Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moja praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moja praca. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 stycznia 2026

Praca i ludzie

 311225

Garść uwag o klientach. Mam z nimi do czynienia od ponad czterdziestu lat i dlatego mogę wychwycić zmiany w ich zachowaniach. Są dwojakiego rodzaju: na lepsze i... wprost przeciwnie. Znacznie mniej jest teraz agresji, wulgarności, pospolitego chamstwa, ale też mniej jest myślenia, dbałości o siebie, a zdecydowanie więcej oczekiwań, czasami kuriozalnych jak na miejsce i okoliczności.

Wiem, że nie tylko ze zrozumieniem spotka się ten tekst, ale mimo tego zapraszam do lektury.


O czytaniu

Raczej o nieczytaniu. Nikt nie zapoznaje się z instrukcją, mało kto czyta cennik, a jeśli nawet przeczyta, to mimo jego jednoznaczności i prostoty dalej się dopytuje. Wejście oznaczone jest stosowną tabliczką, a dwa metry obok są schody wiodące do kiosku z urządzeniami sterowniczymi. Przejście zamknięte jest łańcuchem, na którym zawieszona jest tabliczka informująca o przejściu tylko dla personelu. Wielu klientów stawało przy schodach w oczekiwaniu na wejście, a mieli napis dosłownie przed twarzą.

Klient otrzymywał od kasjerki bilet i paragon. Na nasze nieszczęście oba dokumenty drukowane są na takiej samej taśmie papierowej, bo chociaż różnią się wielkością i napisami, wielu, naprawdę wielu klientów oznajmiało nam, że nie wiedzą, co trzymają w ręku, który z tych papierków jest biletem. Dwa słowa wydrukowane największą czcionką to „PARAGON” na jednym i „BILET” na drugim.

Oczekiwania

Bywało, że klientom nie podobał się ton głosu, uznawany – jak myślę – za zbyt twardy albo – według nich – nerwowy lub rozkazujący i ową dezaprobatę wyrażali werbalnie. Proste, konkretne odpowiedzi bywały uznawane za impertynenckie czy niegrzeczne.

Przykłady:

Gdzie można kupić bilet? – w odpowiedzi mój wskazujący gest ręką i słowa: w kasie.

Można tu wsiąść? – moje: nie można.

Proszę się odsunąć. Proszę zabrać stąd dziecko.

Wiele osób czuło się dotkniętych takimi odpowiedziami i poleceniami. Niektórzy stanowczo odrzucali obowiązek dostosowania się do naszych poleceń, oczywistych i koniecznych dla zapewnienia porządku i bezpieczeństwa. Dodam jeszcze, że w dni dużego ruchu mamy naprawdę mało czasu; jednemu klientowi możemy poświęcić dosłownie sekundy.

Dobre wychowanie

Powitania mają u nas dwa znaczenia: jedno znane, kulturowe, będące elementem dobrego wychowania, ale ma i drugie, które winno być pierwszym, a właściwie jedynym, jednak mało kto pamięta o nim. Otóż „dzień dobry” jest życzeniem komuś dobrego dnia, a „do widzenia” wyrażeniem chęci ponownego spotkania się. Ma to głęboki sens, jest bardzo miłe, jeśli mówi się szczerze do kogoś znanego, a do obcego wtedy, gdy mieliśmy z nim miły kontakt. Jednak nie ma w tych słowach nic, zupełnie nic poza uprzykrzonym obowiązkiem jeśli mówi się te słowa odruchowo do osoby, która widzi się chwilę, tyle, ile zajmuje odebranie biletu, i która później znika z naszego życia niezapamiętana w żaden sposób. Znam większość pań kucharek z baru, wszak stołuję się tam od czterech lat codziennie przez miesiąc. Czuję do nich sympatię, doceniam ich niełatwą pracę. Życzenie im dobrego dnia jest autentyczne i ma sens głębszy niż dobre wychowanie. Idąc ulicą miasta nie życzymy każdemu przechodniowi dobre dnia, ale w niektórych polskich wsiach zachował się zwyczaj witania wszystkich przechodniów. Powód jest prosty: nie ma ich wielu. Wtedy każdy przechodzień jest zauważonym człowiekiem, a nie tłem ruchliwej ulicy albo zatłoczonego lunaparku.

Powiecie, że mimo wszystko jest tu sens, bo lepiej i milej usłyszeć „dzień dobry” niż nie usłyszeć? Powiedzcie w ciągu dnia pięćset razy „dzień dobry”, pięćset razy „do widzenia”, podziękujcie tysiąc razy, a na koniec dnia porozmawiamy o sensowności. Wolałbym usłyszeć „do widzenia” tylko raz dziennie, ale wypowiedziane szczerze, ze świadomością znaczenia, niż setki razy klepnięte jako dowód dobrego wychowania albo z powodu służbowych wymogów.

Dziękuję nie tyle za odebrany bilet, co za zostawione u nas pieniądze, i jakże często słyszę „bardzo dziękuję”. Za co ty, człowieku, tak bardzo mi dziękujesz? Jeśli „tylko” podziękujesz, to będziesz za mało kulturalny? Czy tak uważasz? A jak wyrazisz swoją wdzięczność, gdy ktoś zrobi ci prawdziwą przysługę? Powiesz „bardzo, bardzo dziękuję” czy może trzy razy wymówisz słowo „bardzo”?

Czy nie ma tutaj dewaluacji i ostentacji?

Samolubstwo i wygodnictwo

W barze klienci pytają się o zupy, o drugie dania, kucharka wymienia długą listę, a przecież stojąc w kolejce mieli przed sobą tablicę z menu wiszącą na ścianie. Tak samo jest przy kasie, nie tylko w lunaparku, gdzie wielu ludzi trzeba pytać o sposób zapłaty czy o drukowanie potwierdzenia. Dlaczego nie przyjdzie im do głowy ułatwienie pracy innemu człowiekowi? Gdzie ich empatia i dobre wychowanie, którymi tak się chlubią? Niewiele tych cech znajduję w nich, a wiele egocentryczności, nastawienia na branie, oczekiwanie pamiętania za nich, pomagania im, dbania o ich dobrostan wszędzie, na każdym kroku.

W efekcie wchodzą na przejścia dla pieszych nie patrząc na boki, wcale nierzadko wprost pod jadący samochód. Bo oni nie muszą dbać o siebie, inni mają myśleć za nich.

Rodzic prowadzi za rękę małe dziecko, idą krok za krokiem, dziecko zatrzymuje się aby pogłaskać renifera, na schodach jest instruowane o technice ich pokonania – to codzienne widoki. Ja mogę czekać, moja pensja nie jest zależna od szybkości obsługi, ale w weekendy często stała kolejka przed wejściem. Naprawdę mało rodziców brało dziecko na ręce by szybciej wyjść; tylko nieliczni dostrzegali czekających i uznawali, że nie miejsce ani pora aby uczyć dziecko chodzenia po schodach.

Często widziałem, zwłaszcza u jednoręcznych nastolatków (drugą mieli zajętą trzymaniem telefonu) pewien psychiczny bezwład, bycie duchem gdzie indziej. Jeśli już podnieśli głowy znad ekranów, patrzyli niezbyt przytomnymi oczami. W rezultacie trudno było im wytłumaczyć co mają robić, a jeszcze trudniej doprosić się o bilet. Ich spojrzenia były wymowne: jaki bilet? Co on chce ode mnie? Zdarzało się, że taki młody człowiek nie mógł znaleźć biletu, a jeśli w pobliżu był rodzic, zawsze, zawsze jego uwagi były kierowane do nas. Były to dobre momenty do pokazania dziecku niemałemu już, bo nastoletniemu, że o swoje trzeba dbać, że jeśli coś się zgubi, trzeba ponieść konsekwencje. Nic takiego nie widziałem, a słyszałem idiotyczne pretensje i takież argumenty. Jakie, pytacie? A na przykład takie: „jeśli pan nie wierzy, że kupiłam bilet, proszę zapytać w kasie”. Tu nawet nie o to chodzi, że mając co minutę klienta, kasjerka nie jest w stanie zapamiętać twarzy, chodzi o zasadę: do usługi upoważnia bilet, a nie oświadczenie tej czy innej osoby ani nie paragon. Zwłaszcza, że niektórzy ludzie najzwyczajniej oszukują.

