Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zachód słońca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zachód słońca. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 października 2026

Sudety jesienią, cz. I

 260926 do 011026

Miałem włóczyć się po Sudetach 20 dni, ale z powodów rodzinnych wróciłem do domu po pięciu. Obiecuję sobie pojechać tam w maju na calutkie trzy tygodnie, a teraz pora na opisy szlaków tego skróconego urlopu. Hmm, czy emeryt może mówić o urlopie?

Do Bolkowa, tradycyjnej mojej bazy wypadowej, przyjechałem w piękne, słoneczne popołudnie – za wcześnie, by siedzieć w pokoju. Jeszcze przed zameldowaniem się w hotelu pojechałem do pobliskiej wioski odwiedzić znajome kąty, drzewa i widoki. Hmm, czy można odwiedzać widoki? Nie jestem pewny, ale znajomego jesionu na pewno tak!

W tych górach, nota bene, mam naprawdę dużo znanych, lubianych, odwiedzanych i wspominanych górek, skał, drzew, dróżek i… i widoków. To skutek spędzenia ponad dwustu trzydziestu dni i przejścia przynajmniej sześciu tysięcy kilometrów po górach biorących nazwę od swojej największej rzeki.

Opowiem historyjkę a propos. Zajrzałem do starego folderu ze zdjęciami dróg, które kiedyś, przed kilkunastu laty, podobały mi się. Ten folder miał być początkiem realizacji pewnego planu z którego zrezygnowałem, ale folder został, a z czasem pokrył się kurzem zapomnienia w ciemnych zakątkach komputerowej pamięci. Niedawno zajrzałem do niego, otworzyłem pierwsze zdjęcie i poznałem sfotografowane miejsce, później drugie i kolejne. Zabawiałem się odgadywaniem gdzie były robione. Zdecydowaną większość rozpoznałem, a zdjęcia były robione w latach 2014 – 2016. Wyszło, że się chwalę. Nie, raczej konstatuję, a dla równowagi napiszę o znacznych kłopotach w zapamiętaniu licznych rocznic rodzinnych.

 Skoro wcześniej wspomniałem Kaczawę, zamieszczam zdjęcia tej rzeki widzianej w Wojcieszowie, a przeszedłem paroma uliczkami tego miasteczka w czasie pierwszej wędrówki.

 Znajomy jesion rosnący przy widokowej drodze w Gorzanowicach. Nie jestem miłośnikiem jesionów, ale ten jest wyjątkowy. Pasuje do niego drugi człon nazwy: wyniosły. Ten nie tylko jest wyniosły ale i piękny. Niech żyje. Niech nikomu nie przyjdzie do głowy uczynić z niego opał na zimę, niech przeżyje nas wszystkich.

 Widok z tej drogi. Najwyraźniej widziane szczyty są w Górach Kamiennych i Wałbrzyskich.

 Na tej drodze widziałem też po raz pierwszy w tym roku nitkę babiego lata. Jak to jest z tymi lśniącymi w słońcu, delikatnymi niteczkami pojawiającymi się, czasami masowo, na początku jesieni, przeczytacie tutaj. Autor podaje wiele ciekawych informacji, tekst napisał dobrze, ale nie uchronił się przed paskudną modą; cytuję:

„Pajęcze nici w kontekście babiego lata to lekkie…” Słowo „kontekst” jest nadużywane, a tutaj po prostu nie pasuje. Dobrze jednak, że nie pisał o generowaniu nici przez pająki.

Może dość marudzenia. Wracam na szlak.

Pierwszego dnia pojechałem na łąki i pagórki powyżej Wojcieszowa. Spodobały mi się przed laty, odwiedzam je często, a ostatnio byłem tam równo rok temu. Siedząc pod drzewami małego zagajnika rozmawiałem ze znajomą. Leżała z szpitalu poważnie chora. Na koniec zapytałem, czy mogę coś dla niej zrobić.

– Trzymaj kciuki – odpowiedziała.

