Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą buki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą buki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 grudnia 2025

Jesienią w Sudetach

 

171225

Gdybym będąc w lecie w Sudetach wszedł na wieżę widokową na Dzikowcu godzinę wcześniej lub później, nie poznałbym mieszkanki Jeleniej Góry i przyszłej przewodniczki sudeckiej. Niewiele dni później poszliśmy z dwójką jej znajomych do Trzmielowej Doliny, a teraz, jesienią, na Tłoczynę, izerską górę w Grzbiecie Kamienickim.

Plan był inny, miałem być prowadzony, ale że chciałem pokazać pewną ścieżkę i widok Jelenich Skał od jej strony, przejąłem inicjatywę – niech mi panie przewodniczki wybaczą.  

Tajemniczą kamienną ścieżkę, wykonaną nie wiadomo kiedy i nie wiadomo po co znalazłem bez trudu, ale z pokazaniem najładniejszego, według mnie, zbocza na rozległej Tłoczynie poszło mi gorzej, bo najzwyczajniej je minąłem. Może się zagadałem? Od Jelenich Skał poszliśmy przez szczyt Tłoczyny na zbocze z gołoborzem, bo jakże ominąć coś tak dziwnego i rzadkiego u nas. Nie ma wyraźnie wyznaczonej ścieżki, idzie się trochę na wyczucie, kiedyś zdarzyło mi się poplątać kierunki i w rezultacie wejść na skalne rumowisko porosłe mchem, ale akurat dzisiaj udało się nam dojść do celów po sznurku – podarowanym nam oczywiście przez Ariadnę. Widzieliśmy wiele okazałych buków, kilka okazów rośnie przy samych Skałach, dużo na naszym szlaku, a wśród nich tego największego, najbardziej imponującego.  
Wieloramienny czerstwy staruch stoi samotnie na małej polance, trzymając wszystkie drzewa – małe przy nim – na dystans, a dzięki temu widać go lepiej. Pierwsze wrażenie, chwila jego ukazania się, ma czarodziejski pierwiastek: budzi myśli o przedchrześcijańskich czasach, o zwyczajach uświęcania wielkich i wiekowych drzew.




 Dzięki moim towarzyszkom poznałem urocze a nieznane mi wcześniej miejsce: skalisty fragment biegu Mrożynki, niewielkiego strumyka górskiego. Ciemny las świerkowy, pod nogami rumowisko przykryte cienką warstwą ziemi lub tylko przyprószone opadłym igliwiem – i głośny szum pieniącej się wody skaczącej po skałach wypełniających koryto. Tamten fragment zbocza gęsto jest poprzecinany strużkami wody; są tam miejsca, gdzie trudno postawić suchą stopę. Woda ciurka, spada po kamieniach, sączy się wśród traw; kropelki wody błyszczą na źdźbłach i żywią tysiące nieznanych mi maleńkich grzybów. 
Uroczy światek wody, roślin i skał. Nic, tylko wypatrywać krasnoludka w tym ciemnym zakątku między małym świerkiem a okruchem skalnym zielonym od mokrego mchu. Niewykluczone, że on tam był, ale z sobie tylko znanych powodów nie chciał się nam pokazać.

Muszę przyznać, że Góry Izerskie są bardziej bogate od Kaczawskich w takie urocze strumyczki jak Mrożynka.

Kilka obrazków ze szlaku



 Gołoborze i jego zarastanie.

Drzewa na Tłoczynie. 

Porosty na świerkach. Tak licznych i tak dziwnych, przypominających włosy bajkowego stwora, jeszcze nie widziałem.

 

Jelenie Skały.

 

 Zbocze Tłoczyny poniżej Jelenich Skał.

 


 Las na Tłoczynie

 * * * * *

Drugiego dnia spotkaliśmy się w Radzimowicach, kiedyś dużej wiosce górniczej, teraz maleńkiej osadzie artystycznych dusz i nietuzinkowych ludzi.

