Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bagna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bagna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 maja 2026

Suwalszczyzna, część I

 SUWALSZCZYZNA

280426 do 040526

 
Głazy i pagóry – najbardziej charakterystyczne cechy krainy.

Gdzieś daleko na północy w zimie napadało na tyle dużo śniegu, że cały nie stopniał w cieplejsze miesiące. Następnej zimy proces się powtórzył, śniegu przybyło. Jeśli opady i temperatury były odpowiednie, z czasem śniegu było na tyle dużo (kilkanaście metrów), że pod własnym ciężarem zaczyna zmieniać się w lód, a ten, pchany po zboczu i ściskany, stał się na tyle plastyczny, że powoli, w tempie dziesiątek (ale nawet i setek) metrów na rok spływał w dół. Każdego roku śniegu przybywało, w końcu po wielu wiekach jego grubość w Skandynawii sięgnęła nawet 4 km, a w północnej Polsce kilometr. Niewyobrażalny ciężar pełzającego lodu powodował kruszenie skał gór i wyrywanie materiału z dna Bałtyku i ich niesienie na południe. W końcu nastąpiła równowaga: ilość nowych opadów wyrównała się z ilością topniejącego śniegu, w efekcie czoło lodowca zatrzymało się. Były jeszcze wahania, gdy nieco się cofnęło na północ, albo odwrotnie – popełzło dalej na południe. W miejscach topnienia czoła lodowca zbierał się wszelki materiał skalny tkwiący w lodzie, a był to proces powtarzalny: topnienie, nasuwanie się lodowca i dalsze topnienie, w efekcie w takich miejscach zaczęły tworzyć się zwały głazów zaokrąglonych toczeniem, piasków, żwirów i glin, z czasem urastające w pokaźne wzgórza i wydłużone pasma wzniesień. W wielu miejscach ogromne kawały lodu zostały przykryte tym materiałem i latami topniały dając początek obecnym zagłębieniom z jeziorami, wodnymi oczkami i mokradłami. To wszystko trwało przez tysiąclecia, a lodowiec ostatecznie wycofał się na północ około 12 tysięcy lat temu. Wyobraźcie sobie taki krajobraz: wszędzie zwały gliny, piasku, skalnego kruszywa i głazów, mnóstwo rzek i rozlewisk, i nigdzie śladu nawet zieleni. Szaro-czarno-brązowy księżycowy krajobraz. Suwalszczyzna przed stu dwudziestoma wiekami.

Sukcesja była dość szybka: w miarę ocieplania się klimatu zaczęły pojawiać się rośliny, brzozy zapewne były wśród pionierów. Później pojawili się ludzie, a z nimi, oprócz wojen i granic, kolejne przeobrażenia krainy spowodowane działalnością gospodarczą.

Na koniec zjawił się tam, skuszony famą o urodzie krainy, autor tych słów i westchnął z ukontentowania.

Wyjazd na Suwalszczyznę miałem w planach dwa lata, ale dopiero w ostatnich dniach kwietnia tego roku udało mi pojechać. Po sześciu godzinach spędzonych za kierownicą dotarłem do Rutki Tartak, wioski 4 kilometry od granicy z Litwą. Tam doświadczyłem pierwszego zaskoczenia. Otóż widząc normalną, to znaczy zadbaną zabudowę, porządne ulice, chodniki, sklepy, zrozumiałem, że podświadomie spodziewałem się zobaczyć biedną osadę złożoną z paru zaniedbanych domów i dziurową drogę. Podobnego zaskoczenia doświadczyłem jeszcze kilka razy. Na przykład w pobliżu styku trzech granic, czyli styku Polski, Litwy i Rosji. Idąc do tego miejsca od parkingu przechodzi się obok zabudowań gospodarstwa rolnego. Stodoła stoi jakieś 70 metrów od Litwy. Nie ma tam ogrodzenia, można przechodzić, może więc ludzie tam mieszkający chodzą na Litwę na grzyby? Jednak to tylko uwaga poboczna. Chodzi o potoczne wyobrażenie pogranicza jako pustego i zaniedbanego gospodarczo obszaru, po którym tylko patrole krążą i kruki. Otóż nie. W pełni normalne życie toczy się do samej granicy. Widziałem pola, widziałem ogrodzone łąki, przylegające do granicy. Człowiek rąbiący drzewo za tamtą stodołą miał za sobą ledwie parę dziesiątków kroków Polski, ale żył dokładnie tak samo jak ten pod Łowiczem.