Właśnie, paragon. Wielu klientów patrzyło na tę karteluszkę tak, jakby widzieli ją po raz pierwszy w życiu, dawali jako bilet nie poczuwając się do obowiązku jego poszukania w kieszeniach. Po co, skoro oni przecież zapłacili? A w ogóle po co im bilet? Oni przyszli tutaj jechać na karuzeli, a nie pilnować jakiegoś biletu! Co ten okropny człowiek chce od nas?? Pewien mężczyzna dając mi paragon powiedział, że ten papierek uznał za ważniejszy, ponieważ zobaczył na nim pieczątkę. Zrobiono ją na moje zamówienie, aby ułatwić klientom odróżnienie paragonu od biletu: czerwone, duże litery układają się w słowo... PARAGON.

Najbardziej szokowały mnie błyskawiczne zmiany wyrazu twarzy osób, które były proszone o coś, czego nie chciały zrobić, albo które usłyszały jakiś zakaz, cokolwiek, co było niezgodne z ich oczekiwaniami. Uśmiech znikał w jednej chwili zastąpiony zaskoczeniem, dezaprobatą, zniechęceniem, a nawet, i tak się zdarzało, odrazą. Ot, spotkali człowieka z nieswojego świata, człowieka, który czegoś chce od nich i coś im nakazuje czy zakazuje! Po prostu przeżywali szok. A ja tylko poprosiłem – to przykłady – o zakończenie sesji fotograficznej, bo wielu innych klientów czeka na wejście, albo o zabranie małego dziecka chodzącego po karuzeli bez opieki. Dodam tutaj, że któregoś dnia młoda para zrobiła sobie sesję zdjęciową na karuzeli – za moją zgodą i bez żadnej dodatkowej opłaty. Skoro nie było w tym czasie klientów, to dlaczego miałbym im odmawiać?...

Nagminnie, niemal zawsze, spotykałem się z apriorycznie negatywnym nastawieniem. Cokolwiek się stało nie po ich myśli, niezgodnie z ich oczekiwaniami, natychmiast było źle oceniane i przypisywane nieokrzesaniu pracowników obsługi. Typowe zachowanie klienta, który zapomniał, gdzie włożył bilet, to twierdzenie, że „pani mi nie dała biletu”, a ja nie mam prawa wątpić w jego słowa.

Miałem styczność z ludźmi, którzy nie widzieli nic niestosownego w swoim oczekiwaniu abym nie uruchamiał karuzeli dopóki oni nie kupią biletów. Okoliczności: bramka zamknięta, bilety odebrane, ludzie już parę minut siedzą na zimnym plastiku, idę do kiosku sterowniczego aby włączyć karuzelę, i w tym czasie ktoś przychodzi.

Kilkanaście osób ma siedzieć na zimnie kolejne dwie-trzy minuty (czas na zakup biletu), bo ta osoba nie chce zaczekać pięciu, sześciu minut na następną jazdę. Zgodnie z moimi standardami, rachunek się nie zgadza, zwłaszcza w zimne czy deszczowe dni. Zgodnie z ich standardami ja jestem złośliwy nie czekając na nich. To nie domysł, słyszałem takie oceny. Typowym zachowaniem nieuwzględniającym okoliczności i potrzeb innych ludzi było zatrzymywanie się grupy klientów w bramce wejściowej i ustalanie między sobą, kto z kim ma jechać.

Widziałem ludzi zapatrzonych w ekrany telefonów w czasie jazdy karuzelą, a przecież płacili 25 złotych od osoby za 3 minuty! Dwoje ludzi zapłaciło 50 złotych za parę minut patrzenia w ekran, a przecież za takie same pieniądze mogliby godzinę posiedzieć w kawiarni przy kawie, napoju i ciastku! Oni też o tym wiedzieli, ale nie mogli się powstrzymać przed przewijaniem obrazków nawet tych kilku minut!

* * *

Widywałem cienką warstewkę wypolerowanego i uśmiechniętego lakieru powlekającą egocentryzm, brak empatii, a czasami coś znacznie gorszego. Pokrótce opisane tutaj zachowania charakteryzujące się zanikiem naturalnych kiedyś cech ludzi i społeczeństw na rzecz pozłotka widzę częściej i we wzrastającej liczbie miejsc. Ludzie żyją w coraz bardziej fikcyjnych światach tworzonych dla nich przez cyfrowe media działające na nich już nie tylko jak kurtyna oddzielająca od rzeczywistości, ale i jak rak. To, co powinno być ostatnim ruchem pędzla artysty malującego obraz pięknego XXI wieku, staje się jedyną treścią, pod którą nie ma autentycznej, rzeczywistej wartości. Jest hucząca muzyka w samochodzie, nieustanne przewijanie obrazków w internecie, nastawienie na zabawę, wysokie mniemanie o sobie i niechęć do podejmowania trudów i obowiązków.

Tak, ja też sporo czasu spędzam w internecie, ale szukając informacji, głównie dotyczących ekonomii i zachowań społecznych. Właśnie! Adres tego krótkiego filmiku dostałem od znajomego, a że okazał się treściwy i celny, dodaję go tutaj; zwłaszcza, że dostrzegam pewien związek z treścią mojego tekstu.

* * *

Nie wiem, czy wrócę do lunaparku. Powinienem definitywnie zakończyć pracę zawodową nie tylko z powodu wieku, ale i coraz większych trudności w późniejszej odbudowie opinii o ludziach.

Aby zakończyć tekst przyjemniejszym akcentem, opowiem o dwóch klientkach, które mam nadzieję długo pamiętać. Obie były wiekowymi paniami, starszymi ode mnie, obie z trudem i widoczną tremą wsiadały do gondoli. Kiedy na koniec jazdy podszedłem do nich aby odblokować zabezpieczenie, były radośnie uśmiechnięte i głośno wyrażały swoje zadowolenie. Powiedziały mi, że zawsze chciały jechać karuzelą, ale tak się składało, że pojechały dopiero dzisiaj. Okazało się więc, że karuzela może wzbudzić pragnienie i je zaspokoić, a nawet pomaga w powrocie do czasów dzieciństwa.






 Kilka zdjęć zrobionych na Rynku Kościuszki w Białymstoku.
 29 grudnia, godzina 17, koniec pracy. Sprzęt spakowany, ciężarówki gotowe do wyjazdu. Patrząc na nie wspomniałem swoje jakże liczne przerzuty lunaparku, noce spędzone za kierownicą scanii i tysiące przejechanych kilometrów. Przez moment, tylko jeden moment, poczułem chęć przeżycia takiej nocy raz jeszcze.

Nazajutrz wyjechałem do domu.

020126

Przez kilka godzin chodziłem po polach pod miastem. Widziałem padający śnieg, nawłoć wystrojoną śniegowymi czapami, białe płatki na okularach, polne drogi, liczne brzeziny i dwie duże grusze. Słyszałem ciszę, nie słyszałem klientów. Wróciłem zmęczony, ale zdrowszy i spokojniejszy.












piątek, 12 grudnia 2025

Zwyczaje i klimat

 101225

Niedawno gruchnęła wieść nie do pomyślenia jeszcze kilka lat temu: Bill G., kapłan klimatyzmu, niezłomny obrońca Ziemi, wódz naczelny wojsk antydwutlenkowych, ogłosił, że planeta jednak nie spłonie ani do 2010 roku, ani nawet do 2015, jak wcześniej on i jemu podobni głosili z niezachwianą pewnością. Skąd taka zmiana? Otrzeźwiał, czy zapytał naukowców nie finansowanych przez niego? Myślę, że po prostu to szaleństwo przestało się opłacać. Tak czy inaczej dzieciarnia z Ostatniego Pokolenia może teraz odetchnąć: nie będą ostatnim pokoleniem, chyba że zrezygnują z dzieci. Wprawdzie Unia dalej zarzyna europejską gospodarkę ETSami, wiatrakami i regulacjami, ale im nigdy nie chodziło o ratowanie Ziemi.

