawdzięczali swą wyższość nad barbarzyńcami.

B. Dzieło sztuki jest tworem indywidualnym, nie produktem rutyny. Dlatego zdolne jest zarówno przedstawiać, jak i wyrażać indywidualne przeżycia. Kwintylian twierdził, że malarstwo zdolne jest wnikać w najbardziej osobiste uczucia, niekiedy nawet przewyższa pod tym względem poezję.

C. Dzieło sztuki jest tworem wolnym. Nie jest związane z naśladowaniem rzeczywistości, jest autonomiczne w stosunku do niej. Nie jest kopią przyrody, ale jej rywalem, jak wywodził Kallistrat. Lukian pisał o poezji, że ma „wolność nieograniczoną i posiada jedno tylko prawo: wyobraźnię poety”; o plastyce powiedziałby to samo. Także Horacy powiada, że malarze mają równe z poetami prawo do wolności.

D. Dzieło sztuki poprzez rzeczy widzialne przestawia niewidzialne, duchowe. Dion Chryzostom: sztuka przedstawia ciało tak, że w nim rozpoznajemy ducha.

E. Te wielkie dzieła nie tylko cieszą oczy, ale każą pracować myśli. Potrzebny jest wobec nich widz, co „trwając w kontemplacji, będzie się starał wzrok zastąpić myślą”. Ale też na to, aby je podziwiać, trzeba kontemplacji, wczasów, ciszy. (…) W przeciwieństwie do tych dawniejszych autorów, którzy sądzili, że sztuka działa uspokajająco, kiełzna namiętności, w czasach hellenistycznych przeważa pogląd, że jej działanie jest gwałtowne, podniecające, porywające. Dion sądził, że istotne jest w nich „wzruszenie”. O przeżywaniu działa sztuki, jak mówił Dionizjos, stanowi nie rozumienie, lecz uczucie i irracjonalne, zmysłowe wrażenie.<<


środa, 14 stycznia 2026

Rozpieszczony umysł

 130126

>>Kult bezpieczeństwa: Bezpieczeństwo staje się nadrzędną wartością, ważniejszą niż prawda, rozwój czy wolność.<<

Źródło: AI Google na zapytanie o sejfityzm. 

Rozpieszczony umysł jest tytułem książki dwóch Amerykanów, G. Lukianoff'a i J. Haidt'a, a jej tematem są pewne nurty trapiące zachodnie społeczeństwa. Aby nie przedłużać, oddam głos autorom.

Zaznaczę tylko, że pominąłem numerację stron, a pogrubienia liter są moje. Cytaty ująłem w znaki >> <<. Wszystkie słowa poza tymi znakami są moje. Dodałem linki do stron opisujących wymienianych ludzi lub tłumaczących znaczenie słów. Znakami (…) zaznaczyłem miejsca skrótów poczynionych przeze mnie.

* * * *

>>Ta książka jest o edukacji i mądrości. Jeśli będziemy uczyć następne pokolenie w mądrzejszy sposób, będzie ono silniejsze, bogatsze, uczciwsze, a nawet bezpieczniejsze.<<

>>Większość młodych ludzi wcale nie jest rozpieszczana i nie ma łatwego dzieciństwa. Jednak w naszej książce pokażemy, że w dzisiejszych czasach dorośli robią więcej, by chronić swoje dzieci, niż kiedyś, i że ich nadopiekuńczość może mieć negatywne skutki. Słownikowe definicje słowa „rozpieszczać” kładą szczególny nacisk na nadopiekuńczość. W jednej z nich czytamy: „traktować z ekstremalną lub przesadną opieką i uprzejmością”. Wina leży po stronie dorosłych oraz instytucji, stąd podtytuł naszej książki: Jak dobre intencje i złe idee skazują pokolenia na porażkę. Właśnie o tym jest ta książka.<<

>>Wygoda i bezpieczeństwo to błogosławieństwa ludzkości, ale mają też swoją cenę. Dostosowując się do nowych, łatwiejszych okoliczności, obniżamy poprzeczkę dla naszej tolerancji i tego, jak postrzegamy dyskomfort i ryzyko.<<

* * * *

>>Sejfityzm to kult bezpieczeństwa – obsesja na punkcie eliminowania zagrożeń (prawdziwych i wyobrażonych) do takiego stopnia, że ludzie nie są skłonni do ryzykowania bezpieczeństwa w codziennych sytuacjach, nawet wtedy, gdy wymaga tego zdrowy rozsądek. Sejfityzm pozbawia młodych ludzi doświadczeń niezbędnych dla ich antykruchych umysłów, tym samym czyniących ich bardziej kruchymi, lękliwymi i skłonnymi podstrzygać siebie w charakterze ofiary.<<

>>Poza kulturą sejfityzmu słowo „przemoc” odnosi się do przemocy fizycznej. (…) Tymczasem niektórzy studenci, profesorowie i aktywiści uznają słowa swoich przeciwników za akty przemocy i tym samym uzasadniają stosowanie ideologicznie umotywowanej przemocy fizycznej. Usprawiedliwienie oparte jest na rozumowaniu, że, jak możemy przeczytać w jednym z tekstów opublikowanych w gazecie studenckiej Uniwersytetu w Berkeley, przemoc wykorzystana do zatrzymania mowy nienawiści nie liczy się jako „akt przemocy”, lecz uznawana jest za „działanie w samoobronie”.<<

>>Lecz skoro niektórzy studenci uważają, że uderzenie faszysty lub białego supremacjonisty jest okej i że każdemu o odmiennych poglądach można przypiąć łatkę faszysty lub białego supremacjonisty, cóż...<<

>>Kultura sejfityzmu, w której emocjonalny dyskomfort jest przyrównywany do fizycznego zagrożenia, to kultura, która zachęca nas do wzajemnej ochrony przed doświadczeniami wpisanymi w codzienne życie, dzięki którym stajemy się silniejsi i zdrowsi.(…)

Pojęcie „sejfityzmu” odnosi się do kultury czy systemu przekonań, w którym bezpieczeństwo stało się rzeczą świętą. Oznacza to, że w obliczu codziennych wyzwań, tak praktycznych, jak i moralnych, coraz rzadziej jesteśmy gotowi z niej rezygnować. „Bezpieczeństwo” ponad wszystko, bez względu na to, jak znikome lub mało prawdopodobne jest zagrożenie. Wychowywanie dzieci w kulturze sejfityzmu, a więc wpajanie im, by były zawsze „emocjonalnie bezpieczne”, i jednocześnie chronienie ich przed każdym możliwym zagrożeniem, może doprowadzić do zamkniętego koła: dzieci stają się bardziej kruche i mniej odporne, przez co dorośli zwiększają ochronę, a to sprawia, że stają się one jeszcze bardziej kruche i jeszcze mniej odporne.<<

