Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 maja 2026

Suwalszczyzna, część III

 280426 do 040526


Najbardziej znanym, najczęściej odwiedzanym i z wszystkich mi znanych najładniejszym wzgórzem Suwalszczyzny jest Cisowa Góra. Do jej estetycznych cech dodam znaczną wysokość od podnóża (około 50 metrów), strome zbocza i niemal panoramiczny, rozległy widok ze szczytu. 

Jest też popularna; parę razy przechodziłem w pobliżu i zawsze widziałem ludzi na szczycie. Widać ją z daleka i z wielu miejsc najbardziej malowniczej części Suwalszczyzny, mianowicie z Suwalskiego Parku Krajobrazowego. Jeśli jakiekolwiek wzgórze tej krainy zasługuje na miano góry, to właśnie Cisowa. 

W jej pobliżu jest pewne czarodziejskie miejsce: idąc lokalną szosą, przechodzi się obok bezimiennego wzniesienia, jednego z setek w tej krainie, a minąwszy je, nagle odsłania się malowniczy widok góry. W tamtym miejscu nie można nie zatrzymać się i westchnąć z ukontentowania, chyba że świat cały ma się zasłonięty ekranem smartfona.

Blade, ale jednak mam pojęcie o procesach tworzenia takich wzgórz, jednak kiedy patrzyłem na Cisową, te wszystkie naukowe wyjaśnienia nijak mi nie pasowały do kształtu, wielkości i urody tej góry. Próbując zgłębić ową niezgodność wiedzy z wrażeniem, doszedłem do dwóch przyczyn. Pierwszą jest niewyobrażalna skala działań Natury. Pisałem już wcześniej o lodzie pokrywającym ziemie obecnej Suwalszczyzny kilometrową warstwą, ale tak naprawdę trudno sobie wyobrazić ścianę takiej wysokości. Wszak to 30 dziesięciopiętrowych wieżowców postawionych jeden na drugim! W takiej masie lodu wiele się zmieści materiału skalnego. Nim podam drugi powód, retorycznie zapytam, dlaczego zieleń roślin, kształty i kolory kwiatów, błękit nieba, podobają się nam? Otóż dzięki łaskawości (a może litości?) tejże Natury, która w ten sposób ułatwia i umila nam życie na Ziemi przez nią kształtowanej.

Kontemplacja jej dzieł, a więc piękna naszej planety, jest dla mnie formą modlitwy dziękczynnej.

 Drugim znanym wzgórzem jest Zamkowa Góra. Kiedyś Suwalszczyzna zwana była Jaćwieżą, a zasiedlali ją Jaćwingowie, lud znad Bałtyku, tam, gdzie teraz jest Litwa, Łotwa i Estonia. Jak to zwykle bywa między ludźmi, na skutek wojen zostali wymordowani albo wyparci przez Krzyżaków i nie tylko. Ponieważ prowadzili zbrojne wypady na polskie ziemie, nasze wojska też się przyczyniły do ich zniknięcia z tych ziem. Jednym z ich ważniejszych ośrodków była Zamkowa Góra i jej podnóże. Archeologowie odnaleźli tam liczne ślady osadnictwa, zainteresowanym podsuwam linki, tutaj,  tutaj.

Aby dać wyobrażenie o okolicy, dodaję mapę. Jak widać, jest tam malownicze splątanie ziemi i wody. W prawym górnym rogu mapy jest zaznaczona Cisowa Góra.

Jeśli już piszę o „górach”, nie mogę pominąć Rowelskiej Góry, najwyższej na Suwalszczyźnie. Brzmi jak żart, nieprawdaż? A jednak, ponieważ mowa o wysokości ponad poziom morza wynoszącej niemal 300 metrów. Jaka jest wysokość względna „góry”, czyli od podnóża, widać na zdjęciach. Chyba nie więcej niż trzy albo cztery metry.