Nie piszę tego dla łatwych drwin z zaślepienia jednych i wyrachowania drugich, ale jako wstęp do opisu pewnych moich codziennych praktyk. Dla mnie są naturalne i odruchowe, nie wynikają z rozumowych analiz ani żadnych ideologii a raczej z mojego pojmowania celowości i logiki, jednak w ostatecznym rachunku służą oszczędzaniu zasobów planety i jej środowiska naturalnego.

Zdaje się, że temat już poruszałem w poprzednich latach, ale nie zaszkodzi wrócić do niego, jako że jest ważny i wiele mówi o obłudzie władz i niekonsekwencji zwykłych ludzi, którzy mają się za zwolenników zielonych przemian.

Trzeci tydzień jestem w Białymstoku, wróciwszy na miesiąc do starej firmy. Razem z moimi współpracownikami, Ukrainką i dwoma Białorusinami, stołujemy się w barze. Kupuję taki obiad, aby go zjeść. Na regał odnoszę puste talerze, a wtedy widzę, jak dużo jedzenia ludzie zostawiają. Owszem, czasami można ich tłumaczyć tym, że nie smakowało, ale dotyczyć to może tylko niewielkiej części konsumentów, bo wiem, że wielu z nich stołuje się tam codziennie. Poza tym można zamawiać połowę porcji większości dań. Papierowe chusteczki są duże i grube, mnie wystarczy jedna, a widzę, że ludzie biorą ich po kilka. Moi obecni koledzy w pracy oddzierają kilka arkuszy papierowego ręcznika aby wytrzeć plamę rozlanej wody na stole albo łyżeczkę. Po co tyle brać? Czy zastanawiają się nad materiałowymi i energetycznymi kosztami wytworzenia tych produktów? Bar oferuje dobre i tanie posiłki, chwalę pracę pań kucharek, na pewno nie one wpadły na pomysł by sól i pieprz podawać w papierowych torebkach mieszczących chyba mniej niż gram przyprawy; dlaczego nie w tradycyjnych pojemnikach? Po co wydatkować na te torebeczki pracę, materiały i energię?

Takich i podobnych przykładów marnotrawstwa widzę wszędzie, dosłownie wszędzie. Na poczcie kupiłem kilka kopert ze znaczkami, i aby rozliczyć się z firmą, wziąłem paragon: dwie linijki tekstu wydrukowane było na kartce formatu A4. Moi współpracownicy zalewają wodą niemal cały duży czajnik potrzebując szklankę wrzątku. Potrzeba ok. 0,2 kg węgla dla wytworzenia 1kWh energii, a czajnik tyle zużywa w 25-30 minut swojej pracy. Niewiele? Faktycznie, niewiele, ale pomnożone przez miliony każdego dnia, dają wagony traconego węgla. Odebrałem przesyłkę z gałązkami świątecznymi do przybrania karuzeli, były w porządnym tekturowym pudle, dodatkowo owiniętym wieloma warstwami foli typu „strech”; w taką samą folię owinięta była bąbelkowa koperta z inną przesyłką. Po co, skoro paczki nie jadą już otwartymi furmankami jak przed wiekami? Chyba z przyzwyczajenia, skoro teraz wszystko owija się tą folią. Transakcja kupna biletu przy użyciu karty płatniczej automatycznie potwierdzana jest wydrukiem, którego firma nie potrzebuje i jest po prostu wyrzucany, chyba że klient go potrzebuje, co bardzo rzadko się zdarza. Paragony, też drukowane automatycznie, zbieramy wokół karuzeli jako śmieci. W sklepie spożywczym kupiłem trzy jabłka, kasjerka dała mi worek foliowy którego nie wziąłem, bo po co. I tak dalej bez końca.

O użytkowaniu rzeczy do ich naturalnego zużycia już pisałem. Tutaj, w hotelowym pokoju, leżą przy szafie dwie moje torby. Mam je tak długo, że nie pamiętam ich poprzedniczek, niewątpliwie zasłużyły już na emeryturę, ale nadal są całe i pełnią swoją funkcję, a nadto… Mnie jest trudno wyrzucić coś, co dobrze mi służyło przez lata. Przywiązuję się do rzeczy. Czy jestem dusigroszem? Myślę, że nie, skoro na swoje turystyczne wyjazdy tutaj opisywane wydaję czwartą część dochodów, a więc nie mało.

O takich ludziach jak ja mówi się, że jesteśmy płaskoziemcami niedbającymi o planetę, ponieważ nie zgadzamy się z twierdzeniem o naszej możliwości zmiany klimatu i przejścia na „zeroemisyjne” źródła energii. Mówią tak ludzie, którzy nie odróżniają jednostek mocy i energii, o wytwarzaniu prądu nie mają zielonego pojęcia, a energię i zasoby bezsensownie i bezrefleksyjnie marnotrawią!

Trzeba zacząć od siebie, do drobnych czynności z pozoru nieważnych, mikroskopijnych w skali Ziemi, ponieważ są powtarzane miliony (albo i miliardy) razy każdego dnia, i w rezultacie przestają być nieważne.

O ludziach

Objąłem w użytkowanie karuzelę, której nie podnosi się jedno z dziesięciu ramion. Usterkę zdiagnozowałem, rozmawiałem nawet z czeskim producentem w sprawie przysłania uszkodzonego podzespołu elektronicznego, ale póki co ramię nie działa. Przykleiłem do siedzenia kartkę ze stosownym napisem, ale klienci siadali na napis. Wtedy zębatymi opaskami, potocznie zwanymi trytkami, unieruchomiłem rurę zabezpieczenia aby uniemożliwić zajęcie miejsca, a po kilku godzinach widziałem, jak klient na siłę zerwał opaski i wsiadł. Co robić? Położyłem na siedzenie kawał betonu będącego podstawą do ogrodzenia. Jest lepiej, bo tylko raz na dwa – trzy dni się zdarza, że ktoś siada na ten beton.  

Bezproblemowo jest w deszczowe dni, ponieważ klienci widząc krople deszczu rezygnują z zajęcia miejsca. Czyli zamoczone siedzenie bardziej ich odstrasza niż leżący na nim beton. Widoczne na zdjęciu trytki specjalnie są założone i tak ucięte, aby końce były ostre; ma to dodatkowo zniechęcić ludzi do prób otwarcia zabezpieczenia.

 Mamy też drugą atrakcję: pociąg dla dzieci jadący po torze ułożonym w efektowne serpentyny. Któregoś dnia tatuś posadził dziecko do wagonika i cały pociąg zaczął pchać. Nie można tego robić z przyczyny oczywistej, ale jest i druga: robiąc to niefachowo, pociąg można po prostu wykoleić. Kiedy ten człowiek usłyszał, że ma zostawić pociąg, był wielce oburzony. Bo przecież nikt mu nie powiedział - tak się tłumaczył - że nie można tak robić, i że za jazdę trzeba płacić. Wiem, że dla wielu ludzi, zwłaszcza wśród młodszych, jego argument jest słuszny, ma wagę, ale mnie taka postawa po prostu przeraża – podobnie jak samowolne otwarcie przez innego tatusia bramki wejściowej na karuzelę w czasie jej biegu. Jemu też nikt nie powiedział, że do kręcącej się karuzeli nie da się wsiąść bez zrobienia sobie kuku i dlatego nie można otwierać bramki.  
To wszystko powinno być napisane, mówicie? Nie dość, że nikt nie czyta instrukcji
(akurat o bramce jest informacja), to jeszcze nie ma możliwości zastrzeżenia wszystkich czynności, jakie mogą wpaść do głowy niemyślącemu człowiekowi. 
Nigdzie nie jest napisane, że nie można wchodzić na figurę Mikołaja, że nie można przeskakiwać ogrodzeń,
wskakiwać na dach kiosku kasowego albo brać sobie lampki na pamiątkę. To na karuzeli, a poza nią, na ulicach, w sklepach, wszędzie, taka wyliczanka może mieć sto metrów długości. W barze, w którym się stołuję, nie ma tabliczki z zakazem włączania głośnej muzyki albo spania na krześle. Po prostu zakłada się, że pewne zachowania, zakazy i nakazy, są dla dorosłych ludzi oczywiste. To założenie traci ważność, w rezultacie mam obawy zbliżając się w nocy do nieoświetlonego przejścia dla pieszych, bo w każdej chwili pieszy może wejść na przejście nie patrząc na boki. Normalne, słuszne i prawidłowe? Nie. To robienie z ludzi niezaradnych, niemyślących dzieci. To pozbawianie ich umiejętności i odruchu dbania o siebie i swoich bliskich. To obciążanie innych ludzi koniecznością zapewnienia własnego bezpieczeństwa i dobrostanu psychicznego. To działania skutkujące zatraceniem cech do tej pory uznawanych za definiujące pojęcie dorosłości i z nią – odpowiedzialności.