Kiedy kilka dni później wysłałem smsa z zapytaniem o zdrowie, odpowiedział jej mąż…

Czułem potrzebę pójścia do miejsca naszej ostatniej rozmowy. Byłem i poczułem żal do losu o… nie.

Nie będę więcej pisać, i tak chyba za dużo napisałem.

Napiszę o kaniach, ona na pewno wolałaby o nich przeczytać niż o moim żalu. Rok temu było ich tam mnóstwo, w ten dzień też. Bywało, że stojąc w jednym miejscu widziałem 20 albo 30 grzybów, a sto metrów dalej rosła następna taka gromada. Przez głowę przelatywały mi pomysły na coraz bardziej nieprawdopodobne sposoby wykorzystania tego przysmaku, a skończyło się na zdjęciach i obyciu smakiem.

Niżej zamieszczam zdjęcia tamtych łąk.


Jak wspomniałem, nocowałem w tym samym hotelu w Bolkowie, w którym zatrzymuję się od wielu lat. Nie mam zapisków, tylko szacuję, że spędziłem tam łącznie blisko rok. Miasteczko mało znam i nader mało o nim pisałem tutaj, więc aby chociaż częściowo nadrobić zaległość, zamieszczam kilka zdjęć z rynku. Poza nim zauważyłem ciekawą rzeźbę nazwaną Ikar, rząd wyjątkowo rosłych jarząbów szwedzkich, oraz trzy urocze rzeźby nimf, a może nadobnych panien ze świata fantasy.

 Pogodę miałem wymarzoną: temperatura sięgała dwudziestu stopni, a słońce towarzyszyło mi od świtu do zmierzchu. Dla zobrazowania wklejam zdjęcia pór dnia. Nie są idealne i mam ich niewiele, ale mój osobisty aparat ma w swojej pamięci więcej słonecznych obrazów. W Sudetach byłem przed kulminacją feerii barw jesiennych. Najwięcej miały je jesiony i sumaki, natomiast klony i buki, a więc drzewa najwięcej dodające barw wczesnej jesieni, dopiero szykowały się do corocznego pokazu. Dęby wyglądały pięknie. Kilka razy widziałem te drzewa zielone, jedynie kilka gałązek było w brązach i bursztynach; przywodziły na myśl specjalnie pomalowane pasemka włosów kobiet. Stawałem pod niskimi konarami drzew tak, aby widzieć liście pod słońce i patrzyłem. Patrzyłem starając się zapamiętać obrazy i chwile, wszak to ostatni ciepły i kolorowy czas przed szokującą przemianą: jakże daleko są te obrazy od grudniowych! Parę dni temu szukałem opisu i zdjęć z grudniowej wędrówki na potrzeby miesięcznika „Na Szlaku”. Znalazłem zdjęcia z Rudaw: mgła, trochę śniegu, zimno bijące nawet ze zdjęć, a na tle czarnego boru świerkowego malutki buk trzymające garstkę swoich brązowych liści – jedyny ślad kolorów w monochromatycznym świecie. Trzeba więc napatrzeć się na ciepłe barwy złotej jesieni aby… mnie nie pomogły z zimie. Budziły silniejszą tęsknotę, ale może właśnie o to chodzi?... 

Ranki. Serię zacznę od obrazu Jutrzenki.

Przed wieczorem.


Ostatnia godzina dnia.

Mapa z zaznaczonymi miejscami moich wędrówek. Oczywiście ciąg dalszy nastąpi.









poniedziałek, 21 września 2026

Dwa dni

 05 i 090926

 Ten wpis jest dziewięćsetnym. Przynajmniej dwa tysiące stron tekstów i kilkanaście tysięcy zdjęć. Góry i pagórki, pola i skały, filozofia i socjologia, ekonomia i psychologia, nauka i literatura, myśli głębsze i wprost przeciwnie, oto podsumowanie dwunastu lat prowadzenia bloga. Kiedyś był uzupełnieniem Biblionetki, mojego pierwszego miejsca w internecie, ale z czasem stał się głównym, a teraz jedynym moim adresem w sieci. Wiele razy myślałem o zaprzestaniu jego prowadzenia, ale na razie tę decyzję odkładam na później. Tak więc za kilka dni pojawi się następny tekst, po nim kolejne. Ile ich będzie, nie wiem, ale któryś niezbyt odległy będzie ostatnim. Jedno mogę obiecać bywalcom tego miejsca: uprzedzę ich o końcu.