Szeszupa, Poszeszupie, Krejwiany, Maszutkinie, Wiżajny, Rogożajny, Kłajpeda – obco brzmiące nazwy Suwalszczyzny. Są w nich ślady po Jaćwingach, są wpływy Litwinów i innych ludów, jak to zwykle bywa na pograniczu. W słowach, w nazwach, tkwią minione dzieje, czasami dłużej niż w kamieniach i w ludzkiej pamięci. Pierwszy wyraz jest nazwą ważnej rzeki dla Suwalszczyzny i Litwinów. Po szczegóły odsyłam tutaj.

Obrazki ze szlaku



 W oddali widziałem ładne wzgórza. Dałem się skusić, przelazłem przez szereg ogrodzeń rozglądając się czy aby nie widać w pobliżu bydła lub właściciela, przeprawiłem się przez dwa strumienie, ale dotarłem na wzgórza.  

Warto było, stanowczo warto. Zielona zbocza tych wzgórz ozdobione głazami i drzewami, a wśród nich wiele widziałem kwitnących gruszy, czarują mnie bardziej niż skaliste turnie.


 Wiecie, jak wygląda 10 milionów fiołków trójbarwnych? Właśnie tak! Duże pole całe, dosłownie całe usiane tymi małymi, zwykłymi, wszędzie widzianymi, a jednocześnie tak pięknymi kwiatami.



Na tej łące widziałem podbiałowe dmuchawce, a na innej kwitnące mlecze czyli mniszki w ilości calutkiego miliona. Wiem, bo liczyłem! Nigdzie indziej nie widziałem tak rozległych i tak gęstych łanów tych kwiatów.

 Na Suwalszczyźnie drzewa są obrośnięte porostami znacznie bardziej niż na Lubelszczyźnie. Dowodzi to dużej czystości powietrza, ponieważ te rośliny, tak bardzo wytrzymałe i mało wymagające, nie radzą sobie jedynie z zanieczyszczeniami w powietrzu.


 Wodne oczka, czyli miniaturowe stawy czy jeziorka. Jest ich mnóstwo, podobnie jak mokradeł. Więcej jest czystych, ładnych, otoczonych zielenią, a te mniej liczne wyglądają jak kałuże z brudną wodą. Szczególnie jeśli są na pastwiskach lub wybiegach dla bydła.

 Dużo widziałem piwnic ziemnych. Oczywiście niemal wszystkie są nieużywane, w ruinie. Ot, taki ślad przeszłości bez zamrażarek, lodówek i chłodni. Jednej dano nowe życie: pełni funkcję zimowej sypialni dla nietoperzy. To ta widoczna na dolnym zdjęciu.


No i oczywiście głazy, głazy i głazy. Niżej zamieszczam kolejną część zdjęć ze szlaków.




 

niedziela, 1 lutego 2026

Mroźny dzień na Roztoczu

 220126

 Chciałem spędzić na polach Roztocza ostatni dzień tygodnia słonecznej pogody, a nie przy biurku. Potrzebowałem też ruchu; dłuższe siedzenie działa destrukcyjnie na moją zdolność chodzenia. Pojechałem i już przed siódmą wyruszyłem na szlak.



 Od rana do godziny 14 miało być bezchmurnie, ale synoptykom coś się pomyliło, bo słońce widziałem tylko chwilami i przez chmury. Owszem, widywałem błękit nieba, ale akurat nie tam, gdzie było słońce. Szedłem odśnieżonymi drogami prowadzącymi na pola i szosami; pierwsze były ciche, spokojne, bardziej swojskie i malownicze, ale bywały śliskie, drugie suche, wygodne, ale z hałasującymi samochodami mijającymi mnie o metr. Rano i pod wieczór miałem szkołę przetrwania z powodu silnego mrozu. Wracając szosą w taką właśnie właśnie porę, usłyszałem zatrzymujący się przy mnie samochód.

Podwieźć pana? – kobieta za kierownicą uchyliła szybę.

Nie, ale dziękuję.

Podwiozę, twarz ma pan czerwoną.

Specjalnie tu przyjechałem żeby pochodzić.

Naprawdę!??