* * * *

>>Zdecydowanie najbardziej zasłużony w kwestii uświadamiania ludzi, że unikanie stresorów, ryzyka i małych dawek bólu działa na ich szkodę, jest Nassim Nicholas Taleb. (…)<<

Oto definicja (przepisana z Wikipedii) antykruchości, pojęcia wprowadzonego przez N. Taleba:

>>Niektórym rzeczom służą wstrząsy; rozwijają się i rozkwitają pod wpływem zmienności, przypadkowości, nieładu i stresu; przygody, ryzyko i niepewność to ich żywioł. Te rzeczy Taleb nazywa antykruchymi.<<

>>Taleb twierdzi, że do rzeczy antykruchych zaliczają się mięśnie, kości i dzieci:

Miesiąc spędzony w łóżku (…) skutkuje zanikiem mięśni; na tej samej zasadzie złożone systemy pozbawione stresorów słabną albo umierają. Nasz nowoczesny, ustrukturyzowany świat szkodzi nam w dużej mierze odgórnie narzuconymi prawami i rozmaitymi ustrojstwami, które działają w ten sposób: są zniewagą dla antykruchości systemów Na tym polega tragedia nowoczesności: podobnie jak neurotycznie nadopiekuńczy rodzice, często najbardziej szkodzą nam ci, którzy starają się pomóc.<<

>>Kiedy tylko pojmiemy koncept antykruchości, głupota nadopiekuńczości stanie się dla ans oczywista. Jako że ryzyko i stresory są naturalną, nieodłączną częścią życia, rodzice i nauczyciele powinni pomagać dzieciom uczyć się stawać silniejszymi dzięki takim doświadczeniom. Jak mówi stare powiedzenie: „Przygotuje swoje dziecko do drogi, nie drogę do dziecka”. Tymczasem wydaje się, że dziś postępujemy dokładnie odwrotnie: usuwamy z ich drogi wszystko, co mogłoby im zaszkodzić (…). Chroniąc dzieci przed stresującymi doświadczeniami, zwiększamy prawdopodobieństwo, że kiedy wyjdą spod rodzicielskiego klosza, nie będą w stanie poradzić sobie z nimi w dorosłym życiu. Naszym zdaniem panująca współcześnie obsesja na punkcie ochrony młodych ludzi przed „poczuciem zagrożenia” jest jedną z przyczyn gwałtownego wzrostu liczby przypadków depresji, nerwicy i samobójstw u dorosłych.<<

* * * *

>>Aby stworzyć odpowiednią reakcję immunologiczną na rzeczywiste zagrożenia (na przykład bakterie wywołujące infekcję gardła) i nauczyć się ignorować niegroźne substancje (na przykład zawarte w orzeszkach ziemnych proteiny), musi on zetknąć się z szerokim zakresem produktów spożywczych, bakterii a nawet pasożytów. W taki sposób działają szczepionki. Zaszczepione dzieci są zdrowsze nie dlatego, że mamy nagle mniej zagrożeń na świecie (…), a dlatego, że mają kontakt z tymi zagrożeniami w małych dawkach, dzięki czemu ich układy odpornościowe zyskują okazję, by nauczyć się radzić sobie z nimi w przyszłości.

Właśnie na tej tej podstawie sformułowano hipotezę higieniczną, która jest obecnie najbardziej wiarygodnym wyjaśnieniem rosnącej liczby przypadków alergii w krajach o rosnącym dobrobycie i lepszym przestrzeganiem zasad higieny – jest to kolejny skutek uboczny postępu. Psycholożka rozwoju, Alison Gopnik w zwięzły sposób wyjaśnia wspomnianą hipotezę, jednocześnie łącząc ją z motywem przewodnim naszej książki:

Dzięki lepszej higienie, antybiotykom i ograniczeniu zabawy na zewnątrz, dzieci są dziś mniej narażone na styczność z mikrobami niż kiedyś. Może to skutkować rozwinięciem się układów odpornościowych wytwarzających nadmierną reakcję immunologiczną na substancje, które w rzeczywistości nie stanowią zagrożenia. Na tej samej zasadzie chroniąc dzieci przed każdym możliwym niebezpieczeństwem, możemy nauczyć je przesadnej reakcji na sytuacje, które wcale nie są niebezpieczne, i uniemożliwić im przyswojenie sobie umiejętności, które będą musiały opanować, gdy dorosną.

(…) Oczywiście aforyzmu Nietzschego: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni” nie wolno brać dosłownie. Niektóre rzeczy mogą nas wprawdzie nie zabić, ale za to trwale okaleczyć. Jednak nauczanie dzieci, że porażka, zniewaga i bolesne doświadczenia pozostawią po sobie trwałe ślady, jest samo w sobie krzywdzące. Człowiek potrzebuje stresujących bodźców, wyzwań fizycznych i psychologicznych. Bez nich jego kondycja ulega pogorszeniu. <<

* * * *

Odpowiedź Van Jonesa, byłego doradcy Trumpa i obrońcę praw obywatelskich, na zadane mu pytanie o właściwą reakcję studentów na wystąpienie prelegenta, którego poglądy uważają za złe. Poniżej nieco skrócony cytat z książki:

>>Bezpieczną przestrzeń można interpretować na dwa sposoby: jeden jest dobry, drugi fatalny. Pierwszy to założenie, że na kampusie uniwersyteckim jesteśmy bezpieczni w sensie fizycznym – nie grozi nam przemoc fizyczna, napastowanie seksualne, a do tego nie jesteśmy atakowani bezpośrednio, indywidualnie, na przykład za pomocą mowy nienawiści, słowami typu „Ty czarnuchu”, i z tym jak najbardziej się zgadzam. Istnieje jednak drugi, okropny pogląd, który jak wynika z moich obserwacji, zyskuje na popularności, że „muszę być bezpieczny w sensie ideologicznym. Muszę być bezpieczny w sensie emocjonalnym. Muszę przez cały czas cieszyć się dobrym samopoczuciem, a jeśli ktoś powie coś, co mi się nie spodoba, wszyscy dookoła muszą zareagować, w tym również administracja uczelni.”