 

wtorek, 11 marca 2025

Bez tytułu

 

Kilkanaście lat temu napisana i odłożona powieść. Nie doczekała się tytułu ani mojej chęci podjęcia starań o wydanie. O czym jest? O czasie. O dwojga życiowych rozbitkach spotykających się – a jakże! – w lunaparku i o stopniowej a radykalnej odmianie ich życia.

Poniżej fragmenty pierwszego rozdziału.

-----------------------------------------------------------

Czas...

Czas...

Zima, zima, ciągle zima, bez końca i bez początku.

Czy zima jest wieczna?

Mgnienie lata i oto listopad otwiera przede mną swe nieskończone przestrzenie szarego czasu.

Praca.

Praca i sen.

Praca, sen i ciemność.

Budzę się, zapalam światło i widzę czarne okno. Ubieram się i ciemność pochłania mnie, idącego do pracy. Warsztat wypluwa mnie ze swego hałaśliwego i śmierdzącego wnętrza w objęcia ciemności. Myję się, przebieram, idę do sklepu: ciemność przerywana kołyszącą się na wietrze lampą. Jem to, co wczoraj i tydzień temu... nie pamiętam.

Jaki dzisiaj dzień tygodnia? - umysł budzi się z otępiającego zapatrzenia w stary kalendarz na ścianie.

Wczoraj była niedziela, a więc dzisiaj poniedziałek... Nie, wolny dzień był dwa dni temu, czyli dzisiaj wtorek.

A jaki dzisiaj dzień miesiąca?

Po namyśle wyciągam rękę po telefon i w nim szukam odpowiedzi.

Dzisiaj jest piąty dzień lutego, czwartek.

Patrzę na ekran i przychodzi mi do głowy myśl, że niepotrzebnie trzymam ten telefon. Po co, skoro on ciągle milczy?

Co się stało z środą?

Jak to jest z tym czasem, że każdy dzień rozciąga swój szereg pustych godzin w nieskończoność, wlecze je, czarne, bez końca i początku, a później, gdy jakimś cudem przetrwam tydzień, spoglądam wstecz i widzę tylko jeden dzień, czasami dwa?

Ledwie minie naznaczone poniedziałkowym piętnem niedzielne popołudnie, ledwie zmuszę się do wstania, a już czwartek, piątek. Niedziela sąsiaduje z niedzielą, bo między nimi ledwie dwa dni z których nic nie pamiętam, bo i nie ma co zapamiętać.

Praca i sen.

Praca, sen i ciemność.

***

Marcin, czy ty nie zrobiłeś tej klapy za delikatnej? Ona wygina się przy podnoszeniu.

Fasada na niej ma ją usztywniać. Pracować jako konstrukcja nośna. Jest odpowiednio skratowana. Wyliczyłem, że...

Zrób próby obciążeniowe, tak ze 150%.

Miałem tak zrobić w sobotę – żeby do poniedziałku na podniesionej klapie wisiały te bębny hamulcowe jako obciążenie.

Aż tyle ich?

800 kilo, 200%.

Nie za dużo?

Nie, chodzi o wiatr.

Dobra. A o tych rozkręcanych stabilizatorach myślałeś?

.. Zapomniałem. Siądę nad tym.

A rozrysowałeś układ tych listew świetlnych?

... Nie.

Nic ci nie jest? Coś ostatnio ciągle zapominasz.

Nie, nic. Mam kłopoty.

Z czym?

Z czasem.

***

Nieskończenie jednostajny, powolny cykl zmian pór roku, dzisiaj dał mi się dostrzec. O siedemnastej wyszedłem z warsztatu i gdy podniosłem wzrok jak zwykle utkwiony pod nogi, spostrzegłem, że jest jeszcze widno.

Poczułem w sobie niepokój wobec niewzruszonej maszynerii czasu. Bezsens ciągłej pracy wobec zmian pór roku, wobec mijania czasu, ale także bezsens czasu, który wypełnia jedynie praca. Uświadomiłem sobie, że któregoś dnia stanę przed drzewem i zobaczę liście.

Nazajutrz rano, w kołowrocie powtarzających się bez końca czynności dnia powszedniego, zobaczę, że te liście żółkną, a po południu opadną i drzewo wyciągnie do mnie swe obnażone konary. Obudzę się do nowego dnia w ciemności i znowu będzie mi ona towarzyszyła miesiącami, aż któregoś popołudnia dzień zaskoczy mnie swoim trwaniem.

Po co to wszystko? Albo inaczej: kim jestem wobec czasu? Po co został mi dany? Dany? A może po prostu: po co go mam? Jaki w tym sens?

(…)

Nad czym siedzisz? – do pokoju wszedł Mietek, mój szef.

Ten podest w mieszkalnej scanii.

Tylko nie wymyślaj. Za dwa tygodnie ma być gotowe. Wyjeżdżamy w objazd.

A masz nową kasjerkę?

Mam. Poznasz ją w niedzielę przed wyjazdem. Zajmie ten pierwszy pokój w twojej scanii.

Znowu będą hałaśliwe przyjątka do świtu, a ja nie będę mógł spać.

Nie będzie. Ona jest w twoim wieku i jest już babką.

Babki też bywają rozrywkowe.

Nie ona. Mów, coś wymyślił mi tutaj – Mietek nachyla się nade mną, patrząc w rysunki.

***

Wstałem nieprzytomny i starając się nie myśleć o czekającym mnie całym dniu pracy, szykowałem się do wyjścia. Zasiedziałem się w nocy nad książką i teraz nawet ranna kawa nie może ocucić mnie. Cieszyłbym się z takich nocnych czytań, jak kiedyś, w dawnych czasach, ale teraz było inaczej, bo czytałem tak długo nie tyle ze względu na lekturę, co na sen. Chcąc usnąć w miarę szybko, muszę kłaść się spać bardzo późno i spać niewiele. Wychodząc, spojrzałem w okno: poniżej reprodukcji przedstawiającej ukwieconą łąkę, przez niezasłonięty pasek szyby zobaczyłem jaśniejące niebo na wschodzie.

Dzisiaj będzie ładny dzień, pomyślałem.

Plac przeszedłem patrząc pod nogi i gdy drzwi warsztatu zamknęły się za mną z hukiem – jak zwykle, podniosłem głowę na ścienny zegar. Była siódma. Miałem iść dalej, ale stałem i patrzyłem na ścianę: była w brązowych zaciekach, szara od gromadzonego latami na niej kurzu, a pod sufitem, między sterczącymi jakimiś starymi kablami, zwisały pajęczyny. Biel, pierwotny kolor ściany, widać było na dole, w jednym miejscu, gdzie ktoś niedawno skierował na nią strumień farby z pistoletu, sprawdzając jego działanie.

Wstrząsnąłem się, zawróciłem i wybiegłem na dwór.