* * * 

Kilka razy pisałem o swojej wizji idealnej wędrówki, a przepis na nią jest krótki i w opisie prosty: przez cały dzień i całą trasę być u celu. Nie traktować miejsca w którym jesteśmy i tej chwili jako przedsionka, drogi prowadzącej do ładniejszych miejsc i głębszych przeżyć, a wszystkie uznawać za ważne; tak samo cenne jak te sprzed godziny i te czekające na nas za zakrętem drogi. Przyczyna jest oczywista: wydłużamy satysfakcję z chwili do całego dnia, i dalej – na całe lata. Pozbywamy się wysoce prawdopodobnego ryzyka zawodu owym celem, ponieważ mamy skłonność do jego idealizowania, a więc do nadmiernych oczekiwań.

Celem czynimy samo życie, nasz zwykły dzień.

Oczywiście stanowczo za rzadko udaje mi się ta sztuka, ale staram się i mam pewne osiągnięcia. Bywa, że przeszkadza ciało i jego potrzeby, co zauważam, na przykład, oglądając zdjęcia po przyjeździe do domu. Mówię sobie wtedy: ta droga, te liście prześwietlone słońcem, były tak ładne, a ja nie doceniłem, albo należycie nie doceniłem ich urody! Owszem, tyle że myślę tak siedząc wygodnie w fotelu, mając pod ręką kubek z kawą i idealną temperaturę w pokoju, a kiedy szedłem tamtą drogą, bolały mnie nogi i było mi gorąco lub marzłem. Bywa też, że jakaś uporczywa myśl się przyczepi jak rzep lubiący psie ogony i nie chce mnie puścić przeszkadzając w odczuwaniu, a nawet stając się barierą między mną a otoczeniem i chwilą.

Zdarzają się jednak chwile wyjątkowe. Czas tak intensywnej świadomości bycia u celu, przeżywania uroku natury albo po prostu TEJ chwili, że zatrzymuję się, zdumiony czy oszołomiony, i patrzę wokół załzawionym wzrokiem pytając się nie wiadomo kogo:

Może być aż tak... pięknie? Nie, inaczej. Przecież nie jest tak, że w tym czasie zwykła brzoza wydaje się nagle cudna. Wiele razy próbowałem dojść sedna moich stanów, ale dogłębnie nie potrafię ich rozpoznać. Po prostu przychodzi chwila, gdy stwierdzam… też nie: czuję, bez udziału świadomej myśli czuję, że chwila w dziwny sposób jest cenna. Świat nie jest wtedy piękniejszy, a moje widzenie pełniejsze.

Nic mnie nie dzieli od niego.

A później przychodzi myśl o konieczności oddania samochodu do naprawy i czar pryska.

Wracam na Roztocze, do piątego i dziewiątego dnia września 2026 roku.

Musiałem połączyć opis dwóch dni z powodu braku czasu. Ostatnio za dużo czasu poświęcam (tylko nie śmiejcie się ze mnie!) sprawom światowego systemu finansowego, a mam jeszcze swoje pisania (na przykład kolejną powieść do szuflady), lektury najczęściej wcale nie łatwe, dodatkową pracę zarobkową, no i wyjazdy, a tych uzbierało się już około 70 dni od początku roku.

 Często zdarza mi się zapomnieć, gdzie widziałem ładne miejsce, mimo dokładnego pamiętania wielu szczegółów, ale lokalizację tego zakątka zapamiętałem od razu.  
Byłem w odwiedzinach już dwa albo trzy razy, a dzisiaj zostałem tam do końca dnia, myszkując między drzewami za grzybami, a później patrząc na przemiany kolorów ostatniego kwadransa dnia.