Nie chcę, żebyście byli bezpieczni ideologicznie. Nie chcę, żebyście byli bezpieczni emocjonalnie. Chcę, żebyście byli silni. To co innego. Nie zamierzam usuwać wam kłód spod nóg. Zakaszcie rękawy i nauczcie się radzić sobie z przeciwnościami losu. Nie będę wynosić ciężarów z siłowni, przecież na nich opiera się ich sens. To jest wasza siłownia.<<

* * * *

>>Wielokrotnie w naszej książce przytaczaliśmy jedną z podstawowych zasad psychologii społecznej: im częściej kategoryzujemy ludzi i wskazujemy na różnice między nimi, tym bardziej stają się oni podzieleni i nieufni. Jednak im częściej podkreślamy, że wszystkim nam przyświecają te same cele, że czeka nas ten sam los i że kultywujemy wspólnie powszechne człowieczeństwo, tym bardziej patrzymy na siebie jak na równych sobie, lepiej się traktujemy i wzajemnie doceniamy nasz wkład w społeczeństwo.<<

>>MĄDROŚCI

Przygotuj dziecko do drogi, a nie drogę dla dziecka.

Nawet twój najgorszy wróg nie wyrządzi ci takiej krzywdy jak twoje własne myśli. Lecz kiedy nad nimi zapanujesz, nikt nie pomoże ci bardziej, nawet twój własny ojciec i twoja matka.

Linia podziału między dobrem a złem przecina serce każdego człowieka.<<

>> (…) Jesteśmy po prostu mniej empatyczni wobec ludzi, których postrzegamy jako „innych”.

Nasuwa się tutaj wniosek, że umysł człowieka jest przystosowany do plemiennego trybu życia, czyli plemienności (trybalizmu). Ewolucja człowieka to nie tylko historia zmagań między jednostkami wewnątrz danej grupy; to również odwieczna rywalizacja między grupami, czasami z wykorzystaniem przemocy. Wszyscy jesteśmy potomkami ludzi należących do grupy, która cały czas wychodziła z tej rywalizacji zwycięsko. Plemienność to nasza naturalna cecha, która sprawia, że instynktownie łączymy się w grupy i szykujemy na konflikty z innymi grupami. Kiedy „tryb plemienny” jest włączony, jeszcze bardziej zacieśniamy relacje w grupie, przyjmujemy grupowy matriks moralny, stajemy w jego obronie i przestajemy myśleć samodzielnie. Podstawowa zasada w psychologii moralności mówi: „moralność wiąże i zaślepia”. Zjawisko jest bardzo przydatne, kiedy próbujemy nastawić członków grupy na walkę „my kontra oni”. W trybie plemiennym stajemy się głusi na argumenty i dane podważające narrację naszej drużyny. Jednocześnie przynależenie do grupy na takiej zasadzie est bardzo satysfakcjonujące – widać to choćby w plemiennych symbolach wykorzystywanych przez uniwersyteckie drużyny i kibiców futbolu amerykańskiego.

Jednak samo bycie przygotowanym do plemienności nie oznacza, że musimy żyć w trybie plemiennym. Ludzki umysł ma do dyspozycji wiele „narzędzi” poznawczych. Nie korzystamy z nich cały czas. Do naszej skrzynki z narzędziami sięgamy wówczas, kiedy pojawi się taka potrzeba. Warunki, w których żyjemy, mogą prowadzić do nasilenia naszego poczucia trybalizmy, stłumić go lub całkowicie wyłączyć. Każdy konflikt międzygrupowy (prawdziwy lub wyobrażony) natychmiast go podkręca, przez co ludzie z większą uwagą wychwytują, w której grupie znajdują się inni. Zdrajcy podlegają karze, podobnie jak spoufalający się z wrogiem. Natomiast pokój i dobrobyt zazwyczaj tłumią plemienność. Ludzie nie przywiązują wtedy tak dużej wagi do przynależności ani też nie czują się zmuszeni, by spełniać oczekiwania grupy. Kiedy w danej społeczności udaje się wyłączyć tryb plemienny u jej członków, zwiększa się swoboda układania życia wedle własnych preferencji i kreatywnego mieszania się ludzi i idei.<<

* * * *

Przez minutę słuchałem wiadomości nadawanych przez jedną z największych stacji telewizyjnych. Usłyszałem o konieczności powstrzymania mowy nienawiści i o faszystowskiej partii działającej w Polsce. Telewizor wyłączyłem. Nie jestem zwolennikiem partii, o której była mowa (ani żadnej innej), ale też nie dostrzegam w ich działaniach śladu faszyzmu, natomiast widzę dużo nietolerancji, czasami zbliżającej się do zachowań charakteryzujących nienawiść, u ludzi często mówiących o mowie nienawiści.

Boję się ich. Autentycznie się boję.





sobota, 11 października 2025

Dokąd zmierzamy?

 140925

Trzy najlepiej znane powieści Stanisława Lema, światowej sławy autora fantastyki naukowej, wizjonera i filozofa, to „Solaris”, „Eden” i „Powrót z gwiazd”. Każdą z nich czytałem wiele razy, od szkolnych lat będąc miłośnikiem twórczości Lema, a ostatnio sięgnąłem po „Powrót z gwiazd”.

Z dalekiej wyprawy kosmonauci wracają na Ziemię; na pokładzie statku minęło 10 lat, na Ziemi 120. Zastają cywilizację skrajnie odmienioną nie tylko rozwojem techniki, ale i zmianami w obyczajach i ludzkiej psychice. Społeczeństwo jest praktycznie całkowicie egalitarne, wyzbyte wojen, kryzysów społecznych i gospodarczych. Ludzie pracują, ale niewiele i nie w fabrykach, bo te są w pełni zautomatyzowane. Roboty są wszędzie i wszystko robią za ludzi, aby ci mogli poświęcić się rozrywkom, pasjom, nauce czy sztuce. Pieniądz istnieje, ale płaci się tylko za luksus, a potrzeby codzienne są zaspokajane nieodpłatnie. Żyć nie umierać, chciałoby się powiedzieć. Nader niewiele wad tej cywilizacji kreśli autor: ludzie są wydelikatnieni, nieprzywykli nie tylko do problemów czy zagrożeń, ale nawet do ostrzejszych reakcji słownych innych ludzi. Takie z nich… mamlasy, mówiąc potocznie, dla których, po pozbawieniu ich sensu starań o bogactwo i znaczenie, najważniejsza jest młodość.

Mimo drobnych zastrzeżeń, obraz tej powieściowej Ziemi zawsze był dla mnie idylliczny i kuszący – do teraz. Wróciłem do tej powieści po upływie około dziesięciu lat, a ten czas zmienił moją ocenę wizji cywilizacji nakreślonej przez autora, i to w bezpośrednim związku ze zmianami, których jestem świadkiem.

