Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą technika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą technika. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 października 2026

Dobrobyt a zmiany w psychice i postawach ludzi

 210926

»Brutalny paradoks polega na tym, że najbardziej komfortowe społeczeństwa w historii są jednocześnie tymi, które wykazują najwyższe wskaźniki lęku, depresji i niezdolności do radzenia sobie z najdrobniejszymi przeciwnościami.«

Źródło: tutaj.

„Prawdziwa wolność oznacza odpowiedzialność i niepewność, oznacza możliwość porażki. (…) Współczesne społeczeństwo jest neurotyczne właśnie dlatego, że zastąpiło pseudokomfortem infantylizujących przyjemności uzasadnione cierpienie związane z dorastaniem, z przyjmowaniem odpowiedzialności i stawianiem czoła rzeczywistości.«

Źródło: tutaj.

Kiedyś, przed wielu laty, wierzyłem, że jeśli dziecko nie zazna niebezpieczeństw, niedostatków i wszelkich innych negatywnych przeżyć psychicznych, jeśli otoczone będzie opieką przez bliskich, wyrośnie na człowieka spokojnego, pogodnego, pozytywnie nastawionego do siebie, świata i ludzi. W zasadzie nadal tak uważam, ale ten idylliczny obraz okazał być prawidłowy tylko w ogólnym zarysie, a z bliska widoczne są obszary wymagające znacznego uzupełnienia o szereg zastrzeżeń. Nic wyjątkowego, w nauce to raczej norma nie wyjątek.

Zagmatwane powiązania między przyczynami istnienia pewnych cech naszej psychiki a otoczeniem w jakim żyjemy, pomogła mi rozplątywać ewolucja, którą interesuję się od lat. Z niej wypączkowało cały szereg nowych gałęzi nauki, na przykład psychologia ewolucyjna.

Taką definicję, a jest zgodna z moją własną, samodzielnie wypracowaną, podsunęła mi AI Google:

»Psychologia ewolucyjna to obszar badań w psychologii, który wyjaśnia ludzkie zachowania, myśli i mechanizmy psychiczne jako efekty ewolucji biologicznej i kulturowej.

Psychologia ewolucyjna bada, jak ludzki umysł przystosował się do środowiska na przestrzeni tysiącleci. Traktuje cechy psychologiczne jako rezultaty doboru naturalnego, które pomagały naszym przodkom przetrwać i się rozmnażać. Analizuje uniwersalne wzorce zachowań występujące u ludzi niezależnie od kultury.

Główne założenia:

Nasze mechanizmy psychiczne (np. strach, zazdrość, umiejętność współpracy) to narzędzia wypracowane przez ewolucję w celu rozwiązywania problemów przetrwania. Współczesny człowiek żyje w nowoczesnym świecie, ale jego mózg posiada strukturę przystosowaną do życia w warunkach plemiennych.«

Artykuł w Wikipedii jest tutaj.

Psychologia ewolucyjna, nawet jeśli się ją zna na poziomie amatorskim, czyli tak jak ją znam, pomaga wyjaśnić wiele z pozoru dziwnych naszych odruchowych, czasami nieracjonalnych, zachowań. Wystarczy tylko pamiętać o skutkach i głębokości przemian cywilizacyjnych ostatnich stuleci. Nasz gatunek istnieje około 300 tysięcy lat. Znaczy to tyle, że zbadane szczątki kostne, a od niedawna i geny, sprzed tylu lat są identyczne z naszymi. Nasi przodkowie, a była to spora grupka gatunków homo, liczą sobie parę milionów lat. Ci ludzie żyli przez tysiące pokoleń bez żadnych zmian w swoim zachowaniu i w sposobach korzystania ze środowiska. Zmiany ruszyły dopiero w górnym paleolicie, czyli jakieś 40 tysięcy lat temu. Zmiany były szybkie tylko w stosunku do bezruchu poprzednich tysiącleci, a z naszego obecnego punktu widzenia nadal niewiele się działo. Świat dziadów był niemal identyczny do świata wnuków i prawnuków. Jakieś 10 tysięcy lat temu zaczęliśmy się uniezależniać od kaprysów przyrody, uprawiając rośliny i hodując zwierzęta, ale nadal, jak przez wszystkie poprzednie milenia, powszechne były okresy głodu, wielkiej śmiertelności, ustawicznego zagrożenia życia spowodowane chorobami, niedostatkami i wojnami. Nadal człowiek zdecydowaną większość czasu pracy od rana do wieczora poświęcał na zabezpieczenie podstawowych potrzeb, czyli jedzenia, schronienia i odzieży. Zmiany na lepsze były bardzo powolne, dopiero rewolucja przemysłowa zapoczątkowana w XVIII wieku radykalnie przyspieszyła ten proces. Ten pęd nadal przyspiesza. Nigdy ludzkość nie bogaciła się tak szybko, jak w ciągu ostatnich dziesięcioleci.

Ludzie, czyli gatunek homo sapiens sapiens (jak to dumnie brzmi!: człowiek podwójnie myślący!!), nie zjawili się nagle na scenie dziejów. Nie zostaliśmy stworzeni od podstaw, albo jak kto woli z żebra czy gliny. Ewolucja jest bardzo powolnym procesem przemian gatunków już istniejących. Nasi bezpośredni przodkowie, nasi pradziadowie w linii prostej, przez setki tysiącleci żyli w jaskiniach, na drzewach i pod nimi. Korzystne dla ich przeżycia geny nadal są w nas. Są nawet i starsze geny, naszych odleglejszych przodków przedludzkich. Wiecie, dlaczego dostajemy gęsiej skórki? Bo kiedyś ten odruch podnosił futra naszych przodków aby było im cieplej w zimne dni. Futra nie mamy od setek tysięcy lat, ale geny i odpowiednia budowa skóry zostały. Takich śladów dawno minionych czasów jest w nas mnóstwo, zarówno w budowie i reakcjach naszego ciała, jak i w psychice.