 Chcąc pokazać przykład górniczej przeszłości wioski i wiedząc o braku kamieni w pobliżu szybu, włożyłem skalny złomek do kieszeni i poszliśmy za wioskę, na zbocze Żeleźniaka, zmierzyć głębokość szybu Luis. Jedna z pań przygotowała stoper, ja kamień i zmierzyliśmy czas jego lotu na dno. Szczerze mówiąc zapomniałem, jaki uzyskaliśmy wynik, chyba około 100 metrów, ale przy tej okazji przypomnę sposób pomiaru. Otóż mierząc czas swobodnego spadku, można precyzyjnie wyliczyć długość spadania, czyli tutaj głębokość szybu. Wzór jest prostu: kwadrat czasu w sekundach pomnożyć przez przyspieszenie ziemskie 9,81, czyli wielkość z jaką to, co spada, przyspiesza przyciągane przez Ziemię. Wynik, czyli iloczyn, podzielić przez dwa, uzyskamy metry. Kamień spadał ponad cztery sekundy.

Na tej stronie  jest przestrzenny plan kopalni; jak się okazuje, jest tam wielopoziomowa, rozległa sieć korytarzy. Na stronie są też niesamowite zdjęcia. Ich obejrzenie pozwala wyobrazić sobie ogrom niebezpiecznej pracy dawnych górników, ale też i odwagę ludzi decydujących się zjechać tam teraz, paręset metrów w głąb góry i zanurzyć się w czeluście starych korytarzy.

Po drugiej stronie wioski jest malownicze wzgórze nazwane przez mieszkańców Ambrą. Stoi tam maszt z naszą flagą, są krzesła, stół i tablica z prośbą o ciszę. Wiele mówi ten napis o autorze. Wiele dobrego.

Ilekroć jestem w pobliżu, zawsze wchodzę na Ambrę aby zobaczyć rozległy i ładny widok ze szczytu. Zdarzało mi się widzieć stamtąd wschody i zachody słońca; szczególnie koniec dnia jest malowniczy. Dodam jeszcze, że od parkingu w centrum wioski idzie się tylko kilka minut na szczyt.

Po sąsiedzku wznosi się Osełka, niewielka kaczawska górka, która kiedyś, wiele już lat temu, tak mnie zauroczyła, że wracam do niej często. Obeszliśmy ją dookoła obserwując metamorfozę gór wokół. Wiadomo, że one potrafią tak radykalnie zmieniać swój wygląd w zależności od miejsca patrzenia, że czasami nawet te dobrze znane stają się trudne z rozpoznaniu. Były miejsca na naszej trasie z których Grodzik, góra przylepiona do zbocza rozległej Lubrzy, była dobrze widoczna, ale później tak się stopiła ze swoją większą sąsiadką, że nie będąc zasłoniętą była ukryła. Tylko wiedziałem, że tam jest, ale jej nie widziałem.

Mam nadzieję, że moim towarzyszkom spodobał się wybrany szlak wokół Osełki. Może kiedyś poprowadzą swoich klientów naszymi śladami?

Dwa dni wędrowania z przyszłymi przewodniczkami wyraźnie pokazały różnice w naszej wiedzy o Sudetach. Ja znam więcej ukrytych ścieżek i skał, wiem, skąd zobaczę niebanalne widoki o których nie informują mapy turystyczne, wiele mam „swoich” miejsc, dróg, skał i drzew, ale niemal nic nie wiem o zabytkach, miejscowościach, historii i kulturze.  

Słuchając dzisiaj opowieści o źródle Wolfganga, a bije ono u stóp Tłoczyny, przyszła mi do głowy myśl o dwóch uzupełniających się obrazach Sudetów.

Obrazki ze szlaku

 Ze szczytu Osełki zobaczyliśmy żółte pole. Coś tam kwitnie? Po zejściu okazało się, że wbrew mojemu spodziewaniu (był koniec października) to nawłoć.
 Ruiny pałacyku myśliwskiego Rodeland. Zarośnięte, dzikie i zapomniane miejsce, a kiedyś był tam nieduży, ale jednak pałac. Zostały po nim zarastające fragmenty ścian i cisza. 



 Wokół Osełki.
 Drzewo rosnące u stóp Osełki. Wspólnie próbowaliśmy je zidentyfikować, ale bezskutecznie. Może więc nadać mu nazwę Nierozpoznane drzewo?

Kolory jesieni.

 

wtorek, 25 listopada 2025

Jesienny urlop w Sudetach

 151125

Czasami mylą mi się miejsca i krainy: wspomnę o pewnej uroczej brzozie albo zakręcie drogi, i widzę te miejsca gdzieś pod Turobinem na Roztoczu, a później okazuje się, że widziałem je wzgórzach powyżej Świerzawy w Górach Kaczawskich; bywa też odwrotnie. Jadnak takie pomyłki, lubiane i budzące poczucie bliskości, zdarzają się rzadko. Częściej wystarczy mi jedno spojrzenie by rozpoznać miejsce, na przykład ten widok. 