Na wstępie zaznaczę, że specjalistą nie jestem, jednak czytając od paru dziesiątków lat książki o ewolucji życia na Ziemi, zebrałem na ten temat garść wiedzy pomocnej w dostrzeżeniu i zrozumieniu przyczyn przemian społecznych tu i teraz. Wiele z tego, co się dzieje wokół nas, dobrze tłumaczą, albo pozwalają ocenić, uwarunkowania ewolucyjne.

Naukowcy jeszcze nie poznali wszystkich możliwych przyczyn szybkiego rozwoju naszego mózgu do tak wielkich rozmiarów i możliwości, jakie mamy teraz, ale jedna z nich jest niewątpliwa: nasza inteligencja, pochodna wielkości i stopnia komplikacji mózgu, po prostu zwiększa szanse przeżycia w świecie ustawicznego zagrożenia bytu. Co prawda niektóre zwierzęta posiadają umiejętność wykorzystania gałęzi lub kamienia jako narzędzia, ale tylko ludzie potrafią intencjonalnie i z wyprzedzeniem w stosunku do potrzeb konstruować narzędzia. Opanowaliśmy całą Ziemię, wybijając wiele gatunków zwierząt nam zagrażających, inne uczyniliśmy niewolnikami, całą resztę tolerujemy. Wykorzystując nasze zdolności umysłowe zbudowaliśmy cywilizację techniczną, w znacznym stopniu uniezależniając się do kaprysów natury. Trzeba jednak wiedzieć, że natura, czy konkretniej: ewolucja, nie ma celów, ku którym zmierza.

Tak wyraził ten fakt Richard Dawkins, biolog angielski i znany popularyzator teorii ewolucji:

>>Natomiast dobór naturalny (…) działa bez żadnego zamysłu. Nie ma ani rozumu, ani wyobraźni. Nic nie planuje na przyszłość. Nie tworzy wizji, nie przewiduje, nie widzi. Jeśli w ogóle można powiedzieć, że odgrywa w przyrodzie rolę zegarmistrza – to jest to ślepy zegarmistrz.<<

Cytat z książki Ślepy zegarmistrz.

Mechanizm ewolucji jest banalnie prosty i jednocześnie niesamowicie okrutny: ten bystrzejszy, sprytniejszy, cwańszy, miał większą szansę na zostawienie potomków, którym przekazał w genach swoje cechy – kosztem innych, bez zważania na skutki, jeśli tylko nie są bezpośrednio odczuwane. Dobrze tłumaczy go analiza wpływu medycyny na ludzkość. Coraz więcej chorób lekarze potrafią wyleczyć, a jednocześnie ludzkość wcale nie jest bardziej zdrowa. Kiedyś chorowite dziecko mało miało szans na przekazanie swoich genów, a więc i skłonności do chorób, swoim potomkom, bo po prostu umarło nim stało się dorosłe. Teraz dorasta i ma swoje dzieci, trwa więc bieg w przeciwne strony między naturalnymi mechanizmami zaburzonymi przez medycynę, a umiejętnościami leczenia.

To jednak temat poboczny, wrócę więc do głównej myśli.

Mimo osiągniętego poziomu rozwoju, nasz umysł i nasze zmysły mają liczne wady.

Chcemy czegoś i jednocześnie nie chcemy albo sami nie wiemy czego chcielibyśmy, boimy się nieznanego, bywamy okrutni. Można nas przekonać do każdej idei, nawet najbardziej absurdalnej, a wtedy życie za nią oddamy, najchętniej innych ludzi; nasza empatia cienką powłoką powleka obojętność, samolubstwo i agresję. Jest w nas nienasycona, potężna potrzeba władzy, panowania nad innymi. Owszem, próbujemy ratować się etyką i religią – ale z jakże mizernymi rezultatami. Z mrowia cech świata, z wielości jego sygnałów, odbieramy i jesteśmy w stanie pojąć bardzo niewiele. W tych procesach wspomagamy się nauką i naszymi maszynami, z których jesteśmy tak dumni, ale przecież są one tylko protezami nakładanymi na nasze ułomności. Dlaczego tak jest? Bo wykorzystując skutki uboczne rozrostu naszego mózgu, przekraczamy granice procesu nakierowanego siłami natury tylko i wyłącznie na przeżycie i posiadanie potomstwa. Nasz mózg osiągnął takie rozmiary nie w celu zgłębiania tajników świata, nie dla estetycznego jego przeżywania ani wiecznej szczęśliwości, a do działań na poziomie podstawowym, egzystencjalnym.

Mózgi istot żywych nie zostały wykształcone od podstaw jako twór jednolity, a ewoluowały, co szczególnie wyraźnie widać u nas. Są w nim warstwy – ślady kolejnych etapów ewolucji: od pnia mózgowego obsługującego podstawowe funkcje życiowe, jak praca serca i odruchowe reakcje, poprzez warstwę (niektórzy mówią o piętrze) odpowiedzialną między innymi za emocje i zachowania rozrodcze, aż po korę mózgową, siedlisko zdolności racjonalnego, analitycznego myślenia i planowania działań. Nie są one oddzielone od siebie, nie są niezależne, a współdziałają albo i przeciwdziałają. Wtedy racjonalna myśl każe się nie bać (czegoś), a odruch pcha nas do ucieczki albo na odwrót; rozum mówi nam jedno, instynkt drugie. Taka sytuacja, kolizja naszych odczuć, także wrażeń, chęci, potrzeb, jest bardzo dla nas charakterystyczna.

Z tych wszystkich powodów – tutaj docieram do meritum wywodu – brak konkretnych celów do osiągnięcia, przeszkód do pokonania, życie w stanie ustawicznej stabilizacji, zabezpieczenia naszych życiowych potrzeb przy minimalnym nakładzie pracy, bez kłopotów i ryzyka, bez celów wykraczających poza codzienność, bez stałych, powszechnie akceptowanych norm postępowania i wartościowania, prowadzi do zamętu w życiu społecznym, a u jednostek budzi poczucia alienacji i bezsensu, odbiera radość przeżywania zwykłych dni, a nawet prowadzi do depresji.

Przywołuję tutaj znane prawdy, jak ta głosząca, że tylko coś zdobyte samemu, mimo przeciwności i trudów, naprawdę cenimy, albo porzekadła, jak na przykład to brzmiące jak jak klątwa i wiele mówiące o nas: będziesz miał, nieszczęsny, to, co sobie wymarzyłeś.

Nie potrafiąc normalnie, spokojnie żyć i życiem się cieszyć, wymyślamy utopijne idee szybko przeradzające się w ideologie, szukamy ekstremalnych przeżyć i sposobów wywyższenia się, tworzymy bariery i problemy tam, gdzie racjonalnie rzecz biorąc nie ma na nie miejsca, odrzucamy standardy wypracowane przez pokolenia i dopasowane do naszej mentalności, a wtedy zostajemy z pustymi rękami i sercem, szukamy i znajdujemy nowych wrogów poza tymi, których mieliśmy wcześniej. W ten sposób stwarzamy sobie cele i sens.