Tutaj właśnie docieramy do meritum.

Nam, ludziom żyjącym w warunkach XXI wieku, lubiącym kawę parzoną w określony sposób, kupującym buty tej nie innej marki, ceniącym filmy tego reżysera, latającym do ciepłych krajów na urlop, wydaje się, że nic nas nie łączy z tamtymi brudnymi, prymitywnymi istotami które zabiły niedźwiedzia jaskiniowego i zajęły jego miejsce, ale to nieprawda: jesteśmy tacy sami jak oni. W najdrobniejszych szczegółach anatomicznych i psychicznych tacy sami. Jedyna różnica jest w wiedzy i skumulowanej umiejętności budowy coraz bardziej wyrafinowanych narzędzi. Tyle że ta różnica przejawia się głównie na polu walki: kiedyś pałą waliliśmy w łeb przeciwnika, teraz rakietą wystrzeliwaną naciśnięciem guzika na pulpicie sterowniczym. Przeciwnik, człowiek, istota z naszego gatunku, został. Nadal boimy się nieznanych, ciemnych i ciasnych pomieszczeń, dokładnie tak, jak nasi przodkowie wchodzący do czarnych jaskiń, nadal odczuwamy aprioryczną, niwelowaną jedynie rozumowaniem i kulturą, niechęć do obcych i inaczej wyglądających, nadal chcemy dominować nad innymi, bo dominacja oznacza dostęp do dóbr i samic. Maczugi tamtych ludzi nie są dowodem na ich głupotę, tak jak rakiety nie potwierdzają naszej mądrości. Te różnice dowodzą zmian w poziomie wiedzy, nie mądrości.

Pierwsze istoty uznawane za ludzkie żyły parę milionów lat temu, my jesteśmy ich dalekimi co prawda potomkami, ale w linii prostej. W warunkach znacznego oddzielenia od przyrody, zabezpieczeni od jej zmian i nieprzewidywalności, objęci prawami, z dostępem do medycyny, żyjemy od… różnie można tu liczyć, powiedzmy, że od paruset lat, ale można bronić tez o dłuższym lub krótszym przedziale czasowym, jednak ograniczonym do wieków, nie dziesiątek tysiącleci. Jak to się ma do tamtego ogromu czasu? Gdyby zmienić skalę na osiemdziesięcioletnie ludzkie życie, to rówieśnik pierwszych istot homo w wieku 79 lat zaczął udoskonalać obróbkę kamieni i malować obrazy na ścianach jaskiń, mając 79 lat i 9 miesięcy nauczył się siać i zbierać ziarno, niecałe dwa dni przed osiemdziesiątymi urodzinami skonstruował silnik parowy, pół doby przed osiemdziesiątką przyszła mu do głowy myśl o komputerze, a od paru godzin jest zapatrzony w kolorowy ekran smartfona. Inaczej mówiąc: właściwie całe życie spędziliśmy na drzewach lub pod nimi, z pałką lub kamieniem w ręku, i stosownie do takich warunków został dopasowany nasz zestaw genów oraz nasza psychika i odruchy. Ostatnie setki lat, a tym bardziej dziesięciolecia – to mgnienie oka – nic w nas nie zmieniły, a my uważamy, że wyrośliśmy wysoko, bardzo wysoko ponad naszą przeszłość. W tym tkwi jądro naszych kłopotów. Ogół ludzi nie wie, że żyjąc w niewielkiej grupie dobrze znanych i spokrewnionych ludzi zostaliśmy psychicznie ukształtowani przez niedobory, niebezpieczeństwa, przeciwności i trudności, a dobrostan psychiczny i szczęście osiągamy jedynie poprzez wyuczone w dzieciństwie i młodości umiejętności radzenia sobie z negatywnymi cechami naszego bytowania. Młody człowiek bardziej ucieszy się z drobnostki na którą zapracował niż z kolejnego drogiego prezentu od rodziców czy dziadków. Lepiej rozumie świat i swoje w nim miejsce, jeśli wie, co mu wolno a co nie. Jeśli nie ponosi konsekwencje swoich błędów i porażek, nie nauczy się rozwagi i odpowiedzialności, a porażka, nawet drobna, będzie dla niego katastrofą; będzie jednak bardzo sprawny w wyszukiwaniu winnych swoich kłopotów. Człowiek, który w dzieciństwie nic nie musiał robić, jako dorosły nie tylko ma dwie lewej ręce, ale i nie zna obowiązkowości, a pracę postrzega jako przymus odrywający go od przyjemności, a nie jako wstępny warunek późniejszego oddawania się przyjemnościom. Człowiek który nie musiał nikogo się słuchać, w pracy dozna szoku, a jeśli w dzieciństwie dbano o wszystkie jego potrzeby, jako dorosły nie będzie zdolny do samodzielności.

Tę listę można dowolnie wydłużać. Jej istotą jest fakt kształtowania naszej psychiki i relacji ze światem w dzieciństwie poprzez doświadczenie i obserwację rodziców – dokładnie tak, jak jest u zwierząt, którymi, nota bene, jesteśmy. Pozbawieni tychże, zatracamy się w życiu dorosłym i nagle wizyta u psychologa staje się koniecznością. Okazuje się, że wzrost zamożności ludzi, długotrwałe bezpieczeństwo, rozbudowane prawa i materialny komfort życia, mogą być dla ludzi niebezpieczne bez należytego przygotowania. Zwłaszcza, że żyjemy w środowisku diametralnie odmiennym od naszych rodzinnych sawann, drzew i jaskiń.

