Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą natura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą natura. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 sierpnia 2026

Lato na Roztoczu, cz. I

 02 – 060826

 Po tygodniowym pobycie w zatłoczonym hałaśliwym Ustroniu Morskim i zajmowaniu się wnuczętami, czułem potrzebę odsunięcia się od ludzi, pójścia na pustoszejące pola i posłuchania ciszy. Cztery dni szwendałem się po środkowej części Roztocza nocując na miejscu. Przez trzy dni temperatury wahały się w pobliżu 38 stopni w porze obiadowej i dwudziestu stopni w nocy, i chociaż na upały byłem przygotowany, zmieniły moje zwyczaje. Więcej robiłem przerw, częściej wybierałem przejścia lasami, a tam, gdzie było to możliwe, szedłem w cieniu drzew. Temperatura nieco ponad trzydzieści stopni nie robi na mnie wrażenia, przy blisko czterdziestu moja skóra zaczyna protestować na promieniowanie UF, ale na szczęście jej reakcja jest jedyną jaką odczuwam. W rezultacie chodziłem tylko nieco mniej niż przy „zwykłych” temperaturach.

Zajmując się zdjęciami po powrocie, chwilami nie wiedziałem, co właściwie chciałem uchwycić na części z nich, jednak gdy sięgnąłem myślą i wspomniałem te słoneczne i skrajnie upalne dni, wiedziałem. Po prostu lato. Zapach nagrzanej słomy i kurzu z pól, dojrzałą zieleń liści drzew, głęboki cień pod nimi, postrzępioną słomę i plewy na polnej drodze, huczący kombajn połykający kolejne łany zboża, szelest kroków na ściernisku, letnie zielska i kwiaty przydroży, jaskrawe słońce od którego mrużyłem oczy. Chciałem, aby oglądając te zdjęcia wspomnieć doświadczany upał, smak wody niewiele mniej ciepłej od herbaty z termosu i niemal ugotowanej konserwy. Chciałem zapamiętać brudną plamę na rękawie koszuli od wycierania twarzy i lepiące się do ud nogawki spodni. Bynajmniej nie dla narzekania, a zapamiętania. Żebym za kilka miesięcy nie próbował wyobrazić sobie, jak było możliwe wyjście na dwór bez góry ubrań na sobie i zobaczenie zielonych, a nie czarnych, drzew. Chciałem nasiąknąć latem. Czy mi się udało? Na pewno nie. Nigdy nie udała mi się ta sztuka, dlatego za parę dni wrócę tam, i wracać będę tak jak wracałem w minione lata.

Dlaczego zieleń nie męczy oczu? Dlaczego tak bardzo podoba się nam błękitne niebo i blask słońca? Dlaczego z takim upodobaniem patrzymy na samotne drzewa?

Przypomniały mi się badania nad obrazami pewnego znanego malarza pejzażysty (zapomniałem jego nazwiska); badający zadał sobie trud rozpoznania wszystkich miejsc pokazanych na obrazach malarza. Okazało się, że artysta często domalowywał samotne drzewa.

Odpowiedź na te wszystkie pytania jest jedna, a sięga głęboko, najgłębiej, zarówno w czas jak i w nas: na drzewach, pod drzewami, wśród zieleni, ludzkość spędziła 99,99% czasu swojego istnienia. Wyjście do parku, do lasu, na otwartą przestrzeń ozdobioną pojedynczymi drzewami, zamkniętą błękitem nieba i linią lasu na horyzoncie, to powrót do naszego domu. Tego prawdziwego, w niepojęty sposób zapisanego w naszym jestestwie i dlatego tam najskuteczniej i najszybciej odpoczywamy.

Zapytałem sztuczną inteligencję o wpływ lasu i zieleni na ludzi, maszyna podsunęła mi mnóstwo adresów na których porusza się ten temat. To, co mnie zaskoczyło, to istnienie wielu stron internetowych, na których dobroczynny wpływ natury na człowieka podaje się jako naukową, nie do końca sprawdzoną nowinkę albo jako ciekawostkę, a prawda jest banalnie prosta i znana każdemu, kto ma chociaż blade pojęcie (jak na przykład ja) o historii naszego gatunku.