Te wszystkie blizny po ewolucji są i będą w naszej mentalności, a więc zawsze będziemy musieli zmagać się ze zmorami przeszłości tkwiącymi w nas. Do ogrodów Edenu możemy tylko zaglądać, przy wyjątkowo sprzyjających okolicznościach krótko tam przebywać; zamieszkanie na stałe jest bardzo trudne, może nawet niemożliwe, ponieważ wymaga zanegowania sensu dążeń większości ludzi wokół nas, przebudowania systemów wartości, jakimi mamy się w życiu kierować i uniezależnienia się od opinii innych.

Można ten fakt ignorować, ale skutki będą opłakane, czego początki już widać. Można też starać się je łagodzić.

Bardzo pasuje tutaj znana maksyma: złe czasy tworzą silnych ludzi, silni ludzie tworzą dobre czasy, dobre czasy tworzą słabych ludzi, a słabi ludzie tworzą złe czasy.

Właśnie o tym kołowym procesie piszę. Owe złe czasy to pisząc wprost poważne kryzy, kataklizmy i wojny, po których, a więc po hekatombie strat i ofiar, „ogarniamy się”, prostujemy i od nowa zaczynamy tworzyć lepszą przyszłość. Tutaj dochodzę do meritum. Otóż twierdzę, że idealne, według współczesnych i powszechnych wyobrażeń, środowisko do wychowywania dzieci nie jest dobre. Sądzimy, że jeśli młody człowiek będzie się rozwijał w cieplarnianych (pod względem materialnym i emocjonalnym) warunkach tworzonych przez rodziców, wyrośnie na empatycznego, racjonalnego, silnego duchowo i emocjonalnie, a nade wszystko szczęśliwego człowieka. Fałsz takiego poglądu wychodzi na jaw bardzo wcześnie: w nieprzygotowaniu dziecka na świat ignorujący jego oczekiwania. Doświadczając szoku uświadomi sobie, że nie jest pępkiem świata, który nie jest tak przyjazny jak rodzina; dowie się, że o swój los musi sam zadbać, a życie rzadko jest takie, jak na topowych kanałach społecznościowych; że poza wyjątkami, zdecydowana większość musi wziąć się za pracę daleką od wymarzonej i stawić czoła codziennym wyzwaniom, szarości dnia powszedniego, by w ich otoczeniu, a nierzadko pod ich presją, znaleźć w sobie siły, sens, cel życia i szczęście.

Może więc należałoby celowo stworzyć i utrzymać nie tyle zły czas, co pewne jego znamiona? Narzucić sobie, od dzieci począwszy, pewne ograniczenia dotyczące dobrobytu i obowiązków? Jakie konkretnie? Trudne pytanie, zwłaszcza dla mnie, amatora przecież. Chodzą mi po głowie myśli o stworzeniu warunków, w których dzieci i młodzi ludzie nie traktowaliby posiadania rzeczy, spełniania nawet wymyślnych potrzeb, wygód i stabilizacji, jako stanów naturalnych i zawsze istniejących. Uczenia ich samodzielności, radzenia sobie może nie z niedostatkiem, ale z pewnymi ograniczeniami, dawania im nie tylko praw i przywilejów, ale i obciążanie codziennymi obowiązkami, także tymi uciążliwymi. Powinniśmy oswajać ich z chropowatością świata i wadami natury ludzkiej oraz uczyć radzić sobie z nimi. Przekonywać, nade wszystko własnym przykładem, że bardziej powinno się być niż mieć, ponieważ tam, gdzie można zbyt wiele, mało ma sens, a gdy ma się zbyt dużo, ma się za mało.

Wielkie pole działań dla psychologów, socjologów i behawiorystów, ale nic się o tym nie mówi, a nawet jeśli się działa, to częściej w kierunku przeciwnym, co dobrze widać w reklamach i promowanych trendach.

Dopisek

W słoneczny i ciepły pierwszy dzień jesieni byłem w parku przy pałacu Zamoyskich w Kozłówce pod Lubartowem. Oczywiście patrzyłem przede wszystkim na drzewa, a wiele jest tam wspaniałych okazów, ale i zapoznałem się z treścią tablic informujących o rodzie Zamoyskich. Byli bardzo majętnymi arystokratami, miliarderami, używając współczesnego słownictwa . Dość powiedzieć, że obok wielu zakładów przemysłowych, byli właścicielami blisko dwustu tysięcy hektarów ziemi. Tak opisana jest ordynacja Zamoyskich w Wikipedii.

Poniżej zamieszczam fotografię z tekstem opisującym metody wychowawcze Stanisława Kostki Zamoyskiego, ordynata w latach 1800 – 1835. Zakres stosowanych metod może budzić wątpliwości, ale kierunek był i jest słuszny.

 Dopisek drugi

Z częścią tekstu zapoznałem kolegę. W czasie późniejszej rozmowy nawiązał on do książki "Kucając" Andrzeja Stasiuka, autora bardzo przez niego cenionego. Dodam, że moja ocena twórczości tego pisarza też jest wysoka. 

Zapomnij o pędzie, o cywilizacji, kucnij przy owcy i poczuj zapach zwierzęcego życia – jak i nasze – ale innego, pierwotniejszego i autentyczniejszego. Tak najkrócej opisałbym treść książki. Stasiuk potrafi łączyć intelektualne wyrafinowanie, rozległą wiedzę o światowej literaturze, zacięcie filozoficzne i wrażliwość na piękno natury z prostotą życia bliską prymitywizmowi. Według Stasiuka nie ma przeciwności w takim zestawieniu a uzupełnienie do pełni, której zabraknie kiedy przebywamy jedynie w sztucznym świecie przez nas zbudowanym. Jest tutaj zawarte przekonanie o chwiejności całej cywilizacyjnej nadbudowy, może nawet o jej destrukcyjnym charakterze, jeśli nie jest posadowienia na fundamencie związków z naturą przy jednoczesnym zanegowaniu naszej łączności ze światem zwierzęcym.

Wybrałem jeden fragment z książki Kucając, niżej go zamieszczam, ponieważ zawarte w niej przesłanie może i powinno być potraktowane jako jeden ze sposób na wprowadzenie koniecznych zmian.