Czuję, że drugą część wywodu zbytnio skróciłem, ale niech taką zostanie, bo i tak za dużo napisałem, a chciałem przejść do części zasadniczej. Moje słowa miały być tylko wprowadzeniem.

Proponuję wysłuchanie kilku wykładów na temat przyczyn i skutków zmian obserwowanych w społeczeństwach a związanych ze wzrostem zamożności i oddziaływaniem na nas techniki.

Prowadzą je ludzie znają tajniki ludzkiej psychiki, a przy wnioskowaniu stosują osiągnięcia psychologii ewolucyjnej. Jako zapowiedzi i zachętę dodaje cytaty. Dodam, że nie mając możliwości ich skopiowania, zapisałem je ręcznie.

* * *

"Dziecko rozwija się wtedy, kiedy swoje prawa łączy z obowiązkami."

Tytuł: „Hodujemy beznadziejne pokolenie”

Podtytuł wywiadu:

„Tak niszczysz przyszłość własnego syna i córki. Profesor Jędrzejko o podstawowym błędzie”

Kliknij tutaj aby przeczytać garść informacji o profesorze. 

Wywiad jest tutaj.

* * *

Jeszcze jeden wywiad z profesorem Jędrzejkiem - tutaj.

Tematy: o stanie Polski, o upadku moralności i rozpadzie funkcji społecznych, o degrengoladzie wśród polityków. Także o wychowywaniu dzieci.

„To państwo ma 8 służb, które pana i mnie inwigilują. (…) Czy myśmy na to zasłużyli? Widzę na Marszałkowskiej samochód ze służby ochrony państwa który jedzie ponad 80, a z tyłu siedzi jakiś polityczny fajfus albo od premiera albo z kancelarii prezydenta Rzeczpospolitej. Pytam: czy was prawo nie obowiązuje?”

„Narzuciliśmy dzieciom logo. Narzuciliśmy konieczność bycia gdzieś tam, ale one nie muszą tam być.”

„Znam prywatną szkołę, do której dzieci przyjeżdżają własnymi samochodami „pięćdziesiątkami”, bo rodziców na to stać. A ja się pytam: no i co wy robicie? A dlaczego oni nie idą do szkoły? Przecież mają do szkoły 1000 metrów. (…) Po prostu zwariowaliśmy. System marketingowy narzucił nam wzory wychowania dzieci.”

„Jestem zwolennikiem zwolnienia postępu technologicznego, bo póki co, to prowadzi człowieka, jego naturę, na manowce. (…) Mamy ciągle nowe wyzwania i coraz mniej czasu.”

„Przestańcie się spieszyć bo tak wam każe świat. Po prostu zwolnijcie a będzie żyć dłużej.”

* * *

Tutaj podaję link do kanału angielskojęzycznego. Nie wiem, przez kogo personalnie prowadzony, ale na pewno jest to osoba mająca duży zasób wiedzy i zdolności obserwacji. 

»Bogactwo materialne nigdy nie było tak obfite, prawa tak gwarantowane, dostęp do informacji tak nieograniczony, a jednak coś fundamentalnego ulega pogorszeniu. Nie w liczbach, nie we wskaźnikach, a w ludziach tworzących te społeczeństwa. W zdolności do ponoszenia konsekwencji i przyjmowania odpowiedzialności, tolerowania tego co trudne bez natychmiastowego szukania winnych lub czegoś do konsumpcji. To nie jest moralna ocena pokoleń, to strukturalna diagnoza tego, co się dzieje, gdy cywilizacja przez dekady buduje coraz bardziej bardziej wydajne systemu eliminowania tarcia z ludzkiego życia nie zdając sobie sprawy z tego, że owe tarcie w dużej mierze kształtowało ludzi zdolnych do podtrzymania tej cywilizacji.«

»Czteroletnie dziecko, które nie może dostać tego, czego chce, płacze. (…) Problemem jest, gdy społeczeństwo dorosłych wykształca taką samą reakcję z frustracją i zaczyna budować wokół niej całe instytucje polityki i kultury, które legitymizują płacz jako odpowiedź na to, co jest trudne.«

»Skłonność do przesady, ucieczka od tego, co wymaga wysiłku, nie jest patologią. To kondycja ludzka w swojej najbardziej uczciwej formie. Tym, co się zmienia i co definiuje epoki, jest to, co kultura robi z tymi słabościami. Czy traktuje je jako punkty wyjścia do rozwoju, czy instytucjonalizuje je jako akceptowalny stan docelowy.«

»Problem nie leży w posiadanych narzędziach (osiągniętym stopniu rozwoju technicznego). Leży w cichym założeniu, które nam towarzyszy, że postępujące eliminowanie wszelkiego dyskomfortu tworzy lepszych ludzi, lepiej przygotowanych i bardziej zdolnych, podczas gdy dowody konsekwentnie wskazują na coś przeciwnego. Dziecko, które nigdy nie musi czekać, buduje zupełnie inne relacje z czasem niż dziecko, które nauczyło się, że pewne rzeczy wymagają cierpliwości. Młody człowiek, który nigdy nie zetknął się z prawdziwym niedoborem, buduje inną relację z wartościami niż ktoś, kto nauczył się, że każdy wybór ma swoją cenę. To nie jest chęć powrotu do czasów braków, to spostrzeżenie, że pewne ludzkie zdolności rozwijają się tylko pod presją i że wyeliminowanie wszelkich kłopotów wcale nie daje wolności, wytwarza za to kruchość pod maską komfortu.«