Słońce świeciło między nagimi, czarnymi gałęziami drzew. Miało czysty kolor płynnej miedzi. Spojrzałem na szare wrota warsztatu: wokół dźwigni zamka widać było ślady tysięcy brudnych rąk, a dołem widoczne aż stąd rdzawe dziury.

Zacisnąłem mocno powieki i stałem tak chwilę. Gdy otworzyłem je, słońce było jaśniejącym złotem.

Stałem i patrzyłem na nie, aż w końcu otworzyły się drzwi warsztatu i usłyszałem wołanie.:

Majster, co jest, kurwa?! Zabłądziłeś?

Zacisnąłem pięści i poszedłem w stronę uchylonych drzwi.

***

W niedzielę wybrałem się za miasto, do tego lasu, który daleką, czarną linią zamykał mi horyzont z okna pokoju. Był czarno – brązowy, wymarły i smutny. Na brzegu jakiegoś błotnistego duktu leśnego pełnego kałuż, znalazłem kępę krzaków pokrytych baziami. Patrzyłem na ich szary meszek, na lśniące wilgocią czarne gałązki, znowu czując w sobie ten niepokój sprzed paru tygodni.

Jakbym bał się wiosny...

Czułem... wydawało się mi, że pod martwotą zimowego lasu, gdzieś głęboko, od korzeni, zbiera się jakaś przemożna siła, która już niebawem ma w swoim wybuchu odmienić oblicze tej ziemi.

Nie wiosny się bałem, a zmian, jakie niesie ze sobą, bo działy się one w świecie zewnętrznym, a nie we mnie. Poczułem niechęć do wiosny.    Wiosna...w czym ona mi zawiniła?

Zawsze odczuwałem ekscytację z powodu wiosennego wyjazdu w trasę. W ostatnich latach te ożywienie mijało mi szybko, wypierane przez zniechęcenie i monotonię, ale teraz coś się zmieniło. Zrozumiałem, że niezauważalnie przekroczyłem jakąś granicę, za którą nie ma prawie nic, bo tylko szare pustkowie wypełnione ogłupiającą pracą i szarpiącymi nerwy wspomnieniami. Ta zima tak mi dokuczyła, bo ona była.. nie: ona jest we mnie. Siedzi mi w piersi zabierając ostatnie moje radości. Zrozumiałem, że jeśli nie pozbędę się jej gaszącego wszystko tchnienia, zawładnie mną całkowicie czyniąc ze mnie zgorzkniałego, starego człowieka.

Ale jak to zrobić, skoro jest we mnie jednocześnie pragnienie zmian i strach przed nimi? Opancerzyłem się przed kolejnymi zranieniami, zamykając się w ten sposób przed ludźmi. Dobrze, tak chciałem, ale jakoś tak wyszło, że do tego doszło zamknięcie przed... wszystkim.

Jak to zmienić? Ku czemu się zwrócić, aby odnaleźć w sobie coś, cokolwiek, co nadałoby barwy mojemu życiu?

Ze smutnej zadumy wyrwała mnie jakaś zmiana w otoczeniu. Podniosłem głowę i rozejrzałem się: to słońce! Niebo przetarło się nieco i poprzez gałęzie drzew nade mną zobaczyłem skrawek czystego błękitu. Syciłem wzrok jego słoneczną jaskrawością i czułem wstępującą we mnie otuchę. Spojrzałem na gałązki krzewu: obwieszone były błyszczącymi kropelkami wody. Zadziwiony urokiem wyciągnąłem rękę dotykając ich, a one spłynęły zimnem po palcach, na nadgarstek.

Nie dam się pochłonąć przez smutek tego szarego czasu - pomyślałem.

Rozejrzałem się raz jeszcze po tak nagle rozjaśnionym lesie, a wzrok zatrzymałem na napęczniałych pąkach pochylającej się ku mnie gałęzi drzewa.

A wy pomożecie mi w tym. Podzielicie się ze mną tą pierwotną siłą, która budzi się w was, abym i ja mógł się nią nasycić i tak jak wy, na przekór wszystkim przeszkodom, poczuć w sobie niecierpliwe oczekiwanie.

(…)

Kasjerkę zobaczyłem w niedzielne, chmurne popołudnie, na tym nowym podeście błyszczącym czystą, aluminiową blachą.

Byłem zajęty przenoszeniem swoich rzeczy z pokoju na górze, do pokoiku w scanii. Wyszedłem z niego z dwoma pustymi torbami, gdy ona wchodziła na schody, prowadzona przez Mietka.

O, Marcin! Dobrze, że jesteś. Poznaj naszą nową kasjerkę.

Marcin Niewiadomski – wyciągnąłem do niej dłoń.

Nim odpowiedziała i puściłem jej rękę, zauważyłem okrągłą, sympatyczną twarz i zmarszczki wokół szarych oczu, którymi przez moment patrzyła na mnie.

Galewska... Janina.

To teraz chodź zobaczyć swój pokój, Janka. Marcin, będziecie sąsiadami.

... To dobrze – nie wiedziałem, co powiedzieć.

Uśmiechnęła się do mnie, nachylając się po swoją torbę, ale Mietek był szybszy.

Przenosisz się? – zapytał, ale nie czekając odpowiedzi poszedł w stronę drzwi jej pokoju.

Wziąłem swoje torby i poszedłem na górę po resztę rzeczy.

Zdawało się mi, że mało ich mam, ale robiłem już trzeci taki kurs.

O swojej sąsiadce myślałem tylko przez chwilę, gdy zbierając z blatu biurka jakieś drobiazgi, przypomniał mi się jej uśmiech. Był... nieśmiały? Raczej niepewny.

Ona chyba faktycznie nie będzie urządzać nocnych imprez. Wszystko zabrałem? – rozglądam się po pokoju.

Zostało tylko robocze ubranie, które założę jutro, przybory toaletowe, telefon z ładowarką i czajnik z kubkiem na ranną kawę. Chyba wszystko.

Zaniosę te graty i sprawdzę, czy silnik w scanii odpala – pomyślałem. Po wymianie filtrów paliwowych miałem kłopoty z odpowietrzeniem instalacji paliwowej.

Na placu Mietek z kasjerką wsiadali do jego samochodu.

Marcin, to do jutra. Pamiętaj, szósta rano. A z Janką spotkacie się już na placu.

Do jutra. Do widzenia pani – ukłoniłem się.

Do zobaczenia, panie Marcinie. – uśmiechnęła się kącikami ust i wsiadła do samochodu.

Jutro wyjazd... – myślałem, stojąc nad garnuszkiem podgrzewanej w kuchni zupy.

To dobrze. Wyjazd to taki symboliczny koniec zimy. Koniec ciemności, bo dzień zimowy oglądam tylko przez wysokie okna w warsztacie.

Nagle, nie wiadomo dlaczego, zapragnąłem widoku słońca. Byłem zdziwiony intensywnością tego pragnienia tym bardziej, że uświadomiłem sobie, jak długo nie odczuwałem takiej potrzeby. Co się ze mną stało, czy raczej co się dzieje? Przecież w dawnych latach było inaczej: była we mnie potrzeba częstego kontaktu z przyrodą i żywa na nią reakcja, a teraz...

To przez tę pracę! Ogłupiającą, nerwową harówę po 300 i więcej godzin miesięcznie, w tej hali, gdzie smród, hałas i trupie światło jarzeniówek.

To przez tę zimę! Wiecznie zapłakane bure niebo, przejmujące zimno i ciągłe ciemności. Przez tę breję pod nogami i rozpaczliwie smutne, nagie i czarne drzewa.

Człowiek nie powinien tyle pracować, a zima powinna trwać miesiąc!

Może jutro, gdy wyjdę na dwór, zobaczę słońce?

***

Budzik obudził mnie pół do szóstej. Kiedy otworzyłem oczy, spojrzałem na widoczny przez małe okno skrawek nieba.

Było szaro – bure.

Zamknąłem oczy próbując znaleźć w sobie chęci do rozpoczęcia nowego dnia. Nic z tego nie wyszło i musiałem zadać sobie gwałt, by wstać.