 Jest na nim powalona wiatrami brzoza z mojej nieistniejącej już Drogi Trzech Brzóz w Górach Wałbrzyskich. Pamiętam dokładnie, gdzie ona leży, a jednocześnie wiem, gdzie tkwi karpa po wyciętej znajomej brzozie przy roztoczańskiej polnej drodze, na drugim krańcu Polski. Znam mały, zarośnięty, nieodwiedzany kamieniołom na Roztoczu, i podobną do niego, ukrytą wśród brzóz, starą kopalnię w górach, o których zwykłem myśleć jako o swoich, czyli w Kaczawskich. Fakty te zadziwiają mnie, zwłaszcza jeśli pomnożę je przez setki takich pamiętanych miejsc.


Po Górach Wałbrzyskich chodziłem w sumie blisko 50 dni, ale nieźle znam jedynie północno-zachodnią część tego sudeckiego pasma. Mam tam wiele ulubionych i zawsze chętnie odwiedzanych miejsc, na przykład tę dróżkę nad Gostkowem.


 Pojechałem do tej wioski chcąc zobaczyć z bliska kępę brzóz rosnących na wybrzuszeniu długiego zbocza Łysicy. Są tam długie, falujące pola i łąki opadają po zboczu ku wiosce, w kilku miejscach wznoszące się na kształt małych górek, a niektóre zaskakują stromizną zboczy. Szpalery drzew każą domyślać się nieistniejących już dróg lub granic, a gdzie nie może wjechać traktor z pługiem, wyrosły zagajniki. Byłem pod tamtymi brzozami, obok widziałem słupek wysokościowy, więc ten wzgórek może mieć swoją nazwę. W pobliżu rośnie wyjątkowo malownicza sosna.  

Obszedłem ją wokół, zrobiłem wiele zdjęć, a później usiadłem pod nią i piłem herbatę. Kiedy dwie godziny później szedłem drogą pod Kokoszem, widziałem brzozy na tle nieba po drugiej stronie doliny.  

Zamieszczam dwa zdjęcia, drugie jest przybliżeniem.

Obrazki ze szlaku


 Pod rozłożystym dębem na zboczu Dębowego Wzgórza byłem już kilka razy, ale nigdy w słoneczny dzień. Dzisiejszy też był chmurny.

 Krąglak, widok z Dębowego Wzgórza.

 Rozpaczliwie połamana ale nadal żywa wierzba iwa chroniła mnie przed wiatrem w czasie przerwy.

 Kokosz i mała bezimienna górka w pobliżu Gostkowa. W tamtej części Gór Wałbrzyskich dużo jest takich małych, malowniczych wzgórz.

Ta ławka czeka na mnie; wiosną usiądę na niej. Stoi na skraju pięknych, kwiecistych łąk powyżej Jaczkowa.




 * * * * * * 

W czasie jesiennego urlopu spędziłem pięć dni w Górach Kaczawskich, a ten ostatni był jednocześnie dwieście dwudziestym czwartym dniem wędrówek. Łączną długość moich kaczawskich szlaków szacuję na 4 albo niewiele mniej tysięcy kilometrów. Tyle mierzy trasa z Wilna do Lizbony. Jeśli zamieściłem jedno porównanie, dodam drugie: łączna długość sudeckich wędrówek, 5 tysięcy kilometrów, dorównuje długości Europy, czyli odległości dzielącej Ural od Lizbony.

Ciekawe, jak wyglądałaby mapa tych gór z zaznaczonymi wszystkimi moimi trasami…



 Chciałem opowiedzieć historię tych paru zdjęć.

Zrobiłem je na wzgórzach powyżej Wojcieszowa, w pobliżu Zadory, i wysłałem do znajomej leżącej w szpitalu. Wiedziałem od niej, że ma przed sobą zaledwie kilka tygodni życia. Nie wiem, czy dobrze zrobiłem wysyłając jej obrazki z wędrówki, skoro wiedziałem, że prawie na pewno nigdy nie pójdzie. Może źle, ale chciałem w ten sposób oderwać ją od realiów szpitala. Odpisała mi tak:

Patrząc na nie po prostu CHCE się żyć.

Kiedy patrzyłem na ekran, obraz mi się rozmazał łzami. Nie broniłem się przed nimi.