* * *

>>Wrzesień zaczyna się od cieni. Robią się dłuższe. Słońce nie wznosi się już tak wysoko i wypłaszcza się łuk jego wędrówki. Kształty stają się mocniejsze. Mija skwar, znika płaskość krajobrazu właściwa letnim dniom. W istocie lipiec i sierpień to najnudniejsze miesiące roku – jeśli nie liczyć dni, gdy nadchodzą burze. Ale poza tym to raczej monotonia z wolna szarzejącej zieleni, wysokiego światła, które męczy i sprowadza coś w rodzaju ślepoty, bo trzeci wymiar krajobrazu, jego głębię, dostrzegamy jedynie rano i wieczorem. Aż nagle przychodzi wrzesień i jakby na pochwałę kalendarzowego podziału, na chwałę własnego istnienia ten pierwszy wrześniowy poranek jest chłodny i mglisty. Jednak gdzieś z góry przenika szarobłękitny blask i to znak, że dzień będzie pogodny.

No więc wrzesień, początek schyłku. Dzięki niskiemu słońcu świat staje się wyrazisty, bardziej materialny, bo cienie są ciężkie, ciemne od wilgoci i zalegają bardzo długo. Podwajają rzeczywistość. Po prostocie lata krajobraz staje się wieloznaczny. Poranna mgła unosi się powoli i najpierw widać na kilkanaście kroków, potem dalej i dalej, i w końcu odsłania się dobrze znany widok aż po grzbiet Uherca. Ale przez tę godzinę czy więcej wcale nie jesteśmy pewni, że to, co znane, powróci do nas w swojej starej postaci.

Czasami śpię na werandzie. Nad ranem budzi mnie chłód. Zasuwam zamek śpiwora, w półśnie otwieram oczy i patrzę mniej więcej na południowy wschód. Po lewej ciemność nieco już spełzła i gdzieś zza obłości ziemi, zza krzywizny kontynentu podnosi się blask. Jeszcze ledwo, ledwo, jeszcze zimny, perłowy, ale już podszyty czerwienią. (...) Rzeczywiście jest zimno, więc wczołguję się głębiej, wtulam, zapadam w sen, ale sen jest kruchy, nietrwały, bo myśl nie może się oderwać od powolnej przemiany krajobrazu i raz po raz trzeba się wychylać, zerkać na wstający blask, który miesza się z mgłą jakoś tak pyliście, nierzeczywiście, uwalnia z półmroku ni to kształty, ni to fantasmagorie, więc szkoda spać, szkoda marnować czas, bo się to przecież w tej konfiguracji, w tej grze złota, szarości, półbłękitu, w tym cudzie jednorazowym już nigdy nie powtórzy.

Tak więc wrzesień. Początek końca. Ostatni wysiłek świata, zanim zacznie powoli gasnąć, popielić się i zamierać. Heroiczny miesiąc. W ogrodach i sadach obfitość kolorów i owoców. Aż się w oczach mieni od tych czerwieni, oranżów, złota, fioletów, lila różów, od tego jabłczanego połysku, który w słońcu oślepia jak setki zajączków. Trzeba mrużyć oczy. A jak się to ugina, napięte do granicy pęknięcia, złamania, niczym człowiecze grzbiety pod ciężarem ponad siły.

No i leżę w środku tego września, w środku mojego kraju, w śpiworze, na deskach pachnących surową ropą prosto z kopalni i nasłuchuję, i wyobrażam sobie, co się dzieje po sadach, po ogrodach i lasach. Zatopiony w tym wszystkim, otumaniony z lekka, oczadziały od urody i rozpaczy ostatnich jasnych i ciepłych dni, zanim sczezną, zanim zatopi je mrok i chłód, zanim pomrzemy. Bo nigdy nie widać życia lepiej niż jesienią. Nigdy nie jest piękniejsze i nigdy nie przychodzi łatwiej zgodzić się na śmierć niż w karnawale jesieni.<<

 

piątek, 23 maja 2025

O pieniądzach i o nas

 230525

Pewna rodzina ma dochody na poziomie 60-63 tysiące złotych rocznie, ale że wydaje więcej chcąc utrzymać standard życia, zapożyczają się każdego roku coraz bardziej. Mając już około 150 tysięcy długu, w tym roku pożyczą ponad 30, a może i 40 tysięcy. Ich dług sięgnie dwustu tysięcy złotych, a same odsetki od niego mogą przekroczyć 10 tysięcy, a więc kilkanaście procent ich dochodów. Nie myślą o spłacie, a nawet gdyby, to nie mają takiej możliwości wydając tak dużo. Na co tyle wydają? Czy na swój wymarzony dom? A może na kształcenie dzieci w renomowanych uczelniach? Nie, wydają na nowe meble, samochody, na wycieczki i pensję pomocy domowej. No i na rosnące każdego roku odsetki od swojego długu.

Co można pomyśleć o takiej rodzinie?

 


Źródło 

Kwoty nie są przypadkowe, są tylko 10 milionów razy pomniejszone, jako że piszę o naszym państwie. Nasz dług przekroczy w tym roku 2000 miliardów złotych, odsetki sięgną 100 miliardów, a przychody wyniosą 600 albo nieco więcej miliardów. Tylko w tym roku zadłużymy się… nie, to „nasi” politycy nas zadłużą na ponad 300, a może nawet 400 miliardów! Jeden miliard złotych dziennie! Jest w Polsce około 25 milionów płatników podatku, a więc na każdego, czyli także na mnie, emeryta z przeciętną emeryturą, wypada 80 000 zł długu, od którego każdy z tej grupy płaci 4 000 zł rocznie odsetek. Bardzo niewielka część tych ogromnych pieniędzy jest mądrze inwestowana. Zdecydowana większość przeznaczana jest na cele socjalne, czyli jest rozdawana, a mówiąc wprost: przejadana. Część jest wydawana na wątpliwej jakości inwestycje motywowane ideologicznie, a pewna ilość po prostu marnotrawiona lub wprost rozkradana.

Dokąd my zmierzamy? Jak to się skończy dla Polski i Polaków?...

Tyle wstępu wystarczy, nie chcę zanudzać szczegółami technicznymi, zaznaczę tylko, że jedynie mocarstwa mogą sobie pozwolić na niespłacanie swoich długów. My nie mamy jedenastu atomowych lotniskowców jak USA, więc spłacić długi będziemy musieli. Jeśli nie pieniędzmi, to naszą ziemią i fabrykami, biedą i zależnością od innych.

Niżej zamieszczam fragmenty wykładów Raya Dalio na temat obecnego stanu światowych finansów. Autor jest znanym na świecie ekonomistą, inwestorem, miliarderem, ale i pisarzem, filozofem oraz wnikliwym socjologiem. Krótko mówiąc: jest postacią wybitną.