 Tam właśnie znalazłem tego prawdziwka. Rósł na polu, metr od miedzy i drzew, ale na polu. Był tak ładny, tak jędrny, tak bardzo prawdziwkowaty, że spory kawałek drogi szedłem trzymając go w ręku by móc cieszyć wzrok, co zrozumie każdy grzybiarz. Ładne prawdziwki mają jedną cechę wspólną z pieniędzmi: jednych i drugich nigdy dość.

Na następnym wyjeździe znalazłem wyjątkowo dużego prawdziwka i też na polu. Widać go na zdjęciu wyżej, a przed zrobieniem fotki położyłem scyzoryk dla porównania wielkości. Oczywiście zabrałem go, ale kiedy pod wieczór doszedłem do samochodu, ten stary grzyb tak sczerniał, że z żalem go wyrzuciłem.

Jeśli już piszę o odwiedzinach, nie mogę pominąć brzóz. Te ze zdjęć są znane, pamiętane, odwiedzane, a w głębi widać kolejne. Zaraz przyjdę do was.

Kolejne znajome.

Obrazki ze szlaków

 Brzozy i równa miedza właściwej wysokości, dobre miejsce na przerwę.

 Wiatr czesze włosy brzozom.

 Godzina jedenasta, pierwsze promienie słońca po chmurnym poranku.

 Pagórki i chmury.

 Martwe drzewo a na nim ślady kucia. Przytoczę tutaj słowa Wojciecha Eichelbergera: „To takie proste, właściwe, naturalne i potrzebne – być starym, umierającym drzewem, być tym, co nigdy nie umiera, lecz przyobleka się jedynie w inne niezliczone i zachwycające formy życia.”

 
Jak zwykle o tej porze roku jadłem owoce aronii. Nigdy nie widziałem zbiorów, a owoców jest mnóstwo. Ich sok jest smaczny i świetnie gasi pragnienie.
 
Słoneczniki, rośliny użytkowe, ale jednocześnie piękne w porze kwitnienia. Zauważyłem pewną ich wyjątkowość: otóż zdjęcia z nimi niemal zawsze są udane. Chyba po prostu lubią być fotografowane.
 
Ładne, bo czyste, strome, jasne, zielone doły z bukami. Widziałem tam ścieżkę, raczej nie przez zwierzęta wydeptaną, więc ktoś tam bywa.
 

Przewieszona skarpa, a przy niej wypłukany dół na brzegu pola. Kolejne doły in spe? Jeśli właściciel pola nie zadba o właściwy spływ wody opadowej, zapewne tak.
 
Orka. Jeszcze niedawno to słowo miało drugie znaczenie: było synonimem bardzo ciężkiej pracy fizycznej. Teraz jeden człowiek, niekoniecznie mężczyzna, siedzący w średniej wielkości traktorze, bez dużego wysiłku wykona pracę dziesięciu oraczy i tyluż koni. Bez przesady! Maszyna AI ustaliła, że zaoranie hektara pługiem ciągnionym przez konia zajmowało 15-20 godzin, a ciągnikiem i trzyskibowym pługiem, czyli maszynami średniej wielkości używanymi w niedużych gospodarstwach, zajmuje od 1,5 do 2 godzin, natomiast dużym ciągnikiem z pługiem pięcioskibowym zrobi się to w niecałą godzinę. 

Rachityczna sosna.


 Brzozy na szlaku.

 Późne popołudnie.

 

Zachód słońca, dzień pierwszy.

 Koniec drugiego dnia.

050926


Trasa na Roztoczu Zachodnim: wyszedłszy z Sulowa doszedłem do wsi Cieślanki. Następnie przez Blinów i Góry wróciłem do Sulowa.

Statystyka: przeszedłem 22 km będąc 12,5 godziny na polach.

090926 


Trasa: pola między Kolonią Pasieka a Pasieką.

Statystyka: 15,5 km w czasie 11 godzin.