To była przedostania nasza wymiana wiadomości. Na kolejny mój sms odpowiedział jej mąż…

Może nie powinienem o tym pisać tutaj (mając wątpliwości nie podałem szczegółów), ale napisałem ponieważ zmienił się obraz tamtych wzgórz.

Wiele miejsc w tych górach budzi wspomnienia zdarzeń przeżytych w czasie wędrówek: rozmów z towarzyszami wędrówek albo przypadkowo spotkanymi ludzi, chwil zachłyśnięcia się urodą natury, czasami jakichś kłopotów na szlaku; mam też w pamięci chwile i widoki najzwyklejsze, zapamiętane z nieznanych mi powodów. W grupie miejsc niewyróżniających się niczym szczególnym, a mnie bliskich, są też te wymienione w moich powieściach, ważne dla ich bohaterów. Od dawna nie jestem już tylko turystą odwiedzającym kolejne zakątki Sudetów, ja wracam do miejsc z którymi związany jestem emocjonalnie. Teraz znane i lubiane wzgórza nad kaczawskim miasteczkiem nabrały nowej barwy emocjonalnej: kojarzyć mi się będą z mądrym i wartościowym człowiekiem, z kobietą, którą miałem zaszczyt znać.

Obrazki ze szlaku

 Ambona na drzewie. Kiedyś siedziałem na niej, a pod drzewem pasła się sarna nieświadoma mojej obecności. Takich miejsc i związanych z nimi wspomnień mam setki. Właściwie gdzie spojrzę, pamięć podsuwa obrazy i przeżycia sprzed roku albo kilkunastu lat.

Znajomy buk w Storczykowym Kamieniołomie.

 

Tablica stojąca w Wojcieszowie z informacją o rewitalizacji miasta. Czytając takie banialuki mam chęć krzyknąć: ludzie, puknijcie się w głowę! Dlaczego? Bo irytuje mnie błędne a modne używanie słów. „Rewitalizacja” to tyle, co przywrócenie do życia. Miasto nie było wymarłe, więc tym samym nie mogło być rewitalizowane. Jeśli już komuś nasze słowo „odnowienie” albo wyrażenie „pomalowanie ścian” wydają się banalne, jeśli chce zabłysnąć znajomością obcych słów, może napisać o restauracji. Ludzi jednak nie interesuje znaczenie słów, oni wiedzą, które są modne, i te bezrefleksyjnie używają. W tym krótkim tekście są jeszcze inne błędy: dwa razy blisko siebie powtórzone słowo „zdegradowanych” oraz „Miasta” napisane wielką literą wbrew zasadom naszego języka. Na koniec konstatacja, która czasami mnie bawi: mający blade pojęcie o naszym języku autor tych słów zajmuje stanowisko zwane „umysłowym”, a ja byłem robotnikiem.


 Widziałem mnóstwo kań na łąkach. Widziałem i nie zbierałem, przez co cierpiało moje serce grzybiarza.


 Masywny, jakby do obrony wybudowany, kościół w Chrośnicy.

 Znany mi dom w Dobkowie, jeden w bardzo wielu skazanych na śmierć budynków w wioskach sudeckich. Dlaczego? Jest wielki, za duży dla jednej typowej rodziny, skoro ma kilkaset metrów powierzchni użytkowej, wymaga bardzo drogiego remontu, stoi na małej posesji tuż przy szutrowej drodze, w dolinie, do której słońce zagląda chyba tylko w lecie, a po sąsiedzku stoją w krzakach ruiny. 

 Po drugiej stronie wioski, wyżej, na zboczu rozległego wzgórza, stoją dwie psie budy; tam nie brakuje słońca i widoków, gustu owszem.

 Słodziutkie i aromatyczne śliwki węgierki ekologicznie gniją na drodze, wzgardzone i niepotrzebne, chyba że dzikim zwierzętom, wszak tych hodowlanych na wsiach praktycznie już nie ma. Są tylko w wielkich, „nowoczesnych”, antyhumanitarnych fabrykach mięsa.

 

Las wyrosły na szczycie starego pieca do wypalania wapna. Ten widok zaskoczył mnie; przez chwilę myślałem, że jestem w krainie z powieści fantasy.

 Biwak na Kopie.





 Czasami odwiedzam Jaśkowe, czyli wymienione w powieści, miejsca na Chrośnickich Kopach. Myślę, że każdy piszący zrozumie gdy powiem, że czuję związek z nimi – nieistniejącymi przecież ludźmi z powieści.