»Osiągnęliśmy taki stan kultury społecznej, w którym domaganie się praw stało się nieskończenie łatwiejsze niż przyjmowanie obowiązków. (…) Kultura, która systematycznie uczy swoich członków szukania wszystkich ich problemów poza nimi samymi, nie tylko wykazuje niesprawiedliwość wobec rzeczywistości, ale i masowo tworzy ludzi niezdolnych do skutecznego działania w jej ramach.«

»Zaobserwuj, co się stało ze znaczeniem słów dotyczących odpowiedzialności. Słowa takie jak porażka, błąd, konsekwencja, zostały stopniowo zastąpione terminami, które przenoszą przyczynę poza jednostkę. Człowiek już nie ponosi porażki, a przechodzi trudne doświadczenie; człowiek nie popełnia błędu, a staje przed wyzwaniem; nie zbiera już owoców złego wyboru, a cierpi z powodu niesprawiedliwego systemu. (…) Człowiek, który nie nazywa swoich porażek porażkami, nie rozwija zdolności mierzenia się z nimi.«

* * *

Ten sam kanał, inny  wykład.

»Prawdziwa wolność nie tkwi w wysokości pensji, a w różnicy między wysokością dochodów a tym, co jest potrzebne do godnego życia. Jeśli ta różnica jest dodatnia i rosnąca, pozwala na to, aby praca była wyborem, a nie obowiązkiem.«

Mój komentarz.

Inaczej mówiąc: jeśli zarabiamy więcej niż wydajemy na życie uznawane przez nas za godne, jesteśmy wolni od przymusu ustawicznej gonitwy za pieniędzmi. Twierdzenie słuszne pod jednym warunkiem: że nie podnosimy poprzeczki w uznawaniu jakie życie jest godne. Jest takie bardzo trafne spostrzeżenie: „To, co człowiekowi jest niezbędne do życia, rozciąga się od kromki chleba do prywatnego odrzutowca.” Aby twierdzenie o wolności niezależnej od dochodów stało się słuszne i możliwe do wcielenia w życie, koniecznym jest zaprzeczenie tym słowom swoimi ocenami i postawą.

* * *

Dopisek końcowy.

Jakie wnioski należy wysnuć? Koniecznym jest gruntowna przebudowa całej filozofii wychowywania dzieci, zarówno w domu jak i w szkołach. Za niezbędną mam gruntowną zmianę naszego podejścia do posiadania i konsumpcji; przebudowę całego gmachu nauczania i filozofii rozwoju gospodarczego.

Jednak obserwowane zmiany zmierzają w kierunku przeciwnym, to znaczy pogłębienia problemów, jakie już mają dzieci, młodzi ludzie wkraczający w dorosłość i całe społeczeństwa, zwłaszcza zachodnie. Niestety, zarysowane wyżej procesy będą narastały aż osiągniemy możliwość odbicia się, czyli dno, bo i cóż możemy zrobić? Mogę napisać ten tekst, owszem, ale przeczyta go może kilka osób (znam statystyki tego bloga), a część z tych którzy tu zajrzą wzruszy ramionami nie doczytawszy do końca – i tyle.

Tylko tyle.

wtorek, 7 kwietnia 2026

O Polsce

 070426

>>Tylko państwo jest odpowiedzialne za inflację. Bez władz państwowych, a tym bardziej wbrew nim, inflacja nie jest możliwa.<<

Felix Somary


„Gdy z biegiem czasu grabież staje się sposobem na życie grupy ludzi w społeczeństwie, tworzą oni system prawny, który ją autoryzuje i kodeks moralny gloryfikujący ich działania.”

„Sprawdźmy, czy istniejące prawo może odbierać niektórym osobom to, co do nich należy i daje innym, do których to nie należy. Sprawdźmy, czy prawo przynosi korzyści jednemu obywatelowi kosztem drugiego czyniąc to, czego sam obywatel nie może zrobić bez popełnienia przestępstwa. Następnie niezwłocznie znieśmy takie prawo, ponieważ nie tylko jest złem samym w sobie, ale także obfitym źródłem dalszych nieszczęść, ponieważ zachęca do represji. Jeśli takie prawo, istniejące nawet jako odosobniony przypadek, nie zostanie natychmiast zniesione, rozprzestrzeni się i rozwinie w system, a niestety, tym właśnie jest obecny system keynesowski – wojną z dobrobytem, państwem korporacyjnym.”

Fryderyk Bastiat

Cóż to za system „keynesowski”? Taki, jaki mamy obecnie: wielki rząd wtrącający się do wszystkiego i o wszystkim decydujący, bank centralny mogący drukować nowe pieniądze z niczego, a więc pieniądz fiducjarny. Rozdęte dotacje i przywileje, szastanie publicznym groszem, chybione inwestycje jako rezultaty sytuacji, w których aktywiści i politycy, nie znawcy tematu, ustalają strategie wydawanie pożyczonych miliardów. Partyjniactwo i kolesiostwo, panoszenie się wielkich obcych korporacji, lobbing czy w praktyce przekupywanie osób decyzyjnych. Paranoja? Nie, to rzeczywistość. Niesprawiedliwość? Jak najbardziej, no i co z tego, skoro społeczeństwo dalej głosuje na ludzi tworzących później rządy tak działające?

Przeciwieństwem jest szkoła austriacka: mały rząd zajmujący się najważniejszymi dla kraju sprawami, jak obronność, przestrzeganie prawa i sądownictwo, wydawanie tylko tyle pieniędzy, ile wpłynie do budżetu, bez drukowania, a tym samym bez inflacji i zadłużania kraju; bez odbierania szans przyszłym pokoleniom przejmujących zrujnowany finansowo kraj. To stabilność prawna i finansowa skutkująca szybkim rozwojem gospodarczym. Wady? W takim systemie politycy mają dużo mniejsze znaczenie i nie mogą rozdawać pieniędzy aby kupić głosy wyborców. W praktyce te dwa czynniki okazują się decydujące. Ważniejsze niż dobro społeczeństwa. Takie postępowanie polityków jest na swój przerażający sposób racjonalne. Któż zagłosowałby za tymi, którzy nawołują do zmniejszenia dopłat, rezygnacji z pewnych przywilejów, do oszczędzania i ograniczania? Jakże łatwo politycznym przeciwnikom wmówić społeczeństwu, że tamci się mylą, a my mamy rozwiązania i będziemy mogli wam dawać.