Zapraszam do lektury. Cytaty ujęte są znakami >> <<, a wykropkowanie (…) wskazuje miejsca dokonanych przeze mnie skrótów. Poniżej cytatów zamieszczam linki do pełnych wypowiedzi R. Dalio.

* * *

>>Prawdziwe ryzyko pojawia się, gdy polityka bardziej zaczyna polegać na opóźnianiu niż na dyscyplinie. Kiedy deficyty rosną nie z powodu strategicznych inwestycji, ale z powodu paraliżu politycznego. Gdy pożyczanie trwa nie po to, aby budować przyszłość, lecz po to, aby unikać teraźniejszości. Powoli społeczeństwo i rynki zaczynają zadawać pytanie, którego żaden rząd nie chce słyszeć: jak długo to może trwać? Na początku odpowiedzi są uspokajające, ekonomiści wskazują na stosunek długu do PKB, banki centralne podkreślają znaczenie narzędzi zwiększających płynność finansową, a politycy obiecują reformy. Ale żadna z tych rzeczy nie ma znaczenia, jeśli za słowami nie idą czyny. (…) Ryzyko jest tym poważniejsze, że narasta powoli, na oczach wszystkich. W dobrych czasach zaciąganie pożyczek wydaje się możliwe do opanowania. Odsetki od kredytów są niskie, a wzrost gospodarczy wydaje się silny, jednak pod spodem rośnie obciążenie długiem, a deficyt strukturalny się pogłębia. (…) W momencie gdy rząd nie jest zdolny do podejmowania trudnych decyzji, zaczyna się spirala upadku. (…) Uniknięcie tego nie wymaga perfekcji. Wymaga uczciwości. Uczciwej oceny sytuacji w systemie, uczciwej komunikacji na temat koniecznych poświęceń oraz uczciwego przywództwa, które działa w długoterminowym interesie kraju, a nie o doraźne korzyści.<<

Źródło

* * *

>>System finansowy w którym żyjemy dzisiaj, opiera się na coraz bardziej kruchych fundamentach. Oparty nie tylko na produktywności i innowacyjności, ale także na stale rosnącym poziomie zadłużenia. Liczby są porażające, ale ich konsekwencje wykraczają daleko po kwestię rozmiarów. Nie chodzi tylko o to, że mamy dużo długów, problem w tym, że tempo wzrostu zadłużania znacznie przewyższa tempo wzrostu dochodów niezbędnych do jego obsługi. Ta nierównowaga jest obecnie tak duża, tak systemowa, że zagraża całej strukturze, od której jesteśmy zależni. Dług ze swej natury może być produktywny lub destrukcyjny. Jeśli jest wykorzystywany odpowiedzialnie, gdy pożyczony kapitał jest inwestowany w sposób tworzący dochód większy niż koszt pożyczki, może być potężnym narzędziem wzrostu. Jednak gdy dług służy finansowaniu konsumpcji, realizacji obietnic politycznych i poprzednich zobowiązań bez tworzenia warunków pod przyszłe dochody, staje się obciążeniem. Co więcej, kiedy pożyczanie staje się domyślną reakcją na każdy problem, przestaje być narzędziem, staje się pułapką. (…) Kiedy poziom zadłużenia rośnie, wzrastają również płatności odsetek. Ostatecznie coraz większa część dochodów budżetowych jest przeznaczana nie na inwestycje w przyszłość, lecz na spłatę przeszłości. (…) Obecnie zaufanie jest towarem deficytowym. Ludzie na całym świecie stracili zaufanie do instytucji, liderów, a nawet do samej przyszłości. To jest niebezpieczne. Tworzy próżnię, która zostaje wypełniona strachem, populizmem i uproszczonymi rozwiązaniami złożonych problemów.<<

Źródło

* * *

>>Współczesna gospodarka w coraz większym stopniu oddziela tworzenie bogactwa od jego dystrybucji. W przeszłości na wzroście produktywności korzystała zazwyczaj duża część społeczeństwa, obecnie zyski te w szczególności przypadają właścicielom kapitału, czyli tym, którzy posiadają aktywa finansowe, nieruchomości i akcje. W rezultacie coraz większa część bogactwa znajduje się w rękach małej grupy osób, podczas gdy większość z trudem nadąża za resztą społeczeństwa, polegając coraz bardziej na zadłużeniu. (…) Najpierw następuje okres budowy, innowacji i ekspansji, w którym możliwości są powszechnie dostępne, a zaufanie do systemu rośnie. Jednak z biegiem czasu, w miarę jak sukces się kumuluje, rodzi się nadmiar, rośnie zadłużenie, nierówności się pogłębiają, a w końcu nierównowaga staje się nie do utrzymania. Obecnie znajdujemy się w końcowej fazie tego cyklu.<<

Źródło

* * * * * *

>>Nie ma sposobu na uniknięcie ostatecznego załamania się boomu spowodowanego ekspansją kredytową. Alternatywą jest tylko to, czy kryzys powinien nastąpić wcześniej, jako wynik dobrowolnego zaniechania dalszej ekspansji kredytowej, czy później, jako ostateczna i całkowita katastrofa danego systemu walutowego.<<

Ludwig von Mises, ekonomista i filozof.

>>Dług, zgodnie z definicją, przyciąga przyszłą konsumpcję do teraźniejszości. Pozwala ludziom wydać więcej teraz, ale wymaga od nich wydania mniej w przyszłości.<<

Ray Dalio


środa, 21 maja 2025

Wolność, piękno i szczęście

 210525

Obok mnie, na parapecie okna, leżą aktualnie czytane książki: tom Geografii świata wydawnictwa Kurpisz, Antykruchość Taleba, zbiór opowiadań Lema i Historia estetyki Władysława Tatarkiewicza, tom o dokonaniach starożytności. Kiedy mam dość słuchania lub czytania via internet o rynkach finansowych i zmianach społecznych, a czasami i o polityce, sięgam po jedną z tych książek. Każda z nich jest inna: geografia naładowana jest fachowymi nazwami, Antykruchość wymaga najwyższej uwagi, analizowania treści filozoficznych, zastanawiania się nad twierdzeniami autora, opowiadania Lema są lekką rozrywką, a w dziele Tatarkiewicza znajduję perełki wysublimowanej logiki, rozsądku i... piękna.

Zapraszam do lektury fragmentów jego Historii estetyki. Cytaty ujęte są znakami >> <<, a wykropkowanie (…) wskazuje miejsca dokonanych przeze mnie skrótów. Pogrubienia są dodane przeze mnie.