Wracam do „mojej” wioski. Niewielki dom, na pięterku ładnie urządzone trzy pokoje z łazienkami, cena wynajmu taka, jaka była w popularnych miejscowościach turystycznych 10 lat temu. Przez okno widziałem las na widnokręgu, był już litewski.

Przez siedem dni wstawałem około szóstej i przez 10 - 11 godzin poznawałem drogi i bezdroża Suwalszczyzny. Aura była dla mnie łaskawa: co prawda dwa dni były na tyle zimne, że miałem na sobie trzy swetry i rękawice, silny wiatr chciał mi przemrozić uszy (nie dałem się, mając zimową czapkę i ciasno zapięty kaptur) raz padał śnieg z gradem, ale w pozostałe dni było słonecznie i dużo cieplej. Jeśli już o aurze piszę, wspomnę o klimacie tam panującym. Wiadomo, że Suwalszczyzna jest polskim biegunem zimna; nie doświadczyłem tego, ale widziałem skutki. W dniach, w których na Roztoczu brzozy mają już w pełni rozwinięte liście, olsze zaczynają się zielenić a czereśnie i tarniny już przekwitły, tam widziałem pierwsze zielone mgiełki na brzozach, czarne jeszcze olsze i kwitnące śliwy tarniny.

 Dwa dni kręciłem się w pobliżu granicy, w pięć pozostałych poznawałem uroki Suwalskiego Parku Krajobrazowego.

Jak tam jest? Po prostu pięknie. Pagóry, pofałdowane pola i łąki, zielone zbocza – takie cechy krajobrazu cenię bardziej od strzelistych turni gór typu alpejskiego. Dlatego upodobałem sobie Góry Kaczawskie i pogórza sudeckie, dlatego podoba mi się zachodnia część Roztocza, i z tego samego powodu spodobała się Suwalszczyzna. Postaram się wrócić tam.

Nie mam w zwyczaju, ani nie czuję potrzeby, zapewniania sobie luksusów czy spędzania czasu w restauracjach lub w miejscach oferujących popularne rozrywki dla turystów. Jadę aby patrzeć na dzieła Natury, te ludzkie raczej mniej mnie interesują. Żywiłem się suchym prowiantem nie tyle dla zaoszczędzenia pieniędzy (chociaż w pewnej mierze też) co raczej dla oszczędzania czasu, jednak raz pojechałem do zachwalanej restauracji. Byłem ciekaw smaku regionalnych potraw w których głównym składnikiem są ziemniaki. Wziąłem taki zestaw próbek kilku dań. Były bardzo dobre, a cena przystępna.

 Zdjęć, zapisanych wrażeń i spostrzeżeń, mam tyle, że rozdzielę je na 3 albo 4 wpisy.

Obrazki ze szlaku


 Rutka Tartak, wioska w której mieszkałem.

 Zimny wiatr goni w moją stronę burzę śnieżną.


 
Zabudowania Suwalszczyzny. Może mniej jest tam bogatych posiadłości, ale biedy nie widać. Owszem, są stare, rozpadające się domy, ale nie jest ich więcej niż na Roztoczu, na pewno mniej niż w Sudetach.

 Czarne, zimowe jeszcze ściany lasów i takież olsze porastające liczne tam oczka wodne, strumienie i mokradła.

 Strumienie.

 Kilka z nich przechodziłem bez mostków włócząc się bezdrożami. Na przykład ten bród był głębszy niż wysokość moich butów, ale dzięki ochraniaczom udało mi się nie nabrać wody.

 Wzdłuż tego dwumetrowej szerokości strumienia szedłem sto czy dwieście metrów szukając dogodnego miejsca, ale znalazłem tylko taki „mostek” zrobiony ze słupa energetycznego. Kilka lat temu po prostu z marszu przeszedłbym po nim, teraz musiałem długo się skupiać i zapewniać siebie, że potrafię przejść. Faktycznie, udało się nie wpaść do wody.