„Dostaniecie, tylko głosujcie na nas!”

No i głosujemy.

>>Kiedy gospodarka jest nadmiernie zadłużona, większość rządów stara się umorzyć długi poprzez inflację walutową, a więc drukowanie pieniędzy. Oczywiście dewaluuje to walutę. Wynagrodzenia obywateli są skutecznie obniżane, a oszczędzającym odbiera się nadzieję na dobrą przyszłość. (…) Chociaż zadaniem banku centralnego jest utrzymywanie wartości i siły nabywczej waluty, ma on zarówno możliwość, jak i tendencję do, obniżania wartości majątku obywateli poprzez nadmierne drukowanie pieniędzy.<<

Źródło: kanał na YT


„Nie ma sposobu na uniknięcie ostatecznego załamania się boomu spowodowanego ekspansją kredytową. Alternatywą jest tylko to, czy kryzys nadejdzie wcześniej, w wyniku dobrowolnego zaprzestania wzrostu zadłużenia, czy później, jako ostateczna i totalna katastrofa danego systemu walutowego.”

Ludwig vob Mises


>>Kiedy dowiadujesz się o limitach cen paliw, myślisz sobie: „Łał! To dla ludzi!” Ale skąd rząd bierze te pieniądze? Pożycza, a teraz pożyczanie jest drogie. Rząd zaciąga więc pożyczki o wysokim oprocentowaniu, aby walczyć z wysokimi cenami. Zaciągnięcie pożyczki powoduje wzrost długu. Większy dług powoduje wzrost stóp procentowych, a te sprawiają, że kolejne pożyczki są jeszcze droższe. To jest pętla zagłady. (…) Podczas gdy właściciele aktywów się bogacą, pracownicy najemni stają się coraz biedniejsi. To cecha systemu. To nie jest efekt uboczny. To nie jest wypadek. Dokładnie taki jest system w którym żyjemy.<<

Źródło: kanał na YT


Na moje zapytanie o zeszłoroczne wpływy do budżetu i koszty odsetek, taką otrzymałem odpowiedź od AI Google:

>>Według szacunkowych danych Ministerstwa Finansów dotyczących wykonania budżetu państwa w okresie styczeń-grudzień 2025 roku:

  • Dochody (wpływy) do budżetu wyniosły: 594,6 mld zł (94,0% planu).

  • Wydatki budżetu wyniosły: 870,2 mld zł (94,4% planu).

  • Deficyt budżetowy: 275,6 mld zł. 

Odsetki od długu:
Koszt obsługi długu (odsetki) w 2025 roku był rekordowo wysoki. Wstępne prognozy i szacunki wskazywały, że wydatki rządu na odsetki od długu wyniosą blisko 100 mld zł.<<

Dla porównania: uśredniony koszt budowy drogi szybkiego ruchu wynosi 50 mln za kilometr, a więc 100 miliardów można zbudować dwa tysiące kilometrów wygodnych, szybkich, bezkolizyjnych dróg!

Na moje pytanie o koszt budowy metra mieszkania w domu wielorodzinnym, taką otrzymałem odpowiedź:

>>Przeciętny koszt budowy 1 metra kwadratowego mieszkania w bloku (stan deweloperski, bez zysku dewelopera i ceny gruntu) w 2025/2026 roku wynosi ok. 6 000 – 8 000 zł. Według danych GUS za IV kwartał 2025 r., koszt ten wyniósł około 7 933 zł, co oznacza wzrost o ponad 10% rok do roku.<<

Niech będzie 10 tysięcy. Zapłaciliśmy 100 mld odsetek. Za taką górę pieniędzy można by sfinansować budowę 200 tysięcy mieszkań mających powierzchnię 50 metrów kwadratowych! Dwieście tysięcy porządnych mieszkań (na przykład komunalnych dla biednych ludzi) za jednoroczne odsetki!

Koszt budowy tak bardzo nam potrzebnej elektrowni atomowej wynosi około dwieście miliardów, a to znaczy, że za same odsetki moglibyśmy co dwa lata sfinansować budowę nowej elektrowni.

Co więcej? Szpital! Na tej stronie jest informacja o budowie dużego szpitala onkologicznego we Wrocławiu.

Koszt budowy i wyposażenia opiewa na ponad jeden miliard. Powtórzę jeszcze raz: duży nowoczesny szpital za ponad miliard kontra blisko sto miliardów samych odsetek!

Ile kosztuje czesne na renomowanych uczelniach w USA ?

Odpowiedź AI:

>>Roczne czesne i opłaty (2025-2027): Wynoszą średnio od 55 000 do ponad 70 000 USD za rok.

  • Całkowity koszt (Cost of Attendance): Wliczając zakwaterowanie, wyżywienie, książki i ubezpieczenie, łączny koszt roczny przekracza zazwyczaj 80 000 – 90 000 USD.

  • Przykłady (2026/2027):

  • Harvard University: Szacowany całkowity koszt (tuition, fees, room & board) to ok. $90,000–$100,000+ USD rocznie.