Nie miejsce tutaj na pogłębianie tematu, więc tylko wkleję krótki wstęp AI do odpowiedzi na moje pytanie:

»Ewolucyjne pochodzenie człowieka jest kluczem do zrozumienia, dlaczego natura działa na nas tak kojąco. Przez setki tysięcy lat środowisko naturalne było naszym domem, a nie miejscem wycieczek. (…) Ludzie mają wrodzoną, zapisaną w genach potrzebę kontaktu z naturą i innymi formami życia. (…) Nasz układ nerwowy nie jest ewolucyjnie przystosowany do betonu, hałasu aut i świecących ekranów.«

Mówiąc krótko i bez naukowego zadęcia: wędrując po otwartych przestrzeniach, wśród zieleni, wracam w swoje ojczyste strony.

 OBRAZKI ZE SZLAKU

UPRAWY

 Bylica i gryka. Niewiele będzie kaszy z gryki tak zagłuszonej chwastem. To zdjęcie pokazuje, jakie byłyby skutki w pełni ekologicznych upraw i pozwala domyślić się, jak wiele musiałaby kosztować żywność.

 Dwa oblicza upraw: pole zarośnięte bylicą i zadbana plantacja porzeczek. 
Czy tutaj jest uprawa malin czy może krwawnika? :-) Malin jest dużo mniej, więc...

Prawie jesienny widok: usychające pędy kartofli, a obok ściernisko. Na drugim zdjęciu pole już zaorane.

 

Owoce aronii. Bardzo dużo widzę opuszczonych, nieużytkowanych plantacji aronii. Krzewy tak są rozrośnięte, że częstokroć nie ma już możliwości wejścia między nie i bardziej są podobne do dzikiego lasu niż opuszczonej plantacji. Mnóstwo bardzo dobrych i wartościowych owoców się marnuje. O tej porze roku usilnie staram zmniejszyć to marnotrawstwo, ale niewiele mogę zrobić czyli zjeść.

BUDOWLE

Jak widać, gmina dołożyła się do inwestycji: wydała calutki jeden grosz!

 Źródło, czyli dwa przepisy w jednym: jak spaskudzić naturalnie ładne miejsce i jak głupio przepalić publiczny grosz. Oczywiście według mojej oceny, bo nie wątpię w znalezienie się kogoś, komu te budowle się spodobają.

Nie zapomniano nawet o obwieszeniu lampkami figury świętego. Ciekawe, czy są z tych nowszych, zmieniających kolory. Jeśli są monochromatyczne, to może należałoby wystąpić o dofinansowanie ich wymiany? Kpię? Tak, ale gorzka to kpina.

 
Dziwne budowle we wsi Szozdy.

 Stawy Echo. Ściślej: miejsce po stawach. W żadnym nie ma wody. Na dnie jednego są głębokie koleiny, w nich widziałem nieco wody i tylko tam.

 Kapliczki.

 Konstrukcje przy drodze chroniące płazy. Są to skośne betonowe płyty uniemożliwiające wejście na nie żab czy ślimaków (to mój domysł, więc mogę się mylić) i prowadzące do chronionego kratą przejścia na drugą stronę jezdni.

Opuszczona szkoła. Budynek stoi pusty od 2006 roku. Nie jedyna zamknięta szkoła. Jest ich coraz więcej.
 
Stara cegielnia i wielki piec do wypalania. Ta zarośnięta ruina kojarzy się z budowlami zapomnianych cywilizacji sprzed wieków. Wszedłem do walącego się pieca, ale czułem się nieswojo.
 
Kopalnia opoki. Patrzący na zdjęcia tych skalnych ścian, niewątpliwie umieściłby kopalnię w górach.
Moje drogi.