Później, siedząc z kubkiem kawy w ręku, wodziłem wzrokiem po tym pokoju, w którym spędziłem pięć jesiennych i zimowych miesięcy. Ile to już zim przeszło tutaj? Ile ich jeszcze będzie?

Rok temu, dwudziestego któregoś marca siedziałem w tym samym fotelu pijąc kawę i patrząc na związaną paskiem od spodni pościel, gotową do przeniesienia do pokoju w wozie – jak teraz.

Rok temu? Wiem, że minął rok, ale wydaje się, jakby to było miesiąc temu. Puste, jednakowe dni nie wypełniają pamięci. Zlewają się w masę szarą jak to niebo.

Dzisiaj jest poniedziałek, ale przecież dwa dni temu także był poniedziałek! Pamiętam dokładnie, bo tak jak dzisiaj jadłem chleb z dżemem, zapijając kawą. Pamiętam, bo ledwie dwa dni minęło. Wczoraj była niedziela, a przedwczorajszy dzień był całym tygodniem.

Jak to możliwe?

Miesiąc temu wyjechałem w siedmiomiesięczny objazd, a po nim pięć miesięcy pracowałem w warsztacie. Ledwie miesiąc minął...

Jak to możliwe?

Pięć lat temu urodził mi się syn. Gdy patrzyłem na niego, wierzyłem w radosną przyszłość i czułem w sobie chęć jej tworzenia. To było tak niedawno! A teraz Roman ma już 28 lat.

Jak to możliwe?

Przecież minęło ledwie parę lat!

Dlaczego czas się odwrócił ode mnie, stając się moim wrogiem?

Kiedy i jak się to stało?

Z zamyślenia wyrwał mnie rumor na korytarzu. Spojrzałem na telefon – dochodziła szósta, trzeba było iść. Wziąłem związaną pościel i wyszedłem na korytarz. Dwóch nowych pracowników, popędzanych przez kierownika warsztatu, znosiło kolumny głośnikowe.

Szkoda, że przypomnieli sobie o nich. Moje uszy miałyby trochę spokoju - pomyślałem.

Cześć, Marcin – przywitał się ze mną kierownik.

Dobrze, że w końcu jedziecie, bo już mam was dosyć. Będzie trochę spokoju.

Cześć, Marianie. Klucze od pokoju zostawić ci?

Zostaw. Zabrałeś wszystko?

Nie. Zostało w nim pięć moich miesięcy. Nie mogę ich znaleźć.

Chyba cię rozumiem. Nie to, co te szczyle. - machnął ręką na chłopaków - Oni nie wiedzą jeszcze nic o czasie.

A może jest odwrotnie?

Co masz na myśli?

Nie wiem. Ja też nic o nim nie wiem.

Po podniesieniu podestu do pozycji transportowej siadłem w kabinie i zapaliłem silnik. Słuchając jego stłumionego, chrapliwego pomruku, patrzyłem na plac manewrowy. Chłopaki pakowali do kabin i pokoi swoje torby, ktoś dolewał wody do chłodnicy, paru podczepiało przyczepy do ciężarówek. Za moją scanią stał podczepiony barakowóz mieszkalny. W lusterku, daleko w tyle, widziałem koniec zestawu długiego jak pociąg.

Ma ze 25 metrów. Jak zwykle wbrew przepisom – pomyślałem.

Znasz drogę? – drzwi otworzyły się i zobaczyłem Mietka patrzącego do góry, na mnie.

Mam zapisaną.

To jedź. Stań od strony torów, przy stacji trafo. Powinienem być zaraz po tobie. Jadę z autodromem, bo brakuje mi kierowców. Przyjadę, to ustawię cię i zadzwonię do elektrowni po pogotowie. Aha! Renia z kablami już pojechała. Wystawcie rozdzielnię z tymi mniejszymi przekładnikami. Jakie one są?

Dwieście na pięć amperów.

O, to te! I podłącz jakiś krótki przewód 90 milimetrów. Wystarczy z dziesięć metrów. Tachograf wypełniłeś?

Wypełniłem.

To w drogę!

Podniósł kciuk, odpowiedziałem mu machnięciem ręki i włączyłem bieg.

Sezon rozpoczęty – pomyślałem, kołując wolno w stronę bramy.

***

Przez pierwszą godzinę jazdy czułem się niepewnie w nowym dla mnie samochodzie i co chwila kontrolowałem wskaźniki na desce rozdzielczej oraz tor jazdy ciągnionego barakowozu, którego boki widziałem w lusterkach wstecznych. Najgorzej mi szło z biegami, gdy trzeba było zredukować poniżej piątego. Jak to w scaniach, ten samochód miał "niską" i "wysoką" skrzynię biegów uruchamianą przełącznikiem na dźwigni zmiany biegów. Więc niskie biegi do piątego, a szósty, to z powrotem pierwszy z jednoczesnym przełączeniem na biegi wysokie. Siódmy to drugi, ósmy to trzeci i tak dalej, do dziesiątego, czyli piątego wysokiego. Znaczyło to, że zredukowanie z dziesiątego na piąty nie wymagało używania dźwigni, a tylko przełączenie przełącznika na niej w dolną pozycję. Przełączenie z dziesiątego na czwarty, to włożenie dziewiątego i zmiana pozycji przełącznika, czyli redukcja o pięć biegów w dół.

Wariactwo!

Kilka razy pomyliła mi się ta matematyka i w rezultacie albo dławiłem silnik na zbyt wysokim biegu, albo odwrotnie – po puszczeniu sprzęgła diesel wył na trzech tysiącach obrotów. Jednak stopniowo ręka sama zaczęła wykonywać odpowiednie ruchy dźwignią i przełącznikiem, zwalniając głowę z myślenia o biegach.

Dzień był brzydki. Pochmurny i szary jak te pola wokół. Starałem się nie patrzyć na nie, skupiając wzrok na drodze.

Wzrok, bo myśli znowu zaczęły wędrować swoimi drogami.

***

Z pustego, bez myśli zamyślenia wyrwał mnie widok miasta przede mną. To już Konin! Jak to było? Na światłach w lewo, paręset metrów, skrzyżowanie prosto, wiadukt, zjazd w prawo i plac po prawej. Naddać się mocno w lewo, bo ciasny wjazd między dwoma drzewami. - przypominam sobie instrukcje szefa.

Jest! Na wiadukcie, z góry, widzę parę naszych ciężarówek po prawej. Przed wjazdem zjeżdżam na lewą stronę ulicy i ostro skręcam w prawo. Gdy kabina mija wjazd, daję trochę w lewo pamiętając o ciągnącym się daleko z tyłu barakowozie. W prawym lusterku obserwuję jego bok i pień drzewa. Zmieści się. Kołuję pod kontenerową stacją trafo. Dojechałem.

***

Nim przyjechał Mietek, wystawiliśmy rozdzielnię i podłączyłem do niej przewód. Drugi jego koniec przepchnęliśmy pod siatką ogrodzeniową przy drzwiach stacji.

Jak ci się jechało? – przywitał mnie szef zaraz po zeskoczeniu ze schodków kabiny dafa którym jechał.

Nieźle, ale słaby silnik ma ta scania. Byle górka i mieszanie biegów w dół.

Zapisz do sprawdzenia. Może wtryski. Co z rozdzielnią?

Dzwoń po elektryków. Wszystko gotowe.

Dobra. A ty dawaj dalej z kablami. Kuchnia i duże karuzele żeby miały szybko prąd.

Ile mamy prądu?

Stąd 200 amper, ale jeszcze sto z drugiego przyłącza, o tam – pokazuje mi ręką.

Postaw tam tę aluminiową skrzynkę i jakoś rozdziel ten prąd. Bierz tych dwóch. Hej, wy! Do Marcina!

Robota szła wolno – jak zawsze w pierwsze przeprowadzki, gdy część załogi jest nowa i nic nie wie. Skończyliśmy o ósmej, bo po ciemku wielu robót nie da się zrobić.