  • MIT / Stanford: Podobne poziomy cenowe, często w okolicach 85 000+ USD.<<

Uśredniając: blisko 100 tysięcy dolarów, a więc 350 tysięcy złotych rocznie. Pięcioletnie studia kosztują więc ponad półtora miliona złotych. Za odsetki zapłacone w 2025 roku można by sfinansować wykształcenie 57 tysięcy lekarzy i specjalistów od nowoczesnych technologii.

Długi zaciąga rząd, ale to my będziemy je spłacać, nie władze. W minionym roku nasz dług wzrósł o 275 mld złotych. Każdego dnia jesteśmy zadłużani na kwotę 750 milionów złotych. To więcej niż połowa kosztów tamtego dużego nowoczesnego szpitala budowanego we Wrocławiu. Dziennie! Na co wydawane są te pieniądze? Głównie na spłatę odsetek, na rozdawnictwo, na absurdalnie drogie i mało efektywne uzbrojenie. Mało na inwestycje, a jeśli już, to w sporej mierze na te motywowane ideologią, a nie potrzebami gospodarki. Czyli kredyty głównie są marnotrawione.

Chyba nie ma potrzeby podawania dalszych porównań. Obraz jest dostatecznie wyraźny i szczegółowy.

Taki jest obraz Polski, naszej Ojczyzny.

czwartek, 19 lutego 2026

Zaśnieżone pola Roztocza

 100226

 Ranek był zimny nie tyle temperaturą, co kolorystyką i wrażeniami. Śnieg był świeży, czysty, ale miał odcień zimnej, odpychającej szarości, chwilami z niewielkim dodatkiem granatu. Drzewa stały czarne, pozbawione zwykłych swoich zimowych brązów i szarości, wydawały się już nawet nie zamarłe, a wprost martwe. Jedynie brzozy nie uległy tym zmianom, nadal przyciągając wzrok swoją urodą. 

 



W miarę przejaśniania się nieba i zmian oświetlenia, zmieniało się moje subiektywne widzenie zimowych krajobrazów: jakby nabierały barw nadal będąc niemal monochromatyczne. 

 


 
Kiedy po paru godzinach niebo wypogodziło się, a jasne, mocne słońce rozjaśniło krajobraz odmieniając go radykalnie, mimo że tak naprawdę jedynie śnieg zmienił barwy. Śnieżna biel – tak mówi się o czystej, chłodnej bieli, i taki był w cieniu. Na słońcu świecił się i skrzył srebrzyście, diamentowo, żółto, a pod wieczór pomarańczowo.

Początkowo szedłem koleinami wygniecionymi na nieodśnieżonych drogach, ale kiedy zboczyłem na pole dla zrobienia zdjęcia zauważyłem, że starszy śnieg, stwardniały z wierzchu, utrzymuje mój ciężar. Buty zagłębiały się tylko parę centymetrów, więc szło się dość wygodnie. Na ogół, bo jednak nie zawsze skorupa była wystarczająco mocna, wtedy zapadałem się nawet po kolana.


 Skoro w ten sposób otworzyły się wszystkie drogi, polami poszedłem ku wiatrakom widocznym na widnokręgu. Mam do nich ambiwalentny stosunek: nadal podobają mi się jako konstrukcje, są smukłe, wysokie, zgrabne, o ile można tak powiedzieć o rzeczy. Jednocześnie nie podobają mi się, ponieważ są kiepskie jako źródła prądu, nie są też tak ekologiczne, jak się nam wmawia. Właściwie są gorsze pod każdym względem w stosunku do tradycyjnych elektrowni węglowych, o ile te są wyposażone w nowoczesne systemy filtrowania spalin.

 Zatoczyłem spory krąg, a wracając znalazłem wąskie pole zarośnięte kępami tarniny i krzewami dzikich róż, jedne i drugie były obsypane owocami. Spróbowałem, smakowały, więc oczywiście połasuchowałem. Zaskakujący był efekt kolorystyczny, sąsiedztwo granatowych śliwek i pomarańczowoczerwonych owoców róż na tle białego śniegu. Wyobraźnia podsunęła obraz tego miejsca w czasie kwitnienia, a był tak uroczy, że obiecałem sobie wrócić tam wiosną.






Uwaga o języku. Napisałem o pomarańczowoczerwonych owocach i przez chwilę ten długi wyraz wydawał mi się nieprawidłowy i dziwaczny, ale jednak jest zgodny z zasadami. Pomarańczowo-czerwone jest coś, co miejscami jest pomarańczowe, miejscami czerwone, a pomarańczowoczerwony powstaje przez wymieszanie obu kolorów, dlatego zebra jest biało-czarna, a nie białoczarna czyli szara.

Krzewy tarniny są tak gęste, że w lecie ich nieprzeniknione ściany tworzą idealne miejsca na schronienia dla wielu gatunków zwierząt, a ptasi drobiazg buduje gniazda w gęstwinach. Dzisiaj widziałem wiele małych gniazd wśród nagich gałęzi. Ich widok ma w sobie magiczną zdolność budzenia licznych myśli: ciepłych, ale i nostalgicznych. Teraz są opuszczone, niepotrzebne, może zapomniane, ale przecież ptasia para budowała je dużym nakładem pracy aby stworzyć dom dla swoich dzieci. W tych gniazdach troskliwie wyścielonych puchem wykluwały się i dorastały otoczone opieką rodziców i z nich wyfrunęły w świat aby przeżyć swój czas.


 Rodzinne gniazdo, dom i dzieci. Nadzieje, wspomnienia i
jeszcze raz dzieci.

Obrazki ze szlaku

 Pięć brzóz. Ich ustawienie wskazuje na zasadzenie. Ktoś wybrał właśnie brzozy, a więc chciał, aby rosły na jego ziemi.