* * *

O wolności

>>Jeden z traktatów estetycznych, jakie się zachowały ze starożytności, pochodzący z I wieku naszej ery traktat Pseudo-Longinosa „O wzniosłości”, stawia w ostatnim rozdziale szczególne pytanie: dlaczego jego epoka nie wydała wielkich ludzi? (…)

Psudo-Longinos daje temu dwojakie wyjaśnienie. Po pierwsze, jak pisze powołując się na bezimiennego filozofa: nie ma wielkich ludzi, bo nie ma wolności życia. „My, ludzie dzisiejszej epoki, jesteśmy od dzieciństwa wychowankami despotyzmu… i nie pijemy z najpiękniejszego i najwydatniejszego źródła… z wolności. Każdy despotyzm, choćby był najsprawiedliwszy, jest jakby klatką i powszechnym więzieniem”. Drugie wyjaśnienie autor daje od siebie: nie ma wielkich ludzi, bo nie ma wolności wewnętrznej. Ludzie są opanowani namiętnościami i żądzami, przede wszystkim żądzą bogactwa, chciwością. „Chciwość, na którą wszyscy w swym nienasyceniu chorujemy, i żądza użycia robią z nas niewolników.”<<

>>„Ja jednakże mam to przekonanie, że w żadnym rodzaju nie ma rzeczy tak pięknej, iżby od niej nie była piękniejsza inna, która dla tamtej byłaby wzorem, jak oblicze dla wizerunku. Wzoru tego nie można postrzec wzrokiem ani słuchem, ani żadnym innym zmysłem, lecz obejmujemy go jedynie myślą i umysłem. A chociaż wśród posągów nie ma doskonalszego nad posąg Fidiasza, a wśród obrazów nad te, które wymieniłem, to jednak możemy myśleć o doskonalszym. Kiedy ów rzeźbiarz tworzył kształt Jowisza lub Minerwy, to na pewno nie patrzył na nikogo, do kogo by swe dzieło upodabniał, lecz w umyśle jego mieścił się pewien znakomity wzór piękna, na który patrząc i w którym zatopiony, naśladując go kierował swą sztuką i ręką. Tedy w kształtach i figurach jest coś doskonałego, do czego jako ujmowanego myślą wzoru odnosimy to, co podpada pod oczy… Platon, ten najpoważniejszy pisarz i nauczyciel nie tylko myślenia, ale także mówienia, nazywał te formy ideami i mówił, że są odwieczne i wieczne, w umyśle i rozumie zawarte.”<< (słowa Cycerona cytowane przez Tatarkiewicza)

>>Byłoby też błędem wyobrażać sobie życie Ateńczyków jako bogate, zasobne, wygodne. Tukidydes przekazał słowa Peryklesa: „Kochamy piękno z umiarem, kochamy mądrość bez popadania w słabość”. Mieli małe wymagania osobiste; wspaniałe były tylko budowle publiczne, nie prywatne. Nie popisywali się bogactwem i nie ukrywali ubóstwa. Ponieważ poprzestawali na małym, więc wielu było wśród nich ludzi wolnych od trosk materialnych, mogących – jeśli nie tworzyć sztukę, to cieszyć się nią.<<

O ustalaniu znaczenia pojęć i słów

>>Czym poezja różni się od tego, co nie jest poezją? Czym poemat różni się od traktatu naukowego, choć są pisane podobnymi wyrazami? Na pytanie to poprzednio odpowiedział Gorgiasz, że różnica leży w metrycznej formie poezji. Ale Arystoteles widział, że traktatu naukowego forma metryczna nie uczyni poezją. (…)

Jeszcze dla Platona poezja nie była sztuką, bo sztuka była rzeczą umiejętności, a poezja „boskiego szału”. Arystoteles natomiast nie dawał wiary „boskim szałom”, nie uznawał ich nawet w poezji. Sądził, że i ona „jest rzeczą raczej przyrodzonych zdolności, nie szału”. Dobra poezja powstaje na tej samej drodze, co każda dobra sztuka: przez zdolności, umiejętności, ćwiczenie. Podlega ogólnym regułom nie mniej niż inne sztuki. A przez to może być przedmiotem nauki: nauka ta jest zwana poetyką. <<

Oczywiście zastanawiano się też nad celem sztuki

>>Grecy w tym punkcie nie byli zgodni: pitagorejczycy sądzili, że sztuka działa katartycznie (oczyszczająco – wyj. KG), sofiści, że hedonistycznie (daje przyjemność – wyj. KG), Platon, że może i powinna działać moralnie, Arystoteles zaś, jak częstokroć czynił, w każdym z tych rozwiązań dopatrzył się częściowej prawdy. Sztuka nie tylko powoduje oczyszczenie uczuć. Daje też przyjemność i rozrywkę. Przyczynia się do udoskonalenia moralnego. Budzi wzruszenie: „Celem poezji – pisał – jest, aby poeta uczynił bardziej wzruszającym to, co przedstawia”. A działanie jej sięga jeszcze dalej i głębiej.

Sztuka przyczynia się mianowicie, według Arystotelesa, do spełnienia najwyższego celu człowieka: do szczęścia. Przyczynia się poprzez to, co nazywał „schole”; w polskim języku najbliższy temu wyrazowi są – „wczasy”. Arystoteles miał na myśli życie, w którym człowiek jest wolny od przyziemnych trosk, od męczącej konieczności życia i może poświęcić się temu, co jest naprawdę godne człowieka, co nie jest li tylko środkiem, lecz może być uważane za cel istnienia. Wczasów nie wypełni pospolita rozrywka, natomiast może to uczynić "diagoge" – rozrywka szlachetna, łącząca przyjemność z pięknem moralnym. Do niej należą czynności uczonego: filozofia i nauki czyste nie stanowią konieczności życiowej, należą do wczasów, są rozrywką w najszlachetniejszym słowa znaczeniu. A to samo dotyczy sztuki: ona również jest zdolna i godna wypełnić wczasy. A przez to dać tę wszechstronnie zadowalającą postać życia, którą nazywamy szczęściem.<<

* * *

Minęło ponad 2300 lat od śmierci Arystotelesa. W tym czasie dokonaliśmy olbrzymiego skoku technologicznego, ale i jednocześnie oddaliliśmy się tak znacznie od ideałów starożytnych myślicieli, że nawet nie mamy słów o takim znaczeniu, jak greckie diagoge, a wczasy… Wczasy ze starożytnego piedestału stoczyły się na zatłoczone plaże i bary z pieczonymi kurczakami.

Jeszcze ten krótki cytat, słowa profesora Tatarkiewicza o rozumieniu powinności polityków przez Arystotelesa. Pokazują już nawet nie obecne oddalenie od wzorców wypracowanych wtedy, a dosłownie przepaść.

>>(…) prawidłami polityki były dlań prawidła moralne.<<