Trasy: pola, lasy i wioski środkowej części Roztocza, między Frampolem a Zwierzyńcem.

Statystyka: będąc średnio dziennie 11 godzin na szlaku, przez cztery dni przeszedłem w sumie 68 kilometrów.

 




poniedziałek, 26 stycznia 2026

W słoneczny dzień zimy

 180126

 

Przed południem bateria w telefonie odmówiła współpracy, musiałem sięgnąć po duży zewnętrzny akumulator, ale po paru godzinach i on zaprzestał dawania energii, co zdarzyło się mu po raz pierwszy. Aparat włożyłem na kwadrans pod swetry, po zagrzaniu włączył się i działał. Zdjęcia robiłem rzadziej i szybko chowałem aparat do wewnętrznej kieszeni aby grzać go ciepłem ciała. Plastry ogórka w kanapkach dziwnie stwardniały, w butelce z wodą pływały lodowe krupy, a po przyjściu do samochodu okazało się, że pilot nie działa.

Nie, to nie jest opis mojej wyprawy na Kamczatkę, a na Roztocze, tyle że w prawdziwie zimowy dzień. Kiedy nad ranem jechałem eską, termometr nad jezdnią wskazywał minus 16 stopni. Nic wyjątkowego, pamiętam zimy z temperaturą utrzymującą się całymi tygodniami w pobliżu 20 stopni, ale wtedy nie było smartfonów z miniaturowymi bateryjkami służącymi nie tyle zasilaniu tych urządzeń, co uczynienia ich cieńszymi o kolejny milimetr.

Jeden dzień patrzenia na błękit nieba przez okno wystarczył do wygonienia mnie na roztoczańskie pola. Nauczony przedwczorajszym doświadczeniem pojechałem do Gródek wiedząc o licznych drogach pod tą wsią, z których część była nawet utwardzona. Miałem nadzieję na zobaczenie ich odśnieżonymi, ponieważ obiecałem sobie nie zapuszczać się na pola zasypane dziewiczym śniegiem. 

 

W rezultacie szedłem tam, gdzie wiodły mnie wygodniejsze drogi i najczęściej wracałem po śladach. Bliżej wioski drogi były odśnieżone, częściej jednak szedłem koleinami wygniecionymi w śniegu. Było wygodniej, ale tylko w porównaniu do marszu przez kopny śnieg. Jeśli koleiny były wąskie, musiałem podpierać się kijami dla utrzymania równowagi, a kije, pozbawione talerzyków, oczywiście wbijały się aż do ziemi i stawiały opór przy ich wyciąganiu. Dna szerszych kolein, zrobionych wielkimi kołami ciągników rolniczych, były śliskie i bardzo nierówne, z wygniecionymi bruzdami głębokiego bieżnika opon, ale nogi nie zapadały pod kolana. Przerwy miałem bez siadania, trwające tyle tylko czasu, ile potrzebowałem na wypicie herbaty, więc udało się przejść całkiem pokaźny dystans. Byłem nim zaskoczony.






 Rankiem widziałem szadź na drzewach i badylach. Nie była spektakularnie wielka, ale i taka przyciągała wzrok swoją misterną konstrukcją i blaskiem. Z nią, z szadzią, jest tak, jak chyba z wszystkimi dziełami matki Natury: aby dostrzec ich piękno, trzeba się nad nimi nachylić; patrzeć szeroko otwartymi oczami i chcieć zobaczyć. Przypomniały mi się słowa Arystotelesa: „
We wszystkich tworach natury tkwi coś cudownego.” Coś cudownego tkwi także w naszej umiejętności pisania, skoro umożliwia poznanie myśli człowieka żyjącego 2400 lat temu.

Nie poznałem nowych miejsc, całą dzisiejszą drogę znałem z wielu wcześniejszych wypraw, ale przecież nie dla odkrywania nowych pojechałem na Roztocze, a dla zimy. Rozglądając się, wiele razy widziane miejsca budziły wspomnienia, a pamięć podsuwała obrazy jakże odmienne od dzisiejszych!