 Ścięte brzozy. Tak, wiem, potrzebujemy opału, ale… szkoda mi tych drzew. Już nie wystroją się zieloną mgiełką na wiosnę, nie zaszumią na wietrze; nie usiądę pod nimi i nie zobaczę muchomorów.





 

 



 Wszedłem na wzgórek i w oddali zobaczyłem zagajnik śródpolny. Skusił mnie wyglądem, więc poszedłem ku niemu na przełaj polami. Zobaczyłem słońce kryjące się za sosną i czerwień owoców dzikiej róży wysoko na drzewie. Rzadko, ale widuję pędy dzikich róż pnące się po drzewach na wysokość piętra, tak właśnie jak tutaj.

 „Mały” domek. Ciekawe, dla ilu osób był zbudowany. Tak się składa, że w ostatnich latach dość często bywam w nowych domach i wiem, jak są duże i jak niewielu ludzi w nich mieszka, ale ten jest wyjątkowo wielki. O kształcie nic nie napiszę, bo gusta są różne.



 
Droga w popołudniowym słońcu. Śnieg, tak zimny i nieładny wczesnym rankiem, w tamtych miejscach, oświetlony niskim ale jeszcze mocnym słońcem, wydawał się być ciepły i po prostu ładny.


 
Plantacja aronii.



 Słońce!


 Przed zachodem.

Trasa: pola i drogi na zachód od Goraj, miasteczka na zachodnim Roztoczu.

Statystyka: przebrnąłem po śniegu 15,5 km w czasie nieco ponad ośmiu godzin.




 













piątek, 12 grudnia 2025

Zwyczaje i klimat

 101225

Niedawno gruchnęła wieść nie do pomyślenia jeszcze kilka lat temu: Bill G., kapłan klimatyzmu, niezłomny obrońca Ziemi, wódz naczelny wojsk antydwutlenkowych, ogłosił, że planeta jednak nie spłonie ani do 2010 roku, ani nawet do 2015, jak wcześniej on i jemu podobni głosili z niezachwianą pewnością. Skąd taka zmiana? Otrzeźwiał, czy zapytał naukowców nie finansowanych przez niego? Myślę, że po prostu to szaleństwo przestało się opłacać. Tak czy inaczej dzieciarnia z Ostatniego Pokolenia może teraz odetchnąć: nie będą ostatnim pokoleniem, chyba że zrezygnują z dzieci. Wprawdzie Unia dalej zarzyna europejską gospodarkę ETSami, wiatrakami i regulacjami, ale im nigdy nie chodziło o ratowanie Ziemi.

Nie piszę tego dla łatwych drwin z zaślepienia jednych i wyrachowania drugich, ale jako wstęp do opisu pewnych moich codziennych praktyk. Dla mnie są naturalne i odruchowe, nie wynikają z rozumowych analiz ani żadnych ideologii a raczej z mojego pojmowania celowości i logiki, jednak w ostatecznym rachunku służą oszczędzaniu zasobów planety i jej środowiska naturalnego.

Zdaje się, że temat już poruszałem w poprzednich latach, ale nie zaszkodzi wrócić do niego, jako że jest ważny i wiele mówi o obłudzie władz i niekonsekwencji zwykłych ludzi, którzy mają się za zwolenników zielonych przemian.

Trzeci tydzień jestem w Białymstoku, wróciwszy na miesiąc do starej firmy. Razem z moimi współpracownikami, Ukrainką i dwoma Białorusinami, stołujemy się w barze. Kupuję taki obiad, aby go zjeść. Na regał odnoszę puste talerze, a wtedy widzę, jak dużo jedzenia ludzie zostawiają. Owszem, czasami można ich tłumaczyć tym, że nie smakowało, ale dotyczyć to może tylko niewielkiej części konsumentów, bo wiem, że wielu z nich stołuje się tam codziennie. Poza tym można zamawiać połowę porcji większości dań. Papierowe chusteczki są duże i grube, mnie wystarczy jedna, a widzę, że ludzie biorą ich po kilka. Moi obecni koledzy w pracy oddzierają kilka arkuszy papierowego ręcznika aby wytrzeć plamę rozlanej wody na stole albo łyżeczkę. Po co tyle brać? Czy zastanawiają się nad materiałowymi i energetycznymi kosztami wytworzenia tych produktów? Bar oferuje dobre i tanie posiłki, chwalę pracę pań kucharek, na pewno nie one wpadły na pomysł by sól i pieprz podawać w papierowych torebkach mieszczących chyba mniej niż gram przyprawy; dlaczego nie w tradycyjnych pojemnikach? Po co wydatkować na te torebeczki pracę, materiały i energię?

Takich i podobnych przykładów marnotrawstwa widzę wszędzie, dosłownie wszędzie. Na poczcie kupiłem kilka kopert ze znaczkami, i aby rozliczyć się z firmą, wziąłem paragon: dwie linijki tekstu wydrukowane było na kartce formatu A4. Moi współpracownicy zalewają wodą niemal cały duży czajnik potrzebując szklankę wrzątku. Potrzeba ok. 0,2 kg węgla dla wytworzenia 1kWh energii, a czajnik tyle zużywa w 25-30 minut swojej pracy. Niewiele? Faktycznie, niewiele, ale pomnożone przez miliony każdego dnia, dają wagony traconego węgla. Odebrałem przesyłkę z gałązkami świątecznymi do przybrania karuzeli, były w porządnym tekturowym pudle, dodatkowo owiniętym wieloma warstwami foli typu „strech”; w taką samą folię owinięta była bąbelkowa koperta z inną przesyłką. Po co, skoro paczki nie jadą już otwartymi furmankami jak przed wiekami? Chyba z przyzwyczajenia, skoro teraz wszystko owija się tą folią. Transakcja kupna biletu przy użyciu karty płatniczej automatycznie potwierdzana jest wydrukiem, którego firma nie potrzebuje i jest po prostu wyrzucany, chyba że klient go potrzebuje, co bardzo rzadko się zdarza. Paragony, też drukowane automatycznie, zbieramy wokół karuzeli jako śmieci. W sklepie spożywczym kupiłem trzy jabłka, kasjerka dała mi worek foliowy którego nie wziąłem, bo po co. I tak dalej bez końca.