 Mokradeł jest mnóstwo. Niemal każde zgłębienie terenu ma swoje, ale nie są duże. Różny jest ich stan: od obfitujących w wodę, z olszami tkwiącymi wysokimi korzeniami w lustrze czarnej wody, po wysychające, rozpoznawane jedynie po kępach szuwarów.

Statystyka: na szlaku byłem 72 godziny, a przeszedłem łącznie 132 kilometry. Licznik w samochodzie wskazał 950 kilometrów.

Mapy szlaków.









 




niedziela, 6 października 2024

Dwa dni pod gołym niebem

 290924

Miało być (i było) pochmurnie, dlatego zdecydowałem się pojechać na grzyby w Lasy Janowskie. Niewiele ich znalazłem: w 9 godzin, oczywiście z przerwami, zebrałem półtorej typowej łubianki na truskawki. Znalazłem kilka prawdziwków i garść niewielkich maślaków, a najwięcej przywiozłem maślaków sitarzy, jednak dzień uznałem za udany, wszak nie szperałem w internecie, byłem wśród drzew, szedłem, patrzyłem i oddychałem leśnym powietrzem.

 Rozmawiałem chwilę z dwojgiem spacerujących ludzi. Kobieta zobaczywszy moje grzyby powiedziała o dużych kępach sitarzy widzianych nieco wcześniej. Wyjaśniła mi jak do nich trafić, poszedłem tam i brew spodziewaniu znalazłem. Faktycznie, było ich kilkadziesiąt, ale tak małych, że zmieściły się w dwie garście.

Lasy są tam głównie sosnowe: jasne, niezakrzaczone, wygodne do chodzenia i po prostu ładne. Rosną na piachach, widuje się niewielkie piaszczyste wzgórki, a w zagłębieniach są podmokłe miejsca i bagna. Liczne są szerokie i równe leśne dukty; można iść nimi nie patrząc pod nogi, a w górę, na kołyszące się korony wysokich sosen.

Oczywiście odwiedziłem rezerwat Imielty Ług..




 
Wody w stawach jest mniej niż było rok temu; na zdjęciach widać odsłonięte muliste czarne dno. 


Za to śmieci wcale nie jest mniej: idąc brzegiem lasu i mokradeł, kątem oka zobaczyłem błysk światła. Woda? Podszedłem bliżej i zobaczyłem…

 Jeśli już piszę o mokradłach Lasów Janowskich, wspomnę o Bagnie Rakowskim pod Frampolem: 

Często słyszałem krzyk odlatujących ptaków, kilka razy udało mi się zobaczyć je w przerwach między drzewami. Ich głos brzmiał przejmująco smutno i budził mój protest. Uświadomiłem sobie, że nie wiem, kiedy po raz ostatni widziałem bociany i jaskółki. Odleciały niepożegnane...


 Obrazki ze szlaku

 Pod niebem ruch i krzyk odlatujących ptaków, a łabędzie spokojnie zajmują się swoimi sprawami.

 Trzcinowiska.

 Jakie to ptaki?

 Widziałem mnóstwo jeżyn, ale bardzo mało dojrzałych.









 








 021024

Z końcem astronomicznego lata skończyły się ciepłe i słoneczne dni. Patrząc na prognozy pogody, widziałem zdecydowaną przewagę chmur, jedynie na dzisiaj zapowiadano trochę słońca, zwłaszcza przed południem. Pojechałem, bo jak słusznie zauważyła moja żona, jeśli kilka dni nie jestem na włóczędze, „to mnie nosi”.

Nie wiedziałem gdzie pojechać, ale i gdy już wybrałem okolicę, nie miałem pomysłu na trasę, czułem jednak potrzebę powłóczenia się polnymi drogami i bezdrożami. Tak po prostu, bez określonego celu. Iść gdzie oczy poniosą i patrzeć na niebo, drzewa, na miedzę z różanym krzewem i na mrówki rządkiem przechodzące przez drogę; usiąść pod brzozą i popatrzeć w dal, puścić myśli wolno popijając ulubioną herbatę z sokiem malinowym. Owe niezdecydowanie widać na mapie z zaznaczoną trasą.