Poszedłem do pokoju, zapaliłem światło i z ulgą siadłem na fotelu. Na nie zaścielonym łóżku stały dwie torby, w kącie pod grzejnikiem kilka par butów, a na podłodze dwie książki, które przez otwarte drzwiczki wypadły z regału.

Trzeba wstać, zrobić porządek w pokoju i wziąć prysznic – pomyślałem niechętnie.

Zaraz wstanę. Jest po ósmej, mam parę godzin. Ściągnę buty i nogi położę wyżej, na łóżko. Odpoczną... A więc sezon rozpoczęty. Pierwszy przerzut, pierwszy montaż na pierwszym placu... Który to już sezon? – myślę leniwie, bo nic mi się nie chce. Dlaczego? Jestem zmęczony? Wsłuchuję się w siebie, ale znajduję tylko piekące stopy. To przez nich tak dobrze mi się siedzi.

Siedzę, a jedyną czynnością do której zmusiłem się, było wyciągnięcie nóg pod drzwi.

Zaraz wstanę i wezmę się za porządki. Zaraz to zrobię...

Dlaczego jestem taki... oklapnięty?

Sezon rozpoczęty.... rozpoczęty......... dlaczego?, przecież sezon rozpoczęty. Wyjechaliśmy.... tak, wyjechaliśmy: nowa ciężarówka, nowa łazienka za ścianą i nowy sezon...

Nic się nie zaczęło, a już na pewno nic nowego. Po prostu dzisiaj zamieniłem jeden kołowrót na drugi. Jednakowo szare dni zimowe zamknięte w hali warsztatu lub w czterech ścianach pokoju z ciemnymi ślepiami okna, dzisiaj zamienione zostały na ciąg miast, placów, montaży i demontaży urządzeń, na nocną drogę i piasek w oczach z niewyspania. Ta różnorodność też jest monotonią przez swoje cotygodniowe i coroczne powtarzanie się. Wiem, co będę robił za miesiąc, za rok, chociaż mogę nie wiedzieć w jakim mieście będę pracował w przyszłym tygodniu. Ale jaka to różnica? Czasami wyjdę na miasto i znowu zdarzy mi się stać na czerwonym świetle zastanawiając, w jakim mieście jestem. Za karuzelami będzie widać inne drzewa i domy, a sklep, do którego wyskoczę po papierosy czy gazetę będzie w innym miejscu. Wiosnę na początku sezonu i jesień jego końca poznam po krótszym dniu pracy i swetrach pod kurtką. Gdy odłożę je na górną półkę w szafie, będzie lato. Krótkie i deszczowe dni będą oznaczały bliski powrót do brudnego i śmierdzącego warsztatu. W środku którejś nocy zimowej usłyszę wystrzały petard i będzie to oznaczać zatoczenie kolejnego koła.

Kolejny rok. Inna cyferka na końcu daty.

Cała zmiana.

Muszę coś zrobić – myśli mi się, ale samo się myśli, bo ja patrzę na dwie nabrzmiałe moim majątkiem, stojące na łóżku torby, i jedyne co odczuwam, to niechęć. Nawet gorzej, bo zniechęcenie.

Jak to się stało, że tyle lat minęło?

(…)

I co?

Nic...

Tak, czytałem dziesiątki książek z jakichś dziwnych dziedzin wiedzy, ale czy to wystarczy, aby zapełnić życie, skoro było jedynie zapełnieniem wieczornych godzin? Czym zapełnić ten ciąg godzin, dni i miesięcy, abym nie miał takich wieczorów, jak ten?

Rozejrzałem się bezradnie po pokoju, jakbym w jego ścianach szukał pomocy, bo właśnie uświadomiłem sobie, że jedyny sposób jest dla mnie nieosiągalny, a jest nim istnienie celu. Czegoś, ku czemu będzie dążył ten ciąg dni i pracy, który jest moim życiem. Do jakiego celu mam dążyć?

Ech! – spojrzałem na torby – trzeba ruszyć dupę i brać się za robotę i to bez względu na istnienie jakiegoś nadrzędnego celu, bo muszę iść się umyć, a ręcznik i mydło w torbie.

Już miałem wstawać, gdy usłyszałem pukanie do drzwi.

Proszę! – krzyknąłem.

Przepraszam – w otwartych drzwiach stała moja sąsiadka.

Chce pożyczyć cukru? – pomyślałem niechętnie. Chyba nie, bo nie ma szklanki.

Proszę, pani wejdzie – wstałem z fotela.

Nie, nie. Panie Marcinie, nie mogę sobie poradzić z telewizorem i pomyślałam... – przerwała, obrzucając pokój szybkim spojrzeniem, a zatrzymując je na torbach.

A... tak. Oczywiście. Już idę.

Wie pan, nie znam tutaj nikogo. Nie chciałam przeszkadzać.

W porządku.  Nie ma sprawy, naprawdę. Chodźmy.

Jej pokój wyglądał tak, jakby mieszkała w nim długi czas. Na ściennej półce i blacie szafki nocnej stały różne drobiazgi, a w uchylonych drzwiach szafy zobaczyłem poukładane na półkach ubrania. Tylko otwarte tekturowe pudło z telewizorem na podłodze nie pasowało tutaj.

Nie wiem, jak podłączyć – pokazała ręką pudło.

Zajrzałem za szafkę: na ścianie było gniazdo antenowe i obok dwa sieciowe.

A ma pani przewód antenowy i końcówki do niego?

Końcówki?.. Nie mam nic.

Rano powiem Darkowi żeby kupił i wtedy podłączę.

Przepraszam za kłopot. Myślałam, że tylko do gniazdka podłączyć... Na co pan patrzy?

Na szafce, w małym flakoniku stało kilka tulipanów. Byłem zaskoczony ich widokiem, bo u mnie na stoliku różne rzeczy się poniewierały, kiedyś znalazłem tam dwukilowy młotek, który zawieruszył mi się dzień wcześniej, ale kwiaty? Te kwiaty były... wyciągnąłem rękę aby je dotknąć, ale zaraz cofnąłem.

Niby zwykłe tulipany, ale ładne.

Prawda? Też tak pomyślałam i dlatego kupiłam je na targu. Tutaj obok.

Przepraszam. Muszę iść. Nie rozpakowałem się jeszcze.

Męcząca ta praca, prawda?

Można przywyknąć. Ma pani klucz do łazienki?

Mam. Mietek mi dał.

To... dobranoc pani.

Dobranoc, panie Marcinie.

W torbach dogrzebałem się do mydła i ręcznika, wziąłem prysznic w tej nowej, jeszcze czystej łazience, przestawiłem torby na fotel i byle jak rozłożywszy pościel położyłem się spać z postanowieniem zrobienia porządków jutro.

Minął pierwszy dzień sezonu – pomyślałem obojętnie usypiając.

--------------------------------

Dla odmiany może jeden fragment z środkowej części powieści, gdy jej bohaterowie mniej są do siebie zjeżeni.

---------------------------------------

Wieczorem siedziałem w swoim pokoju, nieuważnie czytając jakąś książkę. Starałem się skupić nad tekstem aby pojąć sens słów, ale przez jakiś dziwny niepokój we mnie nie mogłem. Przez szparę w uchylonych drzwiach pokoju wchodziło chłodne powietrze wiosennej nocy, a z nim... ten niepokój.

Wstałem, ubrałem się i wyszedłem. Za ostatnim wozem przeskoczyłem ogrodzenie i rozejrzałem się wokół.

Opodal, na wydeptanym trawniku, bieliło się drzewo całe w kwiatach. Podszedłem, poczułem zapach i zrozumiałem: to wiosna. Zapach majowej nocy. Długo patrzyłem na delikatne płatki drobnych kwiatków, słuchając siebie, swoich dalekich, prawie zapomnianych wspomnień. W końcu poczułem żałość i łzy stanęły mi w oczach. Odwróciłem się i poszedłem do siebie. Noc majowa – prychnąłem zły, nie wiem, na co. Dla kogo ta noc majowa!?