O użytkowaniu rzeczy do ich naturalnego zużycia już pisałem. Tutaj, w hotelowym pokoju, leżą przy szafie dwie moje torby. Mam je tak długo, że nie pamiętam ich poprzedniczek, niewątpliwie zasłużyły już na emeryturę, ale nadal są całe i pełnią swoją funkcję, a nadto… Mnie jest trudno wyrzucić coś, co dobrze mi służyło przez lata. Przywiązuję się do rzeczy. Czy jestem dusigroszem? Myślę, że nie, skoro na swoje turystyczne wyjazdy tutaj opisywane wydaję czwartą część dochodów, a więc nie mało.

O takich ludziach jak ja mówi się, że jesteśmy płaskoziemcami niedbającymi o planetę, ponieważ nie zgadzamy się z twierdzeniem o naszej możliwości zmiany klimatu i przejścia na „zeroemisyjne” źródła energii. Mówią tak ludzie, którzy nie odróżniają jednostek mocy i energii, o wytwarzaniu prądu nie mają zielonego pojęcia, a energię i zasoby bezsensownie i bezrefleksyjnie marnotrawią!

Trzeba zacząć od siebie, do drobnych czynności z pozoru nieważnych, mikroskopijnych w skali Ziemi, ponieważ są powtarzane miliony (albo i miliardy) razy każdego dnia, i w rezultacie przestają być nieważne.

O ludziach

Objąłem w użytkowanie karuzelę, której nie podnosi się jedno z dziesięciu ramion. Usterkę zdiagnozowałem, rozmawiałem nawet z czeskim producentem w sprawie przysłania uszkodzonego podzespołu elektronicznego, ale póki co ramię nie działa. Przykleiłem do siedzenia kartkę ze stosownym napisem, ale klienci siadali na napis. Wtedy zębatymi opaskami, potocznie zwanymi trytkami, unieruchomiłem rurę zabezpieczenia aby uniemożliwić zajęcie miejsca, a po kilku godzinach widziałem, jak klient na siłę zerwał opaski i wsiadł. Co robić? Położyłem na siedzenie kawał betonu będącego podstawą do ogrodzenia. Jest lepiej, bo tylko raz na dwa – trzy dni się zdarza, że ktoś siada na ten beton.  

Bezproblemowo jest w deszczowe dni, ponieważ klienci widząc krople deszczu rezygnują z zajęcia miejsca. Czyli zamoczone siedzenie bardziej ich odstrasza niż leżący na nim beton. Widoczne na zdjęciu trytki specjalnie są założone i tak ucięte, aby końce były ostre; ma to dodatkowo zniechęcić ludzi do prób otwarcia zabezpieczenia.

 Mamy też drugą atrakcję: pociąg dla dzieci jadący po torze ułożonym w efektowne serpentyny. Któregoś dnia tatuś posadził dziecko do wagonika i cały pociąg zaczął pchać. Nie można tego robić z przyczyny oczywistej, ale jest i druga: robiąc to niefachowo, pociąg można po prostu wykoleić. Kiedy ten człowiek usłyszał, że ma zostawić pociąg, był wielce oburzony. Bo przecież nikt mu nie powiedział - tak się tłumaczył - że nie można tak robić, i że za jazdę trzeba płacić. Wiem, że dla wielu ludzi, zwłaszcza wśród młodszych, jego argument jest słuszny, ma wagę, ale mnie taka postawa po prostu przeraża – podobnie jak samowolne otwarcie przez innego tatusia bramki wejściowej na karuzelę w czasie jej biegu. Jemu też nikt nie powiedział, że do kręcącej się karuzeli nie da się wsiąść bez zrobienia sobie kuku i dlatego nie można otwierać bramki.  
To wszystko powinno być napisane, mówicie? Nie dość, że nikt nie czyta instrukcji
(akurat o bramce jest informacja), to jeszcze nie ma możliwości zastrzeżenia wszystkich czynności, jakie mogą wpaść do głowy niemyślącemu człowiekowi. 
Nigdzie nie jest napisane, że nie można wchodzić na figurę Mikołaja, że nie można przeskakiwać ogrodzeń,
wskakiwać na dach kiosku kasowego albo brać sobie lampki na pamiątkę. To na karuzeli, a poza nią, na ulicach, w sklepach, wszędzie, taka wyliczanka może mieć sto metrów długości. W barze, w którym się stołuję, nie ma tabliczki z zakazem włączania głośnej muzyki albo spania na krześle. Po prostu zakłada się, że pewne zachowania, zakazy i nakazy, są dla dorosłych ludzi oczywiste. To założenie traci ważność, w rezultacie mam obawy zbliżając się w nocy do nieoświetlonego przejścia dla pieszych, bo w każdej chwili pieszy może wejść na przejście nie patrząc na boki. Normalne, słuszne i prawidłowe? Nie. To robienie z ludzi niezaradnych, niemyślących dzieci. To pozbawianie ich umiejętności i odruchu dbania o siebie i swoich bliskich. To obciążanie innych ludzi koniecznością zapewnienia własnego bezpieczeństwa i dobrostanu psychicznego. To działania skutkujące zatraceniem cech do tej pory uznawanych za definiujące pojęcie dorosłości i z nią – odpowiedzialności.