 Pierwszą taką przerwę miałem pod znajomą brzozą, a siedząc na między pod nią, zobaczyłem w pobliżu kępę brzóz, niezauważony wcześniej mały zagajniczek betuli penduli. Przywitałem się z nimi, obejrzałem ze wszystkich stron, sfotografowałem gęste i długie gałązki tworzące zielony namiot wokół. Zaczynają się pięknie przebarwiać. To urocze miejsce dodaję do swojej długiej już listy miejsc ulubionych. Poszedłem dalej, zatoczyłem koło i tak się złożyło, że po paru godzinach wróciłem w to samo miejsce, na drogę pod lasem, właśnie tą:


 Idąc nią, blisko znajomych brzóz zobaczyłem zieloną ścieżkę odchodzącą w bok od drogi. Wszedłem na nią i w ten sposób poznałem kolejne urocze miejsce. Ścieżka trawersuje zbocze, zdobiona jest pojedynczymi drzewami, a o jej walorach widokowych niech świadczy fakt postawienia tam dwóch ławek. Było pochmurne późne popołudnie, przy takim oświetleniu zdjęcia nie oddają urody miejsca, ale przecież wrócę tam.



 Obrazki ze szlaku

 Plantacja żółtlicy i malin? 

Największa grusza jaką widziałem.

Młody łoś. Wybiegł wprost na mnie, chwilę stał w odległości może dziesięciu kroków (zastanawiał się, co robić?), i zawróciwszy, bez paniki pobiegł. Miałem aparat w ręku, ale dobrych ujęć nie mam, bo czasami ta moja maszyna długo się zastanawia nim kliknie fotkę.

 Piękne jabłka. Jabłoń rośnie za ogrodzeniem, ale udało mi się zerwać jeden owoc. Tak jak wiele jabłek starych odmian, i to było dość twarde, ale bardzo soczyste i aromatyczne. Jabłka – i nie tylko one – kupione w sklepie nie mają takiego aromatu ani zapachu. Pod jabłonią widziałem dużo leżących i gnijących owoców. Wspomniałem niedawną rozmowę z kolegą, opowiadał o kupnie ręcznej maszyny do wyciskania soku z owoców, właśnie tej.

 


 Zbiera owoce z takich dziko rosnących jabłoni, wyciska sok, napełnia nim słoiki i pasteryzuje. Robi tak nie tyle dla oszczędności, co raczej z powodu swojej niechęci do wysoko przetworzonych produktów sklepowych nafaszerowanych chemią i cukrem.


 Liście orzecha. To drzewo, wiosną ładne przecież, teraz jest brzydkie. Ono nie tyle się przebarwia jak tyleż innych drzew, co zamiera, zrezygnowane i smutne.

 Samotny słonecznik przy szosie. Czeka na stopa?

 Domek na końcu wsi. Chyba jest mniejszy od jednego pokoju w obecnie budowanych domach.


 Pole po zbiorze kukurydzy. Zwraca moją uwagę ogromna ilość poszatkowanych resztek roślin. Ileż pracy będą miały bakterie gnilne!

 Na bocznej drodze, wśród traw, pod drzewami, widziałem dużo maślaków, ale tylko je obejrzałem i sfotografowałem. Zdążyłem już zebrać sporo grzybów, więc nie planując grzybobrania nie miałem żadnego pojemnika, a reklamówki grzyby nie lubią. Później zobaczyłem zgrabnego i zdrowego prawdziwka rosnącego na środku drogi; trafił do osobnej kieszeni w plecaku i w dobrym stanie przetrwał wędrówkę.

Trasa: z Wierzchowisk Pierwszych; pola i drogi na północ od wioski.

Statystyka: włóczyłem się niecałe 11 godzin, a przeszedłem 15 km.

PS

Tym opisem zaczynam dwudzieste trzecie dopiski. Tak nazywam plik tekstowy, w którym zapisuję to wszystko, co mnie interesuje, co przeżyłem i co potrafię wyrazić słowami. Tradycyjnie z początkiem października otwieram nowy, a to znaczy, że już od dwudziestu dwóch lat zapisuję te swoje dumki. Większość z nich jest tutaj, na blogu, mniejsza część jest tylko dla mnie, a jest ich w sumie… nie wiem, ile. Na pewno tysiące stron. Ile ich jeszcze przybędzie?…