 
Na przykład na tej szerokiej drodze między plantacją aronii a brzeziną znalazłem kiedyś wiele grzybów, a tą drogą, teraz niemal niewidoczną pod śniegiem, ale o pamiętanej urodzie, kiedyś poszedłem widząc w głębi kwitnące czereśnie.

Kwitnące czereśnie… Zobaczę je już za trzy miesiące, ale dzisiaj ten czas pełni wiosny i kwitnienia wydaje się tak bardzo odległy, że aż nieprawdopodobny. Nie popędzam czasu, już nie. Niech ta zima trwa ile jej przypisane, niech trwa tak długo, bym zdążył nacieszyć się jej urodą, trudniejszą przecież do dostrzeżenia i docenienia, a dopiero wtedy, gdy czas się dopełni, niech zakwitną dzikie czereśnie.

Obrazki ze szlaku

 Koniec drogi. Najwyraźniej ktoś jeździł samochodem terenowym bez konkretnego celu, dla przyjemności. W takich miejscach zawracałem, a to z powodu wyraźnie widocznej na zdjęciu głębokości śniegu.

Unieruchomiony samochód. Drogą, na której stał, przejeżdżał wielki traktor zostawiając za sobą dwie szerokie koleiny i nienaruszony śnieg między nimi. Widać to wyraźnie na wcześniejszym zdjęciu. No i stało się to, co stać musiało: osobowy pojazd po prostu zawiesił się brzuchem na śniegu. Rozmawiałem z kierowcą, czekał na wezwaną już pomoc.

 

Ule. Wiem, że pszczoły nie przesypiają zimy, a zbite w kłąb czekają na wiosnę odżywiając się swoimi zapasami. Utrzymują wewnątrz ula odpowiednią temperaturę, ale jakim cudem im się to udaje, nie mam pojęcia.

 Owoce dzikiej róży, piękny akcent kolorystyczny i wspomnienie najdłuższych, najpiękniejszych dni roku. Zerwałem kilka i zjadłem. Były wyjątkowo smaczne i mięsiste.

 Bałwan przy drodze ułożony, jak myślę, z brył śniegu odgarniętego pługiem z wioskowej uliczki.

 Dwa wyjątkowo duże orzechy włoskie. Z daleka bardziej stare topole przypominały, ale na zdjęciu nie widać ich wielkości. Po sąsiedzku rośnie majestatyczna lipa. Zwróciłem na nią uwagę z powodu lodowej czapy od góry i brązowego przybrania lotkami nasiennymi niżej. Słowem: dwukolorowa lipa.

 Trzcinnik. Właściwie nie wiem, dlaczego ta roślina mi się podoba, szczególnie właśnie w zimie, kiedy wystaje ponad śnieg.


 Skry. Tak zatytułowałem te zdjęcia, a chciałem uchwycić na nich owe jakże piękne świecenie lodowych kryształków odbijających światło słońca. Widać je, ale są mizerną namiastką świetlnego spektaklu tam oglądanego. Na zdjęciach drobiny światła są nieliczne, nieruchome, rozmyte i pospolicie białe, a ja widziałem ich punktową, ostro rysowaną jaskrawość, tysięczne gaśnięcie i rozpalanie powodowane najmniejszym moich ruchem. Widziałem barwę, której nie można nazwać po prostu białą – była chłodnym, ale przeczystym diamentowym lśnieniem.

 







Ranek, późne popołudnie i zachód. Ledwie dwa dni wcześniej oglądałem pokaz umiejętności malarskich Pani Zimy, a dzisiaj utwierdziła mnie w przekonaniu, że, mimo podobieństw, koniec każdego słonecznego dnia zimowego jest inny, niepowtarzalny i wyjątkowy.

Trasa: na północ i na południe od Gródek.

Statystyka: 19 kilometrów w 8,5 godziny.