 Kiedyś wszedłem między świerki gęstego młodniaka widząc niewyraźną ścieżkę wydeptaną przez zwierzęta, i w ten sposób znalazłem skały odwiedzane później przez Jasia. Teraz gęstwiny już nie, jest ścieżka wyjeżdżona przez motocyklistów.

 Byłem na łące, na której rok temu widziałem bardzo dużo jesiennych kwiatów. Dzisiaj niewiele ich było, ale ostatnie pozłotki kalifornijskie owszem, jeszcze kwitły.


 






















* * * * * * * * *

 Odwiedziłem też Sokoliki. Szedłem klasyczną swoją trasą: ze schroniska Szwajcarka do podnóża Jastrzębiej Turni, następnie na szczyt Krzyżnej Góry, stamtąd na Sokolika i ścieżką wśród skał rozrzuconych na zachód od szczytu góry.

Ludzie chodzą wydeptanymi ścieżkami, wracając posiedzą w schronisku i idą na parking, omijając dziesiątki malowniczych skał. W ogóle nie wiedzą o nich i zdaje się, że nie są nimi zainteresowani, albo boją się zejść nawet sto kroków w bok od oznakowanego szlaku. Nieoficjalna trasa wiodąca od szczytowego, wydeptanego tysiącami nóg, klepiska Sokolika do oznakowanego szlaku, ścieżka wiodąca obok Krzywej Turni, ładnej, dużej i faktycznie krzywej skały, liczy raptem kilkaset metrów. 

 


Tam naprawdę trudno zabłądzić, chociaż łatwo nie zauważyć (co świetnym jest powodem powrotów) części skał. Jest ich tam wiele, jedna ładniejsza od drugiej, a ścieżka jest prawdziwie górska: idzie się wśród mnóstwa skalnych złomów a nierzadko po nich, wyszukując dogodniejszych miejsc na postawienie stopy.  





Malowniczości przejścia dodają buki tam rosnące; miałem okazję podziwiać feerię ich jesiennych barw.



 Ranek był cudny, aczkolwiek bynajmniej nie słoneczny. Lekka mgła, zbocze góry i świerki wyglądające w tej scenerii po prostu majestatycznie. Na całej długości ścieżki od schroniska do Turni widoki są bardzo ładne, klasycznie górskie, czyli ze stromiznami i niepoliczonymi skałami. Niektóre wydają się być pochylone; kiedy patrzy się na nie z zadartą głową, budzi się obawa o ich odpadnięcie od masywu i runięcie wprost na patrzącego.


 

Jastrzębią Turnię po raz pierwszy zobaczyłem wiele lat temu patrząc na nią z góry. Od pierwszej chwili zauroczyła mnie swoją zwiewnością; wydaje się być tak lekka, że może zaraz zerwie się do lotu, co widać i na moim zdjęciu. Kiedy jednak stoi się pod nią i patrzy w górę, a skała ma kilkanaście pięter wysokości, traci swoją lekkość, nabiera typowej dla dużych skał masywności, uwidacznia się też chaos kształtów, ale wrażenie dalej czyni, tym razem wielkością i nieporuszoną obojętnością. Niemal wiecznym swoim trwaniem.

Obrazki ze szlaku

 Swarożyc, skała z dziurką. Widziałem wiele innych, ale trudnych do jednoznacznej identyfikacji skał.


 Ścieżka na szczyt Krzyżnej Góry.

 Zamek Sokolec, właściwie resztki murów, milczących świadków trudów budowy, wojen, mordów i ostatecznego zniszczenia.



 Opasana, a może zaobrączkowana, sosna na Husyckich Skałach. Teraz usycha ta wyjątkowa ozdoba drzewa, a pamiętam ją żywą.

 Drzewka rosnące wprost na skale. Dadzą radę przetrwać?

 Ogromna lipa przed schroniskiem Szwajcarka. Postawione dla porównania kije mają 115 cm długości.


Jaskinia pod Krzyżną.






 Na Krzyżnej Górze.

Trasa na Sokolikach. 


Trasy w Górach Wałbrzyskich.

 



W Górach Kaczawskich.


 Mapa Sudetów z zaznaczonymi miejscami wędrówek i odwiedzin. O części z nich już napisałem, o pozostałych napiszę, czyli ciąg dalszy nastąpi.