Podwójny zestaw ubrań dobrze pełnił swoją rolę, ale ostry wiatr kąsał twarz, a dłonie niemal cały dzień miałem zmarznięte. Nic to. Była droga, był daleki horyzont. Zebrałem garść ładnych obrazów, kilka wspomnień, dzień minął jak zwykle szybko, do samochodu wróciłem gdy było szaro.


 Proszę obejrzeć te dwa zdjęcia. Widać na nich nie tylko typowy dla Roztocza pas drzew porastających doły, widać też ślad dawnego głodu ziemi. Na początku wąwozu, tam, gdzie nachylenie zboczy pozwalało na przejście konie ciągnącego pług, drzewa zostały wycięte, i kiedyś zarośnięta krzakami łąka została zamieniona w pole. Widać, jak jego prawy brzeg wciska się w wąwóz, a wyżej omija zakolem zbyt strome zbocze. Akurat to pole jest użytkowane, wiele innych, kiedyś wydartych na siłę lasom, zarasta ponownie. Wraz z głodem skończył się też głód ziemi. Tej, która rodzi i żywi. Zwracam uwagę na takie miejsca, ponieważ czuję związek emocjonalny z moimi przodkami pracującymi na roli. Także z tymi rolnikami, którzy teraz bronią się przed decyzjami skutkującymi zatratą naszych narodowych tożsamości w imię obcych i nam szkodliwych interesów.

Obrazki ze szlaku

 





Tak dzisiaj zaczynał się dzień.

 Długi uskok, a na dole rzeczka i domy wioski.

 Drzewa na miedzy. W ciepły dzień skręciłbym tam. Lubię takie zakątki; może posiedziałbym pod drzewami?


 Tutaj starałem się uchwycić lśnienie lodowej skorupy na śniegu.


 Miejsce martyrologii. To tam, przy samotnym, teraz uschniętym drzewie, stała stodoła, w której Niemcy spalili żywcem kobietę z jej wnuczętami za próbę uratowania żydowskiego niemowlęcia. Oto miejsce konfliktu dwóch skrajnych postaw moralnych człowieka: miłosierdzia i zezwierzęcenia. Nic więcej nie napiszę bo się jeszcze okaże, że sieję nienawiść. Nie napiszę, ale pamiętam, bo tylko w ten sposób mogę złożyć hołd tej kobiecie.




Dzisiejsze drogi.

Pierwsza trasa: wokół Aleksandrówki. Druga: z Błażka przez Pasiekę, Wierzchowiska Drugie, Majdan Obleszcze do Błażka.

Statystyka: w drodze byłem 9 godzin, przeszedłem 22,5 km.

 











 PS

Szkoda mi zostawić te zdjęcia w zakamarkach pamięci laptopa. Myślę, że powinny być tutaj.

Zrobiłem je w jeden z tych szarych dni, gdy kolorowa jesień jest już wspomnieniem, a zima jeszcze nie przyszła. Pojechałem pod Lublin przyjrzeć się jednej z dwóch znanych mi wyjątkowo dużych i starych alei lipowych. Drzew liczących sobie 150 i więcej lat jest tam ponad setka. Wszystkie są malownicze, z charakterystycznymi dla gatunku licznymi odrostami, wiele ma dziuple. Do największej może wejść, jak oszacowałem, troje dorosłych ludzi. To drzewo jest tam monstrualne, tak bardzo naznaczone wiekiem, zniekształcone naroślami, że budzi ambiwalentne odczucia przyciągania i odpychania, podziwu i obawy.

 


Pojechałem tam, aby popatrzeć na stare drzewa, tak po prostu, ale i dla odczucia tej wyjątkowej aury roztaczanej przez lipy. Tej bezpośrednio odczuwanej aury uśpione drzewa nie emanowały, ale bywały chwile, gdy wystarczyło mi zobaczyć na gałęziach brązowe lotki z kulkami nasion, by chociaż wspomnieniem wrócić pod kwitnące stare lipy, poczuć zapach kwiatów i usłyszeć buczenie pszczół…



 


Lipowa aleja.

 Lipa z oknami.



 Dziuple.


 Nowe życie na starym.