Ten głos usłyszałem stojąc pod drzwiami i szukając w kieszeni kluczy. To był głos kobiety. Pół śpiewała, pół recytowała słowa głosem pełnym żalu do wtóru przejmującego dźwięku skrzypiec. Dźwięki dochodziły z pokoju Jasi; cicho podszedłem pod jej drzwi, oparłem się o ścianę i zamarłem w bezruchu, oczarowany tym głosem. Po chwili usłyszałem dźwięki orkiestry symfonicznej i kobieta zaczęła śpiewać.

Nie wiedziałem o czym śpiewa, nie wiedziałem czego słucham, ale słuchałem całym sobą, bo w jej głosie było jakieś przejmujące, bolesne piękno. Żal był, skarga i duma.

Pieśń śpiewała kobieta zraniona w swoich uczuciach.

Jak można zostawić kobietę, która tak śpiewa? – pomyślało mi się.

Nie zdążyłem zastanowić się nad sensem tej myśli, bo drzwi otworzyły się, wyszła Jasia i stanęła, zdumiona, widząc mnie pod ścianą.

Marcinie... chyba przestraszyłeś mnie. Co tak stoisz?

Przepraszam. Słuchałem. Co to było?

Podobało ci się? To Giuseppe Verdi.

Verdi?... Ten od oper?

Ten od oper.

Jasiu, to jest... – chwilę szukałem właściwego słowa.

To jest piękne – dokończyłem, zaskoczony wypowiedzianym słowem.

Byłem zaskoczony i zdziwiony. Przecież nigdy, ilekroć zdarzyło się mi gdzieś słyszeć operowe pieśni, nie znajdowałem w nich nic ładnego. Wprost przeciwnie: ten wysoki, wibrujący głos raził mnie i moje uszy, a teraz...

Chcesz posłuchać?

Chcę.

To idź do pokoju. Właśnie szłam po wodę. Wypijesz herbatę?

Siedziałem na złożonej wersalce i patrzyłem na Jasię krzątającą się przy szafce. Na jej dłonie patrzyłem. Na te jej odstające kciuki.

Co tak patrzysz?

Jasiu – podniosłem głowę – puścisz mi jeszcze raz tamtą... pieśń?

Arię Violetty?

No... to, co słuchałem pod drzwiami.

To aria Violetty z trzeciego aktu "Traviaty". Masz herbatę – podała mi kubek i siadła obok, biorąc pilota.

Nie słyszałeś "Traviaty"?

Wiesz... nie słucham oper. Nie podobają mi się.

Czyli coś się dzisiaj zmieniło. To słuchaj.

Ta... aria słuchana drugi raz była jeszcze piękniejsza. Słuchając jej, widziałem piękną, nieszczęśliwie kochającą kobietę.

Dlaczego?

Dlaczego ona jest... nieszczęśliwa? – zapytałem.

Jasia spojrzała na mnie jakby zdziwiona.

Bo jest bardzo chora i nie ma przy niej jej ukochanego.

A on? Kocha ją?

Kocha, ale nie mogli być razem. On był z dobrego domu, a Violetta w przeszłości była... kurtyzaną.

Czyli teraz nie jest nią?

Nie. Gdy poznała i pokochała Alfreda, zerwała z dawnym życiem.

To czemu nie są razem?

Wiesz, to stare czasy, osiemnasty wiek, presja środowiska. Konwenanse.

Rozumiem. Głupie to. Z miłości nie można rezygnować, a już na pewno nie dla konwenansów.

Jasia znowu spojrzała na mnie uważnie.

Co tak patrzysz?

Bo... Czemu nie pijesz herbaty?

Jak się kończy ta opera? – upiłem łyk. Herbata miała smak malin.

Alfred przyjeżdża do niej, planują wspólną przyszłość, ale Violetta umiera.

No tak... Tylko bajki dobrze się kończą.

----------------------------------------- 

Arii Violetty "Addio del passato" wysłuchacie tutaj.

tutaj ta sama aria w wykonaniu legendarnej Marii Callas. 

--------------------------------- 

Na życzenie Janka dodaję jeszcze jeden fragment. To parę obrazków z pracy w lunaparku. Wszystkie zdarzenia i dialogi są oryginalne, nic nie wymyśliłem poza imionami.

------------------------- 

Siedzę "na kasie". Jest chmurne, lipcowe południe. Siedzę i gapię się na kałuże gęsto rozlane po placu, na nielicznych klientów meandrujących między nimi w poszukiwaniu suchej drogi, i nic mi się nie chce. Czuję się tak, jakby zwały szarych chmur nade mną miały zaraz spaść na ten błotnisty plac i przygnieść mnie. Sięgam do gazety i przeglądam ją: sieczka krótkich tekstów pomieszanych z nakładającymi się na siebie zdjęciami. Krzykliwe tytuły ponad jakimiś pierdołami udającymi ważne wiadomości, a na koniec zdjęcie roznegliżowanej panienki. To jakiś szmatławiec i nie dziwię się, że kosztuje złotówkę.

– Czy ta kolejka jedzie do tyłu? – pyta twarz w okienku.

– Tak, ale tylko chwilę, w czasie rozpędzania się.

– Widzisz – mówi twarz do córki – nie pojedziemy, bo to się przekręca głową w dół.

– Nie przekręca się – mówię.

– Przecież mówił pan, że tak.

– Pytał pan, czy kolejka jedzie do tyłu. Tak, jedzie od tyłu.

– To jak w końcu jest? Przekręca się, czy nie?

– Nie.

– Na pewno? Mówi pan, jakby sam nie był pewien.

Odrywam wzrok od niego i patrzę przez szybę w górę. Na tle chmur uwija się całe stado jaskółek.

Nigdy nie widziałem ich tak dużo – myślę.

– Chodźmy, dziecko. Nie dogadam się z tym... panem – słyszę.

Czuję złość w sobie. Chciałbym otworzyć drzwi kasy i krzyknąć coś do tego faceta, ale patrzę w górę, na jaskółki. Widzę, jak jedna z nich, ta, która zmagała się z wiatrem mocno trzepocząc skrzydłami, robi nagle zwrot i z nieruchomo rozpostartymi ramionami mknie, szybsza od wiatru, wirażując między swoimi koleżankami. Szukam jej między wierzchołkami drzew, ale od okienka słyszę stukanie. Opuszczam wzrok i widzę uśmiechniętą kobietę. Ma zielone oczy i piękne dłonie o szczupłych, długich palcach.

– Przepraszam że przeszkadzam. Kupię bilet i już mnie nie ma.

– Szkoda – mówię, wyciągając rękę po pieniądze.

Pracuję automatycznie, bez zaangażowania myśli. Kwoty za sprzedawane bilety wyskakują mi w głowie, a dłonie same sięgają do segregatora po właściwe monety reszty.

– Czy wszystkie karuzele są po cztery złote? – pyta klientka, mając tuż przed sobą duży, drukowany cennik.

– Nie.

– A ta z konikami ile kosztuje?

– Cztery.

– Czyli jednak wszystkie są po cztery – stwierdza klientka.

Patrzę na jej włosy – blondynka, ale farbowana. Nie chce mi się rozmawiać z nią. Wyglądam przez okno szukając jaskółek, a odchodząca kobieta mówi:

– Debil – nie wiem, czy do mnie, czy do siebie, ale niewątpliwie o mnie.

Może jednak jej włosy nie są farbowane? – myślę.

– Marcin, micha. – w drzwiach stoi Iwona, jedna z kasjerek. Ma zastąpić mnie na obiad.

– Marcin, zobacz co ten cham mi przysłał! – pokazuje mi telefon. – Prosiłam go, żeby ściszył głośniki, bo nic nie słyszę, co klienci mówią.

– Nie ściszę, do c..uja. – czytam na ekranie. Nadawca: Siwy. To ksywka jednego z kolegów. Faktycznie, ma włosy siwe, mimo że nie ma trzydziestki.

– To smsem ci odpowiedział?

– Bo ja też mu wysłałam.

– A co napisałaś?

– Normalnie – wzrusza ramionami.

– Napisałam: ścisz głośniki, do ku..wy nędzy.